BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

29 kwi 2016

Fobia trzecia


Bartman patrzył na mnie w najwyższym wyrazie otępienia i sprawiał wrażenie, jakby to, co powiedziałam przed chwilą wcale do niego nie dotarło. Zniecierpliwiona jego zachowaniem, założyłam ręce na piersi i uniosłam wyczekująco brwi, z trudem powstrzymując się przed nerwowym tupaniem. Nie lubiłam, gdy ktoś strugał przede mną wariata; zdecydowanie bardziej wolałam konkretne podejście do życia. Czarne albo białe, bez szarości. Zrozumiał albo nie. Bez krępującego, ciągnącego się w nieskończoność milczenia.
    - Nie wiedział pan? - zapytałam z pewnym niedowierzaniem. Siatkarz pokręcił gwałtownie głową i zamrugał szybko, zamykając w końcu usta. Uśmiechnęłam się lekko. - Musiał pan wiedzieć, przecież podpisał pan dokumenty.
    - Wiedziałem, że… - urwał w pół słowa, gdy jego koledzy z drużyny przemknęli obok nas, chichocząc jak małe dzieci. Jeden z nich, ten z całkiem przyjazną twarzą, Kurek bodajże, klepnął go mocno w ramię. Bartman posłał mu mordercze spojrzenie, zaciskając przy tym szczęki. Obserwowałam jego zachowanie w ciszy, próbując zrozumieć ten nagły przypływ złości.
    Zbigniew odprowadził kompanów wzrokiem i dopiero, gdy zniknęli za drzwiami hali, przeniósł na mnie spojrzenie. Było puste, a uśmieszek wyginający mu usta sztuczny i dość nerwowy.
    - Wiedziałem, że mam mieć psychologa, tylko nie wiedziałem, że to będzie kobieta - syknął cichutko, zezując na boki.
    Ściągnęłam ku sobie brwi. Nie chciał, żeby mówić o terapii przy kolegach. Warto zapamiętać, pomyślałam. Byłam tylko ciekawa, czy wstydził się przed nimi, bał się ich docinków, czy może w ogóle im nie powiedział i nie zamierzał tego zmieniać?
    - To raczej nie powinien być problem - rzekłam uspokajającym tonem – Miał pan odbywać zajęcia z kimś innym, ale musieliśmy zmienić plany z przyczyn… No cóż, nie do końca zależnych ode mnie czy od prezesa pańskiego klubu – powiedziałam z uśmiechem, ale moje słowa odbijały się od twardych mięśni siatkarza, jak suchy groch od ściany. Potarł skroń palcami i znowu pokręcił głową.
    - Nie rozumiem, prezes panią wybrał na zastępstwo? - sapnął nerwowo, ślizgając się spojrzeniem po całym moim ciele. Nieco zażenowana, objęłam się jedną ręką, w myślach dziękując Kaśce za wciśnięcie mnie w spodnie.
    - Nie, pan Panek wybrał moją klinikę - powiedziałam powoli, uważnie dobierając słowa.
    - Nie ma pani jakichś współpracowników? - wypalił od razu. Zaśmiałam się cicho, zaskoczona jego bezpośredniością. Jeżeli miałam spojrzeć na niego jak na pacjenta, rokowało to lepiej, niż dobrze. Miałam nadzieję, że nie będę musiała ciągnąć go za język i raczej odważnie powie mi, czego oczekuje. Jako kobieta, która próbowała nawiązać z Bartmanem nieco cieplejsze relacje wiedziałam, że się nie polubimy. A to najgorsze, co może się przydarzyć w moim zawodzie. Powinnam każdemu pacjentowi współczuć, wykazywać empatię i zainteresowanie drugim człowiekiem. Tylko wtedy umiałam tak naprawdę pomóc, wczuć się w problem klienta. Przy takim pyszałku, nie miałam na to najmniejszej ochoty.
    - Miał pan otrzymać pomoc terapeuty z ramienia mojego podwładnego - znowu powoli cedziłam słowa, żeby ta góra mięśni wszystko zrozumiała. Powtarzać też się nie lubiłam, przynajmniej w czasie służbowych rozmów. - W wyniku… pewnego ciągu zdarzeń, musiałam go zwolnić. Zostałam w klinice sama i wszystkie sprawy doktora Marcela Wesołowskiego, w tym również pańska, przeskoczyły na mnie.
    - I nie ma pani nikogo innego na zbyciu? - niemal jęknął, patrząc mi błagalnie w oczy. Wypięłam dumnie pierś i zgromiłam go spojrzeniem. Myślałam, że sportowcy są w dzisiejszych czasach wykształconymi ludźmi, nie analfabetami z zaburzoną funkcją słuchu i umiejętnością do składania tylko zdań prostych.
    - Jak powiedziałam przed chwilą, jestem w klinice sama – odparłam sucho. Bartman potarł palcami czoło, zaśmiał się nerwowo i obrócił do mnie plecami. Pocierając twarz dłońmi wybełkotał coś pod nosem, zapewne myśląc, że go nie słyszę. Miał jednak na tyle niski, przeszywający głos, że soczyste „kurwa, to chyba jakiś żart”, dotarło do moich uszu bez problemu.
    Miałam niewypowiedzianą ochotę utrzeć mu nosa. Tylko, że nie mogłam. Musiałam to odłożyć na nasze ostatnie zajęcia, które mieliśmy odbyć dopiero w marcu.
    Oczywiście, o ile wcześniej nie pozabijamy się wzajemnie w moim gabinecie…

Zamknąłem oczy, szybko licząc do dziesięciu i z powrotem. Cały czas osłaniałem usta dłonią, stojąc plecami do Kruś. Ładnie mnie, kurwa jebana mać, Krystian, wpakował!
    Okay… Okay, spokojnie.
    Przyznaję się, zaczynałem szukać pozytywów w całej tej sytuacji. Pomyślałem, że skoro już muszę przebrnąć przez tę terapię dla czubków, to trzeba mi będzie do niej podejść z dystansem, może nawet z uśmiechem na ustach, inaczej wykończę sam siebie. Gryzłem się sam ze sobą, ale po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że może to rzeczywiście nie był tak tragiczny pomysł. Miałem nadzieję, że mój psycholog, którym miał być FACET, okaże się całkiem w porządku. Że pogadamy jak FACET z FACETEM, a ja poczuję się na tyle swobodnie, że uchylę choć rąbka tajemnicy. Po prostu ulżę samemu sobie, wygadam się odrobinę, bo czy chciałem czy nie, ta sprawa ciągnąca się za mną od ośmiu lat mocno spędzała mi sen z powiek.
    Chciałem się, kurwa, otworzyć. Wrócić do ludzi.
    Chciałem powiedzieć Krystianowi, że ten pomysł nie był tak głupi, jak mi się wydawało na początku.
    Nie ma nawet najmniejszej, najdrobniejszej szansy, żebym żalił się kobiecie. KOBIECIE. Kurwa, ja sobie na nich używałem życia, nie chciałem żadnej troski, wsparcia, głaskania po głowie! Tak naprawdę nie chciałem ani grama pomocy! Tym bardziej, że w mojej głowie kobieta równało się przyjemność. Nic więcej.
    Sardoniczny uśmieszek wpełzł na moje usta. Wsparłem dłonie na biodrach, zwiesiłem głowę i wziąłem głęboki, uspokajający oddech. Odwróciłem się przez lewe ramię i przymrużyłem oczy, widząc przed sobą małą, podenerwowaną istotkę. Tego mi jeszcze brakowało, żeby zaczęła się rzucać.
    - W porządku, o czym pani chciała rozmawiać?
    - Nie interesuje pana, kiedy ma przychodzić na terapię? - zapytała chłodnym tonem, a mnie dreszcz przebiegł po plecach na dźwięk słowa „terapia”.
    - Nie jestem alkoholikiem, mogę co najwyżej przyjść na zajęcia – sparowałem, kładąc szczególny nacisk na ostatni wyraz. Szatynka zmierzyła mnie powłóczystym spojrzeniem.
    - Uzależnienie od seksu jest jak każde inne. Je również się leczy - powiedziała, unosząc kącik ust w górę. Wstrząsnął mną dreszcz gniewu.
    Oj, w ten sposób to my się nie dogadamy, złotko…
    - Widzę, że jest pani bardzo dobrze poinformowana o moim życiu prywatnym – rzuciłem opryskliwie, wywołując na pełnych, kobiecych ustach uśmiech pełen wdzięczności. Jakbym sprzedał jej właśnie komplement! - Rozumiem, że w takim razie nie muszę się stawiać w pani gabinecie, tak?
    Zagiąłem ją. Rozluźniła się nieco, kąciki ust opadły jej w dół, wzrok stał się bardziej rozbiegany.
    - Skąd taki pomysł?
    - No skoro wie pani o mnie wszystko, to po co te spotkania? - prychnąłem, przykurczając ramiona. Kobieta zarumieniła się delikatnie i odwracając głowę w bok, odchrząknęła cichutko.
    - Nie wiem wszystkiego, tylko tyle, co… dowiedziałam się w trakcie spisywania umowy z klubem.
    - Kto był tak szalenie pomocny? - warknąłem, w myśli podwieszając Ignaczaka za flaki pod sufitem rzeszowskiej hali. Kruś pokręciła lekko głową.
    - Tajemnica zawodowa, nie mogę…
    - Okay, kiedy? - syknąłem, zamaszystym ruchem zbierając koszulkę z krzesełek ławki dla rezerwowych. Nie miałem ochoty ciągnąć tej rozmowy. - Kiedy mam przychodzić do tej szkółki niedzielnej? - warknąłem groźniej, ze słodkim uśmieszkiem. Szatynka znowu naprężyła mięśnie pleców i uniosła brodę.
    - Codziennie, między treningami. Tu – w sztywno wyciągniętej dłoni podała mi wizytówkę. - ma pan adres i telefon, choć mam szczerą nadzieję, że z tego drugiego pan nie skorzysta - ofuknęła mnie, nakładając cienki płaszcz na ramiona. Prychnąłem pod nosem, wkładając sztywną, wąską plakietkę za gumkę treningowych spodenek. Kobieta popatrzyła na mnie dziwnie i pokręciła z rezygnacją głową.
    - Jutro pierwsze spotkanie - rzuciła nieco wyniośle, wychodząc z hali. Odprowadziłem ją wzrokiem, w ciszy wymyślając przeróżne tortury na Ignaczaku. Jak Boga nie kocham, miał dupek wielkie szczęście, że dostał powołanie na MŚ!
    Wściekły ruszyłem w stronę szatni. Wparowałem do pustego już pomieszczenia niczym huragan, mamrocząc pod nosem niewybredne komentarze w kierunku osoby Wielkiej Pani Doktor. Zamaszystym ruchem otworzyłem swoją szafkę i w ostatniej chwili odsunąłem głowę w tył, bo niewielki pęczek kluczy gotowy był nabić mi guza na samym środku czoła. Zaskoczony, podniosłem przedmiot do oczu, a czytając pochyłe pismo Kurka, niemal odgryzłem sobie język ze złości.

