BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

1 kwi 2016

Fobia pierwsza


Łóżko skrzypiało rytmicznie pod naszymi ciałami, wypełniając tym nieco irytującym dźwiękiem całe moje mieszkanie. Dyszałem młodziutkiej szatynce w twarz, obserwując każdą zachodzącą na jej buzi zmianę; każdy rumieniec, przymrużenie oczu. Z przyjemnością słuchałem jej głębokich westchnień, jęków rozkoszy. Dłonią obejmowałem kobiecą pierś, od czasu do czasu zdarzyło mi się przygryźć pełne, miękkie wargi dziewczyny. Śliski materiał satynowej kołdry przykleił mi się do pleców, tylko potęgując uczucie niemiłosiernego gorąca.
    Wplotła palce jednej dłoni w moje włosy, ciągnąc za nie mocno. Kątem oka widziałem, jak jej druga ręka zaciska się na zmiętym już prześcieradle. Po chwili jasne, piwne oczy zniknęły pod zamkniętymi powiekami. Rozchyliła lekko usta, zaraz układając je w zgrabne „o” i odgięła głowę w tył, eksponując długą szyję.
    Właśnie tak, o to chodzi.
    Uśmiechnąłem się pod nosem. Czując, że dziewczyna za chwilę rozsypie mi się w ramionach, powoli przesunąłem dłoń po jej ciele; od piersi, przez szyję, ku twarzy, delikatnie obejmując jej policzek dłonią. Wiła się pode mną, jej ręka zjechała na mój kark. Czułem jak długie, wypiłowane w ostre migdały paznokcie ranią mi skórę. Wtuliłem twarz w zagłębienie jej szyi, zaraz robiąc w tamtym miejscu niemal purpurową malinkę, pilnując się jednocześnie, żeby nie wziąć zbyt głębokiego oddechu. Miała obrzydliwe perfumy.
    Ale dostaniesz za to w pysk, zakpiłem w myślach w tym samym momencie, w którym moje uszy podrażnił długi, przeciągły jęk. Ścisnęła mnie w pasie kolanami, wyginając ciało w seksowny łuk, skamląc i piszcząc. Wypuściłem spomiędzy zębów jej skórę, zaparłem się ręką o materac i zwierając szczęki, naparłem na nią mocniej, niemal brutalnie, ze zwierzęcą siłą.
    Dwa, trzy pchnięcia i było po wszystkim. Ona tylko pisnęła, nadwrażliwa na każdy ruch z mojej strony, ja przeżyłem własne spełnienie. Moje ciało przeszył gwałtowny dreszcz; na ułamek chwili wszystko ucichło, a ja zagryzając wargę do krwi, byle tylko nie mruknąć, nie wydać z siebie żadnego dźwięku i nie pokazać jej, jak dobrze mi było, opadłem bezwiednie na ciało szatynki, dosłownie wbijając ją w materac. Oddychałem płytko, z twarzą wciśniętą między jej szyję, a poduszkę, próbując uspokoić tętno. Odprężałem się powoli, z przymkniętymi powiekami kontemplując dany mi moment. Lubiłem to. Cholernie to lubiłem.
    Dziewczyna poruszyła się pode mną delikatnie. Wzięła głębszy oddech dla uspokojenia i nieśmiało musnęła palcami moje ramię. Mój mózg natychmiast zareagował we właściwy sobie sposób, wysyłając do każdej komórki mojego ciała tylko jedno spostrzeżenie: trzeba wiać.
    Delikatnie, powoli, jakbym nie robił nic złego, uniosłem się na drżących jeszcze przedramionach i przetoczyłem na bok, opadając plecami na materac łóżka. Żeby nie poczuła się przy mnie nadto bezpiecznie, żeby nie chciała mnie objąć. Uciekałem od każdej formy fizycznego kontaktu tak przed grą wstępną, jak i po seksie. I tak dość często wysłuchiwałem płaczu, nie musiałem dawać tym dziewczynom dodatkowych pretekstów do policzkowania mnie, popadania w histerię, czy robienia awantur.
    Patrzyła na mnie, myśląc, że tego nie widzę. Uniosłem kącik ust do góry i wziąłem głęboki oddech. Zaczesałem mokre włosy w tył, uciekając w ten sposób przed niechcianym napływem czułości. Skoro moja ręka była gdzieś-tam w górze, za poduszką, ona nie mogła się do niej przytulić, a ja nie miałem szansy poczuć się winnym. Chociaż, czy ja kiedykolwiek się tak czułem po zwykłym numerku?
    - Jesteś… niesamowity, naprawdę - usłyszałem ochrypły, drżący od emocji głos po swojej lewej. Na moją twarz w mgnieniu oka wstąpił szeroki, bardzo szeroki uśmiech. Pewnie, że byłem. Lata praktyki, chciałoby się rzec. Bez słowa poderwałem się w górę i owinąłem biodra swoją kołdrą. Kobieta poruszyła się delikatnie na materacu, chowając rozgrzane ciało pod drugą kołdrą i oglądając lubieżnie moje ciało. Z szatańskim uśmieszkiem wróciłem na łóżko i gwałtownie przełożyłem nogę nad ciałem kochanki, patrząc jej głęboko w oczy. Ciągle były zamglone, ich barwa przywodziła mi na myśl jasne, pszeniczne piwo. Uśmiechnąłem się pod nosem i wpiłem w jej opuchnięte usta, rozchylając je językiem. Zamruczała tylko, chętnie oddając pocałunek. Nie miała siły mi się sprzeciwić i ten moment lubiłem najbardziej.
    Oderwałem się od niej szybko, gdy tylko dotknęła opuszkami palców mojej twarzy. Zaczynała pozwalać sobie na zbyt wiele.
    - Idę pod prysznic - wymruczałem cicho, łapiąc ją za dłoń, żeby zdjąć ją ze swojego ciała. Uśmiechnęła się do mnie zalotnie, zapewne myśląc, że proponuję jej kolejną rundkę w łazience.
    Marzenia ściętej głowy!
    Przycisnąłem jej delikatną dłoń do poduszki, uśmiechając się słodko. Zarumieniona, zaspokojona, bezbronna, patrzyła na mnie ufnie i aż na jedną mikrosekundkę poczułem się jak ostatni złamas. Uczucie jednak minęło tak szybko, jak się pojawiło, na nowo rozświetlając mój umysł.
    - Kiedy wrócę, ciebie już tutaj nie będzie - powiedziałem tym samym tonem. Uśmiech spełzł ze ślicznej buzi; dziewczyna, której imię nagle uleciało mi z głowy, pobladła gwałtownie i delikatnie otworzyła usta, biegając przerażonym spojrzeniem po mojej twarzy. Puściłem jej perskie oko, zszedłem z niej i zacząłem zbierać swoje rzeczy z podłogi. Jej wzrok palił moje plecy, ale od tak dawna przechodziłem podobne „rozstania”, że już się przyzwyczaiłem.
    - Ale… dlaczego, coś się stało? Coś było nie tak? - zapytała cicho, pełnym przejęcia głosem. Zerknąłem na nią przez ramię i z trudem zdławiłem uśmiech. Okay, byłem świnią, w łóżku bywałem nieco za ostry, nie raz usłyszałem w swoim kierunku epitety typu „skurwiel” czy nawet „szowinista”, choć wcale nie uważałem swojej płci za dominującą. Nie mogłem jednak powstrzymać uśmiechu. Pełna wdzięku i seksapilu kobieta, która naprawdę potrafiła uwodzić, której nagie ciało oglądałem przez ostatnie trzy dni, nagle stała się cichą, niepewną siebie, skuloną pod miotłą myszką. Uparcie owijała się kołdrą, bylebym tylko nie ujrzał niczego więcej poza jej ramionami i głową.
    - Nie, dlaczego - bąknąłem, wzruszając ramionami. Przerzuciłem sobie wczorajszą koszulę i spodnie przez ramię i rozejrzałem dookoła, w poszukiwaniu zegarka. Nidy nie pamiętałem, gdzie go odłożyłem.
    - To… nie rozumiem. Czemu ze mną zrywasz?
    Przystanąłem w miejscu i popatrzyłem na nią jak na wariatkę.
    - Zrywam? - zdziwiłem się szczerze. Szatynka zatrzepotała rzęsami.
    - K-kazałeś mi wyjść, myślałam…
    Ach, o to chodzi.
    - Cóż, jeżeli tych kilka dni uznałaś za związek, to tak - mruknąłem, nawet na nią nie patrząc. - Zrywam z tobą.
    Tu jesteś!, ucieszyłem się, odnajdując na komodzie swojego czarno-srebrnego Aztorina. Żwawym krokiem przeszedłem przez pół pokoju, nałożyłem bransoletę zegarka na nadgarstek i spojrzałem przelotnie na jego tarczę.
    - Ale czemu? - wydukała przestraszona. Tylko, że mnie to już nie obchodziło. Jej słowa nie docierały do mojego mózgu, za to krew odpłynęła mi z twarzy, gdy zobaczyłem godzinę.
    - Kurwa! - warknąłem głośno i rzuciłem się do łazienki, po drodze zbierając z paneli bokserki, żeby wrzucić je do kosza na brudy.
