BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

13 maj 2016

Fobia czwarta


- O kurwa...
    Ludzie ubrani w białe i czerwone koszulki, z wymalowanymi w barwy narodowe twarzami i z czapkami w tych samych kolorach na głowach, wszyscy jak jeden mąż poderwali się w górę z dzikim, nieokrzesanym wrzaskiem. Wszyscy skakali w jednym rytmie, obijając się o siebie, krzycząc i śmiejąc się jednocześnie. Niektórzy nawet płakali, obcy ludzie wpadali sobie w ramiona. Nawet moi klubowi koledzy dali się ponieść reakcji tłumu.
    W niewielkim pubie w sercu Rzeszowa powstał prawdziwy sajgon. Stłoczeni kibice wpadali na siebie, na kelnerów, bar i stoliki. Co jakiś czas przez wrzawę przebijał się dźwięk tłuczonych szklanek, ale w tamtej chwili nikomu to nie przeszkadzało. Wszyscy byli zajęci okazywaniem swojej szczerej, bezbrzeżnej radości i chyba tylko ja siedziałem na twardym krześle jak słup soli, z butelką piwa zawieszoną w połowie drogi do ust.
    Nie mogłem uwierzyć w to, czego właśnie byłem świadkiem.
    Pokonaliśmy Brazylię. Wielką Brazylię. Dwa razy w czasie jednego turnieju. Ograliśmy Canharinios, w pięknym stylu.
    Wygraliśmy w finale...
    - Jesteśmy…. Mistrzami… Świataaa! - krzyk komentatorów z trudem przebił się przez wrzaski kibiców, jednych bardziej, drugich mniej podchmielonych. Siedziałem z otwartymi ustami, wlepiając pusty wzrok w skaczących po boisku chłopaków. Nie wierzyłem w to co widzę, to było coś niemożliwego, jak fatamorgana. Trwałem w takim stanie, dopóki ktoś nie walnął mnie z łokcia w tył głowy. Drgnąłem zaskoczony, cudem asekurując piwo przed rozlaniem się i obejrzałem się dookoła. Czerwono-biały tłum nie przestawał wiwatować, a mnie dopiero Olieg złapał za bety i ustawił do pionu, szarpiąc mną zawzięcie. Gdy mój rozbiegany wzrok w końcu zatrzymał się na jego roześmianej, czerwonej od alkoholu i gorąca twarzy, sam zacząłem się drzeć. Wpadłem w jego ramiona, na plecy skoczył mi Kurek i tak daliśmy się wciągnąć w epicentrum zabawy, przepychani i trącani przez całkowicie obcych sobie ludzi.
    Uspokoiliśmy się dopiero na czas dekoracji. W barze niosły się jeszcze ożywione rozmowy, niektóre kobiety pociągały nosami ze wzruszenia, a i mężczyznom świeciły się oczy. Wiele osób zatopiło się w rozmowach z przyjaciółmi lub bliskimi. My bezowocnie próbowaliśmy się dodzwonić do chłopaków, gdy na krótką chwilę zniknęli w szatni żeby zmienić koszulki.
    Muszę przyznać, że byłem jednym z tych, którzy dość sceptycznie przyglądali się poczynaniom naszej kadry. Nie wierzyłem w umiejętności nowego, tak młodego trenera. Chyba nawet nie dowierzałem, że chłopcy dadzą radę. Byli świeżym zespołem i wydawało mi się, że nie będą wystarczająco zgrani, by zajść AŻ TAK daleko. Nie twierdziłem, że odpadną w przedbiegach, ale finał…
    Cóż, teraz musiałem się kajać. Przyznawałem Achremowi i Kurkowi rację, ilekroć wymyślali mnie od niedowiarków i kazali stawiać sobie następne kolejki. I choć nie lubiłem przyznawać się do błędu, tamtego dnia robiłem to z uśmiechem na ustach. W końcu po czterdziestu latach odzyskaliśmy tytuł mistrzów.
    Po rozdaniu nagród indywidualnych, zawieszeniu złotych krążków na szyjach naszych siatkarzy i wzniesieniu pucharu przez Michała, zgodnie stwierdziliśmy, że pora przenieść imprezę. Zapełniony po brzegi bar stał się duszny, a ciągłe krzyki i hałas utrzymujące się na tym samym poziomie od dobrej godziny w końcu zaczęły być męczące. W szampańskich humorach wyszliśmy na ulicę, wolnym krokiem kierując się w stronę Podpromia. Chcieliśmy trochę ochłonąć i otrzeźwieć, zanim znowu zabralibyśmy się do świętowania, więc popychając się co kilka kroków dla zabawy, jak dzieci z podstawówki, żartowaliśmy i oglądaliśmy wrzące nowinami miasto.
    Mówiłem już, że Rzeszów był specyficznym miejscem. Tutaj nie było osoby, która nie lubiła siatkówki. Jeżeli nawet ktoś nie interesował się nią w takim stopniu, by przychodzić na ligowe mecze naszej Asseco, na pewno wiedział czym jest ten sport i kibicował kadrze narodowej. Takie to było miasto; miłość do siatki na okrągło wisiała w powietrzu. Teraz, po tak wielkim sukcesie, trudno było nie zauważyć kibiców, falami wypływających z każdego zakamarka Rzeszowa. Dzieci biegały w koszulkach od w-fu, machając małymi flagami kupionymi najpewniej w strefie kibica, w oknach wisiały szaliki, w niektórych nawet biało-czerwone pasiaki „Resoviaków”. Nie mogłem się nie uśmiechnąć, widząc te cuda.
    - Może spróbować jeszcze raz? - usłyszałem obok głos Kurka, wpatrującego się w ciemny ekran swojej komórki.
    - Przecież oni teraz będą balować, nikt nie będzie myślał o odbieraniu gratulacji. Nie lepiej poczekać z tym do jutra? - mruknąłem, wciskając dłonie w kieszenie spodni. Zaczynało robić się chłodno.
