BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

3 lut 2017

Epilog


Kilka lat później...

- Mam nadzieję, że współpraca ułoży nam się jak najlepiej.
Młody chłopak ubrany w szary garnitur potrząsnął lekko moją prawą ręką. Uśmiechnęłam się ciepło, przymknęłam oczy i pokiwałam głową.
- Również mam taką nadzieję – odpowiedziałam, wstając razem z nim z miejsca. Po chwili zostałam przy stoliku całkowicie sama. Odetchnęłam głęboko, roztrzepałam dłonią krótkie włosy i usiadłam z powrotem na miękkim obiciu krzesła, nie siląc się nawet na to, by wygładzić sukienkę pod pupą.
Wzięłam do rąk wibrujący, ślizgający się po stole telefon. SMS. Na ekranie zobaczyłam zdjęcie uśmiechniętej Kaśki i sama pozwoliłam sobie na równie szeroki uśmiech.
      Tęskniłam za nią. Szalenie tęskniłam, ale zdawałam sobie również sprawę, że nie miałam prawa jej zatrzymywać, prosić, by to mnie wybrała. Zaśmiałam się pod nosem, zamieszałam słomką w swojej kokosowej latte i w zdecydowanie nieelegancki sposób wsparłam policzek na otwartej dłoni, garbiąc się przy tym okropnie. Spojrzałam w obraz za oknem i uśmiechnęłam się półgębkiem. Wszystko się zmieniło. Od mojej fryzury poczynając, na ludziach, z którymi przebywałam kończąc.
Gdy kilka lat temu media w końcu dały mi spokój z wypytywaniem o mój związek z Bartmanem okazało się, że ta nagonka miała swój pozytywny efekt. Sportowcy i ich managerowie zaczęli walić do mojej kliniki drzwiami i oknami. Ludzie wierzyli, że Zbyszek zmienił się dzięki mnie i mojej pracy. Byli zafascynowani jego nowym wizerunkiem, bo w trakcie wywiadów zaczął powściągać język, nie kłócił się już tyle pod siatką. Bo w końcu założył rodzinę – miał żonę, spodziewał się dziecka. Pokręciłam lekko głową, wzdychając przeciągle. Stałam się kimś pokroju cudotwórcy dla ludzi, którzy zmagali się z problemami przeróżnej natury, nawet z brakiem motywacji do dalszej pracy i treningów. Nie wiem nawet kiedy sytuacja zmusiła mnie do tego, bym poszła na kurs treningu mentalnego. Bo „czysta” psychologia nagle przestała wystarczać. Dzięki temu zwiększyła się działalność samej kliniki, więcej ludzi wychodziło z niej z uśmiechem na twarzy. Mogliśmy rozszerzać działalność, aż w końcu, któregoś dnia, przyszła oferta z Warszawy.
Nie jestem pewna, czy tak szybko podjęłabym decyzję o przenosinach do stolicy, gdyby nagle Bóg postanowił dać mi tę szansę jeszcze raz. Ten wyjazd był ogromną szansą, stwarzał możliwości rozwoju – nie wspomnę, że w Rzeszowie dusiłam się od nieprzyjemnych wspomnień. Miało to jednak swoje minusy, jak na przykład rozstanie z Kaśką.
Nie chciała wyjeżdżać, zostawiać Marty. Mimo moich wszelkich podejrzeń co do rozwiązłości Kaśki, te dwa skrajne charaktery naprawdę się pokochały, a ja nie miałam prawa prosić Rzepeckiej, żeby dla mnie zrezygnowała z uczucia. Nie mogłam od niej tego wymagać. Była moją przyjaciółką – jedyną, jaką miałam. I choć tęskniłam za nią każdego dnia, jej szczęście było dla mnie ważniejsze niż mój spokój ducha, poczucie bezpieczeństwa jakie dawała mi jej bliska obecność. Rozmawiałyśmy tak często, jak tylko się dało i na razie musiało mi to wystarczyć.
Zanim na dobre przeniosłam klinikę do Warszawy, Rzepecka zdołała jednak wbić mi do głowy zupełnie inny sposób myślenia o sobie jako kobiecie. Teraz, z biegiem czasu było mi wstyd za moje zachowanie, ale gdy Zbyszek wyjechał bez słowa do Japonii, ignorując każdy mój telefon i mail przez kolejny rok, pozwoliłam sobie uwierzyć, że nie jestem nic warta. Chodziłam w powyciąganych dresach, garsonki i garniturowe spodnie wróciły w mojej garderobie do łask. Wieczorami wolałam ślęczeć z kieliszkiem wina i tabliczką czekolady przed telewizorem, niż wyjść na miasto. Kupiłam nawet kota, ale w ostateczności bury futrzak uciekł którejś letniej nocy i już nie wrócił...
      Dopiero Kasia trzepnęła mnie w głowę. Wyrzucała z kliniki za każdym razem, gdy przyszłam do pracy w czymś innym niż sukienka lub spódnica z kolorową, dopasowaną koszulą. Kupiła mi jakąś książkę o sztuce makijażu i była na tyle szurnięta, by robić mi z jej zawartości „egzaminy praktyczne”. W końcu siłą zaczęła mnie zabierać na dyskoteki i choć początkowo byłam sceptycznie nastawiona do każdego jej pomysłu, w końcu zaczęły one przynosić zamierzone efekty. Uśmiechnęłam się delikatnie na wspomnienie Adama. Młody, dobrze zbudowany fryzjer zaczął mnie usilnie zapraszać na randki po tym, jak wraz ze swoim bratem i dwoma kolegami z wydziału dosiedli się do nas w jednym z klubów. Nie była to trwała relacja, później przez moje mieszkanie przewinęło się jeszcze wielu, naprawdę wielu mężczyzn, ale mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że Adam pomógł mi wyjść z kąta, w który sama się wpędziłam. I za to byłam mu wdzięczna, bez względu na to gdzie i z kim aktualnie był.