    Nie czułem potrzeby ciągnięcia rozmowy z szatynką; jasno wyraziłem, czego oczekuję. Kazałem jej wyjść i miałem nadzieję, że była jedną z tych dziewczyn, które po prostu to robiły. Ba, niektóre uciekały z mojego mieszkania jak najszybciej, byle tylko znowu nie stanąć ze mną twarzą w twarz. Tym bardziej nie chciałem się bawić w dyskusje i płacze, że byłem prawie spóźniony na rozmowę z Pankiem. Jasne, wszystko już było ustalone, wystarczyło tylko podpisać kontrakt, ale chyba nie wypadało się spóźniać pierwszego dnia, prawda?
    Obejrzałem dokładnie koszulę pod ostrym, punktowym światłem i z sykiem cisnąłem ją razem z bielizną do kosza stojącego obok pralki. Świetnie, jeszcze mnie czekało prasowanie! Zrolowałem kołdrę, położyłem ją na pralce i wskoczyłem pod prysznic. Zimna woda przyjemnie szczypała moją rozgrzaną skórę, zmywając z niej ślady ust, zapach tej kobiety, jej obrzydliwe, słodkie, mdłe perfumy. Nigdy nie rozumiałem, jak kobiety mogą się spryskiwać czymś takim i to w tak zabójczych ilościach.
    Zapamiętajcie sobie: perfum używamy w niewielkich ilościach. Jak wylejecie na siebie pół flakonu naraz, to tylko odstraszycie.
    Pięć minut. Tyle miałem na doprowadzenie się do porządku. Przetarłem mokre włosy ręcznikiem, na tyłek wciągnąłem czarne jeansy i ze szczoteczką do zębów w ustach wyskoczyłem z łazienki, żwawym krokiem idąc w stronę kuchni. Nie zauważyłem, że łóżko w sypialni było równo zaścielone, a to zawsze jest zły znak…
    W progu kuchni stanąłem jak wryty. Szatynka zalewała kubki z kawą wrzątkiem, na wyspie stał pokaźny talerz kanapek, a ona jakby nigdy nic, uśmiechnęła się do mnie promiennie i usiadła sobie na skraju wysokiego krzesła.
    - Czo ty roisz? - wybełkotałem, bardzo się starając, żeby piana z pasty nie spłynęła mi po brodzie.
    - Zrobiłam nam śniadanie - oznajmiła spokojnie, a ja poczułem się tak, jakby ktoś kopnął mnie w sam żołądek.
    Nam. Ja pierdolę, nam!
    - Kazaem czi wyjść - warknąłem na tyle groźnie, na ile pozwalała mi na to szczoteczka wetknięta między zęby, rozkładając przy tym ręce i ściągając ku sobie brwi. Kobieta westchnęła ciężko i z brzękiem odstawiła kubek na blat wyspy.
    - Chciałam się dowiedzieć, dlaczego - powiedziała spokojnie. Nie, no nie, nie teraz!, jęknąłem zdruzgotany. - Przecież dobrze było nam razem. Miło spędziliśmy czas, seks był… niesamowity. - powiedziała ciszej, rumieniąc się obficie.
    - No. I na tym szkończmy - burknąłem, podchodząc do kuchennego zlewu. W dupie z tym, nie mogłem się spóźnić, a jeśli teraz wróciłbym do łazienki, ona poczułaby swoją wyższość. Usłyszałem, jak okręca się na barowym stołku, wlepiając we mnie te swoje jasne oczy.
    - Nic do mnie nie czujesz? - zapytała cichutko, a ja ciężko westchnąłem. Brawo, mistrzyni dedukcji! - Nie kochasz mnie?
    Zachłysnąłem się nabraną w usta wodą. Splunąłem gwałtownie, zapewne mocząc naczynia na suszarce i zacząłem się dusić. Łzy nabiegły mi do oczu, w płucach czułem tysiące igiełek i za nic nie mogłem nabrać oddechu. W tamtej chwili ucieszyłem się, że była ze mną w kuchni. Zeskoczyła ze stołka i z całej siły zaczęła uderzać mnie między łopatkami, bylebym przestał się dusić. Kiedy poczułem się lepiej, obróciłem się do niej przodem i złapałem ją za nadgarstek; delikatnie, żeby dać znać, że może skończyć mnie ratować.
    - Ja ci nic nie obiecywałem - wycharczałem cicho. Gardło bolało mnie od tego napadu kaszlu. - A już na pewno nie mówiłem, że cię kocham - prychnąłem, włoski zjeżyły mi się na karku. Rzadko, naprawdę rzadko kiedy wypowiadałem to słowo na k, nawet w żartach. Dziwnie brzmiało...
    - Ale…
    - Słuchaj, śpieszę się. Weź swoje rzeczy i po prostu wyjdź - spróbowałem zabrzmieć łagodnie, uciekając na drugi kraniec kuchni. Lubiłem seks, lubiłem kobiety, byłem przyzwyczajony do siarczystych policzków, ale nie byłem masochistą, żeby dawać się bić dla przyjemności. Dla zajęcia czymś rąk, włożyłem dwie kromki chleba do tostera.
    - Nie rozumiem - wystękała, kręcąc głową. - Te wszystkie kolacje, kwiaty, zaloty… Nie zachowywałeś się tak.
    - Jakoś musiałem cię uwieść - syknąłem, łypiąc na nią groźnie.
    - Jesteś żigolem? - wypluła te słowa, a ja zaraz się najeżyłem. Kurwa, to, że jestem dobry w łóżku nie znaczy, że jestem męską dziwką!
    - A prosiłem, żebyś mi płaciła? - warknąłem gardłowo i chyba trochę ją przestraszyłem, bo zrobiła pół kroku w tył, obejmując się ramionami.
    - Zbyszek… nie jesteś taki - szepnęła, a ja nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać. - Na pewno nie jesteś.
    Pokręciłem głową. Chciałem jej coś odpyskować, ale mój wzrok znowu padł na zegarek i o mało nie zemdlałem.
    - Ja pierdolę - syknąłem i w tempie błyskawicy wybiegłem na przedpokój. Wpadłem do salonu, rozejrzałem się dookoła. Złapałem torbę kochanki w rękę, w drugą wziąłem jej sweterek i kolorową apaszkę. Wychodząc z pokoju, o mało się z nią nie zderzyłem.
    - Sabrina, Sabina, jak ci tam - machnąłem lekceważąco ręką. Wcisnąłem jej torbę w ręce. - Masz swoje rzeczy, ubierz się, żebyś nie zmarzła… i tam są drzwi - syknąłem, wskazując powłokę z ciemnego drewna palcem. Wtedy coś w jej oczach uległo diametralnej zmianie. Pociemniały, stały się groźne. Delikatne rysy twarzy stężały, a ona sama wyprostowała się dumnie.
    - Sara. Mam na imię Sara - syknęła lodowatym tonem. Moje usta wykrzywił cyniczny uśmieszek.
    - Ładnie - sparowałem. - Wyjdź.
    - Zawsze jesteś takim chamem po numerku? - syknęła znowu.
    - Po dobrym seksie umiem być grzeczny - powiedziałem cicho, skutecznie podnosząc jej ciśnienie. Spurpurowiała w mgnieniu oka.
    - Idź do diabła, Bartman - warknęła, zamaszystym ruchem nakładając fioletowy sweterek na ramiona. Znowu się zaśmiałem, tym razem o wiele ciszej, wciskając dłonie w kieszenie spodni.
    - Już tam byłem, słoneczko - odparłem i mrugnąłem do niej wesoło. SARA pokiwała z dezaprobatą głową. Fuknęła coś, w jej oczach wezbrały łzy. Już szykowałem się na jej dłoń, wpasowującą się w moją twarz, ale ona tylko odwróciła się na pięcie i opuściła moje mieszkanie, na odchodnym trzaskając drzwiami.
    Nie ukrywam, zaskoczyła mnie. Wiedziałem, że była silną kobietą, w końcu to niezależna bizneswoman, ale wydawało mi się, że w sprawach damsko-męskich raczej kierowała się serduszkiem, a ono było bardzo, bardzo kruchutkie, już na pierwszy rzut oka.
    Kilka sekund patrzyłem za zamknięte drzwi, by w końcu drgnąć gwałtownie na całym ciele, gdy dwie, nieco przypalone kromki chleba wyskoczyły z tostera z charakterystycznym trzaskiem.
    - Spóźniony, spóźniony, spóźniony! - syknąłem przez zęby, wbiegając ponownie do kuchni. Parząc palce o grzanki, wyciągnąłem je pokracznie na talerzyk, po czym z niesmakiem obejrzałem śniadanie przygotowane przez Sarę.
    No ładnie, teraz będę już pamiętał, nie wiem po co…
    Z ciężkim westchnieniem owinąłem talerz kanapek folią, wstawiłem go do lodówki, a dwa kubki czarnej fusiary wylałem do zlewu z grymasem na twarzy. Kawa, o ósmej rano, fuknąłem w myślach. Czarna, mocna. Żeby mi serce stanęło. Pokręciłem głową, do wysokiej szklanki nalałem sobie soku pomarańczowego, a tosty wysmarowałem dość grubą warstwą nutelli. Z uśmiechem dziecka oblizałem nóż i z westchnieniem usiadłem na skraju barowego stołka, zapatrzony w obraz kąpiącego się w słońcu Rzeszowa, chrupiąc swoje śniadanie.