    - Igła pewnie i tak biega ze swoim telefonem i nagrywa wszystko dookoła, więc jeśli nie udziela akurat wywiadu, to odbierze - powiedział Alek, mocniej opatulając szyję szalikiem.
    - No to dzwoń – machnąłem na Bartka ręką, przyśpieszając kroku.
    - Bateria mi siadła – burknął, z zaciętą miną próbując uruchomić telefon. Zerknąłem przez ramię na Alka, ale ten pokręcił głową.
    - Roztrzaskałem ekran, czekam na nowy sprzęt.
    Wywróciłem oczami i sięgnąłem po swój aparat. Później zastanawiałem się, czy nie zrobili tego celowo. Wiedzieli, że jestem zły na Ignaczaka i tylko czekam, aż wróci do Rzeszowa i przestąpi próg hali, żeby go rozszarpać, a potem ewentualnie posklejać jakimś Super Glue. Może chcieli, żeby nasz pierwszy kontakt był telefoniczny. Może mieli nadzieję, że w ten sposób nie pozabijamy się za niecały tydzień.
    Krzysiek odebrał po jakiś siedmiu sygnałach, na dzień dobry ogłuszając mnie swoim chrypliwym „AAA!”. Skrzywiłem się mocno i odsunąłem telefon od ucha na długość ramienia, powodując tym wybuch śmiechu u klubowych kolegów.
    - Skończyłeś? - fuknąłem ze śmiechem, gdy Igle w końcu zabrakło powietrza w płucach.
    - Zibi, przyjeżdżaj tu ze swoim boomboxem w tej chwili! - zaryczał, próbując przekrzyczeć pisk fanek. Zaśmiałem się pod nosem, kręcąc głową nieco załamany.
    - Opiłeś się już szampanem? - zapytałem, wytykając język Achremowi.
    - Szczęściem, Zibi! SZCZĘŚCIEM! - zaryczał i znowu zaczął wydawać z siebie jakieś dziwne, nieartykułowane dźwięki. Bez problemu wyobraziłem sobie, jak zaczyna skakać dookoła własnej osi w opętańczym tańcu radości, trzepiąc przy tym tą pustą głową na boki.
    - A Kurka i Alka też mogę zabrać? - zapytałem spokojnie, zerkając na kumpli. Popatrzyli na mnie w najwyższym wyrazie niezrozumienia i tym razem to ja wybuchnąłem gromkim śmiechem, gdy Ignaczak zaczął się drzeć, że ich kocha, wszystkich nas kocha i że wszystkich zaprasza do hotelu w Katowicach. Dopiero po dobrych pięciu minutach udało mi się go uspokoić; zdążyliśmy dotrzeć do kolejnego pubu i Achrem z Kurasiem zniknęli we wnętrzu budynku, by zająć się szukaniem stolika i zamawianiem „zwycięskiej wódki”. Ja zostałem na zewnątrz, żeby porozmawiać z libero. Musiałem chwilę zaczekać, żeby ochłonął i złapał oddech.
    - Masz zadyszkę? - zakpiłem, wspierając się plecami o zimną ścianę budynku.
    - Hehe… Nie wolno się śmiać ze starszych… heh. Mamusia cię nie nauczyła? - śmiał się cicho. Prychnąłem pod nosem i założyłem jedną rękę na torsie, lewą dłoń zaciskając na prawym bicepsie.
    - Mamusia niewiele mnie nauczyła – zauważyłem kąśliwie. Ignaczak westchnął ciężko po drugiej stronie słuchawki. Wiedziałem, że się spina, wiedziałem, że kręci z politowaniem głową. Wiedziałem, że robię mu przykrość, wyciągając brudy w takiej chwili.
    - Oj, Zibi…
    - Powinienem cię opierdolić z góry do dołu i tylko to złoto, które kołysze ci się na szyi mnie od tego powstrzymuje, zdajesz sobie z tego sprawę – warknąłem oschle. Nie oczekiwałem odpowiedzi, to było retoryczne pytanie. Odwróciłem głowę w bok, żeby nikt z tłoczących się przy wejściu do pubu ludzi mnie nie rozpoznał i zagryzłem usta. Byłem w rozterce, bo z jednej strony naprawdę chciałem Krzyśka zapierdolić łyżeczką od herbaty. Z drugiej… No, cholera, to był mój przyjaciel, tak? A poza tym, jakby nie patrzeć, właśnie został Mistrzem Świata…
    - Kto ci sypnął, że to był mój pomysł? Pewnie Olieg? - zaśmiał się nerwowo. - Nic nie można temu chłopakowi powiedzieć.
    - Domyśliłem się sam – rzuciłem swobodnie, choć krew zaczynała buzować mi w skroniach. - Tylko ty byłeś gotowy wleźć w to bagno z własnej woli.
    - Bardzo jesteś wściekły, co? - zachichotał.
    - Módl się, żeby pompa związana z waszą wygraną trwała dłużej niż tydzień.
    - No, ja mam nadzieję, że będzie trwała dłużej! - obruszył się, a ja musiałem ugryźć się w język, żeby się nie roześmiać. Zamiast tego wywróciłem oczami, kręcąc lekko głową.
    - Jesteś najbardziej upartym, upierdliwym stworzeniem, jakie znam – sparowałem, oddychając ciężko.
    - Zbyszek… - westchnął cicho. Nagle wielka wrzawa i huk ustały; nie wiem, gdzie Igła polazł, do szatni czy w ustronne miejsce, ale musiałem przyznać, że chwila wytchnienia była dla mojego ucha niczym zbawienie. - Wiem, że się złościsz. I nie zdziwię się, jeżeli w głębi duszy mi tego nie wybaczysz, choć mam nadzieję, że za pół roku zrozumiesz, co mną kierowało – powiedział spokojnie. Czułem się jak mały, zagubiony chłopiec, któremu ojciec próbuje wytłumaczyć bardzo trudną sprawę.
    Tylko, że ja miałem prawie trzydziestkę na karku, a Ignaczak był tylko moim kumplem z boiska. A może aż kumplem...?