To klucze Natki.
Wyjechała na tydzień do rodziców,
więc ci je pożyczam.
Możesz zacząć jutro :)

No ja pierdolę!

    - I jaki jest ten nasz nowy klient? - Kasia usiadła wygodnie na szerokiej kanapie, z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni. Oczy błyszczały jej wesoło, odbijając tańczące w kominku płomienie. Była niezdrowo pobudzona i zaciekawiona, podczas gdy ja chciałam zapomnieć o spotkaniu z Panem Gwiazdorem jak najszybciej. Nie chciałam, żeby moja niechęć do niego przełożyła się na nasze stosunki zawodowe. Swoją drogą, jeśli miałabym być doprowadzana do takiego stanu na każdych zajęciach, to prędzej mnie potrzebny byłby psychiatra, niż Bartmanowi.
    Wzruszyłam ramionami i usiadłam naprzeciwko przyjaciółki z kubkiem gorącej czekolady z chilli w dłoniach. Nie miałam ochoty na alkohol, dość szumiało mi w głowie.
    - Przemiły człowiek. Bardzo konkretny, taktowny, uprzejmy. Widać, że wie, czego oczekuje po całej terapii i że chce dla swojego podopiecznego jak najlepiej – westchnęłam, masując czoło palcami. Kasia prychnęła głośno.
    - Ja pytam o pacjenta, nie prezesa Panka! - obruszyła się. Westchnęłam po raz kolejny, tym razem ciężej. Moje granie na zwłokę nie dało efektów…
    - Jak to sportowiec.
    - To znaczy?
    - Nie wiem, nigdy wcześniej nie miałam z nimi do czynienia.
    - Oj, coś kręcisz kochaniutka! - Kasia zmrużyła oczy i pogroziła mi palcem przed nosem. Jej bladoróżowe bransoletki brzęczały wesoło na jej chudym nadgarstku, co tylko spotęgowało mój ból głowy. - Nie chcesz o nim mówić. Dlaczego?
    - Powiedzmy, że pierwsza prezentacja wypadła raczej… marnie – mruknęłam z niesmakiem, mieszając łyżeczką w gęstej, słodko pachnącej cieczy.
    - O Boże, no nie każ mi się ciągnąć za język! - jęknęła Rzepecka, z brzękiem odstawiając kieliszek na stół.
    - To co chcesz wiedzieć? - zapytałam z cierpliwym uśmiechem, wspierając skroń na trzech palcach. Kaśka zatoczyła ramionami szerokie koło.
    - Wszystko! - zawołała z niemal dziecięcym uśmiechem. Na moje szczęście, pisk mikrofali uratował mnie od odpowiedzi. Odetchnęłam z ulgą, odstawiłam kubek na blat stołu i w podskokach pobiegłam do kuchni, żeby zająć się naszą kolacją. W głowie próbowałam ułożyć sobie jakąś względnie przyjemną prezentację siatkarza, ale na usta ciągle cisnęły mi się niepochlebne epitety, za to przed oczyma cały czas widziałam jego cwany, fałszywy uśmieszek i niebezpieczny błysk w zielonych oczach.
    Byłam w kropce. Naprawdę nie wiedziałam, jak z nim pracować. Jako psycholog miałam współczuć, pomagać w odnalezieniu właściwej drogi, w otworzeniu się i pogodzeniu się pacjenta z jego własnymi słabościami. Wskazywać dobry kierunek. W tym wypadku, całym sercem życzyłam Bartmanowi jak najgorzej.
    Pokręciłam głową, po raz milionowy próbując odnaleźć jakikolwiek pozytyw w sylwetce siatkarza. Wzięłam do rąk dwa talerze z zapiekankami i wróciłam do salonu, gdzie Kasia z okularami na nosie wstukiwała coś szybko na klawiaturze swojego notebooka.
    - Nie wiem, czy sobie z nim poradzę, Kacha - wysapałam w końcu, siadając skrzyżnie na materacu kanapy.
    - Czemu? - zapytała z pełnymi ustami, jedną ręką ciągle coś pisząc i w ogóle na mnie nie patrząc. Zmarnowana, ukryłam twarz w dłoniach i szybko policzyłam do sześciu i z powrotem.
    - Nie dogadamy się. Jak zawsze patrzę na swoją pracę przez różowe okulary, staram się być niepoprawną optymistką w kontaktach z pacjentami, tak teraz czuję, że nie mamy szans na porozumienie. On jest po prostu… No…
    - Jak on się w ogóle nazywa? - zapytała.
    - Zbigniew Bartman – westchnęłam cicho. Kasia poruszyła zabawnie brwiami.
    - Zbysiu, ładnie – uśmiechnęła się szeroko. - No, to co tam z nim?
    - On jest… - spróbowałam jeszcze raz. - Jest… Na pewno jest zagubiony i… Och! - uderzyłam dłońmi o uda, zaciskając powieki. - Jest bezczelnym, aroganckim, egoistycznym, pewnym siebie chamem, który zapewne myśli, że jest panem świata, skoro leci na niego co druga kobieta w tym kraju! - wybuchłam. Nagle zrobiło mi się lżej na sercu. Szybko chwyciłam się tego sposobu pozbywania się negatywnych emocji i z marszu zaczęłam wymyślać na przyjmującego. - To szowinista! Jest ironiczny, pyszałkowaty, władczy, porywczy, kłótliwy, wścibski, próżny…
    - Przystojny – wymruczała Kaśka, wpadając mi w pół słowa. Zacietrzewiona, ledwie zdążyłam złapać oddech.
    - Co? - bąknęłam, z trudem powracając do rzeczywistości.
    - Niezły jest – powiedziała, odwracając notebooka ekranem do mnie. Ściągnęłam ku sobie brwi i pochyliłam się lekko nad urządzeniem. Na niewielkim wyświetlaczu widniało zdjęcie Bartmana sprzed kilku lat, z jednej z sesji do jakiejś gazety. Stał nonszalancko wsparty ramieniem o ścianę, z kciukiem jednej ręki zaczepionym o kieszeń wypłowiałych jeansów w taki sposób, by pokazać choć fragment tatuażu okalającego jego prawy biceps. Patrzył wyzywająco w migawkę obiektywu, czy, w tym wypadku, w moje oczy, z tym swoim na wpół władczym na wpół cynicznym uśmiechem. Szeroka pierś pokryta kilkoma bliznami była mocno umięśniona, a tarka na brzuchu mogła wprawić nie jednego mężczyznę w kompleksy. Zaschło mi w ustach.
    - … powiedziałabym nawet, że „ciasteczko”, korzystając z twojego słownika. I mówię to JA, to już coś – głoś Kaśki dotarł do mnie z pewnym opóźnieniem. Wypuściłam powoli powietrze przez usta, nie wiedząc, jak zareagować. Dziewczyna umilkła, widząc moją reakcję i nagle uśmiechnęła się nienaturalnie szeroko. - Podoba ci się! - wykrzyknęła.
    - Co? - znowu popisałam się inteligencją.
    - On ci się podoba! To twój przystojny mięśniak! - pisnęła, łapiąc notebooka w obie dłonie i przystawiając mi go do czubka nosa. Jasność ekranu poraziła moje zmęczone oczy. Zamknęłam je szybko, trzepnęłam przyjaciółkę w rękę i odwróciłam głowę.
    - Nie! - krzyknęłam buntowniczo.
    - Zarumieniłaś się! - Kaśka nie dawała za wygraną, wytykając mnie oskarżycielsko palcem.
    - To z gorąca! - broniłam się nieporadnie.
    - Chyba z podniecenia! - prychnęła rozweselona, a ja rzeczywiście poczułam, że pieką mnie policzki.
     - Ja nie…!
    - Podoba ci się, nie wmówisz mi, że jest inaczej – oznajmiła, z dumą wpatrując się w fotografię Zbyszka.
    - Kaśka! - pisnęłam płaczliwie, bo sama nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Robił wrażenie wyglądem, trzeba mu było to oddać.
    - Przystojna bestia.
    - Mmm! - pisnęłam, zaciskając mocno zęby. Jak ta dziewczyna mnie czasami irytowała! - Okay, jest całkiem przystojny… - westchnęłam z rezygnacją, przymykając oczy.
    - Aaa, wiedziałam!
    - Ale to nic nie zmienia, to mój pacjent, a ja mam swoje zasady - sparowałam szybko, jakbym próbowała uspokoić samą siebie. Uśmiech spełzł z buzi Rzepeckiej.
    - No tak. Zapomniałam, że ty masz niepisaną księgę miliona zasad – przewróciła teatralnie oczyma. Zachichotałam pod nosem, w końcu częstując się jedną z ledwo ciepłych zapiekanek.
    - Czymś się trzeba kierować w życiu – powiedziałam, puszczając przyjaciółce oczko. - Gdybym nawet chciała zacząć flirtować z Bartmanem, musiałabym tłumaczyć się przed Grzegorzem, a tego nie zamierzam robić.
    Kaśka skrzywiła się mocno pod nosem.
    - Wiesz, wydaje mi się, że powinnaś odesłać Grześka do innego terapeuty. To, co ten facet robi, zakrawa powoli na psychozę i to ukierunkowaną na ciebie.
    - Znamy go od przeszło trzech lat, wiesz, ile papierkowej roboty byłoby z przenoszeniem go do innej kliniki? Zresztą, podejrzewam, że on tak łatwo nie da się zbyć, więc jedyne, co mi pozostaje, to ignorować jego nieudolny podryw.
    - I tak uważam, że nie powinnaś siedzieć z nim sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu. Ten facet jest dla mnie podejrzany, tyle.
    - Jak każdy facet – zaśmiałam się wesoło. Rzepecka pokręciła głową w zamyśleniu.
    - Nie, to nie to. Ja po prostu darzę mężczyzn awersją, jego otwarcie się obawiam. Na siłę chciał się przepisać od Marcela do ciebie, a gdy ostatnio zwolniłaś Wesołowskiego, cieszył się jak dziecko. Jakby wpadł w amok.