Poprosiłam kelnera o rachunek i nie śpiesząc się nigdzie, powoli wstałam ze swojego miejsca. Pogoda była przepiękna, a mój wolny od pracy weekend właśnie się zaczynał. Uśmiechnęłam się do siebie lekko. Nie mogłam się doczekać, aż usiądę w wannie pełnej ciepłej wody z lampką wina w dłoni.
- Niech żyje woolnoooość! Wolność i swoboda! - Usłyszałam za plecami, gdy zarzucałam marynarkę na ramiona. Drgnęłam niespokojnie. Obróciłam się szybko przez ramię, bez problemu odnajdując siódemkę mężczyzn stłoczonych na dwóch kanapach i jednym krześle. Na stole pomiędzy nimi stał wielki tort. Większości siedzących tam chłopaków nie znałam, ale tego jednego poznałabym nawet na księżycu.
- Ignaczak? - Zapytałam samą siebie, śmiejąc się z poczynań libero. Machał w powietrzu rękoma, co chwilę sypiąc kolorowe konfetti na głowę jednego z kolegów.
- Niech żyje zabawa! I dziewczyna młoda! - Krzyczał dalej, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że nie jest w restauracji sam. Parsknęłam donośnym śmiechem, przysłaniając usta dłonią.
- O nie, nie! Za dziewczyny już podziękuję! - Zagrzmiał jeden z jego kompanów, ten obsypywany błyszczącymi papierkami. Poczułam się tak, jakbym dostała obuchem przez głowę.
- Stary podrywacz przechodzi na emeryturę? - Zaczepił go ktoś.
- Igła, uważaj! - Przez głośne salwy śmiechu usłyszałam wyraźny głos Fabiana. - Widziałem, jak na Ciebie Zibi patrzy w szatni – mruknął, poruszając brwiami w jednoznaczny sposób. Po chwili całą restaurację wypełnił histeryczny rechot. Ignaczak otrząsnął się śmiesznie, jakby siedziało na nim stado pająków i odskoczył w bok na kanapie, najdalej jak tylko mógł. Tubalny śmiech poprzedził głośne klaśnięcie, gdy ten, którego najmniej się tu spodziewałam, uderzył się otwartą dłonią w udo. Po chwili odchylił głowę w tył i śmiejąc się do łez, niemal spadł z zielonej kanapy, przewieszając się przez jej oparcie.
Poczułam, jak niewidzialna siła wstrzykuje mi lód w żyły, przecinając boleśnie skórę, mięśnie, nerwy. Jak wypełnia mi żołądek stosem kamieni. Odbiera możliwość złapania oddechu.
Coś poruszyło się w moim wnętrzu. Tęsknota zaprawiona bólem. Słodko-gorzkie wspomnienia. Chęć rzucenia mu się na szyję walczyła we mnie z paniką i krzykiem pełnym przerażenia. Nie powinno go tam być, wiedziałam o tym. Powinien tkwić w swojej willi na Sycylii, doglądając ciężarnej żony, całując ją po brzuchu i spełniając jej dziwaczne, kulinarne zachcianki. A jednak był tu...
Zagryzłam boleśnie wargę. Pamiętałam, jak zabolała mnie pierwsza plotka o jego nowym związku. Jak upiłam się do nieprzytomności, kiedy świat obiegła informacja o jego szybkim, kameralnym ślubie z włoską modelką. Jaką pustkę poczułam, gdy przypadkiem usłyszałam od swojej pacjentki, że spodziewają się dziecka... Długi czas zastanawiałam się, co bym zrobiła, gdyby się rozstali. Teraz w mojej głowie była tylko pustka.
Chciałam uciec i pozostać niezauważoną jednocześnie. Odejść, osunąć się w cień. Nie pozwolić sobie na wspomnienia, które wystarczająco często nie pozwalały mi spać po nocach. A jednak nie dałam rady się ruszyć. Tkwiłam w miejscu niczym element restauracyjnej dekoracji. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ja patrzyłam. Po prostu patrzyłam. Jak Bartman napina muskularne ramiona, których nawet nie próbował ukryć pod bluzą. Czarna koszulka zdawała się być o pół numeru za mała dla jego mięśni. Patrzyłam jak ociera lekko zarośnięty policzek z pojedynczej łzy. Jak uśmiecha się szeroko, próbując złapać oddech i jak jego spojrzenie w końcu wyłapuje mój przerażony wzrok.
Zignorował mnie. Sięgnął nad stół po butelkę piwa, potem nagle zastygł w bezruchu, w ułamku sekundy. Odwrócił się z taką siłą i gwałtownością, że nie mogłam zrozumieć, jakim cudem nie rozbił Ignaczakowi nosa trzymanym w dłoni Żywcem. Pokręcił ledwie zauważalnie głową, rozchylając przy tym usta. Mnie też nie powinno tam wtedy być, prawda? Nie dla niego.
Podniosłam nieco brodę ku górze, w końcu wypuszczając powietrze z płuc. Zmierzyłam go chłodnym, pełnym dystansu spojrzeniem. Mimowolnie zacisnęłam palce w pięści. Wracała do mnie złość, której tak ciężko było mi się pozbyć od dnia jego wyjazdu. Której Kaśka za nic nie mogła ze mnie wyplenić, choć biedaczka niemal stawała na rzęsach. Wracał do mnie strach. A mimo to stałam tam, stężała w bezruchu. Chciałam, by skruszony odwrócił wzrok, uznał moją wyższość. Ale tak samo jak ja przed chwilą podziwiałam grę jego mięśni i zmienioną śródziemnomorskim klimatem twarz, tak on nie odrywał ode mnie zdumionego, pełnego zachwytu spojrzenia. Zaczęłam szybciej oddychać, pod powiekami czując nieprzyjemne pieczenie. Pierś falowała mi coraz mocniej pod materiałem lekkiej sukienki.