    Rano jadałem tylko to. Codziennie, niezmiennie już osiem długich lat. I nigdy nie miałem dość. Głowę zawsze miałem wtedy przyjemnie pustą, odrywałem się od rzeczywistości.
    Śniadanie to była jedyna stała w moim życiu, od bardzo, bardzo dawna. Jedna z niewielu tradycji, jakie Ona we mnie zaszczepiła…
    Z melancholijnego nastroju wyrwał mnie dźwięk rozdzwonionej komórki. Zanim rzuciłem się do jej odebrania, narzuciłem na siebie szarą koszulkę i czarną marynarkę.
    - Powiedz, że twoje auto wcale nie stoi pod twoim blokiem i już dawno siedzisz w sali na Podpromiu - usłyszałem w słuchawce; bez żadnego powitania, pytania o samopoczucie, czegokolwiek. Od razu konkret. Jak zawsze. Uśmiechnąłem się i zamykając drzwi na klucz, rzuciłem swobodnie:
    - Okay. To nie moje auto, a ja jestem na hali.
    - Zbyszek… - jęknął mężczyzna. W jego głosie słyszałem prawdziwą mękę.
    - Już schodzę - zaśmiałem się i rozłączyłem, nim Krystian zdążyłby mnie zasypać setkami wyrzutów. Zbiegłem po dwa stopnie naraz i nakładając ciemne okulary na nos, wyszedłem na zalane słońcem podwórko. Rozejrzałem się dookoła i uniosłem dłoń w górę, widząc starszego ode mnie mężczyznę, zerkającego nerwowo na zegarek na przegubie.
    - Siema - mruknąłem wesoło, kątem oka zezując na swój samochód. Miałem bzika na jego punkcie. Dostawałem szału, gdy tylko zobaczyłem na lśniącej masce zwykły listek czy choćby pyłek kurzu, dlatego zazwyczaj auto stało w garażu. Obok dwóch pozostałych, swoją drogą. Tamtego dnia, czerwona Mazda szóstka stała sobie jednak bezkarnie pod blokiem, w którym wynajmowałem apartament, bo poprzedniej nocy byłem z Sarą w teatrze, a później przywiozłem ją tutaj. Byłem zbyt zajęty, żeby odprowadzać wóz do garażu – są rzeczy ważne i ważniejsze, prawda? Uśmiechnąłem się nikle pod nosem, wspominając sobie co ciekawsze chwile minionej nocy.
    - Znowu? - usłyszałem przed sobą i gwałtownie potrząsnąłem głową.
    Krystian Szakalski. Względnie – po prostu Szakal. Facet około metr siedemdziesiąt pięć, blondyn, kozia bródka i pomarańczowe okulary-połówki. Zasadniczo niewiele starszy ode mnie.
    Mój manager.
    Ubrany w marynarkę i białą koszulę, rozpiętą lekko pod szyją, patrzył na mnie w ten swój charakterystyczny sposób, jakby chciał się zmienić w mojego ojca i dać mi szlaban za nieposłuszeństwo. Bo warto teraz nadmienić, że Krystian ma żonę, tę samą kobietę już przeszło piętnaście lat, a do tego trójkę dzieci. No i jest katolikiem. Rzekłbym, że czasami nawet dość… zatwardziałym. W zestawieniu ze mną, lubującym się w fizycznej przyjemności ateistą, byliśmy… z innych światów. Dosłownie. Raczej nie pasowałem do jego wizji krainy miodem i mlekiem płynącej. Zasadniczo, nigdy nie wiedziałem, skąd ten człowiek brał tak wielkie pokłady cierpliwości do mojej osoby.
    - Co „znowu”? - bąknąłem z głupkowatym uśmieszkiem, obchodząc jego Citroena dookoła, żeby wsiąść po prawej stronie kierowcy. Krystian zamknął oczy; widziałem, jak bezgłośnie porusza ustami. Liczył do dziesięciu i z powrotem. Ugryzłem się w język, żeby się nie roześmiać.
    - Nie krytykuję twojego stylu życia… - wydukał z trudem.
    - Jeszcze - wszedłem mu w słowo, zamaszyście otwierając drzwi auta. Krystian zgromił mnie spojrzeniem.
    - Ale kiedy obowiązki, to obowiązki, Bartman - powiedział oschle. Posłałem mu cierpliwy uśmiech i wskoczyłem do wozu.
    - Wsiadaj, późno jest! - krzyknąłem, szczerząc się wesoło, gdy Krystian z dezaprobatą potarł skroń palcami. Wiedziałem, że i tak mnie lubi. Bez słowa usiadł za kierownicą, odpalił silnik i wyjechał na dość ruchliwą drogę, od razu kierując się w stronę rzeszowskiej hali.
    Lubiłem to miasto. Grałem tu kiedyś, zanim, cytując Igłę, do reszty mi odbiło. Jak w większości klubów, nie zagrzałem tu miejsca dłużej, niż jeden sezon. Pamiętam, że chciałem zostać, ale prezes chciał wtedy innego atakującego. Za to teraz, gdy znowu przerobiłem się na przyjmującego i chyba jako-tako mi to wychodziło, Asseco ponowiła propozycję.
    Skłamałbym mówiąc, że się nie cieszę. Cieszyłem się, tym bardziej, że Kurek podpisał z klubem umowę tydzień przede mną, poza tym w Resovii był Achrem no i nasz Igła, ekspert od wszystkiego. Uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem. Fajnie zwiedzało się świat, podróżowało, poznawało nowe kultury i sposoby prowadzenia treningów, ale gdy zna się większość zespołu, można być na swoich śmieciach… Nie bez powodu mówi się, że „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”.
    Poza tym, to miasto miało w sobie coś, czego nie zaznałem nigdzie indziej. Ono żyło siatkówką, było nią przesycone. Hala zawsze zapełniała się po brzegi, często nie było miejsc dla kibiców innych drużyn, a doping ludzi w pasiakach był najlepszym w Polsce. I niech się schowa Skra, ze swoją Atlas Areną i biegającą dookoła boiska pszczołą, niech się nie wychyla Lotos Trefl Gdańsk, który pod wodzą Anastasiego wbił się w czołówkę i porywa coraz więcej ludzi w Trójmieście. Pasiaki miały najlepszych kibiców, koniec, kropka.
    - Być może dostaniesz kontrakt na rok z opcją na przedłużenie - powiedział Krystian, gdy wchodziliśmy na teren hali. - Rozmawiałem z Pankiem, powiedział, że się nad tym zastanowi, ale ostateczna decyzja należy do niego.
    - Jak zawsze - skwitowałem, wzruszając ramionami. Opcja „przedłużenia” była wygodna, nie mówię, że nie, ale mnie od jakiś trzech lat kusiły Chiny, Japonia czy Korea. Zawsze chciałem tam pojechać, poznać tamten system szkoleniowy. Gdyby za rok jakiś klub w końcu złożył mi bardziej konkretną propozycję, nawet nie zastanawiałbym się nad odpowiedzią. Niemniej jednak, gdyby nie wyszło, „opcja przedłużenie” brzmiało dobrze.
    - Nie wyskocz z czymś głupim, okay? - westchnął chłopak, wzdychając ciężko i zdejmując marynarkę. Trzydzieści stopni, a ten się ubrał w długi rękaw!
    - Nie, no co ty. Pełna profeska - mruknąłem, wzrokiem wyłapując niską blondynkę wciśniętą w czarną, ołówkową spódnicę do kolan i białą bluzeczkę z żabotem, krzątającą się przy kserokopiarce. Jasne włosy ściśnięte w grubego koka nie pozwalały żadnemu kosmykowi na opuszczenie misternego splotu. Uwydatniła swoją wąską talię, wciągając bluzkę w spódnicę, a czarne szpilki wydłużyły jej nogi. Krótkimi (w porównaniu do tych Sary) paznokciami, bębniła o plastikową obudowę maszyny, wyraźnie znużona. Czarne okulary z oprawkami w kształcie kocich oczu dodawały jej uroku i inteligentnego wyglądu. Była delikatnie umalowana, a gdy uśmiechnęła się do jednej z koleżanek, coś przewróciło mi żołądek na lewą stronę.
    - Zibi - Krystian złapał mnie mocno za bark, widząc co się dzieje. Nie ukrywam, zabolało.
    - Opanuj się, do Panka się nie ślinię, tak? - ofuknąłem go i wyrwałem ramię z jego uścisku, a kiedy odwróciłem głowę, dziewczyny już nie było. Podirytowany, przewróciłem oczami.
    - No, tego jeszcze brakuje, żebyś się okazał krypto gejem - rzucił Szakal, po czym roześmiał się tubalnie, kręcąc przy tym głową. Miałem ochotę pieprznąć go w ten pusty łeb, ale nie dałem rady, samemu wybuchając śmiechem. Wtem drzwi jednej z salek otworzyły się na oścież, a w ich progu stanęła jasnowłosa sekretarka. Odkaszlnąłem gwałtownie, próbując się uspokoić, choć ramiona ciągle drgały mi od śmiechu. Choć bardzo próbowałem odzyskać fason przed śliczną blondynką, za cholerę nie mogłem przestać dygotać.