    Popatrzyłam na Kasię w zdumieniu, czując nieprzyjemny dreszcz na plecach. Czasami potrafiła mi napędzić stracha. Mimo to czułam, że przesadza. Pacjent jak każdy inny, a że chory na głowę… Cóż, byłam psychologiem, czy nie tak?
    - Może pomyślę o przerzuceniu go gdzie indziej, jak już uporam się z dokumentacją Marcela – westchnęłam ciężko. Kasia pokiwała mi w skupieniu głową, po czym znowu zerknęła na swojego notebooka.
    - A tak z ciekawości, gdyby nie Grzesiek, spróbowałabyś coś ten teges z tym siatkarzykiem?
    - Nie sądzę – skrzywiłam się pod nosem. - Wiesz, że lubię, gdy facet o mnie zabiega, potrafi przynieść mi kwiaty albo wysłać sms'a na dobranoc – uśmiechnęłam się, gdy Kasia wydęła usta w dzióbek. - On mi raczej nie wygląda na romantyka.
    - Ale męski jest, nie zaprzeczysz.
    - Znasz się na tym? - zakpiłam. Kasia popatrzyła na mnie poważnie.
    - Słuchaj, skoro nawet mnie rusza jego wygląd, to znaczy, że jest dobrze. Przynajmniej z wierzchu – puściła mi perskie oko, a ja znowu westchnęłam, ciężko i głęboko. Żartowałyśmy sobie, ale ja nadal nie miałam pojęcia, jak mam dojść do porozumienia z tym człowiekiem.
    - Chyba zerwę tę umowę – szepnęłam zmęczonym głosem. Rzepecka jak na zawołanie dołożyła sprzęt na stół i ponownie wzięła kieliszek z winem do ręki, rozsiadając się na kanapie.
    - Tego nie zrobisz – powiedziała poważnie.
    - A to dlaczego?
    - Wiesz, ile Panek płaci za jego powrót „do normalności”? - zapytała, palcami robiąc cudzysłów w powietrzu. Pokręciłam głową, zgodnie z prawdą. Kasia wyjęła z kieszeni spodni kawałek kartki i malutki długopis. Nie wiem, skąd ona brała takie, na pierwszy rzut oka, niepotrzebne gadżety, ale zawsze miała coś w kieszeniach. I o dziwo, zawsze przydawało się to w najmniej oczekiwanym momencie. Zapisała coś szybko na pomarańczowym skrawku papieru, po czym podsunęła mi go pod nos. Choć z przodu widniała jedynka i suma teoretycznie nie była aż tak wielka, to po pierwszym spojrzeniu, zera zaczęły mi wirować przed oczami.
    - A to tylko zaliczka – usłyszałam poważny głos blondynki i aż zachłysnęłam się nabieranym w płuca powietrzem. Szybko uniosłam głowę i nieświadomie otworzyłam usta z zaskoczenia. Kasia pokiwała tylko głową.
    Niepewnie zerknęłam na sprzęt odstawiony na stół. Z ekranu komputera ciągle patrzył na nas Bartman, kilka lat młodszy. Zagryzłam wargę, przymknęłam oczy i ciężko westchnęłam.
    Przyznaję się, gdyby nie pieniądze, Panek i jego podopieczny musieliby szukać innego lekarza.
Stałem na balkonie, wsparty dłońmi o zimną barierkę. Chłodny wiatr chłostał mnie po twarzy, rozwiewając mi włosy, ale w żaden sposób nie dając ukojenia. Ciągle byłem podenerwowany spotkaniem z tą, pożal się Boże, panią psycholog.
    Nie wiedziałem, skąd wytrzasnęła pomysł z uzależnieniem od seksu. Nie twierdzę, że się pomyliła, zastanawiało mnie tylko, kto mnie znowu podkablował.
    Słyszałem, jak Kamila krząta się po mojej sypialni w poszukiwaniu cieplejszego odzienia. Długo musiałem ją prosić, żeby dała mi ochłonąć w spokoju. Nie była z tego pomysłu zadowolona, ale ja nie miałem zamiaru z nią dyskutować. Nie na ten temat. Nie chciałem zrobić jej krzywdy.
    Prychnąłem pod nosem, zdając sobie sprawę, że Krystian miał rację. Byłem agresywny, cholernie agresywny. Najmniejsze niepowodzenie, ułożenie się zdarzeń nie po mojej myśli powodowało, że świerzbiły mnie ręce, miałem ochotę w coś uderzyć. Wściekałem się bez powodu, czasami wyładowując się na tych, którzy po prostu byli pod ręką. Pokręciłem głową, nieco zszokowany tym odkryciem. Nigdy nie zwracałem uwagi na to, co mogą poczuć czy pomyśleć inni. Jasne, kobiety traktowałem przedmiotowo, ale to nie znaczyło, że mogę im sprawiać fizyczny ból. A zdaje się, że parokrotnie to zrobiłem.
    Drzwi prowadzące na balkon skrzypnęły cicho i po mojej prawej pojawiła się Kama. Ubrana w moją klubową bluzę, o wiele za dużą jak na jej drobne ciało, obejmowała się jedną ręką, w wolnej dłoni trzymając podpalonego papierosa. Patrzyła przed siebie, na znikające za blokami słońce, nie zaszczycając mnie nawet najmniejszym spojrzeniem, najkrótszym słowem. Wydmuchnęła wąską stróżkę dymu i zadrżała z zimna, a ja przygryzłem lekko wargę.
    Jak wielu dziewczynom w jej wieku, ba!, nawet młodszym, obrzydziłem seks na długie lata, jeśli nie do końca życia?
    - Nie powinnaś palić - odezwałem się cichym, mocno ochrypniętym głosem, byle przerwać tę ciążącą mi ciszę. Kamila popatrzyła na mnie z boku i uśmiechnęła się nieśmiało. - To zabija.
    - Na coś trzeba umrzeć – sparowała, zaciągając się po raz kolejny. Zaśmiałem się mrukliwie i wyciągnąłem do niej dłoń.
    - Daj buszka – mruknąłem ze zmęczeniem. Uniosła wysoko jedną brew i zmierzyła mnie podejrzliwym spojrzeniem.
    - Jesteś sportowcem.
    - Sportowiec też człowiek. Daj – zmusiłem usta do wygięcia się w uśmiechu. Dziewczyna strząsnęła palcem popiół i podała mi wąskiego Marlboro, obserwując każdy mój ruch. Wziąłem papierosa między dwa palce i zaciągnąłem się głęboko, przymykając oczy. Suchy, ciepły dym omiótł mi płuca, dając dziwne wrażenie rozluźnienia. Odchyliłem głowę do tyłu i powoli wypuściłem jego resztki przez usta i nos.
    Gdyby tak trener mnie zobaczył, pewnie wyleciałbym na zbity pysk.
    - Nie powinieneś mi prawić morałów, palaczu – usłyszałem obok. Kama wspierała się przedramionami o balustradę, śmiejąc się do mnie. Uśmiechnąłem się nieco szerzej i wsunąłem papierosa jeszcze raz do ust.
    - Nie pyskuj. Za młoda jesteś – powiedziałem cicho, oddając jej tutkę. - Co powiedziałaś ojcu?
    - Że idę na noc do przyjaciółki – wzruszyła ramionami, a ja zmusiłem się do uśmiechu.
    - Mam się umalować i założyć spódniczkę?
    - Spokojnie, tata mnie nie śledzi – zachichotała, obracając się przodem do mnie. Wsparła łokcie o barierkę i przyglądała mi się bacznie kilka długich chwil.
    - Co? - bąknąłem w końcu, opadając ciężko na mały taboret.
    - Jesteś jakiś podenerwowany dzisiaj…
    - Wkurzył mnie ktoś – rzuciłem beznamiętnym tonem, opierając łokcie o uda.
    - Ta laska, która była na waszym treningu?
    - A ty skąd wiesz?
    - Tata mówił, że przyszła do was jakaś kobieta, pogadała z prezesem, a potem podeszła do ciebie – Kamila wzruszyła ramionami. - Twoja była?
    - Nie – zaśmiałem się cicho, kręcąc głową. - Powiedzmy, że mam z nią współpracować, żeby… poradzić sobie z kilkoma spawami.
    - Nie podoba ci się ten pomysł.
    - Wiesz to? - zapytałem z wesołą iskrą w oku, znowu wyciągając dłoń po papierosa. Kamila spojrzała mi w oczy i przytknęła mi peta do ust, nie wypuszczając go z palców.
    - Widzę – odparła, gdy nie spuszczając z niej wzroku, wziąłem w zęby filtr, muskając ustami skórę dłoni dziewczyny. Patrzyliśmy sobie wyzywająco w oczy, napięcie pomiędzy nami w końcu zaczęło rosnąć, atmosfera gęstnieć. Odsunąłem twarz od ręki Kamili i z dziecięcym uśmieszkiem dmuchnąłem jej dymem w twarz, jakbym chciał ją za coś skarcić. Szatynka zachichotała cicho, kręcąc głową na boki, po czym sama zaciągnęła się po raz ostatni. Zgasiła peta o barierkę, rzuciła niedopałek do popielniczki i nim zdążyłem zareagować, stanęła za mną. Objęła mnie lekko od tyłu, dłońmi badając moją klatkę piersiową. Przymknąłem oczy.
    - Chodź do łóżka – szepnęła, by po chwili zacząć całować mnie po karku. Krew momentalnie zaczęła szybciej krążyć po całym moim ciele, przyjemne ciepło zalało podbrzusze. Jej chłodne usta znaczyły sobie ścieżkę po mojej skórze, wspinając się coraz wyżej, ku szczęce. Mruknąłem cicho, odchylając głowę w bok, żeby dziewczyna w spokoju mogła mi zrobić malinkę.
    Zazwyczaj sobie na to nie pozwalałem. Taki czerwony ślad był jednak mocno widoczny i trenerzy zazwyczaj się wściekali, gdy coś podobnego wystawało spod trykotów, a jeszcze nie popieprzyło mnie do tego stopnia, żebym próbował to zamalować pudrem, fluidem, czy cokolwiek innego kobiety tam używają. Tym razem jednak nie miałem siły protestować.