Patrzył mi w oczy, nie rozumiejąc co się dzieje. Skąd się tam wzięłam. Bezgłośnie wymówił moje imię, gdy krew uderzyła mi do skroni. Z trudem zdusiłam chęć doskoczenia do niego i przyłożenia mu w twarz. Przełknęłam rosnącą w gardle gulę. Co było – minęło, uspokajałam się z wolna. Po co miałam rozszarpywać stare rany?
Dlaczego teraz?
Fabian uderzył Zbyszka w potylicę, na nowo zwracając jego uwagę w kierunku męskich spraw. Ten ofuknął go z niesmakiem, odgonił się od kolegów jak od natrętnych much i wstał gwałtownie z miejsca, ponownie zerkając tam, gdzie ciągle powinnam stać. Ale już nie stałam. Zniknęłam bez słowa, bo też nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. Bez mrugnięcia okiem, bo już dość się napatrzyłam. Bartman z niezrozumieniem obejrzał się dookoła. Nie rozumiał, co się stało: czy byłam tam naprawdę? A może byłam tylko widmem? Pokręcił głową z niedowierzaniem, po czym opadł na swoje miejsce. Obserwowałam jego odbicie w szybie restauracyjnego okna, dopóki do moich uszu znowu nie dobiegło głośne zawodzenie Ignaczaka. Dopiero wtedy poczułam się bezpiecznie. Dopiero wówczas odeszłam.

Moje plany na spokojny wieczór ostatecznie wzięły w łeb. Głowę miałam zbyt przepełnioną setkami niepotrzebnych myśli, by móc skupić się na jakiejś mało wymagającej komedii albo na książce, którą chciałam przeczytać od miesiąca, ale nigdy nie miałam na nią czasu. Opatulona w ciepły koc, z kubkiem parującej, malinowej herbaty w dłoniach, co chwilę odbiegałam myślami w nieodpowiednim kierunku. Łapałam się na tym, że wspominam lepsze momenty życia ze Zbyszkiem. Że porównuję jego wygląd z tym, co zapamiętałam, albo z tym co widziałam we włoskich mediach.
Długo sprawdzałam, jak mu się powodzi. Szukałam w internecie informacji o jego kolejnych klubach, przeprowadzkach, meczach w jakich brał udział. Śledziłam jego poczynania, do momentu, gdy świat obiegła nowina o jego wspaniałym związku ociekającym w miłość i szczęście, a on sam nie wziął ze świeżo upieczoną małżonką udziału w sesji ślubnej dla jakiejś gazety o modzie. Dopiero wtedy tak naprawdę postanowiłam całkowicie, kompletnie się odciąć. Długo mi to zajęło, trzeba przyznać. Musiałam wiele rzeczy poukładać w swojej małej główce, dopiero potem próbować je zrozumieć.
- Dlaczego teraz? - Szepnęłam do siebie pod nosem, pocierając palcami zmarszczone czoło. Nie chciałam wiedzieć, co Zbyszek robił w Warszawie, ale jakim cholera jasna cudem, ze wszystkich możliwych restauracji w stolicy, wybrał akurat tę?!
Usłyszałam dzwonek do drzwi. Westchnęłam przeciągle i wstałam z miejsca, z trudem wygrzebując się spod koca. Nie spodziewałam się nikogo, choć mogłam przypuszczać, że zyskałam nowego sąsiada.  Gdy wróciłam z miasta, dwóch starszych, brzuchatych panów taszczyło po schodach zapakowane w folie meble, a przed klatką schodową stała długa ciężarówka, dumnie nosząca logo Ikei. Teraz podeszłam do drzwi, poprawiłam włosy, przywdziałam na twarz uśmiech i nie zerkając przez Judasza, wyjrzałam na klatkę schodową.
Stał do mnie tyłem, z wyciągniętą przed siebie ręką, ale naprawdę nie potrzebowałam, by się odwracał. Za dobrze go znałam.
- Brutus, nie! - Krzyknął, gdy nagle czarne psisko zwaliło mnie z nóg. Poślizgnęłam się na jasnych kafelkach i nim zdążyłam czegokolwiek się złapać, mój kościsty tyłek klapnął na zimną podłogę. - Przepraszam! - Wysapał, wskakując do mojego mieszkania bez zaproszenia, zapewne by złapać swojego nader energicznego psa. - To bydle jest niereformowalne – warknął, przemykając koło mnie i nagle przystanął w pół kroku. Gapiłam się na niego z całkowitą pustką w głowie. Stał w bezruchu, poruszając jedynie palcami obu dłoni jak zestresowany rewolwerowiec. Słyszałam jego oddech. Widziałam, jak unosi ramiona. A potem po prostu spojrzał na mnie z góry, przez ramię, jęcząc głośno, gdy nie okazałam się być snem, ułudą.
- Ty? - Szepnął, robiąc drobny krok w tył. Zamknęłam usta, podrywając się na równe nogi.
- Co ty tu robisz? - Zapytałam oschle. - Kto ci powiedział, gdzie mieszkam?
Zbyszek zamrugał gwałtownie, kilka razy poruszając ustami. W końcu wyciągnął ramię w przód, wskazując mi otwarte naprzeciwko drzwi. Drzwi do mieszkania, do którego wchodzili robotnicy...
- Kupiłem mieszkanie – bąknął niewyraźnie.
- Akurat to?! - Zawołałam, nie kryjąc frustracji.
- Chciałem tylko... - zająknął się. Popatrzył na Brutusa, który z radością młócił ogonem powietrze, potem znowu na mnie. - Nie mam ciepłej wody, chciałem tylko zapytać... - Westchnął ciężko. Mocno zamknął powieki. Machnął ręką. Złapał psa za obrożę i ciągnąc go za sobą, zgarbiony nad wszelką miarę, ruszył ku wyjściu. - Nie ważne. Zapomnij. - Mruknął, mijając mnie z nieco przerysowanym dystansem. Odprowadziłam go spojrzeniem i jeszcze długo nie potrafiłam oderwać wzroku od białych drzwi z numerem dziewiątym, za którymi się schował. Za którymi – od tego dnia – miał mieszkać.