    - Proszę, pan prezes czeka w sali - powiedziała cicho, skupiając wzrok na Krystianie i zapraszając nas gestem ręki do środka. Miała melodyjny, ciepły tembr głosu. Zlustrowałem ją posuwistym spojrzeniem, przechodząc obok niej i z automatu zacząłem w myśli rozrysowywać plan działania.
    - Wybaczcie mi, panowie, że spotykamy się na hali, a nie w moim biurze, ale na niektóre rzeczy i ja nie mam wpływu - prezes wstał z miejsca z serdecznym uśmiechem i rozłożył na powitanie ramiona, wskazując mnie i Krystianowi fotele po przeciwnej jemu stronie biurka. Przywitał się z nami uściskiem dłoni i opadł na swoje miejsce.
    - Kawa? - raczej stwierdził, niż zapytał. Szakal ochoczo pokiwał głową, ja za to pokiwałem swoją w przeciwną stronę.
    - Poproszę wodę, jeśli to nie problem - rzuciłem swobodnie, zakładając nogę na nogę. Kawa, w taki upał, nie. Zresztą, od jakiegoś czasu w ogóle nie mogłem pić tej „ambrozji”. Nie wiem, może nażłopałem się za dużo Lavazzy we Włoszech.
    Panek uśmiechnął się do mnie po raz kolejny, wcisnął coś na interfonie i poprosił swoją sekretarkę o dwie kawy i wodę z cytryną. Pech chciał, że nie usłyszałem imienia.
    - Wakacje się udały? - zapytał mnie swobodnie, zaplatając palce na wysokości brzucha. Uśmiechnąłem się bardzo delikatnie. Chyba nie chciał znać szczegółów, ale ja z pełną świadomością mogłem przyznać sam przed sobą: Hawaje to był strzał w dziesiątkę.
    - Jak najbardziej, dziękuję.
    - Brak kadry, cztery miesiące wolnego. Mam nadzieję, że pan wypoczął, bo w tym roku Resovia chciałaby odzyskać koronę - rzucił. Mimo, że nie zmienił pozycji, w jego głosie zabrzmiała surowa nuta. Skinąłem mu tylko głową.
    - A ja mam nadzieję, że uda mi się w tym pomóc - przyznałem. Uwagę o reprezentacji puściłem mimo uszu. Marek uśmiechnął się szeroko, otworzył szufladę i wyjął na blat biurka plik kartek oraz długopis. W tym samym czasie drzwi prowadzące do sali otworzyły się ze skrzypnięciem, a moje uszy podrażnił stukot obcasów uderzających o posadzkę. Drobna dziewczynka, na oko dwudziestopięciolatka, postawiła metalową tackę na biurku, wpierw podając kawę prezesowi. Kilka sekund później uśmiechnęła się słodko do Krystiana.
    - Dla mnie również kawa - powiedział spokojnie, odbierając swoją filiżankę. Blondynka postawiła na stole cukiernicę i niewielki dzbanuszek z mlekiem, bliżej mojej strony postawiła szklankę z plasterkiem cytryny i w końcu na mnie spojrzała.
    - Nie wiedziałam, czy podać gazowaną czy… niegazowaną - wydukała, otwierając nieco szerzej oczy, gdy w końcu jej wzrok padł na moją twarz. Miała szaro-zielone oczy, na które padał cień grubych, czarnych rzęs. Ścisnąłem lekko nogi ze sobą, zmuszając się do uśmiechu.
    - Może być gazowana - powiedziałem, z trudem utrzymując wzrok na ładnej buzi. Miałem wielką ochotę wciągnąć ją na swoje kolana, obłapiać wzrokiem, dłońmi, ustami całe jej ciało. Wiele wysiłku kosztowało mnie profesjonalne zachowanie, tym bardziej, że widziałem, że ona również nie jest obojętna. Zarumieniła się, spuściła wzrok. Zaczęły drżeć jej dłonie i słyszałem, jak nieco szybciej oddycha. Postawiła na stole butelkę gazowanej Kropli Beskidu (prezes się szarpnął, nie ma co!), dygnęła śmiesznie i szybkim krokiem opuściła pomieszczenie. Zagryzłem wargę niemal do krwi, żeby się za nią nie obrócić. Ja pierdykam, po jaką cholerę Panek pozwalał jej się tak ubierać do pracy?!
    Wymieniliśmy w trójkę jeszcze kilka grzeczności. Marek próbował nawiązać prawdziwie przyjacielskie kontakty, zagadując mnie o piłkę nożną, ale w końcu dał za wygraną, albo też miał po prostu inne zobowiązania i śpieszno mu było do zakończenia spotkania ze mną i Szakalskim.
    - Parę podpisów i dłużej panów nie trzymam - uśmiechnął się, podając mi do rąk gruby plik kartek będący moim kontraktem. Przebiegłem go wzrokiem dość pobieżnie, wczytując się tylko w dwa, czy trzy podpunkty. Na jednym zależało mi szczególnie. Z moich ust niemal wyrwało się ciche syknięcie, gdy zrozumiałem, że starania Szakala znowu spełzły na niczym. Za rok pewnie znowu będę musiał się przeprowadzać…
    Uśmiechnąłem się z aprobatą, zręcznie udając, że wszystko jest w porządku, po czym wziąłem do ręki długopis. Gdy składałem zamaszysty podpis na pierwszej stronie, oczy prezesa zaświeciły mocnym blaskiem.
    - Jeszcze tu… - poprosił, podtykając mi drugi egzemplarz umowy. - I tutaj, czytelnie. - dodał. - Cudownie. Ach, nie, chwilka! Zapomniałbym! - machnął ręką, kiedy ja już chciałem zbierać się do wyjścia. Zaskoczony zerknąłem w stronę Krystiana, ale on jakby celowo patrzył w zupełnie innym kierunku. - Prosiłbym jeszcze o podpisanie tego formularza. Wiem, że to dodatkowe papierzyska, ale klinika prosiła o osobną umowę dla siebie. Jeden dodatkowy autograf, to nie problem, prawda? - zapytał z uśmiechem. W głowie dzwoniło mi słowo „klinika”. Niemożliwe, żeby chodziło o badania okresowe, skoro już je przeszedłem.
    - A co to takiego? - zapytałem, ściągając ku sobie brwi i biorąc pojedynczą kartkę z regulaminem w dłoń.
    - Błahostka. Do podpisania, żeby przychodnia miała pewność, że został pan poinformowany o warunkach współpracy, że zgadza się pan na zasady postawione przez pana psychoterapeutę i tak dalej - machnął lekceważąco ręką, a mnie serce utknęło w gardle.
    - Przez kogo?! - krzyknąłem gwałtownie, gdy nagle duża ilość tlenu dostała się do moich płuc. Panek uniósł wysoko brwi, a minę miał tak poważną, że zaraz skojarzyłem go z niezadowolonym z wyników pupilka nauczycielem z liceum. Aż się skuliłem na fotelu, rozkładając bezradnie ręce.
    - Nie bardzo rozumiem, pan Krystian zapewniał, że wie pan o warunkach, jakie musi pan spełnić, żeby grać w Sovii - syknął, łypiąc na Szakala. Zrobiłem to samo, ściskając dłoń w pięść. Nie powiedział mi, gnój pieprzony, a patrzył na mnie z takim niesmakiem i dezaprobatą, że oczywistym było, iż to ja zbiorę wszystkie lincze od prezesa. Kilka sekund siedzieliśmy w całkowitej ciszy. Nagle Panek podniósł się z miejsca, zerknął na zegarek i uśmiechnął się cierpliwie.
    - Zostawię panów samych. Wyjaśnijcie to między sobą, ja przez ten czas zadzwonię - oznajmił i nie czekając na żadną reakcję, wyszedł z sali.
    - Popierdoliło cię do reszty?! - huknąłem, gdy tylko zapadka w drzwiach przeskoczyła ze szczękiem.
    - Zamknij się, on wszystko słyszy - syknął Szakal, brodą wskazując mi wyjście.
    - Gówno mnie to obchodzi! - zawołałem nieco wyższym tonem, choć zrobiłem to o wiele ciszej. - Jaki, kurwa, psychoterapeuta?!
    - Gdybyś się na to nie zgodził, nie mógłbyś tu grać - powiedział spokojnie, z pewną skruchą w głosie. Chociaż tyle miał przyzwoitości! Debil…
    - To pojechałbym gdzie indziej! - zawołałem z histerycznym śmiechem. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach, analizując otrzymaną przed chwilą informację. Jaki psychoterapeuta, po co?!
    - Żaden klub cię nie chciał.
    - Przecież były propozycje z zagranicy!
    - I zaraz je wycofywano!
    - Bo nie było ich na mnie stać!
    - Guzik! - uniósł się Szakalski. - Myślisz, że dlaczego wywalili cię z Modeny?!
   - Bo w Lidze Mistrzów jest limit cudzoziemców? - parsknąłem z ironią. Moje słowa niemal ociekały jadem. Miałem ochotę Krystiana rozszarpać!