    - Czemu to zrobiłeś? - zapytałem cicho, starając się wykrzesać z siebie resztki złości.
    - Ty sam to sobie zrobiłeś, mi amigo – odpowiedział mi równie spokojnie, a ja bez problemu wyobraziłem sobie jego ciepły uśmiech. Moje wewnętrzne mury zadrżały w posadach. Nie wiem, jak ten człowiek to robił, że podczas rozmowy z nim wydarzenia sprzed ośmiu lat na nowo odżywały w mojej głowie burzą myśli, niechcianych emocji. Poza tym, Igła był jedynym człowiekiem, przy którym nie dostawałem piany na ustach, gdy poruszaliśmy ten temat. Wprawiał w drgania jakieś dziwne struny wewnątrz mnie i sam nie wiem, czy mi to odpowiadało, czy wręcz przeciwnie. Znowu czułem się jak ten przerażony dziewiętnastolatek, z chmurą nerwów i hormonów dookoła głowy, zbuntowany… i zrozpaczony, po prostu.
    - Kurwa, przestań ze mną rozmawiać, jakbym był drugim Sebastianem! - warknąłem, modląc się, żeby Krzysiek nie wyłapał tego, że drży mi głos. Libero zaśmiał się pod nosem.
    - Seba rzeczywiście jest dojrzałym dzieckiem, ale chyba nie na tyle, żebym przeprowadzał z nim takie rozmowy.
    - Igła… - syknąłem ostrzegawczo.
    - Teraz się wściekasz, ale zobacz ile lat się męczysz. Zmieniałeś otoczenie, nic to nie dało. Uciekałeś za granicę, znowu pudło. Nie sądzisz, że najwyższa pora przestać się babrać w przeszłości?
    - Jak mam się przestać w niej babrać, skoro każesz mi ją teraz wywlekać na tej… terapii, do cholery – zniżyłem głos, czujnie rozglądając się dookoła.
    - Żeby przestać to rozdrapywać, musisz zamknąć kilka spraw, pogodzić się sam ze sobą.
    - Przecież ja nic nie rozdrapywałem! - jęknąłem, broniąc się nieudolnie. Igła znał mnie lepiej, niż własną kieszeń. Kłamanie przed nim nie miało najmniejszego sensu.
    - Zbyszek, posłuchaj mnie. Ja nie potrafię ci pomóc. Może nie umiem wbić ci do głowy niektórych rzeczy, nie mam takich umiejętności merytorycznych, może… może za bardzo próbuję być twoim starszym bratem, zastąpić ci rodzica zamiast być zwykłym kumplem… Nie mam u ciebie takiego posłuchu, jaki chciałbym mieć w tej jednej sprawie – uśmiechnął się lekko. Miałem wrażenie, że i jemu głos zaczyna płatać figle; mnie już dawno w oczach wezbrały łzy. - A może po prostu ty uznałeś lata temu, że nie będziesz słuchał zafiksowanego starucha-libero, tylko pójdziesz własną ścieżką, nie wiem. Ale wiem, że nikt poza mną nie ma pojęcia, co się stało osiem lat temu; wiem, że nie rozmawiasz z rodzicami, a z Miśkiem straciłeś kontakt dawno temu. I wiem też, że potrzebna ci jest pomoc. Zibi, musisz w końcu zrozumieć, kto jest winny temu, co stało się osiem lat temu – szepnął, a ja poczułem ucisk w klatce piersiowej. Dudniło mi w głowie, a po policzku potoczyła się gorąca łza. Kurwa, jak ja go nienawidziłem! - Musisz pojąć, że życie w taki sposób, jaki ty propagujesz, w końcu cię zniszczy.
    - Chyba już zaczyna – szepnąłem bezwiednie, odchylając głowę w tył. Zacisnąłem palce na aparacie telefonu, zamykając mocno powieki. Ignaczak zaśmiał się niepewnie.
    - Przynajmniej tyle rozumiesz – powiedział cicho. - Będziesz mi wdzięczny, zobaczysz. Przynajmniej mam taką nadzieję. Tylko proszę, postaraj się robić to, co ci każą na tych zajęciach. Chociaż spróbuj – prosił usilnie. Słyszałem, że go wołają i znowu poczułem wielkie wyrzuty sumienia. Igła powinien teraz świętować, bawić się, puszyć niczym paw, a nie mnie niańczyć.
    - Dobra – bąknąłem na odczepne, nadgarstkiem ocierając oczy. - Idź się baw, póki możesz – prychnąłem po chwili, żeby nie wyjść na jakiegoś mazgaja.
    - Stawiam ci piwo po powrocie – powiedział Igła wesoło i zaraz się rozłączył, żeby pobiec do reszty chłopaków.
    Wcisnąłem telefon w kieszeń spodni, osłoniłem twarz dłońmi i kilka razy uderzyłem potylicą w ścianę za sobą. Świat przede mną wirował, nawet mimo zamkniętych oczu. W głowie znowu słyszałem pisk poprzedzający obezwładniający huk. Dzwoniło mi od niego w uszach; irytujący dźwięk za nic nie chciał dać o sobie zapomnieć.
    Igła poważnie nadszarpnął mój spokój. Demony zaczęły wyginać pręty swoich klatek, usilnie starając się wyjść na zewnątrz…
    Wziąłem głęboki oddech, odsunąłem ręce od twarzy i powoli rozchyliłem powieki, wpatrując się w zasnute chmurami niebo. Księżyc w pełni majaczył gdzieś za ich grubą warstwą, rzucając dookoła siebie bladą, żółtawą poświatę. Uśmiechnąłem się cynicznie, starając się skupić na krzykach podchmielonych kibiców, zataczających się po drugiej stronie ulicy. Musiałem czymś zagłuszyć te drażniące dźwięki w głowie.