Dlaczego ja?

Chodziłam po mieszkaniu pełna nerwów. Miałam nadzieję, że jeśli puszczę głośno muzykę i spróbuję zrobić jakieś ciasto, trochę się uspokoję. Niestety, jakiś zły układ gwiazd, niedobre ciśnienie albo za mocny wiatr za oknem nie chciały pozwolić mi dokończyć dzieła. Albo po prostu byłam taką niezdarą. Jajka wypadały mi z dłoni, rozbijając się na podłodze, przypaliłam garnek, w końcu wysadziło mi korki. Ukryłam twarz w dłoniach i krzyknęłam w nie głośno. Miałam dość. Jak na ironię, dosłownie sekundę później usłyszałam dzwonek do drzwi. Westchnęłam z irytacją i przewróciłam ostentacyjnie oczami.
- Już, już! - Zawołałam, gdy irytujący dźwięk po raz kolejny rozszedł się po moim mieszkaniu. Szarpnęłam za drzwi, niemal wpadając twarzą w bukiet wątłych eustom.
Déjà vu.
Odsunęłam się gwałtownie, dostrzegając między zielonymi łodyżkami pełne skruchy spojrzenie Bartmana.
- Cześć.
- Hej – bąknęłam, łapiąc mocniej klamkę drzwi. Nogi zadrżały mi w kolanach.
- Słuchaj... chciałem tylko przeprosić. Za Brutusa. On zwyczajnie... - zaśmiał się. Ciepło i lekko, jakby od dawna tego nie robił. - Sama wiesz, jaki on jest. Proszę – dodał po chwili, podając mi kilka kwiatów związanych w bukiet. Oszołomiona, odebrałam go bez słowa. Staliśmy w milczeniu; on patrzył we framugę moich drzwi, kiwając się na piętach z dłońmi wciśniętymi w kieszenie jeansów; ja gapiłam się na kwiaty, przygryzając nerwowo wargi. Pierwsza złość i splątanie minęły. W mojej głowie cichy głosik podszeptywał, że skoro znamy się od tylu lat, wypadałoby zamienić choćby kilka zdań. Przecież już mi przeszło, przekonywałam samą siebie. Przecież już nie będzie bolało. Przecież się go nie boję...
- Wejdziesz? - Zapytałam zachrypniętym głosem, gdy otwierał usta. Popatrzył na mnie z niedowierzaniem spod wysoko uniesionej brwi. Po chwili wzruszył ramionami i przestąpił próg mojego mieszkania, rozglądając się ciekawie po jego wnętrzu. Ja od razu ruszyłam w stronę kuchni, żeby kwiaty nie uschły mi w dłoniach.
- Nie masz światła? - Zdziwił się, naciskając kilka razy włącznik na ścianie. Nie spojrzałam na niego.
- Wysadziło mi korki – powiedziałam tylko, wstawiając kwiaty do wazonu.
- Nie wyglądają zbyt pięknie – przyznał Zbyszek, pojawiając się za moimi plecami. - Ale tylko takie eustomy mają do zaoferowania o tej prze roku.
Uśmiechnęłam się delikatnie, podpalając świeczki.
- Moje ulubione. Pamiętałeś – mruknęłam. Zaśmiał się cichutko. - Chcesz wina?
Odpowiedział mi skinieniem głowy. Usiadł na drewnianym krześle i patrząc przez okno na uśpioną Warszawę, potarł palcami szczecinę na brodzie.
- Wiele rzeczy pamiętam – usłyszałam nagle. Zerknęłam na niego kątem oka. Uśmiechał się nostalgicznie. - Eustomy. - Szepnął, gdy akurat odstawiałam butelkę po winie na stół. - Białe wino. - Dodał z uśmiechem, a mnie dreszcz przemknął po plecach. Czemu mi to mówił? - Lawendowe perfumy. - Wymruczał w końcu. Jego zielone oczy wypalały dziury na mojej skórze, a ja nagle poczułam, że Bartman posuwa się za daleko. Przypomniałam sobie jego wściekłe spojrzenie, gdy zaciskał palce na moim gardle, jego zwierzęcy warkot wydobywający się z głębi piersi i czystą furię, gdy spoglądał na mnie nad ramieniem Ignaczaka. Wstrząsnął mną zimny dreszcz.
- Ja też całkiem sporo zapamiętałam – przyznałam, siląc się na uśmiech. - To, że lubisz wytrawne alkohole – rzuciłam przymilnie, stawiając mu przed nosem pękaty kieliszek, pełen czerwonego trunku. - Na śniadanie jesz kanapki z nutellą i zapijasz to sokiem pomarańczowym. - Zaśmiałam się nerwowo, łapiąc swój kieliszek na wysokości brzuszka, całą dłonią. - Pamiętam, jakie filmy lubisz, że przepadasz za włoską kuchnią i, och! Zapomniałabym! - Krzyknęłam, przestając nad sobą panować. Zbyszek poruszył się niespokojnie na swoim miejscu.
- Francesca... - mruknął ostrzegawczo.
- Pamiętam jeszcze, że prawie mnie udusiłeś, a potem zniknąłeś bez słowa jak tchórz! - Zawołałam, nieopatrznie uderzając kieliszkiem o kant kuchennej szafki. Brzęk tłuczonego szkła zmieszał się z głośnym „Francesca!” i szuraniem krzesła, gdy Bartman poderwał się z miejsca oraz z moim sykiem bólu. Kawałki tego, co jeszcze przed chwilą było kruchym naczyniem pełnym wina, powbijały mi się w rękę. Alkohol mieszał się na mojej skórze z pierwszymi stróżkami krwi. Rany szczypały.