    Nie wiem czemu, Kama rządziła się swoimi prawami. Była inna, z nią jakoś… lubiłem rozmawiać. Nie przeszkadzały mi w niej zachowania, które u innych od razu zacząłbym tępić. Machnąłem więc ręką. Chciała się bawić i zostawić po sobie pamiątkę na moim ciele? A niech się bawi, w cholerę z tym.
    - Zaraz przyjdę – wychrypiałem, zdejmując jej dłonie ze swojego ciała, gdy odsunęła ode mnie usta. - Idź – szepnąłem spokojnie, choć najchętniej wziąłbym ją na tym krześle, na balkonie. Usłyszałem, jak drzwi znowu się otwierają, a potem panele zatrzeszczały pod stopami Kamy, gdy wchodziła do sypialni.
    Utkwiłem wzrok w obrazie przed sobą, na nowo owładnięty przerażającą ciszą. W mieszkaniach bloku usytuowanego naprzeciw mojego apartamentowca paliły się światła; ludzie pewnie wrócili po pracy do domów, do bliskich. Może szli na jakąś imprezę, część pewnie jadła kolację z rodziną. Każdy miał jakieś plany.
    Wieczorami zawsze chcemy zająć się sobą, odpocząć po stresującym dniu pełnym obowiązków. Ja całe dnie robiłem to, co kocham, więc wieczory służyły mi do zaspokojenia fizjologicznych, czy jak kto woli, zwierzęcych potrzeb. Ale tym razem głos tej przeklętej Kruś mieszał mi się w głowie ze słowami Krystiana.
    Co, jeżeli ja naprawdę potrzebowałem psychologa...?
    Tylko dlaczego, kurwa, akurat kobieta?! Niby jak się miałem przed nią otworzyć, powiedzieć wszystko?
    Z drugiej strony, czy przed facetem zrobiłbym to bez zająknięcia się? Szczerze wątpię.
    Zamknąłem oczy i pokręciłem z dezaprobatą głową. Cieszyłem się, że mam z kim spędzić noc, bo inaczej chyba nie zmrużyłbym oka. Wspomnienia, demony, które na co dzień trzymałem pod kluczem potrafiły bez problemu znaleźć lukę w swoich klatkach, zwłaszcza w sytuacjach, gdy sam byłem przyparty do muru. Tak jak teraz. Nie lubiłem takich momentów, bo wymagały ode mnie funkcjonowania na najwyższych obrotach, byle nie stracić rezonu, a to męczyło.
    Chyba, że ktokolwiek był obok…
    Jak na zawołanie, moje uszy podrażnił przeciągły krzyk Kamili.
    - Zbyyyszek! - zawołała z nutką niecierpliwości. Wstałem ociężale z miejsca, obróciłem się na pięcie i nagle coś uderzyło mnie w sam środek czoła. Zaskoczony, wyciągnąłem w górę ręce, w ostatniej chwili łapiąc w dłonie czarny, koronkowy stanik. Zamrugałem szybko, kilka długich sekund wpatrując się w materiał zwinięty w moich dłoniach, po czym parsknąłem śmiechem. Nieśpiesznie wróciłem do wnętrza mieszkania. Zamknąłem za sobą drzwi, zaciągając na nie zasłonkę. Budynki były od siebie dość oddalone, ale wolałem nie burzyć dzieciństwa żadnym nieświadomym dzieciom, szukającym pierwszej gwiazdki na jesiennym niebie.
    Mimo, że Kama niespodziewanie wyłączyła światło, drogę do łóżka znałem na pamięć. Uśmiechnąłem się cwaniacko pod nosem, okrutnie powoli zdejmując T-shirt przez głowę.
    Zresztą, nawet, gdybym tej krótkiej drogi nie znał, jej drobne, wyrzeźbione ciało, biała skóra pięknie odznaczała się w ciemnej pościeli pośród wieczornego mroku.
    Kilkanaście godzin później, po długim, naprawdę długim odprawieniu Kamy i zaraz po pierwszym treningu kolejnego już dnia, z jeszcze mokrymi po prysznicu włosami, ruszyłem w kierunku obrzeży Rzeszowa. Miałem szczęście, że o tej porze większość ludzi była w pracy i spokojnie mogłem przejechać z jednego krańca miasta na drugi.
    Nie uśmiechało mi się spędzać najbliższych dwóch godzin na siedzeniu w aucie i rozmowie o niebieskich migdałach z Panią Psycholog Wspaniałą w jej gabinecie. Mogłem ten czas spożytkować o wiele efektywniej, chociażby pójść coś zjeść; tym bardziej, że przez wiecznie napaloną Kamilę na śniadanie zjadłem ledwie pół tosta z nutellą. Byłem głodny jak wilk, mimo to twardo trzymałem się postanowienia, że jeżeli już coś robić, to porządnie. Nie lubiłem się spóźniać i tego samego oczekiwałem od innych.
    Szkoda tylko, że ci "inni" nie szanowali mojego czasu tak, jak ja szanowałem ich.
    Po wpadnięciu do kliniki, z wizją burczącej na mnie za kilkuminutowe spóźnienie Franceski, jedyne, co mogłem zrobić, to siedzieć na białym krzesełku w poczekalni, bo Idealnej Pani Psycholog przedłużała się poprzednia wizyta. Mogłem też chodzić w tę i z powrotem po niewielkim korytarzyku, nie słysząc nawet własnych myśli przez pracującą w jednym z gabinetów ekipę remontową.
    Jakby tego było mało, siedząca za kontuarem blondynka w różowej bluzeczce cały czas lustrowała mnie zaczepnym spojrzeniem. Było to na tyle dziwne i krępujące, że zazwyczaj podobne zachowania mi schlebiały. W tej kobiecie było jednak coś innego, coś… dziwnego. Nie czułem się komfortowo.
     Nagle drzwi z ciemną szybą na ich powierzchni otworzyły się powolutku, z irytującym, przeciągłym skrzypnięciem. Zarówno ja, jak i blondynka, zerknęliśmy w ich kierunku, ale nasze reakcje były zgoła odmienne. Sekretarka, czy kim tam ona sobie była, ściągnęła ku sobie brwi, patrząc groźnie na plecy stojącego w progu mężczyzny. Ja niemal podskoczyłem z radości, ciesząc się, że moja męka w końcu się zacznie (a co za tym idzie, jej koniec również zaczął stawać się bliski).
    Niski facecik z drżącymi rękoma i świecącą się twarzą, okrytą lekkim zarostem, kiwał szybko głową, słuchając ostatnich instrukcji Kruś. Kręcił stopą młynki, wspierając ją na palcach i ściskał kurczowo klamkę. Był rozluźniony i wyraźnie z siebie zadowolony, ale gdy w końcu obrócił się twarzą w moim kierunku, uśmiech spełzł z jego twarzy. Gapił się na mnie jak wół w namalowane wrota, zasłaniając niemal całe przejście.
    Nie interesowała mnie jego osoba, bo niby z jakiego powodu powinna? Wstałem ze swojego miejsca, narzuciłem torbę na ramię i minąłem się z nim w drzwiach, gdy w końcu zmusił nogi do współpracy i postanowił ruszyć się z progu. Miauknął coś niewyraźnie pod nosem, skulił ramiona i uciekając przed niepochlebnym wzrokiem blondynki, drobiąc nóżkami uciekł z poczekalni na schody. Popatrzyłem za nim z niesmakiem i pokręciłem głową. Trzęsąca się galareta. Nie lubiłem takich ludzi. Co gorsza, utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że nie powinienem wcale być w tym miejscu. Ani teraz, ani nigdy.
     - Przepraszam, że musiał pan czekać - usłyszałem słaby, zmęczony głos kobiety. - Nie sądziłam, że sesja z poprzednim pacjentem tak się przeciągnie - westchnęła. Spojrzałem na nią i aż robiło mi się Kruś żal. Była blada, pod powiekami miała ciemne cienie, a jej jasne oczy ciskające we mnie gromy przy pierwszym spotkaniu, teraz były puste i jakby rozwodnione. Pocierała buzię dłońmi, próbując się rozbudzić, ale na niewiele się to zdało.
     - Do każdego pacjenta zwracasz się per pan/pani? - zapytałem, niechlujnie rzucając sportową torbę pod wieszak stojący przy drzwiach. Wsunąłem dłoń w kieszeń spodni i powolnym krokiem ruszyłem w stronę biurka. Szatynka popatrzyła na mnie ze znużeniem, opierając się ciężko o swoje krzesełko.
     - Z grzeczności i szacunku...
     - To do mnie mów po imieniu - rzuciłem, nie czekając, aż skończy. Kruś ściągnęła niepochlebnie brwi, a ja niemal od razu wygiąłem usta w sztucznym uśmieszku. - Nie ma między nami dużej różnicy wieku, a wątpię, żebyś darzyła mnie szacunkiem - prychnąłem. Francesca uśmiechnęła się do mnie delikatnie, kręcąc głową. Chyba ją rozbawiłem i musiałem przyznać, że na moje usta również wpłynął wesoły uśmiech.
     - No dobrze - szatynka wypuściła gwałtownie powietrze z płuc i wyciągnęła coś z szuflady. - Może nasze pierwsze spotkanie nie wyszło najlepiej, ale skoro to nasza pierwsza sesja, to może po prostu lepiej się poznamy. Co ty na to? - zmusiła się do przyjaznego tonu, a ja choć bardzo chciałem, nie umiałem powstrzymać typowych dla siebie reakcji. Przesunąłem koniuszkiem języka po dolnej wardze, uśmiechając się nienaturalnie szeroko.
    Oj, kochanie, nie składaj mi takich propozycji, zaśmiałem się w duchu. Francesca musiała zrozumieć drugie dno swojej wypowiedzi, bo zarumieniła się lekko i odchrząknęła nerwowo.