    - Muszę się napić… - sapnąłem sam do siebie i wszedłem do dusznego pubu. Z pewnym trudem odnalazłem stolik, który zajęli Achrem i Kurek, po czym z lubością zamoczyłem usta w kieliszku wódki, który mi zamówili. Chwilę po mnie dołączyły do nas ich wybranki, na co zareagowałem dość wymownym parsknięciem. Nie, żebym ich nie lubił; zarówno żona Alka jak i dziewczyna Kurasia były takimi małymi petardami, nie raz robiącymi więcej szału na imprezach, niż cała Asseco razem wzięta. Ale były chwile, gdy naprawdę nie potrzebowałem ich towarzystwa i to była właśnie jedna z nich. Wiedziałem, że zabiorą chłopaków do domu blisko wpół do drugiej w nocy, a ja zostanę sam przy barze, z butelką albo kieliszkiem do towarzystwa.
    Pijąc powoli czwartą butelkę Żubra, oglądałem ciekawie znajdujących się w pomieszczeniu ludzi. Chyba wiadomo, jak to się skończyło. Przecież nie byłbym sobą, gdybym nie wyhaczył samotnie stojącej przy barze, farbowanej blondynki. Smukłe ciało zaokrąglone tam, gdzie potrzeba, wciśnięte w wąską, krwistoczerwoną sukienkę mini bez ramiączek wywoływało oczekiwany efekt. Jasne, podkręcone pukle uwite miała w jakiegoś misternego koka, z którego uciekła połowa włosów. A może tak miało być, jakiś nieład artystyczny czy jak to tam… Jasna szminka zostawiała na obrzeżach jej szklanki różowe odciski.
    Kusiła. Bardzo kusiła.
    Kilka sekund wystarczyło, żebym zauważył, że kończy jej się drink. Wiórki kokosowe dookoła kieliszka i resztka pomarańczowo-czerwonego płynu jasno dawały do zrozumienia, że zwykłą Finlandią jej nie poderwę, jak Kamili jakiś czas temu.
    Uśmiechnąłem się nikle pod nosem, łapiąc się na tym, że zastanawiam się, jak dziewczynie układa się z tym pryszczatym blondynkiem, z którym ostatnio ją widywałem. Zaskoczony własną reakcją, ze śmiechem przywołałem kelnera ruchem ręki i zamówiłem blondwłosej nieznajomej najdroższego drinka z całej karty.
    Bolało mnie, gdy płaciłem, a jakże. Ale jak się czegoś chce, to trzeba zasłużyć…
    Drgnęła zaskoczona, gdy barman postawił przed nią pękatą szklankę do drinków, pokazując mnie palcem. Obróciła się w moją stronę i nieśmiało uniosła palce w górę, gdy pomachałem jej lekko, dając o sobie znać. Podziękowała mi skinieniem głowy za drinka i zlustrowała uważnie spojrzeniem. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi i wróciłem do swojego piwa.
    Wiedziałem, jak to się skończy. Robiła to celowo. Przyszła do baru po to samo, co ja.
    - Zawsze się tak wykosztowujesz dla nieznajomych kobiet? - usłyszałem obok siebie po niecałych pięciu minutach.
    - Dla nieznajomych nie – mruknąłem, zrobiłem pauzę i przeniosłem na nią wzrok. - Dla pięknych nieznajomych, to już inna sprawa.
    - Lubisz flirtować – wymruczała, mrużąc oczy. Przechyliłem głowę na lewe ramię, oglądając ją uważnie. Skoro ona taksowała mnie wzrokiem jak rasowy kupiec, to czemu ja miałbym sobie odmówić?
    - Jesteśmy na „ty”?
    - Monika – zareagowała natychmiast, wyciągając do mnie rękę z subtelnym uśmiechem.
    - Zbyszek – rzuciłem, delikatnie ujmując jej dłoń.
    - Mogę? - zapytała, wskazując pusty stołek barowy obok mnie. Skinąłem zapraszająco ręką, po chwili wspierając ją na biodrze. Blondynka wdrapała się na wysokie krzesło, zarzuciła włosami i założyła nogę na nogę, niby przypadkiem ukazując mi koronkowe zakończenie pończoch. Musiałem ugryźć się w język, żeby nie zacząć się śmiać.
    Kto tu kogo uwodzi, co?
    - Zamówiłeś mi drinka za jakąś chorą kwotę, a sam sączysz piwo? - zakpiła, pociągając spory łyk swojego napoju przez błękitną słomkę. Zmierzyłem ją nieco pogardliwym spojrzeniem, żeby lekko ją utemperować. Mogliśmy się pobawić w kotka i myszkę, ale nie będzie mi właziła na głowę.
    - Wolę czystą od takich kolorowych udziwnień – powiedziałem oschle, a jej pewność siebie na kilka sekund całkowicie wyparowała. - Zresztą, nie mnie miał odpowiadać ten drink, tylko tobie. Trafiłem w gusta? - zapytałem po chwili, nieznacznie unosząc kącik ust do góry. Monika zatrzepotała rzęsami i rozluźniła się, poprawiając się na krześle.
    O tak, zdecydowanie bardziej wolałem kontrolować sytuację, niż przekazywać pałeczkę kobiecie.
    Jakkolwiek to brzmi w moich ustach…
    - Może jest odrobinę za słodki, ale poza tym całkiem smaczny – przyznała, z uznaniem kiwając głową.
    - Cieszę się – wymruczałem, posyłając jej, ponoć, zniewalający uśmiech. Zarumieniła się lekko i pociągnęła mocno ze szklanki.
    - Sam tu jesteś? - zapytała niby od niechcenia i tym razem nie wytrzymałem, zaśmiałem się. - Pytam, bo szukam kogoś dla koleżanki – dodała, również chichocząc.
    - Przykro mi, jestem sam – rzuciłem, ciągle podśmiewając się pod nosem. Miałem tylko nadzieję, że nie zacznie mi wpychać w ramiona tej swojej przyjaciółeczki zamiast siebie, bo takich zagrywek nie lubiłem.