- Uważaj trochę! - Bartman znalazł się przede mną w ułamku sekundy. Jednym ramieniem objął mnie w pasie, zupełnie jakbym miała osunąć się na podłogę; w drugą dłoń ujął moją rękę, ustawiając ją pod światło. Do oczu napłynęły mi łzy, a do gardła podeszła kolacja.
- Powinieneś już iść – syknęłam, wyrywając obolałe palce z uścisku Zbyszka. Zgromił mnie spojrzeniem i usadził na szafce jakbym ważyła tyle co poduszka, w ogóle nie zważając na moje protesty.
- Daj sobie pomóc – warknął tylko. Stanął pomiędzy moimi nogami, dłoń ułożył mi nad zlewem i powoli, marszcząc w skupieniu brwi, zaczął wyciągać z ranek resztki szkła. Krzywiłam się za każdym razem, gdy ostre i śliskie kawałki ocierały się o moją skórę, obrzmiałe tkanki.
Tkwiliśmy w zupełnej ciszy, przerywanej tylko dźwiękiem szkła, które Zbyszek wyrzucał z moich ran prosto do zlewu. Robił to w skupieniu, zaciskając mocno szczęki, gdy za długo patrzyłam na jego twarz. Było w nim coś innego. Coś się zmieniło, a ja z przerażeniem odkryłam, że chciałabym wiedzieć co to takiego.
      Odwróciłam powoli wzrok. Wcale mi nie przeszło. Wielokrotnie powtarzane kłamstwo wcale nie stało się prawdą.
- Masz kogoś? - Usłyszałam niespodziewanie i krew uderzyła mi do twarzy.
- Nie twoja sprawa – wycedziłam przez zęby. Zbyszek omiótł spojrzeniem sufit i z rozmachem wyrzucił nóżkę kieliszka do kosza.
- Uspokój się! Jezu, pytam tylko czy jesteś szczęśliwa.
- To są dwa różne pytania.
Zazgrzytał zębami, mocno zaciskając powieki.
- Dobrze. Więc jesteś szczęśliwa? - Syknął, wyłapując moje beznamiętne spojrzenie. Przełknęłam głośno ślinę. Dopiero wtedy spotulniał i odwrócił wzrok, by obmyć mi dłoń pod bieżącą wodą.
- Teoretycznie powinnam – mruknęłam, zerkając na błyskający w wodach Wisły księżyc. - Pracuję z najlepszymi, moje nazwisko stało się znane, zarabiam dużo więcej niż wcześniej. Miałam wielu facetów – popatrzył na mnie z niedowierzaniem, a ja uśmiechnęłam się słodko. - Co cię tak dziwi?
- Nic – rzucił ledwie słyszalnym tonem. Delikatnie naklejał plaster na największą ranę, po chwili gładząc jego powierzchnię kciukiem. Zdusiłam w sobie dziwne uczucie, narastające w moim żołądku. Wzruszyłam ramionami.
- Czemu miałabym sobie odmawiać, nie próbować? Po prostu szukałam. Najdłuższy związek jaki miałam, trwał dwa miesiące – powiedziałam, nim zdążyłam ugryźć się w język. Po co ja mu to mówiłam? - W sumie niczego nie żałuję. Ale wiesz, czemu żaden z tych mężczyzn nie zagrzał tu dłużej miejsca?
Zbyszek zaśmiał się gorzko, wycierając dłonie o spodnie w nerwowym geście.
- Skoro tak mnie tym zarzucasz, to pewnie byli zbyt podobni do mnie – powiedział oschle. Zagryzłam wargę, czując pieczenie pod powiekami. Naprawdę byłam aż tak naiwna? Co więcej – naprawdę dopiero teraz to do mnie docierało...?
- Durniu – wyszeptałam, kręcąc głową z dezaprobatą. - Żaden z nich nie był tobą.
Zbyszek wciągnął głośno powietrze i przeniósł na mnie swoje spojrzenie. Pełne nadziei, ale i niedowierzania.
Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. Mi zawsze na nim zależało, choć nie powinno. Bo był moim pacjentem, ponieważ zagroziłoby to zarówno mojej jak i jego reputacji, w końcu dlatego, że zwyczajnie się go bałam. A jednak ciągle był obecny w moich myślach. Całe lata porównywałam do niego swoich kochanków, chłopaków, choć twierdziłam, że jest zupełnie inaczej.
Zlustrowałam jego napiętą sylwetkę spojrzeniem, zatrzymując się na dużych dłoniach. Dreszcz przemykał mi wzdłuż kręgosłupa raz po raz, dopóki nie zauważyłam jasnej, nieopalonej obrączki na jego palcu.
- Udajesz, że nie masz żony? - Prychnęłam z goryczą. Przez ułamek sekundy pomyślałam, że jednak się zmienił, zmądrzał, wydoroślał. A stał przede mną ciągle ten sam mężczyzna, czyhający na jakieś chętne małolaty w klubie.
- Słucham? - Nachmurzył się. Spojrzał w tym samym kierunku co ja i nagle wybuchł gromkim śmiechem. - Elena i ja... to już przeszłość. Od wczoraj jestem wolny. - Popatrzyłam na niego z pewnym niezrozumieniem. - Rozwiodłem się – wyjaśnił.
- Zostawiłeś ciężarną kobietę?!
- Jak widać – odrzekł cierpko. Zeskoczyłam z kuchennego blatu.
- Nie masz za grosz wstydu? - Pisnęłam. Byłam naprawdę wzburzona. - Poczucia jakiejkolwiek odpowiedzialności?! Jak możesz...
- To nie jest moje dziecko – wszedł mi w słowo, stając zdecydowanie zbyt blisko mnie. Zamknęłam usta z zaskoczenia. - Miała romans ze swoim fotografem. Ja tylko znalazłem pozytywny test ciążowy w łazience.
- To jeszcze nie dowodzi, że to jego dziecko – próbowałam bronić swojego toku myślenia.