    - Gówno prawda i zasłonka! - krzyknął głośno, aż podskoczyłem na swoim miejscu. Zamrugałem szybko powiekami, całkowicie wytrącony z pantałyku. „Bluźniący”, podnoszący głos Szakal to było tak rzadkie zjawisko, jak śnieg w lipcu na Saharze. - Powinieneś się cieszyć, że Lorenzetti ani Pedrini nie zmasakrowali Ci twarzy, kiedy się dowiedzieli, gdzie znikają ich żony!
    Znowu zamrugałem, ale tym razem parsknąłem śmiechem. To był jakiś absurd!
    - Słuchaj, to, że byli kiepscy i ich kobiety odskoczyły sobie w bok, to ich problem, nie mój - mruknąłem, przyjmując swój zwykły, luzacki ton. Wzruszyłem ramionami. - A, że akurat trafiły na mnie…
    - I właśnie o to chodzi – westchnął Krystian, poprawiając okulary. - Żebyś w końcu zrozumiał, że to, co robisz jest złe.
    - Mi nie jest źle!
    - Doprawdy? Nie szkodzisz sam sobie? - sarknął. - Trenerzy cię nie chcą, bo jesteś agresywny, Zbyszek. Rozbijasz drużynę od środka, a chyba nie muszę ci tłumaczyć, jak zespołową grą jest siatkówka.
    - Kurwa, Krystian, żyję w ten sposób od lat!
    - No właśnie! - pstryknął palcami, jakbym w końcu wyłapał o co mu chodzi. - Od lat! Od ośmiu dokładnie!
    Zadrżałem.
    - I jeszcze nikomu krzywdy nie zrobiłem! Okay, rozbiłem parę małżeństw, ale jakoś pcham karierę, ba!, nawet byłem w kadrze przez ten czas. Radzę sobie - syknąłem wrogo.
    - Nie radzisz.
    - Krystian! - warknąłem gardłowo przez zwarte szczęki.
    - Nie powinieneś był wtedy dostawać adwokata, tylko psychologa. Już wtedy - powiedział cicho, spokojnie. Jakby mówił do własnego syna. Zatrząsłem się jeszcze gwałtowniej, z trudem przełknąłem ślinę i pokręciłem powoli głową. Potarłem palcami nasadę nosa i zaśmiałem się nerwowo. Trzęsły mi się palce, piekły mnie oczy.
    - Skąd wyszedł pomysł o terapii? - zapytałem sucho, bez emocji.
    - To był warunek Panka…
   - Chociaż nie rób ze mnie idioty - warknąłem, unosząc głowę. Widziałem, jak Krystian się wzdryga, a sam poczułem, jak lód obejmuje moje serce. Podobno było wykute z kamienia, a proszę bardzo, jak bolało. - To była karta przetargowa, dzięki której Marek w ogóle rozważył zatrudnienie mnie. Więc pytam, czyj to był pomysł? Bo sam tego na pewno nie wymyśliłeś.
    - Czemu? - zaciekawił się. W normalnych warunkach zapewne wściekłbym się i zażądał natychmiastowej odpowiedzi. Teraz jednak byłem odcięty od świata zewnętrznego. Krystian rozmawiał ze skorupą pozbawioną uczuć; moje własne „ja”, zazwyczaj wyszczekane i niemożliwe do zatrzymania, teraz zwinęło się w kłębek gdzieś na dnie podświadomości. Co najśmieszniejsze, wiedziałem, że działając w ten sposób jedynie odkładam w czasie nieuniknione. Czyli zapewne jakiś duszny bar i dużą ilość wódki. Uciekałem. Ale inaczej nie umiałem.
    - Znasz mnie lepiej, niż mój rodzony ojciec. Doskonale wiesz, że nie lubię o tym rozmawiać, nie umiem o tym rozmawiać, sprawia mi to ból - wydyszałem ciężko, marszcząc groźnie czoło. Krystian westchnął ciężko, zdjął okulary i przetarł je skrawkiem koszuli, odwlekając odpowiedź w czasie. Starał się na mnie nie patrzeć, a mnie odpowiedź przeszyła na wylot. Zaśmiałem się kpiarsko i potarłem dłonią brodę, czując, jak fala gniewu i goryczy ponownie zalewa mi umysł, usta, całe ciało. No jasne. Kto inny władowałby się w to gówno z własnej, nieprzymuszonej woli?
    - Nie wiem, kto był na tyle zuchwały – zacząłem spokojnie, mocno zwierając powieki. - ale powiedz Ignaczakowi, że ma wpierdol - syknąłem, znowu rozpierając się swobodnie w fotelu. Liczyłem na to, że prezes w końcu wróci do sali i skróci moje męki…
    - Zbyszek… - Szakal westchnął ciężko. Wiedziałem, że chce mi położyć dłoń na ramieniu, więc spojrzałem na niego spode łba, byleby został na swoim miejscu.
    - Jak, kurwa, mogłeś wpakować mnie w coś takiego? - syknąłem przez zęby. Serce zadudniło mi w piersi, ponownie rozprowadzając adrenalinę po całym moim ciele. - Wszyscy dookoła wiedzą, co się wtedy stało, jak długo wychodziłem z bagna, i że nadal w nim tkwię po kostki! Nie rozmawiam o tym z nikim, uciekam jak tchórz – prychnąłem. - a ty mi każesz otworzyć się przed jebanym psychologiem?!
    - W końcu musisz sobie z tym zacząć radzić.
    - Radzę.
    - Przyznałeś się przed sekundką, że nie do końca.
    - Przypierasz mnie do muru - warknąłem wściekle.
    - Bo inaczej byś się nie zgodził.
    - Ciekawe dlaczego?!
    - Zrozum, że to dla twojego dobra i po prostu to podpisz!
    - Dla dobra?! Człowieku, wiesz, ile zapłaciliśmy prawnikowi, żeby mnie wykaraskał z całej sprawy? - zaśmiałem się cynicznie. Miałem farta, że ojciec tyle zarabiał i starczyło mu na sporą łapówkę, bo inaczej zamiast w Spale, siedziałbym wtedy w jakiejś zimnej celi. - Pół roku wszystko wyciszaliśmy, a ty chcesz wyciągać te brudy po ośmiu latach?! Odbiło ci?!
    - I może to był błąd, bo w więzieniu przynajmniej przeszedłbyś resocjalizację, ktoś by z tobą porozmawiał, zanim odgrodziłeś się od świata grubą linią!
    - Nie waż się… - ostrzegłem, wytykając managera palcem, ale on wpadł w słowotok. Moja groźba nic nie dała.
    - Pasuje ci takie życie? Chcesz wiecznie się tułać po świecie, z inną dupą co noc?! Nie widzisz, że się przez to sypiesz, człowieku? Że od tamtego czasu stajesz się coraz bardziej obcy, wyalienowany, agresywny! Nie byłeś taki, zanim to się stało, dopóki Ona
    - Zamknij się - szybko wszedłem mu w słowo, łamiąc w palcach długopis. Mój głos zmienił się w warkot dzikiego zwierzęcia, z oczu sypały się gromy, kości strzelały mi w dłoniach, gdy zaciskałem je w pięści. Mocno, aż bolało. Wstrząsnął mną spazm gniewu, a w głowie pojawiła się ostrzegawcza, czerwona lampka.
    Ochłoń...
    Wziąłem głośny, szybki oddech. Musiałem się uspokoić jak najszybciej, byle tylko przestać patrzeć na Szakalskiego jak na mięso armatnie. To był najgorszy stan, do jakiego można mnie było wówczas doprowadzić. Jeżeli w porę nad sobą nie zapanowałem, naprawdę robiłem się agresywny. Wpadałem w amok, nie raz zrobiłem komuś krzywdę. Na całe szczęście niewiele osób wiedziało, jak doprowadzić mnie do tak wielkiej frustracji.
    - Po prostu się zamknij - powiedziałem nieco ciszej, zduszonym głosem i opadłem plecami na oparcie fotela, przymykając powieki. Nie miał prawa… Wiedział, że nie miał, a jednak był bliski przekroczenia granicy.
    - To ma szansę ci pomóc - szepnął z troską, ale i pewną obawą w głosie.
    Bał się mnie.
    W mgnieniu oka obraz przede mną rozmyły mi łzy. Na długą chwilę przestałem oddychać, mrugać, poruszać się – żeby tylko żadna kropla nie zmoczyła mi twarzy. Kłóciłbym się z Szakalem dalej, gdyby nie to, że patent w drzwiach szczęknął po raz wtóry, a do pokoju wraz z powiewem dusznego, letniego powietrza, wkroczył prezes Asseco Resovii Rzeszów.
    - Przepraszam panów, że tyle to trwało, ale chyba już wszystko jest wyjaśnione - rzucił Panek od wejścia. Podszedł do biurka i popatrzył z dystansem na moją umazaną czarnym tuszem dłoń. - Mam rację?
    W pokoju na kilka długich sekund zawisła ciężka, grobowa cisza. Szakal patrzył na mnie z przerażeniem i niemym wyczekiwaniem, prezes powoli tracił cierpliwość, a ja ciągle walczyłem ze łzami i niepokornymi strunami głosowymi. Uśmiechnąłem się sztywno i przysunąłem do blatu biurka, nerwowym ruchem pocierając czoło.