    Rozmawialiśmy o głupotach przez kolejne minuty; postawiłem jej jeszcze kilka prostych, o wiele tańszych drinków, ona kupiła mi następne piwo. Jakoś… nie miałem ochoty na nic wysokoprocentowego, poza tym, to była już czwarta butelka. A może i piąta…? Nie wiem, straciłem rachubę.
    Gdy podeszła do nas znajoma Moniki, grzecznie się usunąłem, wychodząc z pubu pod pretekstem zapalenia papierosa. Głośna muzyka dudniła mi w uszach, gdy wyszedłem na zalany blaskiem ulicznej latarni chodnik. Kręciło mi się już lekko w głowie, a ciężki, suchy dym papierosowy wcale nie poprawił sytuacji. Mimo to stałem twardo na nogach, zaciągając się raz po raz. Nie było już krzyku, nie było huku ani dźwięku kruszejącego szkła. Tylko dudniąca muzyka i krzyki jakiś pijanych gości po mojej lewej. Poza tym? Całkowity spokój i cisza.
    Upiłem swoje demony.
    Byłem zmęczony rozmową z Krzyśkiem, musiałem odskoczyć. I za nic nie dopuścić do sytuacji, żeby ktoś mi Monikę sprzątnął sprzed nosa. Dopaliłem papierosa do końca, wziąłem głęboki oddech mroźnego powietrza, wgniatając peta w piach butem, po czym wróciłem do pulsującego dymem i ciężką jak dla mnie, klubową muzyką pomieszczenia. Nie chciało mi się dłużej tam siedzieć; miałem ochotę przedstawić dziewczynie sprawę jasno i zabrać ją do siebie, ale chyba się przeliczyłem. Gdy wróciłem do baru, jej już nie było. Skonsternowany, ściągnąłem ku sobie brwi i rozejrzałem się dookoła. Nigdzie nie mogłem znaleźć ani burzy jasnych loków ani czerwonej sukienki.
    Wystawiła mnie?, przemknęło mi przez myśl.
    - Poszła do łazienki, kazała przekazać, że zaraz wróci – usłyszałem za plecami głos barmana i tylko uśmiechnąłem się w podzięce. Opadłem ciężko na swoje miejsce i potarłem palcami skroń. Przymknąłem oczy, czując narastające zmęczenie.
    Choć nie chciałem, głos Igły co chwilę obijał się o moją pustą czaszkę, teraz mocno zniekształcony przez alkohol. Skurczybyk wiedział, jak mnie rozbroić i niecnie to wykorzystywał, a ja się dawałem jak dziecko. Pozwalałem, żeby robił ze mnie durnia.
    Prychnąłem wściekle pod nosem. Jakoś nie miałem problemu z tym, żeby rzucać się do gardła Szakalowi czy Kurkowi, a do Igły czułem idiotyczny respekt i zaczynało mnie to denerwować. Nie lubiłem, gdy ktoś przejmował kontrolę nade mną, bo zaraz miałem wrażenie, że przejmie ją również nad moim życiem. A tak nie powinno być, powinienem sam o sobie decydować i jeżeli chciałem sobie spieprzyć żywot na tym ziemskim padole, to nikomu nic do tego.
    Zacietrzewiony, bębniłem palcami o blat długiego baru, gdy nagle za moimi plecami zaczęło się zamieszanie. Wszystko działo się w ułamku sekundy. Usłyszałem brzęk tłuczonego szkła, charakterystyczny dźwięk gniecionej puszki, a potem głośny huk. Podskoczyłem przerażony na swoim miejscu i okręciłem się tyłem do baru w tym samym momencie, w którym na salę wparowało trzech ochroniarzy. Złapali dwóch mężczyzn za bety, postawili ich do pionu i zaczęli wyprowadzać z lokalu, a ja usilnie próbowałem uspokoić walące o mostek serce.
    Za dużo wypiłem. Niepotrzebnie poszedłem na tego papierosa… Powinienem się zaszyć w domu zaraz po skończeniu rozmowy z Ignaczakiem, a nie szlajać się po mieście w takim stanie. Przymknąłem powieki i pokręciłem szybko głową, chcąc jak najszybciej wyrzucić z niej niechciane obrazy. Bezwiednie zamówiłem kolejne piwo, wsparłem łokieć na blacie baru i wziąłem kilka głębokich wdechów. Krzyki, huki, pisk… Pękała mi głowa, a przecież jeszcze kilka minut temu cieszyłem się, że wszystko ustało.
    Barman popatrzył na mnie z politowaniem, ale postawił mi przed nosem następną butelkę i wrócił do polerowania szklanek, kręcąc głową z dezaprobatą. Gdzie się podziali ci goście, którzy pozwalali ci się wygadać nad szklanką whisky?
    Wiedziałem, że następnego dnia obudzę się z kacem, wiedziałem, że będę cierpiał, a przetrwanie porannego treningu na siłowni będzie graniczyło z cudem. Mimo to z ulgą przełykałem kolejne łyki bursztynowego płynu, zamazując wspomnienia. Jakbym rozlał na obraz szklankę wody, dopóki kształty całkowicie się nie rozmyły, kolory nie zlały się w jedną, ciemną plamę.
    Przysiągłem sobie wtedy, że jeżeli jeszcze raz pozwolę Krzyśkowi na tak dobitne wyciąganie brudów z mojego życia, uszkodzę jego, a potem samego siebie. Bez względu na konsekwencje.
    Nagle uświadomiłem sobie, jak słaby jestem. Jak wyrobione ciężką pracą mięśnie kryją moją rozlatującą się psychikę. Wystarczyło kilka nieco mglistych sugestii od przyjaciela, jedna aluzja i bójka w barze, żebym znowu zaczął się trząść jak osika. Niespodziewanie zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo potrzebuję czyjegokolwiek wsparcia i jednocześnie jak trudno mi o nie poprosić. Zaśmiałem się nerwowo pod nosem i potarłem palcami skroń, rozglądając się dyskretnie dookoła. Nie chciałem, żeby ktoś znajomy zobaczył mnie w takim stanie. Zaraz zaczęłoby się gadanie…
    W tłumie ludzi wyłapałem zbliżającą się do mnie Monikę. Uśmiechała się tajemniczo, lekko ciągnąc za sobą swoją przyjaciółkę. Zmusiłem kąciki ust do uniesienia się w górę, wyprostowałem się lekko i zaczesałem włosy dłonią, na siłę próbując odzyskać fason. Jeszcze tego mi brakowało, żebym sobie spłoszył dziewczynę.