    - Środowisko nie powiedziało ci wszystkiego? - zakpiłem mrużąc oczy, nim zdążyłem się ugryźć w język. Francesca zaczesała palcami włosy, szukając odpowiednich słów, żeby rzucić mocną ripostą. Nie zdążyła się jednak odezwać, a niewielkie pomieszczenie przeszyło donośne burczenie wydobywające się z mojego żołądka. Naprawdę byłem głodny.
    - Słuchaj, mamy spędzić ze sobą jeszcze czterdzieści minut, tak? - upewniłem się z grymasem, próbując przekrzyczeć warczenie wiertarki w pokoju obok. Francesca zamrugała szybko i skinęła mi głową. - I będziemy tylko rozmawiać, tak?
    - Tak jest.
    - A czy moglibyśmy to robić w jakiejś pizzerii, restauracji? - westchnąłem, gdy mój brzuch znowu ścisnął mało przyjemny skurcz.
    - Jeżeli jesteś głodny, to w automacie na korytarzu są kanapki...
    - Jednodniowe, leżące tam od tygodnia? Nie, dzięki - fuknąłem. Już raz zatrułem się takim jedzeniem niewiadomego pochodzenia. Nie miałem ochoty powtarzać tego błędu.
    Kruś rozłożyła bezradnie ręce i pokręciła głową.
    - Terapię przeprowadzam tu, nie wychodzę z pacjentami na miasto, bo chce im się jeść albo posłuchać muzyki - mruknęła nad wyraz spokojnie, a ja zacisnąłem powieki z goryczą. - To ma być obowiązek, nie przyjemność. Musisz się skupić, a nie zajmować milionem ciekawszych rzeczy dookoła.
    - Dobra, jeszcze jedna rzecz - oznajmiłem. - Nie używaj przy mnie słowa "terapia”, mierzi mnie to. Sesja, zajęcia, spotkania: śmiało. Byle nie „terapia" - rzekłem oschle, znowu zaskakując panią psycholog. - Określenie „pacjent” też mi nie odpowiada, jeśli mam być szczery. Już wolę „klient”, choć to można opacznie zrozumieć - zaśmiałem się cicho.
    - Rozumiem...
    - Cudownie. To teraz chodź coś zjeść.
    - Zbyszku...
    - Słuchaj, jestem głodny, a prosto stąd muszę wrócić na halę - syknąłem.
    - Mam po tobie następnego pac... to jest, klienta. Nie mogę ot tak sobie wyjść i wrócić nie wiadomo kiedy.
    - Mam auto, podrzucę cię.
    - Zbyszek, jesteś na sesji, nie na koncercie życzeń - powiedziała nieco już poirytowana, marszcząc brwi, gdy ja wstawałem ze swojego miejsca.
    - Co za różnica, czy będziemy rozmawiać tutaj, czy nad talerzem? - jęknąłem znudzony, patrząc na nią przez ramię. Zerkała na mnie spod ściągniętych brwi i zmarszczonego lekko czoła. - Blisko jest włoska restauracja, na pieszo to będzie pięć minut, co dopiero autem.
    - Słuchaj, wiem, że lubisz flirtować, ale nie sądziłam, że już na pierwszym spotkaniu...
    - Flirtować?! - uniosłem się, marszcząc groźnie czoło. No chyba sobie ze mnie kpiny robiła! Francesca otworzyła i zamknęła kilka razy usta, jak ryba wyjęta z wody. - Kobieto, ja chcę coś zjeść, nie iść z tobą na randkę! Nie jesteś w moim typie! - warknąłem i nagle wytknąłem ją palcem. - Sama za siebie płacisz. Idziesz? - rzuciłem niecierpliwie. Gdy nie doczekałem się odpowiedzi, sam ruszyłem ku wyjściu. - Ja idę, ty rób co chcesz - mruknąłem, w jedną rękę łapiąc torbę, drugą naciskając na klamkę.
    - Zbigniew! - usłyszałem za plecami podenerwowany krzyk.
    - No chodź! - zawołałem nawet nie zerkając przez ramię. Usłyszałem stukot obcasów uderzających o posadzkę, Francesca rzuciła coś do swojej współpracownicy, a potem pobiegła za mną, żeby dogonić mnie dopiero przy moim aucie.
    - Bartman, wracaj na górę! - zawołała zduszonym głosem, gdy otworzyłem przed nią drzwi wozu. Cofnęła się o krok, sunąc wzrokiem po granatowej, błyszczącej karoserii.
    Z trudem zdławiłem śmiech. Jeżeli oczka tak jej się świeciły na widok zwykłego Hyundaia Genesis, to coby się stało, gdyby zobaczyła Mazdę, a co dopiero takie Audi…
    - Przez twoje bezsensowne zapieranie się, straciliśmy już dobre dziesięć minut. Gdybyśmy wyszli od razu, już dostalibyśmy jedzenie i w spokoju rozmawiali – powiedziałem siląc się na rzeczowy ton i obchodząc auto dookoła. Wrzuciłem torbę do bagażnika, trzasnąłem nim mocno i zaraz szarpnąłem za drzwi od strony kierowcy. - Jedziesz, czy mam cię tu zostawić?
    Kruś zacisnęła sztywno usta, spięła ramiona i nagle… tupnęła nogą, wydając z siebie jakiś dziwny dźwięk. Zamknęła oczy i bez słowa wskoczyła na siedzenie pasażera, trzaskając drzwiami. Zamrugałem kilka razy, szczerze zdumiony, po czym usiadłem za kierownicą. Bez słowa włączyłem się do ruchu, żeby objechać niewielki skwerek i zaparkować pod restauracją. Francesca cały czas patrzyła w boczną szybę, z ramionami założonymi na piersi. Oddychała ciężko ze złości, a ja jakoś nie mogłem zebrać myśli do kupy. Zaczynałem się denerwować.
    Kruś wysiadła w milczeniu, nim jeszcze porządnie ustawiłem samochód i po raz kolejny sieknęła drzwiami. Zacisnąłem szczęki, wziąłem głęboki oddech i dużo spokojniej od niej, wygramoliłem się na zewnątrz.
    - Możesz się wyżywać na mnie, zamiast na moim aucie? - syknąłem wrogo, zamykając wóz. - Rozpieprzysz mi zamki takim trzaskaniem – ofuknąłem ją i nie patrząc, czy nadąża za moimi długimi nogami, ruszyłem w kierunku budynku. Przytrzymałem jej drzwi, żeby oprócz chama i gbura nie zaczęła mnie wymyślać od prostaków, poprowadziłem do oddalonego od reszty gości stolika i nawet odsunąłem jej krzesło, czym zasłużyłem na nieco przychylniejsze spojrzenie.
    Ledwie zdążyłem opaść na swoje miejsce, młoda kelnerka znalazła się przy nas, kładąc na stoliku dwie karty, proponując przystawki i coś do picia. Uparcie patrzyła przy tym na mnie, ale ja naprawdę nie miałem ochoty na takie zagrywki. Odprawiłem ją niedbałym machnięciem ręki i chyba nawet ją tym zraniłem. Nie wiem, byłem zbyt zajęty przeglądaniem menu.
    Czułem, że coraz bardziej się spinam. Czekała mnie ciężka przeprawa z Kruś, byłem głodny, z wizją drugiego treningu na hali. Ściśnięty z nerwów żołądek burczał mi coraz donośniej, myśli obijały mi się o pustą czaszkę, dzwoniąc w uszach i wywołując ból głowy.
    Zaraz oszaleję…
    - Dobrze się czujesz? - usłyszałem przed sobą spokojny głos i zdumiony, uniosłem brodę.
    - Tak, a co?
    - Pobladłeś – Francesca zmrużyła lekko oczy, uparcie mi się przypatrując. Wzruszyłem ramionami.
    - Głodny człowiek, to człowiek nieszczęśliwy. Zaraz mi przejdzie – spróbowałem ją uspokoić, uśmiechając się delikatnie. Naprawdę nie chciałem, żeby nasza współpraca ograniczała się do złośliwości i suchych poleceń. Jeżeli mieliśmy ze sobą przetrwać pół roku, musiałem być… miły.
    Po kolejnych minutach ciszy podeszła do nas inna kelnerka, by przyjąć zamówienie. Tym razem patrzyła uparcie na Franceskę, nerwowo kręcąc młynka stopą, zaś gdy pytała o zamówienie mnie, jej wzrok nie odrywał się od bloczku kartek, na którym szybko coś notowała. Gdy odeszła, z uśmiechem pokręciłem głową i poprawiłem obrus przed sobą.
    - Ta kobieta, która siedzi u ciebie w recepcji – odezwałem się po wielu minutach milczenia. - Jest lesbijką, prawda?
    - Kasia? Tak – Francesca ze zdumieniem skinęła mi głową. - Skąd wiesz?
    - Nosi pierścionek na kciuku – zaśmiałem się, nieco rozluźniając się na krześle. - To dość stereotypowe i w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach niezgodne z prawdą, ale ona mi jakoś pasowała na taką.
    - Nie taksowała cię wygłodniałym spojrzeniem – Kruś westchnęła cicho, jakby z rezygnacją. Posłałem jej zniecierpliwione spojrzenie i przechyliłem głowę na bok.
    Czy ona naprawdę jest taka sztywna, czy tylko chce mnie wyprowadzić z równowagi?
    - Ty też mnie takowym nie taksujesz, a nie sądzę, żebyś wolała dziewczynki – mruknąłem, w duchu ciesząc się jak dziecko, gdy na szczupłe policzki szatynki wpłynął mocny rumieniec. Kelnerka podała nam posiłek, dygnęła lekko i umknęła do kuchni, a między mną i Kruś znowu zapadła mordercza cisza.
    - Słuchaj, nie chcę, żeby te wspólne godziny, które mamy obowiązek znieść, wyglądały tak jak teraz – westchnąłem ciężko, gdy zbliżaliśmy się ku końcowi obiadu. - Wątpię, żeby te rozmowy na cokolwiek mi się przydały, ale chociaż udawaj, że ze mną pracujesz… Będziemy mieli oboje czyste sumienia.