    - To ja powinienem przeprosić - westchnąłem ciężko, dając gardłu chwilę na powrót do normalności. - Musiałem się z Krystianem źle zrozumieć, albo sam czegoś nie doczytałem i narobiłem problemu.
    - Nie szkodzi, niedomówienia się zdarzają - przyznał prezes z nieco przychylniejszym uśmiechem. Wyłuskał z kubeczka kolejny długopis i zwrócił go w moją stronę z wyczekującym spojrzeniem.
    Całe ciało mnie bolało. Wszystko we mnie, od żołądka po włoski na karku, buntowało się przed tą decyzją. Tylko, że nie miałem innego wyjścia. Albo Asseco i terapia u psychologa, albo mogę zacząć się przebranżawiać… Sztywnym ruchem wziąłem pisak i jeszcze raz wziąłem głęboki oddech.
    - Gdzie podpisać?
    - Myślałem, że każesz Pankowi podrzeć umowę - wysapał Krystian, gdy po długim pożegnaniu i kolejnych tonach kurtuazyjnych grzeczności, w końcu opuszczaliśmy halę Podpromie.
    - Nie jestem idiotą, wbrew temu, co myślisz - powiedziałem spokojnie. Chciałem się go pozbyć jak najszybciej. Musiałem zapalić, a nie chciałem, żeby cokolwiek widział. Chyba się domyślał, że popalam w stresujących sytuacjach, ale kolejnego wykładu chybaby już nie przeżył. Zatłukłbym go gołymi rękoma. A gdyby jeszcze próbował wcisnąć mnie na odwyk, ooo!
    Musiałem się odstresować, szybko i na długo. W ciszy, dużymi krokami przemierzałem korytarz hali, dopóki nie znalazłem się koło szatni.
    Blondynka. Długie nogi. Taca z pustymi filiżankami w dłoniach.
    Instynkt.
    Bez słowa ruszyłem w jej kierunku, rozglądając się dookoła, jakbym czegoś szukał. W myśli liczyłem sekundy, czekając na głos managera.
    - Gdzie idziesz? - Szakalski przystanął w miejscu, patrząc na mnie dziwnie. Uśmiechnąłem się szeroko. Kiedy chciałem, potrafiłem sprawić, by ludzie tańczyli jak im zagram. I robili to nieświadomie. Odwróciłem się na pięcie i idąc tyłem, nie zwalniając tempa kroku, rzuciłem do niego:
    - Zająć się tym, co umiem najlepiej.
    Huk. Trzask tacy uderzającej o posadzkę. Brzęk tłuczonej kamionki. Głośny wdech przerażonej dziewczyny. Wszystko w ułamkach sekund.
    - Kurwa… - syknąłem przez zęby, obracając się przodem do sekretarki. - Jasny szlag, przepraszam. Nie zauważyłem pani - jęknąłem, robiąc zbolałą minę. Dziewczyna zgarnęła niesforny kosmyk włosów z czoła i kucnęła, żeby sprzątnąć kawałki porcelany, czy cholera tam wie, z czego to było zrobione. Niewiele myśląc, podciągnąłem spodnie na kolanach i rzuciłem się do pomocy.
    - Nie, proszę… - jęknęła zakłopotana.
    - Nic się pani nie stało? - zapytałem z troską, na siłę szukając jej spojrzenia. Miała naprawdę piękne oczy.
    - Nie, w porządku, proszę się nie kłopotać.
    - Pomogę, jeszcze się pani pokaleczy - fuknąłem, zbierając z podłogi mniejsze, ostre kawałki. Patrzyła na mnie, myśląc, że tego nie widzę; mogłem wyobrazić sobie jej subtelny uśmiech, delikatnie uniesione ku górze kąciki pełnych, lekko zaznaczonych szminką ust. Znane mi uczucie ścisnęło mocno mój praktycznie pusty żołądek.
    - To nic, zdarza się. Błagam, niech pan to zostawi, niezręcznie mi - zaśmiała się cichutko i przelotnie musnęła moją dłoń. Kokietka? Zaskoczony uniosłem brodę do góry i zaraz uśmiechnąłem się niemal czule. Z krwistoczerwonym rumieńcem na policzkach była jeszcze seksowniejsza. Ukradkiem zerknąłem w dół i jak Boga kocham, wierzcie mi albo nie, ale jeszcze nigdy w życiu tak mocno nie ugryzłem się w język. Zmoczona resztką kawy i wodą, której nawet nie tknąłem w salce prezesa, biała bluzka całkowicie wciągnęła wilgoć, ukazując mi spore piersi okryte bladoróżowym stanikiem z koronki. W ułamku sekundy moje ciało zalał gorąc, pragnienie.
    Byłem nimfomanem, stwierdzam to z całą odpowiedzialnością. Cholernym nimfomanem. I, co lepsze, wiedziałem, jak dostać to, czego chciałem.
    Nie wierzycie…?
    - Zniszczyłem pani strój, zabieram czas, potłukłem filiżanki, jeszcze nie daj Boże dostanie pani przeze mnie burę od prezesa - westchnąłem. Znowu się zaśmiała, a mnie przeszył dreszcz.
    - Nie, pan Marek jest bardzo spokojnym człowiekiem. Bez obaw - odpowiedziała, powolutku wstając z kolan, z tacą wypełnioną potłuczonymi naczyniami. Patrząc jej w oczy, powolutku podniosłem się na nogi. Jej gładką skórę przeszył dreszcz, widziałem, jak delikatnie się trzęsie. Źrenice jej się rozszerzyły, znowu zaczęła płycej oddychać. Dobry znak. Bardzo dobry.
    - To może chociaż da się pani zaprosić na kawę? - zapytałem spokojnie, nieco obniżając tembr głosu. Znowu mogłem oglądać rumieniec na delikatnej buzi, tym razem nie był on jednak tak obfity.
    - Nie trzeba, naprawdę, nic się nie stało…
    - Nie odpuszczę - powiedziałem z szerokim uśmiechem. No, i to była jedyna rzecz zgodna z prawdą, którą do niej skierowałem. Blondynka otworzyła delikatnie usta, w żyłach zagotowała mi się krew. Ile ja bym dał, żeby się na nie rzucić bez tych podchodów… - O której kończy pani pracę?
    Zamknęła oczy, uśmiechnęła się, zagryzła wargę. Walczyła sama z sobą. W końcu przestąpiła z nogi na nogę i uciekając spojrzeniem w bok, wymamrotała:
    - Osiemnasta. Kończę… o osiemnastej.
    - Przyjadę… dziesięć po, odpowiada to pani? - zapytałem, zerkając na zegarek.
    - Tak, ale… mogłabym… Proszę się do mnie nie zwracać per 'pani'. Staro się czuję - zaśmiała się nerwowo. Przymrużyłem delikatnie oczy i wcisnąłem dłonie w kieszenie spodni. Dyskretnie wbiłem sobie palce w uda, żeby ostudzić samego siebie. Przysięgam, w tamtej chwili miałem ochotę zaciągnąć ją do jakiegokolwiek składzika i przelecieć.
    - Jak masz na imię? - zapytałem cicho. Patrzyła mi w oczy z tak wielką ufnością, taką fascynacją i uwielbieniem, że nie mogłem nie wypiąć dumnie piersi. Lubiłem, gdy dziewczyny adorowały mnie w ten sposób. A mówią, że to faceci są wzrokowcami…
    - Elżbieta - powiedziała ledwie słyszalnym głosem. Zamrugałem nieco zaskoczony – tak staromodne imię dla takiej młodej dziewczyny? W porę jednak zreflektowałem się i skinąłem głową.
    - Ślicznie - mruknąłem. Znowu uśmiech, znowu iskra w oku, znowu rumieniec. Oj, będzie moja szybciej, niż myślałem. Przesunąłem koniuszkiem języka po spierzchniętych ustach, uśmiechając się wesoło i zrobiłem powolny krok w tył. - Przyjadę po szóstej - obiecałem. Pokiwała mi niepewnie głową, jakby mnie odprawiała.
    Chwilkę szedłem tyłem, konkretną liczbę kroków. Potem w tył zwrot, parę metrów przed siebie i spojrzenie przez ramię.
    Mam cię!
    Patrzyła. Odprowadzała mnie wzrokiem. Pomachała mi. Odpowiedziałem jej tym samym, po czym wyszedłem na zalany gorącym słońcem parking. Z szerokim, niemal dziecięcym uśmiechem wyciągnąłem z kieszeni nieco zmiętą paczkę Marlboro. Wyciągnąłem ostatniego papierosa, rozejrzałem się dookoła, a gdy upewniłem się, że Szakalski nie czai się na mnie gdzieś za krzakami, żeby zrobić mi burę, wsunąłem go do ust. Podpaliłem szybko i zaciągnąłem się słodkim, gęstym dymem. Z mojego ciała w mig uleciało całe zdenerwowanie. Przymknąłem powieki, odchyliłem głowę w tył i wypuściłem przez usta długą stróżkę białawego dymu.
    Moją twarz rozjaśnił kolejny uśmiech. Ponownie nasunąłem na nos ciemne okulary i spokojnym krokiem ruszyłem w stronę apartamentowca, w którym wynajmowałem mieszkanie.
    Ktoś jeszcze chce mi zarzucić, że nie znałem się na kobietach?
 