    - Martwiłeś się, że zwiałam? - zatrajkotała mi nad uchem.
    - Przemknęło mi to przez myśl, przyznaję – uśmiechnąłem się słabo, patrząc z boku na nią i jej czarnowłosą towarzyszkę. Patrzyły na mnie obie z jakimś dziwnym błyskiem w oczach, przy czym Monika przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę, jakby nie mogła się czegoś doczekać.
    - Nie miałbyś może ochoty już stąd wyjść? - zapytała w końcu, a ja uśmiechnąłem się szerzej, nieco z automatu. Szatynka nadal się nie odzywała, jedynie oglądając mnie dokładnie od stóp po czubek głowy.
    - Proponujesz coś? - mruknąłem, skupiając całą swoją uwagę na blondynce. Ta druga trochę mnie irytowała, jeśli mam być szczery. Dziewczyny popatrzyły po sobie wymownie, po czym znowu zerknęły w moją stronę.
    - Obie ci proponujemy – powiedziała szatynka, mrużąc lubieżnie oczy, a ja o mały włos nie udusiłem się powietrzem. Wyprostowałem się jak struna, unosząc wysoko obie brwi. Przez krótką chwilę, dosłownie setne sekundy myślałem, że robią sobie ze mnie żarty. Zamrugałem szybko, oczekując wyskoku w stylu „mamy cię!”, ale nic takiego się nie stało. Monika niemal skakała w miejscu, jak dziewczynka na myśl o przejażdżce na karuzeli; jej przyjaciółka bez grama zakłopotania wlepiała się w rozporek moich jeansów. Uśmiechnąłem się nikle, rozluźniając mięśnie. Chciało mi się śmiać, tak histerycznie, jak głupek. Nie do wiary... Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego! Zmusiłem się do jakiegoś taktownego zachowania, poruszając się nerwowo na krześle. Parsknąłem cichym, krótkim śmiechem, pocierając brodę palcami. Monika zagryzła wargę, szatynka ostentacyjnie poprawiła włosy. Złapałem szyjkę butelki w trzy palce i wypiłem resztkę piwa, w znaczący sposób mrużąc oczy. Zapowiadał się bardzo, bardzo ciekawy wieczór…

*  ~
Od wyjścia Grześka z mojego gabinetu, głowa pękała mi w szwach. Nie wiem, czy przez ostrzeżenia Kaśki zaczęłam podejrzliwie na niego patrzeć, czy po prostu jego pierdołowatość sięgnęła zenitu, do reszty wyprowadzając mnie z równowagi. Fakt pozostawał jednak faktem, facet wzburzył mi krew i mocno zmęczył psychicznie. Chciałam jak najszybciej wyrwać się z tego budynku, wrócić do domu i zająć się szybkim pakowaniem walizek. Musiałam wrócić do domu we Włoszech na trzy dni. Nie wiedziałam dokładnie, co się stało, ale babcia była bardzo rozgorączkowana, dzwoniąc do mnie dzień wcześniej. Sama byłam przez to podenerwowana, a zachowanie Bartmana wcale nie ułatwiało mi życia.
    - To co dzisiaj? - westchnął beznamiętnie, rzucając torbę pod ścianę. Żuł ostentacyjnie gumę, siadając w fotelu jak paniczysko; co chwilę zaczesywał palcami mokre włosy, a mnie trafiał szlag.
    - Muszę zrobić Twój profil, coś na zasadzie historii pacjenta – powiedziałam spokojnie, choć miałam ochotę podejść i docisnąć mu szczękę do podniebienia, byle przestał kłapać. Nie musiałam oglądać jego ulepionego białą Orbitką uzębienia, naprawdę…
    - Kogo? - burknął, zaraz ściągając ku sobie brwi. Starałam się nie pokazać mu, jak bardzo nie lubię, kiedy to robi. Zbyszek miał bardzo ostre rysy twarzy, a kiedy się chmurzył, nabierała naprawdę demonicznego wyrazu. Nie, żebym się go bała, ale… czułam się mało komfortowo, kiedy tak wyglądał.
    - Przestań, tak się mówi. Nie mogę za każdym razem używać słowa „klient”. Nie kojarzy ci się to źle? - zapytałam i tym razem to ja się skrzywiłam.
    - Znacznie lepiej, niż „pacjent”.
    - A dlaczego?
    - Pytasz jako znajoma, czy jako moja psycholog? - rzucił wyprany z emocji, unosząc wysoko tylko jedną brew. Znowu zaczął kłapać zębami, a ja dla ulżenia sobie, zacisnęłam dłoń na kolanie ukrytym pod stołem. Był blady i miał ciemne cienie pod oczami, jego spojrzenie było puste. Wyglądał na zmęczonego, a takich facetów lepiej nie wyprowadzać z równowagi. Podobno...
    - Jesteś na terapii – przypomniałam mu spokojnie. Kąciki jego ust uniosły się ku górze; poprawił bluzę, rozparł się jeszcze szerzej na krzesełku i pokręcił lekceważąco głową.