Patrzyłam na niego jak zaklęta. Zadziwiał mnie. Poprzedniego dnia podniósł mi ciśnienie do granic możliwości; teraz zdawał się być zagubiony, podenerwowany, miły na siłę. Wczoraj był na swoim terenie, więc czuł się jak pan i władca. Teraz zmalał do rozmiarów mrówki i widać było, że czuje się z tym co najmniej niekomfortowo. Mnie natomiast nie chciało się wierzyć, że tak pewny siebie, umięśniony, wysoki facet, dorosły facet, warto by dodać, wśród ludzi zachowuje się jak zagubiony chłopiec…
    Naraz w głowie rozbrzmiał mi głos jego przyjaciela, który próbował zarysować mi sylwetkę Zbyszka jeszcze pod koniec poprzedniego sezonu siatkarskiego, nim podpisałam umowę z Asseco. „Zibi jest cwany i bardzo inteligentny, choć tego drugiego może nie być po nim widać. Umie obracać sytuacje na swoją korzyść, więc nie chwal go za postępy, jeśli sama nie zauważysz, że zaczął się trwale zmieniać. Inaczej wyłapie, czego od niego oczekujesz i będzie przed tobą grał”.
    Łatwiej powiedzieć, niż zrobić, panie Ignaczak.
    Bartman patrzył na mnie wyczekująco, więc uśmiechnęłam się spokojnie i zaczesałam włosy do tyłu.
    - Zazwyczaj zaczynam od poznania się z pacj… klientem – poprawiłam się szybko, gdy zmrużył groźnie oczy. Skoro już rozmawialiśmy, a nie warczeliśmy na siebie, dobrze byłoby to wykorzystać. - Grałeś kiedyś w skojarzenia?
    Uśmiechnął się szeroko, oczy rozbłysły mu wesoło, aż ja sama uniosłam kąciki ust ku górze. Boże kochany, ile w tym na pozór oschłym mięśniaku buzowało emocji!
    - A kto nie grał? - zapytał uradowany. Założyłam nogę na nogę pod stołem i kilka razy przebiegłam paznokciami po blacie stołu, uważnie lustrując Bartmana wzrokiem.
    On musiał myśleć, że to zwykła zabawa, próba nawiązania nieco bardziej… przyjacielskich relacji. Ja musiałam rzucać takimi słowami, żeby bezboleśnie i, w jego całkowitej nieświadomości, wyciągnąć jak najwięcej informacji. Przymrużyłam nieco powieki, uszczypnęłam zębami wargę i spojrzałam mu w oczy. Trzeba było zacząć od czegoś głupiego, niezobowiązującego...
    - Zielony – rzuciłam bez namysłu, szybko wracając do jedzenia. Zbyszek zamrugał zdumiony i przykurczył ramiona.
    - Choinka? - bąknął niepewnie.
    - Święta.
    - Prezenty – sparował szybko, uśmiechając się nienaturalnie szeroko. Zaraźliwy miał ten uśmiech, musiałam przyznać.
    - Urodziny.
    - Impreza.
    - Dyskoteka.
    - Taniec – westchnął, odsuwając od siebie pusty talerz po stole i opierając się wygodnie o krzesło.
    - Para – powiedziałam ostrożnie. Zbigniew skrzywił się pod nosem, na suficie szukając odpowiedzi. Wzruszył niedbale ramionami.
    - Wolny – rzucił z trudem. Uśmiechnęłam się dyskretnie. Chyba nie przepadał za takimi tańcami.
    - Przytulanie – brnęłam dalej. Nie wiem, czemu. Kasia pewnie zaraz wyłożyłaby swoją tezę, jakobym zadurzyła się w przyjmującym, za co oczywiście dostałaby po głowie. Miałam po prostu wrażenie, że ta sfera jest dla Bartmana zupełnie obcą. Gubił się w niej i długie przerwy między słowami, gdy starał się wymyślić jakieś skojarzenie, były tego najlepszym dowodem. Teraz również podrzucił ramionami i powiedział beznamiętnym tonem:
    - Gra wstępna.
    Tak szybko?, zdumiałam się. Nie wiedzieć czemu, przypomniało mi się pytanie siatkarza o preferencje Kaśki, więc niewiele myśląc odpowiedziałam:
    - Kobieta.
    Zmrużył pożądliwie oczy. Kącik jego ust uniósł się ku górze. Dziwny dreszcz przebiegł mi od kręgosłupa po palce u stóp.
    - Seks.
    Bez owijania w bawełnę, bez żadnych ogródek i bez zająknięcia. Jak robot…
    - Namiętność – mruknęłam, starając się przybrać podobną jemu pozę. Nie podobały mi się ścieżki, na jakie wchodziliśmy podczas tej zabawy, ale obserwowanie zmian, jakie zachodzą chociażby na twarzy siatkarza, nie mówiąc już o jego napinających się czy rozluźnianych co chwilę ramionach, było naprawdę fascynujące.
    - Przyjemność – rzucił sucho, choć nadal się uśmiechał. Kurczę, to naprawdę tak mało dla niego znaczyło? Uśmiechnęłam się cwaniacko, oparłam łokieć o blat stołu i wsparłam brodę na dłoni, nie spuszczając ze sportowca wzroku.
    - Miłość.
    Bum!
    Zbyszek zesztywniał, choć miałam wrażenie, że zrobił to nieświadomie. Ściągnął ku sobie brwi; niemal widziałam, jak trybiki w jego mózgu przyśpieszają swoją pracę, obracając to jedno, zwykłe słowo dookoła, jak kulkę gliny. Nie, akurat w to, że nigdy nie poczuł, co znaczy „miłość” nie chciało mi się wierzyć. Przecież każdy to znał! Prawda…?
    - Ból – wychrypiał dziwnym głosem.
    Sparaliżowało mnie na jedno uderzenie serca. Ledwie zauważalnie drgnęłam na swoim miejscu, na ułamek sekundy przymrużając oczy. W mojej głowie zapaliła się kolorowa lampka. Czyżby słowo klucz?
    Bartman patrzył tępo na środek stołu, ale byłam pewna, że go nie widzi. Spoglądał na coś, co tylko on był w stanie dostrzec i dałabym sobie rękę obciąć, że nie było to nic przyjemnego. Oczy zaszły mu mgłą, spojrzenie stało się puste, rozchylił nieco usta.
    - Rana – bąknęłam niepewnie, przypominając sobie, że gra toczy się dalej.
    - Krew – odmruknął bez emocji. Lodowaty dreszcz objął moje ciało.
    - Serce – rzuciłam bez namysłu. Biło od niego takim chłodem, że zapragnęłam wstać z miejsca i wrócić do ciepłego pokoiku w swojej klinice. Zbyszek tymczasem ściągnął mocno brwi, marszcząc czoło i kręcąc głową jakby w niedowierzaniu. Ciągle gapił się na stół, ale minę miał taką, jakby zobaczył tam coś naprawdę okropnego.
    I wtem wszystko ustało. Bartman zerknął na zegarek, drgnął wybudzony z transu, po czym powolutku odsunął krzesło po wykafelkowanej podłodze.
    - Dość… - szepnął nie swoim głosem, powoli wstając z miejsca. Poruszyłam się niespokojnie.
    - Jeszcze nie sko…
    - Zasiedzieliśmy się, muszę wracać na halę – przerwał mi, posyłając wymuszony uśmiech. Wygrzebał z portfela pięćdziesięciozłotowy banknot i rzucił go obok malutkiego wazonika z pojedynczym goździkiem, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że jego obiad był dużo tańszy. - Odwieźć cię, tak? - wysapał ciężko. Uśmiechnęłam się do niego ciepło i zaprzeczyłam ruchem głowy. Potrzebował samotności.
    - Nie, dziękuję. Przejdę się – powiedziałam spokojnie. Wtedy niespodziewanie wrócił do mnie Bartman, z którym miałam styczność dzisiaj w swoim gabinecie. Uniósł wysoko jedną brew i zmierzył mnie pogardliwym spojrzeniem.
    No tak, przecież wyciągnął mnie tu siłą, a jednym z argumentów był ten, że odstawi mnie do kliniki przed przyjściem kolejnego pacjenta. Ja mimo wszystko trwałam przy swoim postanowieniu i nawet nie drgnęłam, gdy nakładał na szerokie ramiona klubową bluzę.
    - Jak chcesz, ale płacisz za siebie sama – rzucił z wyższością, po czym unosząc dłoń w górę na pożegnanie, wyszedł z restauracji. Obserwowałam go dyskretnie zza przyciemnionych szyb lokalu, jak z długą bruzdą znaczącą mu czoło wsiadał do auta. Dałam mu trochę do myślenia, byłam tego pewna.
    Tak samo jak tego, że ktoś mocno go skrzywdził.