*  *

W ten oto sposób pierwszy raz przekroczyłam jedną ze swoich granic. Jak wrażenia? :) Liczę teraz na Was; marzę, żeby było Was coraz więcej! ^^ Piszcie opinie, wypowiadajcie się, nie wstydźcie (po to zostawiam opcję anonimowych komentarzy ;)), konstruktywnie krytykujcie i wytykajcie błędy (chociaż wierzę, że żadnego nie będzie xD)

Zmieniamy termin dodawania rozdziałów. Blog ledwie ruszył, więc na szczęście do sobót się jeszcze nie przyzwyczailiście :P Od teraz spodziewajcie się newsów w piątki (tutaj co 2 tygodnie, na Źródle co tydzień).

34 komentarze:

  1. WOW tylko tyle mogę napisać o tym rozdziale. Zbyszek tutaj jest zupełnie inny od tego ze "Źródła", takie wydanie bardzo mi się podoba ;) Do kolejnego rozdziału :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie, że taka wersja Zbyszka się podoba :D Do następnego :)

      Usuń
  2. OMG ❤
    PRZEPRASZAM NAJMOCNIEJ ZA TO CO ZA CHWILĘ NAPISZĘ..

    Kurwa, no..KOCHAM!!!kocham!!!KOCHAM!!!
    Takiego Zbyszka jeszcze nie znałam..
    Informuj mnie proszę na którymś z moich blogow.
    Czekam z niecierpliwością na kolejny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, ale radocha :D Super, że się podoba!! :D

      Usuń
  3. W porę komentuje i niestety dosyć krótko, bo pisanie na telefonie to nie moja bajka.
    Zbyszek z "Fobii" i Zbyszek ze "Źródła" to dwaj różni bohaterowie, chociaż sam Bartman pasuje chyba na każdego. Plastyczny Zbyszek to też moje ulubione stwierdzenie.
    Jego przemyślenia czyta się wspaniale. Jest tak lekko, przyjemnie, mimo że sytuacje wcale takie nie są. Przynajmniej nie za każdym razem.
    Lubię Szakala. Jest trochę dobrym, wkurzającym duchem Zbyszka.
    Czekam na drugą fobię i poznanie głównej bohaterki.
    Pozdrawiam,
    Miawka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo też są to dwa zupełnie różne opowiadania ;)
      Nawet nie wiesz, jak mnie takie słowa budują, dzięki! ♥

      Usuń
  4. Wow! Jest tu strasznie tajemniczo! I fajnie!
    Masakra, jeden rozdział, a ja już kocham to opowiadanie. ♥
    Ten Zbyszek bardzo mi się podoba! Jest taki bezpośredni, ale też coś ukrywa. Ale co? Jaka Ona?
    Jest ciekawie i zapowiada się, ze będzie coraz lepiej.
    Weny! Pozdrawiam, Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że będzie tajemniczo jak najdłużej ;)

      Usuń
  5. Szablon przypadł mi do gustu, a w bohaterach zakochałam się - a w szczególności... Bartman! Uwielbiam go, mam do niego słabość. Masz u mnie ogromnego plusa za wybór!
    Prolog napisałaś w taki sposób, że jestem ppod wrażeniem Twojego stylu. Gdybym tylko potrafiła pisać tak dobrze jak Ty opisy to byłabym w siódmym niebie. :) Ciekawa jestem co wydarzyło się w życiu Bartmana, że cieszył się, iż nie mieszka w Polsce. Co go skłoniło do wyjazdu sześc lat temu? Co się wydarzyło w przeszłości? Kto wyszedł do Bartmana? :)
    Rozdzial 1 - fobia 1 - Nie popieram zachowania Bartmana. Zachował się jak prostak, cham i nie wiem jak jeszcze można dosadniej ocenić go. Świnia! Mam nadzieję, że trafi na kobietę, która da mu popalić za te wszystkie kobiety, które wykorzystał. Życzę mu tego, chociaż mam do niego sama słabość. No, no.. menager Bartmana zaskoczył mnie i to bardzo! Zyskał u mnie bardzo wiele, gdyż postawił tamtego chociaż nie tyle do pionu...co postawił go przed faktem dokonanym. Brawo!
    Zapraszam przy okazji do przeczytania rozdziału 2.1
    http://wzburzone-fale.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ha, cieszę się :D Bardzo dziękuję za te słowa :)
      wszystko się rozwinie w trakcie czytania, a co do Zbyszka... tak, w tej chwili wychodzi na negatywnego bohatera. Ale to dobrze. Tak miało być ;)
      na 2.1 wpadnę prawdopodobnie jutro ;)

      Usuń
  6. O cholerka! Wiesz jak ja cię uwielbiam <3 A Zbyszka? Takiego go lubię i nic na to nie poradzę. Ale mój taki nie będzie. Mam wewnętrzną słabość do chamów! <3 <3
    A i jeszcze usłyszałam "bez znieczulenia" i popłynęłam <3333

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak się cieszę!!!! ♥

      Usuń
  7. Nie no! Teraz rozpływam się na maksa! Wow! Ile Ty masz pomysłów! I ten Twój styl! Możez pisać wszystko: komedie, obyczajówki, erotyki, science-fiction, itd. Wszystko wzięte spod Twojego pióra- w tym przypadku z klawiatury :P jest genialne.
    Tu już nie ma Zbyszka ze Źródła. Tu mamy twardego, bez skrupułów faceta dążącego do celu! Takie dwa inne światy, a jednak pokazują tą plastyczność Bartmana.
    Można rzec zimny drań z niego, ale każdy ma swoje potrzeby. Stwierdził, że jest nimfomanem. To chyba lepiej niż być męską dziwką, prawda? Jego zachowanie, jest niedopuszczalne (Szakal ma u mnie plusa), jednak coś go musiało skłonic do bycia takim a nie innym.
    I tu pojawia się kolejny Twój atut, a mianowicie tajemniczość. Pewnie wraz z rozwojem wydarzeń, będziemy dowiadywać się coraz więcej, jednak to nie zmienia faktu, że jestem mega ciekawa co przeszedł Zbych.

    Lubię tego Zbycha. I będę go bronić, choć nie ze wszystkim sie zgadzam jak on. Lubię to opowiadanie. I muszę to napisać: bedę Cię męczyć moimi komentarzami również tutaj xD

    To co? Weny życzę i do następnego ;)
    Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbieram plusy, dobrze jest :D (co prawda za sci-fi nigdy się nie wezmę, ale dziękuję za wiarę xD)
      W "Źródle" nieco Was naprowadzałam na dalszy bieg historii; teraz mam nadzieję, że nie domyślicie się prawdy do samego końca ;)

      Usuń
  8. Bartman! Awww! *.*
    Dupek. Z maską!
    Już nie mogę się doczekać jego wyznań u psychiterapeuty! Bo oczywiście takie będą? ^^
    A która kobieta nie ma słabości do Zbynia? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będą, inaczej ten wątek nie miałby sensu :P

      Usuń
  9. Tym razem zacznę sobie od Fobii. Bo mogę! :P
    Pierwsze, co przychodzi do głowy w kontekście "tego" Zbyszka to to, że jest bezdusznym chamem i egocentrykiem, traktującym kobiety jak... panie lekkich obyczajów, co by nie używać nieeleganckich określeń. I to na pewno jest prawda, ale tylko częściowa, bo przecież wiele wskazuje na to, że nie zawsze zachowywał się w ten sposób. Coś musiało wpłynąć na to, jakim obecnie jest człowiekiem, a nic nie kształtuje nas tak jak przeszłość i związane z nią doświadczenia. W przypadku Bartmana musiały one być wyjątkowo bolesne, wręcz traumatyczne, skoro opatulił się szczelnie kilkoma warstwami grubej skóry, nikomu nie pozwalając przez nie przeniknąć. Powrót do Rzeszowa na pewno jest dla niego szansą na nowy początek (przed którym chyba na razie usiłuje się wzbraniać) i zarazem ostatnią deską ratunku, bo przecież wszędzie, gdzie do tej pory bawił, zdołał zepsuć sobie reputację ;) Czekam niecierpliwie na ciąg dalszy i oczywiście na pojawienie się głównej bohaterki, bo po zakładce z bohaterami (masło maślane) można wywnioskować, że i ona nie miała lekko. Ach, no i bardzo mi się podoba, że oddałaś głos Zbyszkowi jako narratorowi pierwszoosobowemu.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, właśnie taki miał tu być. Przynajmniej z wierzchu ;) Faktycznie stworzył dookoła siebie grubą ścianę i nie pozwala nikomu przez nią przejść. Sam uważa, że tak jest dobrze. Cieszę się, że się podoba :D Pozdrawiam :)

      Usuń
  10. Po przeczytaniu popularnej serii o niejakim Grey'u nic mnie już nie zszokuje, naprawdę :D
    Zbyszek znalazł się w takim etapie swojego życia, że nie potrafi się z niego wydostać. Powiela schematy, bo najwyraźniej chce uciec od przeszłości. Ktoś musi nim wstrząsnąć, bo nie będzie na dłuższą metę w stanie tak funkcjonować. Dobrze, że ma takiego anioła stróża w postaci Krystiana, bo podejrzewam, że gdyby nie on, byłoby z nim o wiele gorzej. Wciąż czekam na główną bohaterkę z zakładki i niesamowicie intryguje mnie jak się pojawi oraz czy będzie tą tajemniczą kobietą z przeszłości Zbyszka.