    - Nie uważam, żebym musiał tu być. Nie sądzę, żebym potrzebował tych sesji. Przeszkadza mi konieczność wplątywania w codzienny grafik dodatkowych zajęć, bo za cholerę nie mogę znaleźć czasu, żeby zająć się sobą. Nie jestem czubkiem, nie mam żadnych obsesji, fetyszy, nikogo nie nachodzę, nie bawię się w stallking – prychnął rozgoryczony. - A od seksu jestem uzależniony jak ty od kawy, więc nie porównuj mnie do innych, przychodzących tu ludzi. Drażni mnie to i jestem tu tylko i wyłącznie dlatego, że chcę grać w Asseco. Nic poza tym. Więc z łaski swojej, zrób mi tę niebotyczną przyjemność i po prostu nie mów o mnie „pacjent” - warknął gardłowo, jego słowa niemal ociekały jadem. Jak Boga kocham, nie wiem, kto mu nastąpił na odcisk, ale był tamtego dnia nie do wytrzymania!
    Załamana, potarłam palcami skroń. Tak to właśnie wyglądało, gdy ktoś zmuszał innych do terapii czy odwyku. To po prostu nie miało sensu; jeżeli człowiek sam nie chce się zmienić, to na siłę nic nie uzyska. Mogę wychodzić z siebie i stawać obok, ukazywać piękno otaczającego nas świata człowiekowi z największymi zaburzeniami psychicznymi, ale jeżeli nie przyszedł do mnie z własnej woli, to była zbędna strata energii.
    Już chciałam poprosić Bartmana, żeby wyszedł, ale w porę odzyskałam równowagę. Może zmusiła mnie do tego własna ambicja, a może wspomnienie sumy, jaka regularnie wpływała na konto przychodni? Cóż, najważniejsze, że mimo gorszego samopoczucia i bólu rozsadzającego mi czaszkę od dobrych trzech godzin, zdołałam odzyskać fason.
    - Wiesz doskonale, że musisz przez to przejść. Wiesz również, że to uzależnienie nie wzięło się z niczego. Wszystko ma swoje podłoże i to je mam zamiar odkryć. Bo to w nim najprawdopodobniej zakorzeniony jest problem, którego nie dostrzegasz, a który wewnętrznie cię niszczy – wytłumaczyłam po raz milionowy, na co przyjmujący przewrócił tylko oczami, wstając niechętnie z miejsca. - A teraz bardzo cię proszę, wypluj tę gumę i zaczniemy pracę, dobrze? Miałam w planach zacząć z tobą regularną terapię, ale muszę zdążyć na samolot, więc chciałabym się wyrobić w pół godziny, a to znaczy, że zrobimy tylko profil.
    - Czyli co… dzisiaj krócej? - zapytał z nadzieją, trzaskając pokrywką kosza na śmieci. Uśmiechnęłam się delikatnie i skinęłam mu głową, a jego zielone oczy jak na pstryknięcie palcem odzyskały wesoły błysk. Z dużo weselszym uśmiechem wrócił na swoje miejsce i założył nogę na nogę. Wertując kartki, uśmiechnęłam się pod nosem. Zauważyłam, że luzackie pozy, które Bartman na siłę przyjmował w moim gabinecie były pewną formą obrony. Źle się czuł na moim terenie, a ja wierzyłam, że skoro tak usilnie stara się zamaskować swoje zdenerwowanie, to rzeczywiście ma coś do ukrycia.
    Muszę przyznać, że trochę mu uległam. Dałam się namówić na terapię w miejscach publicznych. Po części dlatego, że Bartman skupiający się na swoim pustym żołądku nie był w stanie skupić się na niczym innym, a po części dlatego, że niewiele mogłam z niego wyciągnąć, gdy był taki spięty. Z dwojga złego, wolałam zmienić swoje przyzwyczajenia i mieć z nim lepszy, bardziej otwarty kontakt niż miałabym w przychodni. Dzisiaj jednak te plany spełzły na niczym. Kowal przedłużył podopiecznym trening, ja musiałam zdążyć na odprawę, a w dodatku pogoda zniechęcała do jakichkolwiek wyjść.
    Nie miałam swojej ulubionej pory roku. Kochałam Polskę za jej różnorodność, nawet wtedy, gdy było nieprzyzwoicie zimno. Mimo to siekący deszcz, ostry, lodowaty wiatr i kałuże zmieniające się w rwące potoki na jezdniach, skutecznie mnie odstraszały. Wtedy jedyne, o czym marzyłam, to by znaleźć się w bujanym fotelu babci, w domku nad Morzem Tyrreńskim.
    Cóż za zbieg okoliczności, właśnie tam zmierzałam!
    Głośny grzmot i oślepiający blask błyskawicy zjeżyły mi włoski na karku, przywracając mnie brutalnie do bieżących spraw.
    - Możemy? - zapytałam cicho. Naprawdę nie lubiłam takiej pogody; głowę miałam zaprzątniętą pakowaniem walizki, a Zbyszek ewidentnie się niecierpliwił. Zakręcił dłonią w powietrzu niewielkie kółko, jakby kazał mi mówić dalej, a był przy tym taki znudzony, że aż opadły ze mnie siły. Chyba nie nadawałam się do pracy tamtego dnia…
    - Okay – odetchnęłam. - Powiedz mi, jak ci się układają relacje z rodziną?
    - A co to ma do rzeczy?
    - Zbyszek… ja ciebie nie uczę grać w siatkówkę, tak?
    Wywrócił teatralnie oczyma.
    - Zależy, o kogo pytasz – wzruszył ramionami, zaplatając palce na wysokości brzucha. Posłałam mu nieco zniecierpliwione spojrzenie.
    - Dziadkowie, rodzice, może rodzeństwo?
    - Z dziadkami bez zarzutu.
    - Macie dobry kontakt? Możesz im powiedzieć wszystko? No wiesz… przyjechać w środku nocy tylko dlatego, że stęskniłeś się za babcinym ciastem – uśmiechnęłam się wesoło. Usta siatkarza drgnęły w niemrawym uśmiechu. Uniósł ich kącik ku górze, ale nie minęła sekunda, jak ponownie je opuścił, przybierając pokerowy wyraz twarzy. Jakby nagle uznał, że okazanie uczuć będzie nie na miejscu.