*  *

Zmieniłam odrobinę muzykę, dałam nowe zdjęcie Zbyszka w "bohaterach". Chcecie - przesłuchajcie, obejrzyjcie ;)

Udanej majówki! Odpocznijcie też za mnie, co? xD Zdycham, a teraz to już chyba do grobu się wepchnę. Maturzystom powodzenia życzę! Ja też piszę, poprawiam sobie. Nie wiem po co, bo mi guzik z tego wyjdzie, ale co tam... 
Wiem, że i tak będziecie się stresować, ale uwierzcie mi - im bardziej na luzie podejdziecie do egzaminu, tym lepiej Wam on pójdzie. Przetestowałam na swojej maturze, na mnóstwach kolokwiów i na pierwszej sesji ;) Stres to Wasz jedyny i zarazem śmiertelny wróg na tego rodzaju egzaminach. Bądźcie spokojni, a wszystko pójdzie jak po maśle ♥

24 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Jesteś genialna, wiesz?
      Zbyszek nam się otwiera, pokazuje, że nie jest takim chamem, jakim go malują. On po prostu trzyma wszystkie emocje w sobie, przez co później wybucha, itd. Ale te spotkania z Francescą mogą mu pomóc. To będzie ciekawe zjawisko, ta terapia. Liczę na dużo opisów :)
      Zachowanie Francesci jest dziwne. Nie wiem czemu, ale hmmm to, że się zadurzyła to wiadomo xD chociaż jeszcze nie dopuszcza do siebie tej myśli. Ona jest inna. I wydaje mi sie, że spotkania z Bartmanem otworzą nie tylko jego, ale i ją samą.

      Nie wiem co to za komentarz, taki dziwny, bez ładu i składu. Ale wiedz, że czytam, nawet jak pisze takie bezsensowne komentarze.
      Weny życzę, udanej majówki ;)
      Ola (zawsze pisałam z anonimka, ale pora to zmienić :D )

      Usuń
    2. Dziękuję Ci bardzo ♥
      hahahaha xd Ona się w nim nie zadurzyła xD Zakochujesz się w każdym facecie, którego uważasz za ładnego? No przecież, że nie :P ;)

      Usuń
  2. Franceska xd uuu widzę, że Zbyniu powoli zaczyna się otwierać, a to jak mniemam z każdym kolejnym rozdziałem będzie..coraz bardziej ciekawe xd Kuraś wygrał rozdział.. już się zapewne wita z gąską gratulując sobie wygranego zakladu :d
    Ale zapewne pan Bartman nie odpuści xd chociaż widok Kurka w damskiej kiecce ^^
    Przepraszam za tę nieskładną wypowiedź, ale jakoś nie potrafię ubrac w słowa tego wszystkiego co mi chodzi po głowie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież Zbyszek już przegrał ten zakład ;)

      Usuń
    2. Ja tam zawsze liczę na drugą "szansę" xd

      Usuń
  3. Czuję dreszcze jak to czytam... Lubię ten stan, takie gry słowne. One bardzo dużo mówią o człowieku, a to dobrze. Miłość. Ciekawie, ciekawie...
    Nie mam siły na dłuższy, ale jestem <3
    Biologia wzywa ;-;
    //retret.
    P.S. Na Arturze nowy czeka :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Dotarłam! Przepraszam, że jak zwykle z opóźnieniem, ale sen z powiek spędzają mi projekty, prace grupowe, prezentacje i opracowywanie pytań na zaliczanie przedmiotów. ;D
    Czyżby pani psycholog już po pierwszym spotkaniu zorientowała się, że nasz Zbyszek zachowuje się tak przez ból sprawiony miłością? Bynajmniej tak to wyglądało podczas tej gry. :) Ale co jak co, wydaje mi się iż można zauważyć również to, że mimo tego charakteru Zbigniewa, przemawia on do Francesci choć ona nie chce tego okazać. Jestem jednak ciekawa jak ta dalsza współpraca wpłynie na ich znajomość. No i jaki wpływ na nią będzie miał Zbyszek, bądź ona na niego? :)
    Z niecierpliwością czekam na kolejny! ;D

    Pozdrawiam serdecznie! ❤

    PS: Zdecydowanie się z Tobą zgadzam, do matury trzeba podejść na spokojnie, bez stresu. ;D Z takim podejściem podchodzę do każdego kolokwium czy też sesji i wychodzi mi to na dobre. ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbyszek na pewno jest zraniony, ale to chyba jedyny niezaprzeczalny fakt, jak na razie ;) Jeszcze dużo ukrywa.