- Pojechałem do niej na plan, żeby powiedzieć, że wiem. Chciałem ją przeprosić, bo dzień wcześniej ostro się pokłóciliśmy. Myślałem, że wyszła na noc do koleżanki. Usłyszałem, jak się przekomarzają – dodał po chwili. Wzruszył ramionami. Niemal widziałam tę scenę: ona w pięknej sukni, albo może w skąpym stroju kąpielowym, umalowana i ufryzowana, otoczona mgiełką seksapilu i drogich perfum. On w jakimś szalu i marynarce, z zerówkami na nosie i cholernie drogim aparatem w dłoniach. A do tego wszystkiego Zbyszek – w czarnych jeansach i podpiętej pod samą szyję koszuli, z kawałkiem plastiku w zaciśniętej dłoni. Patyczkiem z dwoma kreseczkami, które być może napełniły go nadzieją. Które, tylko gdybałam, ale możliwe, że poruszyły jakieś czulsze struny Bartmana.
- Przykro mi – wychrypiałam.
- Niepotrzebnie – sparował, wyciągając z kieszeni spodni wymiętego papierosa. Nie zapalił go, ale bawił się nim w jakimś nerwowym tiku. - Nie ożeniłem się z Eleną z miłości, ona zresztą też nic do mnie nie czuła. Poleciała na portfel i nazwisko. Ja po prostu nie chciałem umierać w samotności.
Wzdrygnęłam się. W jednym, prostym zdaniu było tyle bólu i nienawiści, że znowu poczułam się jak zagubiona Francesca sprzed lat. Psycholożka, która boi się własnego cienia. Atakowana przez jednego pacjenta, uwodzona przez kolejnego. To naprawdę cud, że w tamtym czasie nie postradałam zmysłów...
Nagle Zbyszek westchnął przeciągle, wrzucił podartego peta do mojego kuchennego zlewu i obrócił się do mnie plecami.
- Pójdę już – szepnął. Wypił duszkiem swoją porcję wina. Ruszyłam bezszelestnie w jego kierunku, czując jak serce podchodzi mi do gardła. Robiłam coś, czego nie do końca chciałam. Nie do końca rozumiałam. Nogi same szły w jego stronę. - Nie chciałem mieszać ci w głowie – powiedział cicho, uciskając palcami nasadę nosa, akurat w chwili gdy stanęłam za jego plecami. Byłam niemal pewna, że czuje mój ciepły oddech na koszuli.
Dotknęłam jej materiału. Ciałem Bartmana wstrząsnął dreszcz. Uśmiechnęłam się krzywo, sama nie do końca rozumiejąc swoje reakcje – cieszyłam się, że ciągle na mnie reaguje, czy bałam się, że znowu się przed nim otworzę?
Przesunęłam rozcapierzoną dłonią w dół, potem ponownie w górę. Głaskałam jego plecy, raz przebiegając po nich tylko palcami, raz wgniatając całą dłoń między jego łopatki. Badałam szerokie barki, czułam ciepłą skórę i nierówne bicie serca. Po chwili zacisnęłam szczęki do białości i wyciągnęłam rękę w górę. Palcami dotknęłam szyi Zbyszka. Z jego piersi wydostało się głębokie westchnienie, po chwili przechylił głowę w stronę mojej dłoni. Rozluźniał mięśnie, oddychając głęboko. Miałam wrażenie, że przejmuję jego napięcie, strach i nerwy. Zabieram mu je jak złodziej, niszcząc przy tym samą siebie, od środka.
Zbyszek odwrócił się gwałtownie. Ubrania zaszeleściły w ciszy. Stanął tak blisko mnie, że moja pierś bez problemu dotykała jego torsu, a kiedy chciałam odskoczyć w tył, przestraszona, okazało się, że nie mogę. Trzymał w garści mój nadgarstek, usilnie szukając mojego wzroku. Pociągnął mnie ku sobie, a kiedy stawiłam opór, po prostu zamienił się ze mną miejscem. Zimna ściana przykleiła mi się do pleców, wyciągnięta w górę ręka, zamknięta w silnej dłoni siatkarza pulsowała nieprzyjemnie. Zbyszek oddychał ciężko. Jego oczy wyglądały jak te należące do Johna Coffeya, tak dokładnie opisywanego przez Kinga w jednej z jego powieści. Były załzawione, pełne dziwnego spokoju, a jednak bólu. Jakby Zbyszek był tylko gościem w swoim ciele.
- W co ty ze mną pogrywasz? - Zapytał rozedrganym głosem, przechylając głowę na lewe ramię. Patrzył mi prosto w oczy; wydawało mi się, że próbuje rozebrać moją osobę na czynniki pierwsze. Zrozumieć, co się właśnie dzieje, wyciągnąć ode mnie odpowiedź na pytanie:„Dlaczego?”. Ale jak mogłam mu jej udzielić, skoro sama je sobie zadawałam...?
- Nie wiem – wychrypiałam, ledwie rozwierając usta. Przez jedną sekundę Zbyszek wyglądał tak, jakby naprawdę miał się rozpłakać. Później było już wszystko jedno, i jemu i mnie.

Siedzę skulona na łóżku, z nogami podkulonymi pod samą brodę. Chłód wieczoru wdziera się do mojej sypialni przez otwarte na oścież okno. Słyszę salwę klaksonów, dobiegającą tu z wiecznie ruchliwej ulicy pod moim domem. Podskakuję na swoim miejscu, bo ten dźwięk nie pasuje do reszty nocy, zakłóca jej ciszę i – w moim mniemaniu – niepotrzebnie wyrywa ludzi z bezpiecznego snu. Ale nie Zbyszka. On ciągle oddycha tym samym rytmem, zwrócony do mnie plecami. Na jego łopatkach i bokach ciemnieje dziesięć pręg; jestem pewna, że nazajutrz rano będą już naprawdę dobrze widoczne. Kulę się jeszcze mocniej, o ile to w ogóle możliwe.