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę, nie porównuj mnie do Grey'a, bo się załamię >.< naprawdę wszystko robię, żeby to opowiadanie nie wyglądało jak książki James... :)
      Fakt, Krystian jest takim dobrym duchem. Ale nie on jeden ;)

      Usuń
    2. Broń Boże nie chodziło mi o porównanie, bardziej o to, że mnie nie szokują takie sceny jak wyżej po tej lekturze, bo umówmy się, twoje opowiadanie jest o wiele ambitniejsze :P

      Usuń
    3. No, ja myślę!
      A tak na poważnie :P Po prostu tego samego dnia moja siostra również porównała tę historię do powieści z Gray'em w roli głównej, będąc już przy trzynastym rozdziale "Fobii" i jak jeszcze zobaczyłam go tutaj, to się lekko podłamałam xD Ale jeśli tylko o to chodziło to spoko xD :P
      To mam nadzieję, że 2 też Cię nie zszokuje ;>

      Usuń
  11. WOW! Wielkie wow! Tajemniczo, tak jak lubię! Myślę, że Zbyszek miał nie miłą przygodę z dziewczyną i dlatego teraz tak traktuje kobiety. Zgaduję,że znajdzie się taka która postara się to zmienić. Ale pewnie jeszcze nie raz nas zaskoczysz! Na to właśnie liczę! Z niecierpliwością czekam na następną fobię. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wszystko się okaże. W końcu niektórych zachowań nie da się zmienić ;)

      Usuń
  12. Mój dobry, stary Zbych! Badboy, trochę zniszczony przez pieniądze facet, rozpieszczony, ma wszystko co chce. Jednak widzę to drugie dno. I szczerze? Szkoda mi Bynia, naprawdę nie żartuje, a chciałabym... Elka mimo wszystko nie będzie taka łatwa. Proszę niech nie będzie!
    Dobra trochę ewolucjonizmu i dobranoc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój? A czy to nie Ty mówiłaś, że nie lubisz Zbyszka? :P

      Usuń
    2. No mój, taki jakiego go widziałam. Tak, widziałam. A to Twoja sprawka, że się to zmienia. Co Ty ze mną robisz?

      Usuń
    3. Nic nie robię. Skoro dzięki mojemu pisaniu potraficie zmienić zdanie o bohaterach, to jedyne co mogę, to być z siebie dumna ;)

      Usuń
  13. Zdecydowanie to jest świetne! Zbyniu, chyba mam słabość do opowiadań z Tobą w roli głównej. Po prostu po przeczytaniu rozdziału zatkało mnie i nie wiem co napisać. ;o. Tym bardziej, że jakiś facet na wykładzie otwartym pieprzy mi o jakiś dorywczych pracach studentów. ;D
    Obiecuję, że pod kolejnym rozdziałem skleję jakiś sensowny komentarz. :)

    Pozdrawiam serdecznie! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam Twój ból - pozdrawiam z biomechaniki xD cieszę się, że się podoba ^^

      Usuń
  14. Jestem debilem, tutaj też niechcący skasowałam sobie cały komentarz.
    Biorę w ciemno. Zaczarowałaś mnie, zaczarował mnie ten Zbyszek. Czarujesz mnie każdym słowem tutaj.
    Mam wrażenie, że fobie są zdecydowanie dojrzalsze od źródła, szczególnie od początków historii Amy i Miśka. Za to brawo. Chyba tak jest, że dorasta się, dojrzewa, nie tylko z wiekiem i upływem czasu, ale też z każdą napisaną historią, nawet każdym rozdziałem. Lubię to obserwować, lubię czytać ludzi, którzy napisali już kilka historii, ale jeszcze bardziej lubię być świadkiem tego rozwoju. Nie pamiętam już nawet, w którym momencie źródła się u Ciebie pojawiłam, ale cieszę się, że znalazłam Twój blog, że mogę patrzeć, jak się rozwijasz:)
    Zbyszek się boi. Dlaczego? Co się stało? Dlaczego nie chce się wiązać, dlaczego bawi się kobietami? Przecież coś się musiało wydarzyć, musi być jakieś tragiczne, mroczne tło.
    Intrygujesz. Zarzuciłaś wędkę, a ja już sobie na haczyku dyndam. I chcę więcej.
    Czapki z głów.
    Pozdrawiam
    (no i standardowo przepraszam za opóźnienie, to się chyba nigdy nie zmieni)
    Green.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nyaaaaaaa! *.* Jezu, jak się cieszę, że to widać, że Ty to zauważyłaś, że napisałaś co napisałaś. Mówiąc szczerze, ja też lubię przyglądać się temu rozwojowi ;) i cieszę się, że jesteś tego świadkiem, że nadrobiłaś "Źródło", zostałaś, jesteś tutaj. Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
      Boi się, to fakt, choć przecież nigdy nie powie tego na głos. Miota się w klatce, którą sam sobie wybudował. Tak mam ułożoną historię, że długo poczekacie na pełne poznanie jego motywów, ale mam nadzieję, że intrygować będę cały czas :D

      Usuń
  15. Hej Kyane, Linka czy jak tam lubisz jak na Ciebie mówią, a w tym przypadku piszą.
    Wpadłabym wczoraj, ale oglądałam Winiara na tvp1 i sama rozumiesz.. jestem taka wrażliwa na piękno, na jego szczególnie.
    Pisałam Ci już w naszej prywtnej korespondencji, co sądzą o tym opowiadaniu, rozdziale. Powtórzę jeszcze raz: jestem zdecydowanie, z całą pewnością, bezapelecyjnie na TAK!
    To jest mój klimat. Ja lubię czytać takie rzeczy(pisząc 'takie' nie mam na myśli opowiadań erotycznych). Lubię mroczne, wulgarne, surowe klimaty i niebezpieczne historie. Lubię gdy autor balansuje na granicy, gdy ma gdzieś molarność i elegancje. Lubię takie szczere, brudne, wręcz mięsne opowiadania. Gdy boję się następnego zdania, ale jednocześnie muszę je przeczytać, bo inaczej umarłabym. Udusiłabym się. Rozumiesz o co mi chodzi, prawda?

    To w ogóle jest bardzo inteligentny, dojrzały tekst, niewątpliwie dokładnie przemyślany. Ja powoli przestaje traktować niektóre z opowiadań jako historie o moich idolach z boiska, bo tu się okazuje, że to coś większego, może lepszego. Dokładne zaplanowanie postaci, ich charakteru, doświadczeń. Głębokie analizy.
    To wszystko sprawia, że jestem bardzo zafascynowana i zaciekawiona. Sam Zbyszek jest skurwielem, nie ukrywajmy tego, ale bardzo mnie rajcuje. Zły chłopiec, ale chyba nie z wyboru. Bo się chyba boi, bo coś się kiedyś stało i nie chce się od niego odczepić. Można na pierwszy rzut oka powiedzieć, że jest typowy, ale po głębszym czytaniu wie się, że Zbyszek będzie niebanalny. Rzadko się zdarza na bloggerze, że ktoś robi ze swoich bohaterów ludzi złych, z problemami. Najczęściej bohaterka to słodka idiotki, a bohater siatkarz - bóg. I to jest nudne.
    Psychologia, jestem na tak, dobrze wiesz. Ja się psychologią interesuję, trochę o niej wiem, myślę żeby ją studiować. To nigdy nie jest łatwy temat, nie pisze się o tym lekko. Dlatego ja, jako Annie, matka Anastazji, odeszłam od tego, bo nie potrafiłam sobie z psychologią poradzić. Myślę, że ty dasz radę, a całe opowiadanie ma olbrzymi potencjał i pewnie nie raz mnie zachwyci czy wbije w kanapę, unieruchomi.
    Wcale się nie dziwię, że się jarasz tym opowiadaniem, bo ja też. Niestety, nie zdziwie się, gdy nie będzie tu tak dużo osób jak na Źródle, bo ta tematyka nie jest dla wszystkich(myślę, że wiesz o co mi chodzi).
    To opowiadanie to bomba, tykająca.
    Styl też powala, ale ty to wiesz.

    Och, prawie w ogóle nie skomentowałam treści, jak zawsze skupiam się na czymś innym. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe. Ja po prostu czasem nie analizuję Waszych rozdziałów w komentarzach, tylko wyrażam emocje. A emocje są ważne.

    Czekam na piątek, na podwójną radość, bo pojawią się dwa rozdziały, na dwóch blogach.

    Nie wiem, czy wspomniałam o tym w wiadomościach do Ciebie, ale najwyżej się powtórzę. W moich komentarzach nigdy nie porównam Zbyszka ze Źródła i tego tutaj, bo uważam, że to nieodpowiednie. To są dwa świetne, ale chyba skrajnie różne opowiadania.

    To pisałam ja, Zuzek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obojętne mi to, mówta jak chceta ;) haha xD tak, ja też starałam się wczoraj wypatrzeć tam Winiarskiego :P W zupełności Cię rozumiem.
      Oj rozumiem. Rozumiem aż za dobrze.
      Nie wiem, czy ten psychologiczny styl pociągnę do końca. To znaczy, staram się, ale jestem już na prawdę daleko z fobiami w wordzie i nie jestem pewna, czy styl jest identyczny jak na początku. Bo to właśnie jest trudne, męczy; nie wiem, czy mój mózg podświadomie nie chce czasem ominąć tego tematu. No, ale to wyjdzie w praniu. Mam nadzieję, że wszystko będzie cacy ;)
      Przede wszystkim ludzie na tego bloga nie zaglądają z taką chęcią, bo tu jest Zbyszek; o tym się przekonałam przy 2 cz. "Źródła". Dodatkowe utrudnienie - to, o czym piszesz (nie będę się powtarzać, bo nie chcę wyjść na narcyza; skoro Wy widzicie takie rzeczy to mi wystarcza, jest mi miło i jestem wdzięczna :3). Co nie zmienia faktu, że chciałabym tu zgarnąć więcej duszyczek, a nie wiem jak... :)
      Nie wspominałaś, ale już się nie będę teraz na ten temat rozwodzić - napiszę swoje 5gr w piątek pod rozdziałami ;)
      Buźka ;*

      Usuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.