      Wybacz, ale muszę xD w tym kontekście, w którym Ty napisałaś, powinno być przynajmniej, nie bynajmniej ;) Przynajmniej = chociaż, co najmniej. Bynajmniej = wcale, w ogóle. Przepraszam, że się czepiam, zaraz wyjdzie, że jestem niemiła i straszna :c ale to jedyny błąd, który mnie doprowadza do szału >.< xD

      Usuń
  5. Podoba mi się to, jak opisujesz Zbyszka. Świetnie zagłębiasz się w emocje bohatera i widzę, że starasz się oddasz ich każde stany emocjonalne. To bardzo dobrze.
    Wspaniały rozdział. Po prostu. ♥
    Przepraszam, nic więcej na razie nie mogę napisać.
    Weny i pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  6. Wreszcie dotarłam do Ciebie. Przepraszam, że tak długo to trwało. Muszę przyznać, że ten rozdział zrobił na mnie największe wrażenie niż dwa poprzednie. Ma w sobie..coś, co łapie nie tylko za serce, lecz zmusza do przemyślenia. Kaśka jest szczera do bólu, bezpośrednia i lubi mieć czystą sytuację oraz potrafi dostrzec to, czego pani Kruś nie chce powiedzieć. Czyli potrafi obserwować bardzo dobrze. Wracając do psychoterapeutki... myślę, że gdyby poddała się na samym początku, bo Bartman jest trudnym pacjentem, sama by żałowała. Wcale nie chodzi mi, że żałowałaby tego pod względem tego, iż strraciła szanse na poznanie go. Myślę, iż pomoże mu. Hm, rozmowa ze Zbyszkiem na chwilę zburzyła mur, a on nie zdawał sobie z tego całkowicie sprawy. Podoba mi się ta psychoterapeutka...

    Do zobaczenia, kochanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, dziękuję :D

      Usuń
  7. Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia nie powinnam lubić tutaj Zbyszka, ale jakoś nie potrafię, być może dlatego, że wierzę, iż jego zachowanie to tylko próba zamaskowania prawdziwego ja. Nikt nie jest przecież ani stuprocentowo dobry, ani stuprocentowo zły. Myślę, że Bartman nieświadomie połknął haczyk od wędki, którą zarzuciła na niego Francesca, czemu dowodzi gra w skojarzenia, podczas której powiedział kilka słów mogących posłużyć za pierwszy materiał do analizy. Generalnie jestem ciekawa, w jaki sposób rozwiniesz tutaj wątek psychologii, bez wątpienia jeden z kluczowych elementów tej historii. Pewne jest jedno - Kruś będzie musiała się nieźle nagimnastykować, żeby sprowadzić krnąbrnego i bezkompromisowego Bartmana na "dobrą drogę" ;)
    Kurczę, podziwiam, że będąc na studiach masz jeszcze motywację na poprawianie matury :) Ja brałam tę ewentualność pod uwagę tylko w razie niedostania się na wymarzony kierunek. A co do stresu mam takie samo zdanie, aczkolwiek czasami odnoszę wrażenie, że przed niektórymi egzaminami w sesji jestem zestresowana bardziej niż przed całym egzaminem dojrzałości :P
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że się na tym przeczuciu nie zawiedziesz ;)
      Z psychologią to ja mam tyle wspólnego, co nic, ale ponoć całkiem dobrze mi idą dalsze rozdziały, więc jestem dobrej myśli :) Mam nadzieję, że nie zawiodę.
      No niestety dlatego zgłosiłam się na poprawę, bo nie dostałam się na wymarzony kierunek, ale obecne studia pochłonęły mi tyle czasu i energii, że książkę od biologii wzięłam pierwszy raz do rąk dopiero wczoraj, nie mówię już o chemii... także moje szanse na poprawienie matury są takie jak 1 do 1000000.

      Usuń
  8. Trzymam kciuki za Franceskę. Żeby udało jej się podejść Bartmana i mu pomóc. Zbyszek skrzywdzony to Zbyszek nieprzewidywalny. I taki jest tutaj – rozmowa z Kruś i gra w skojarzenia to pokazały. Dlatego trzymam kciuki za niego. I mam nadzieję, że jeszcze dojdzie do opisu Kurka w sukience. Obojętnie dlaczego.
    Powodzenia!
    A na sam koniec nieładnie Cię poprawię – na początku, w rozmowie Bartmana i Kruś jest "jakiś współpracowników". Powinno być "jakichś", ponieważ "jakich współpracowników?" – "jakichś". Trochę poplątałam, ale mam nadzieję, że można było zrozumieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tą swego rodzaju prośbą chyba wywołałaś w mojej głowie lawinę pomysłów! Bartek w sukience, jednak... Ha! Weno, witam Cię ponownie! :D
      Jak możesz mnie poprawiać, no ja nie wiem, naprawdę... Za grosz wstydu :P

      Usuń
  9. Kiedy pojawiła się informacja, że będzie blog poświęcony Zbyszkowi to jakoś hurra optymizmu nie odczuwałam. Dzisiaj mam ochotę Cię ochrzanić, że nas gnębisz :D 2 tygodnie czekania na nowy rozdział to zdecydowanie za długo!!! Większość jak nie wszystkie czytelniczki zauważają, że ten Twój styl pisania jest ... nawet nie wiem jak go nazwać, bo to, co i jak piszesz po prostu się chłonie w kilka minut i chce się więcej i więcej. I nawet takiego Zbyszka chce się więcej - zagubionego, z problemami, a gdzieś tam pewnego siebie i zatwardziałego, który musi stawić czoła z przeszłością.

    Pierwsza konfrontacja: na linii Bartman - Kruś już na samym początku pokazała, że te "zajęcia" nie obędą się bez konfliktów, podniesionych głosów itd. Ok, Zbyszek ma pewne problemy, których źródłem jest kobieta i z tego powodu ma obiekcje co, co spotkań z kobietą - psycholog, ale kto jak nie kobieta lepiej mu pomoże? Francesca nie będzie miała z nim łatwo, ale podejrzewam, że wzajemnie sobie pomogą. Nie bez powodów mówi się, że psycholog jest psychologiem, bo sam nie umie poradzić sobie z własnymi problemami :). Kruś mimo niechęci musi z nim pracować, ale wiadomo jak to w życiu jeżeli w grę wchodzą pieniądze to... Pojęła ryzyko, ale pierwsze zajęcia już dały jej trochę materiału do analizy. Ciekaw tylko czy Zbyszek jest tego świadom, jak tego, że ta pomoc osoby z zewnątrz jest mu jednak potrzebna. Oby Bartman częściej płatał figle z tym miejscem "zajęć", bo chyba ten pokój zwierzeń w biurze mu nie za bardzo przypadł do gustu, a kto wie co mogłoby wyjść z tych spotkań na zewnątrz.
    Kaśka - czy ta kobieta będzie swatką? Oj niech ona podpuszcza Kruś jeszcze bardziej.
    Ignaczak- znajomym Kruś? Będzie coś więcej o ich relacji? A Krzyś jak to Krzyś zawsze narobi rabanu, a później mu się obrywa :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa, cieszę się! :D jak moja beta nadrobi betowanie, to postaram się żeby rozdziały były częściej ;)
      Wydaje mi się, że mimo wszystko problemy Kruś nie umywają się do problemów Zbyszka, ale to już będziecie musiały same ocenić :)
      Igły w ogóle będzie tu całkiem sporo. Potrzebowałam takiego dobrego ducha obok niestabilnego emocjonalnie Bartmana

      Usuń
  10. Hej! Super rozdział:) Szczerze nie wiem co mam napisać bo masz tyle komentrazy, a w nich wszystko co najważniejsze że mi nie pozostaje nic innego jak się z nimi zgodzić. Powiem tylko tyle że UWIELBIAM Twojego bloga, masz OGROMNY talent i NIE MOGĘ się doczekać kolejnego rozdziału.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny
    Mari :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.