Co ja zrobiłam?, pytam siebie w myślach.
Boję się. Boję się tego, co stanie się jutro, za tydzień, za miesiąc. Boję się ponownie wejść do tej samej rzeki, choć – jak ktoś słusznie zauważył – nigdy nie kąpiesz się w tej samej wodzie. Ona ciągle płynie. Zamykam oczy. Znowu słyszę tylko ciężki oddech Zbyszka. Kiedyś ten dźwięk mnie uspokajał, teraz jest zupełnie na odwrót. Nie potrafię się określić. Nie wiem, czego chcę. A to, co wydaje się oczywiste, jest jednocześnie niemożliwe do zdobycia. Nieosiągalne.
Boję się. Nie chcę być samotna, choć nie wiem, czy byłabym w stanie stworzyć prawdziwą rodzinę. Z nim?, pytam siebie, mrużąc oczy ze zmęczenia. Kręcę głową. Chcę tego, pragnę właśnie jego. To on sprawia, że miękną mi kolana i nagle świat przestaje być tak wielki i niedostępny. Ufam mu, choć to największy paradoks świata. On również mi ufa. Nie rozumiem tego, ale tak jest. Jednak boje się, że gdy kryzys minie, on znowu odejdzie.
Boję się. W koszmarach sennych budzę się zlana potem, bo widzę przed sobą twarz opętanego Bartmana, któremu ślina spływa po brodzie. Po pysku. Bo sama nie wiem, widzę jego czy jakąś bestię, którą podświadomie stworzyłam? Automatycznie przełykam rosnącą w gardle gulę i dotykam palcami okolicy krtani. Tam, gdzie kilka lat temu zaciskały się jego wielkie dłonie, dzisiaj idealne miejsce znalazły jego usta.
Zbyszek porusza się na łóżku, szeleszcząc śliską pościelą. Zastygam w bezruchu, wstrzymując powietrze w płucach. Mruczy coś niezrozumiałego. Zaciska pięści na materiale kołdry. Odwraca ku mnie twarz. Blade światło księżyca uwydatnia jego ostre rysy twarzy. Ma zaciśnięte szczęki i zmarszczone brwi. Ściągnięte czoło. Zgrzyta zębami.
Ciaśniej obejmuję się ramionami. Ma koszmary. Myślałam, że już mu przeszło, że wypracowaliśmy to dawno temu... Ale nie. Widzę, jak drży. Boi się.
Czekam. Patrzę. Nie robię nic, choć wiem, że będzie gorzej. Łzy napływają mi do oczu.
Boję się.
Nagle charczy w dziwny sposób, wypuszcza szybko powietrze przez nos i gwałtownie otwiera oczy. Jego źrenice tańczą przez krótką chwilę, próbując dostosować wzrok do nowej sytuacji. Leży w bezruchu, jedynie spojrzeniem poznając nowe miejsce.
Boi się.
Jego wzrok ląduje na moich odkrytych stopach. Wypuszcza głośno powietrze przez zęby, powoli wędrując spojrzeniem w górę. Przez moje nogi okryte kołdrą, po obejmujące je ramiona i wspartą na dłoniach brodę. Mruga gwałtownie, mamrocze coś pod nosem – Nie bądź Eleną, bądź Nią – i dopiero po chwili patrzy mi w twarz.
Patrzy na mnie w niemym oczekiwaniu. Powinnam leżeć obok, prawda? Objąć go, gdy zaczął się szamotać. A jednak nie potrafiłam ruszyć się z miejsca.
      Boję się człowieka, którego pokochałam wiele lat temu.
Uśmiecham się lekko, ocierając wierzchem dłoni łzy z policzków. Zbyszek drga niespokojnie, unosząc się na przedramieniu.
- Francesca...
- Ćśś – syczę, wtulając, niemal wbijając się w jego ciało. Zaskoczony pada na materac, dopiero po długiej chwili obejmując mnie ramieniem. Wdycham jego zapach z nosem przyciśniętym do jego mostka i próbuję się uspokoić. Nie działa. Przestało dawno temu. Gdy zamykam oczy, widzę jego furię.
- Boję się – jęczę w końcu. Zbyszek ujmuje mój podbródek i podnosi moją głowę, na siłę. Wymusza na mnie, bym spojrzała mu w oczy.
- Nie masz czego – szepcze, kciukiem głaszcząc mój policzek. Widzę w nim żal do samego siebie i wiem, że nie mogę, nie wolno mi robić sobie nadziei. Mimo to patrzę w zielone tęczówki i czuję niebezpieczne, mamiące mnie ciepło. Gęsty bluszcz, z którego nie ma ucieczki. Człowieka, który może mnie udusić dla własnej uciechy tylko po to, by zaraz wziąć w ramiona moje zimne ciało. Przełykam głośno, wzdrygam się, organizm jest gotowy do ucieczki. Ale czy ja rzeczywiście chcę uciekać?
      Nie panikuj, powtarzam sobie w myślach.
      Przecież kiedy podnosił na mnie rękę w domu Ignaczaka, był wyprowadzony z równowagi. Nie był sobą... prawda?
Boję się. Ale jako psycholog wiem, że to nic złego. Bać się to nic złego, powtarzam w myślach. Tylko ludzie głupi, pozbawieni wyobraźni się nie boją. A ja nie jestem ani jednym, ani drugim.



Rano budzę się w pustym mieszkaniu.
Na stoliku leży mała, biała karteczka.
Dostrzegam ją i już wiem, że nigdy więcej go nie zobaczę.
Ogromne "PRZEPRASZAM" wwierca się w moje zmysły...

~  *  ~


Tak się kończy ta historia. Zbyszek nigdy nie pogodził się z rodzicami. Nigdy też do końca nie zapomniał o Ewie - choć teraz była już raczej ciepłym wspomnieniem niż poczuciem winy. Francesca? Ślepo zakochana w człowieku, który mógłby skręcić jej kark jednym ruchem ręki. Szukała zmiany w innych mężczyznach, wielu innych mężczyznach... Analogia do wcześniej poznanego zachowania? Być może... Czy to jest normalne uczucie? Każda z nas powinna odpowiedzieć sobie sama na to pytanie. Co było napisane na kartce oprócz tego jednego, przeklętego słowa? Słowa, które mówi tak wiele, a zarazem tak mało...? Zbyszek faktycznie uciekł po raz enty, czy może jednak wyszedł do sklepu po bułki i zaraz wrócił do Francesci? Byli ze sobą do śmierci czy też faktycznie nigdy więcej się nie spotkali? Nie wiem. Nikt tego nie wie. Gdyby Oni istnieli - pewnie też by tego nie wiedzieli. I nikt nigdy się tego nie dowie. Ciągu dalszego nie będzie.

Dziękuję Wam za to, że tu byliście. Blog za niewiele ponad miesiąc kończyłby roczek - ale nie mam tyle zasobów, by tego doczekał ;). Kończymy i jedziemy z życiem dalej. Nie było to opowiadanie typu "Źródła". Ciężko mi się je pisało i dopóki nie zaczęłam go publikować, byłam nim zachwycona. Zaczęłam poruszać tematy, których nigdy nie chciałam tykać, ale - paradoksalnie - bardzo mi to pomogło. Nawet nie tyle rozwinęło mój styl pisania (a tak z ciekawości, widzicie różnicę między Źródłem, a Fobiami?), co rozwinęło moje myślenie i pomogło przepoczwarzyć się z szarej myszki w bardziej otwartą osobę. ;) Dziwnie to zabrzmi "z ust" prawie dwudziestojednoletniej kobity, ale: dojrzałam. Dorosłam, tworząc ten tekst. Później, razem z publikacją, im dalej w las szłam, tym większe schody się pojawiały, w końcu stanęłam pod ścianą. Uparcie powtarzałam, że to opowiadanie nie będzie romansem o pięknych oczach i wyrzeźbionych ciałach siatkarzy, nie chciałam tu miłości rodem z powieści Nicolasa Sparksa - ale niestety, chyba się przeliczyłam. W którymś momencie tworzenia skręciłam w złą stronę, zagalopowałam się i straciłam z horyzontu cel, jaki przyświecał mi od samego początku. Dlatego wyszło, jak wyszło. Chcę jednak wierzyć, że mimo wszystko, było Wam tu dobrze :). Pisanie zawsze było i będzie moją pasją - a najlepsze są dla mnie chwile, gdy mogę się tym pisaniem z kimś dzielić. Dziękuję tym, którzy byli tu ze mną, bo pisać mogę dla siebie, ale bloga prowadzę tylko i wyłącznie dla Was, moich czytelników. I tylko ubolewam, że było Was tak mało... Mnóstwo z Was zniknęło gdzieś po drodze, nie wnikam z jakich przyczyn. Zdarza się. Może się jeszcze odnajdziemy, liczę na to ;). Wiem, że niektórych zawiodłam tym opowiadaniem, a przynajmniej pewnymi jego aspektami - nawet, jeżeli ta osoba/osoby teraz ani nigdy się nie ujawnią, wiem, że muszą takowe być. Z mojej strony mogę zrobić teraz tylko jedno: przeprosić. Mam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek wrócę na blogosferę, wspomnicie mnie ciepło i ponownie odwiedzicie. :)

Miałam tego nie robić, aby nikogo nie urazić czy nie pominąć, ale po dłuższym zastanowieniu uważam, że jednak warto. Poza tym, że po raz enty dziękuję wszystkim, którzy się przez tego bloga przewinęli, dziękuję ogromnie wingspiker., która jest ze mną od samiuśkiego początku. Selene, która również jest obok już bardzo długo, a jej komentarze - bogate, długie - potrafię czytać po kilka razy. Oraz Outfilulu, która znalazła mnie najpóźniej z całej tej trójki, ale zawsze potrafiła dodać otuchy, pochwalić, zwrócić na coś uwagę i sprawiać przy tym, bym sama zaczęła zastanawiać się nad tym, co napisałam. Dziękuję Wam laski. ♥ :)

Co będzie dalej? Długo już nie tworzyłam, teraz próbuję znaleźć napęd do nowego opowiadania. Jakoś idzie, pod prąd i pod górkę, powolutku wena wraca do mojej głowy. :) Idzie to jednak mozolnie. Jestem na tyle niestała i nieprzekonana, że nie wiem, czy historia, którą teraz wzięłam na tapetę będzie tą ostateczną do kolejnej publikacji. Może jednak chwycę się za bary z innym bohaterem? Może wrócę do korzeni i zabawię się w pisanie Fanfiction na podstawie Harrego Pottera? Kto wie. :) Intensywnie nad tym myślę. Jedno jest pewne, na pewno nie zacznę pisać teraz, w trakcie sesji. Już mnie trochę znacie - nie zacznę publikować wcale, nim nie napiszę choćby połowy opowiadania. Nie chcę, nie lubię późniejszych zastojów na blogach... Prędzej czy później na pewno wrócę, nie odkładam długopisu (czy też klawiatury ;)) na zawsze. Ale kiedy to nastąpi? Nie jestem w stanie powiedzieć - monitorujcie podstronę, monitujcie mnie. Nie znikam na zawsze.

Na Waszych blogach nadal będę stałym bywalcem, o nowościach stale informujcie mnie w spamowniku, najlepiej właśnie tu, na Fobiach. Nadrobię wszystko u Was jak tylko te przeklęte egzaminy dobiegną końca... Jako autorka jeszcze się pokażę, a na razie: trzymajcie się ciepło! Do zobaczenia , albo raczej, do przeczytania. ♥
Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.