    - Gdyby tylko mieszkali bliżej, to podejrzewam, że musieliby mnie siłą wyrzucać za próg – znowu się uśmiechnął. Mimo, że walczył z tym odruchem, jego oczy ciągle się śmiały. - Tak, mamy kontakt, bardzo dobry kontakt.
    - Z obiema stronami? - dopytałam dla pewności, zapisując coś szybko na karcie. Zbyszek pokręcił lekko głową, trochę skonsternowany.
    - Rodzice mojego ojca nie żyją – powiedział spokojnie. Podniosłam na niego wzrok, badając wyraz jego twarzy. Ciągle walczył z tym, by nie pokazywać mi swoich emocji, ale nie umiał panować nad głosem. Zaskoczyło mnie, z jaką ironią rzucił słowem „ojciec”. Zdumiał mnie też samym słowem; spodziewałam się raczej „taty”…
    - Rozumiem. Przykro mi – mruknęłam, a on jedynie skinął mi głową. - A rodzice?
    Uśmiechnął się cynicznie, poprawiając się na krześle.
    - Rozmawiamy tylko od święta – prychnął, odwracając wzrok.
    - Odległość? - zapytałam, choć wiedziałam, że to błędny trop. Bartman znowu pokręcił głową.
    - Nie ufam im, nie chcę spędzać z nimi więcej czasu, niż potrzeba.
    - Nie ufasz?
    - Okłamali mnie… w bardzo ważnej sprawie – powiedział, uważnie dobierając słowa. - Miesiącami trzymali pod kloszem, myśląc, że w ten sposób załagodzą sprawę.
    - Czyli po prostu się pomylili, tak? - drążyłam. - Przecież ludzie popełniają błędy, sądzisz, że…
    - Za błędy się płaci – wszedł mi w słowo. Popatrzyłam na niego, z trudem ukrywając lodowaty dreszcz, obejmujący całe moje ciało. Jego twarz była jak wykuta z kamienia, głos był niski, ton ostry niczym kawałki lodu. Nie mogłam pojąć, dlaczego tak bardzo bałam się tego człowieka, gdy przybierał podobną postawę. - Czasami najwyższą cenę – dodał ciszej po chwili milczenia.
    - Nie wybaczysz im? Cokolwiek zrobili – niby z nudów bawiłam się długopisem w dłoni. Zielone, pozbawione wyrazu oczy na krótką chwilę spojrzały prosto w moje.
    - Nie – rzucił oschle, przez zęby, a mnie Bóg świadkiem, że serce stanęło mi w gardle.
    Nagle postawa przyjmującego uległa zmianie. Zagryzł wargę, przymknął oczy i wstrzymał oddech, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. Po chwili wypuścił ze świstem powietrze, pokręcił lekko głową i zaczesał ciemną czuprynę na bok.
    - Na pewno nie teraz – powiedział łagodniej, po czym wzruszył niedbale ramionami. - Może za kolejne osiem lat.
    Szybko odjęłam od siebie dwie cyfry i z jakimś idiotycznym zdumieniem zrozumiałam, że osiem lat wstecz Bartman miał ledwie dziewiętnaście lat. Był wtedy jeszcze chłopcem, dopiero wkraczającym w dorosły świat. Co prawda, więcej niż pewne było to, że od dawna żył na walizkach, poza domem rodzinnym. Chyba nawet za granicą, jeśli się nie mylę. To znaczyło, że pewnie musiał dorosnąć o wiele szybciej, niż jego rówieśnicy, ale skoro nie miał z rodzicami kontaktu, nie mógł się z nimi nawet trwale pokłócić. Tym bardziej zaskoczyła mnie jego awersja do nich. Co mogli zrobić takiemu szczeniakowi, nie przelali mu dość pieniędzy na konto?
    - Coś szczególnego miało miejsce osiem lat temu? - zapytałam naiwnie. Oczywistym było, że mi nie odpowie, ale chciałam sprawdzić jego reakcję. Popatrzył na mnie z ukosa i ściągnął usta w wąską linię, biorąc głośny, ciężki oddech.
    - To obejmuje twój profil, czy jednak bawimy się w regularną sesję? - warknął, a ja w duchu podskoczyłam z radości. Wiedziałam, czego się chwytać.

Kurwa mać, że też się dałem tak łatwo podpuścić! Nerwowo poprawiłem się na swoim miejscu, na siłę próbując się uśmiechnąć. Chciałem jej pokazać, że to tylko kolejna złośliwość z mojej strony, ale na moją twarz wstąpił tylko jakiś dziwny grymas.
    Zawsze tak było. Kiedy tylko ktoś nie będący Ignaczakiem próbował tknąć temat zdarzenia sprzed lat, w moich żyłach zaczynała buzować adrenalina. Nie panowałem nad tym i właśnie dałem tego najlepszy wyraz. Miałem cichą nadzieję, że Francesca nic nie zauważy, puści moją wrogość mimo uszu, ale to były marzenia ściętej głowy. Wiedziałem, że już się ode mnie nie odczepi; będzie wracała do tego tematu jak natrętna mucha do stołu.
    Brawo, debilu. Brawo!
    - W porządku – mruknęła niezobowiązująco, a nade mną te słowa zawisły jak nóż kata. Byłem na siebie tak bardzo wściekły! - A jak to było z siatkówką? Sam to wymyśliłeś, to było z góry przesądzone czy może poszedłeś na SKS z kolegami i tak zostałeś?
    Wzruszyłem ramionami.
    - Próbowałem po prostu różnych rzeczy. Na pływalnię nie chciało mi się chodzić, bo zawsze było mi za daleko, tenis mnie nie kręcił, a na karate nie przypasował mi nauczyciel. Tak sobie zmieniałem dyscypliny, siatkówka mi się spodobała, więc zostałem. Bez żadnej większej przyczyny.
    - Tata nie namawiał cię do żadnego sportu?
    - Nie – pokręciłem głową. - Dzielnie znosił moje humory i słomiany zapał – mruknąłem, uśmiechając się niewyraźnie. To w sumie były fajne czasy, gdy w każdej chwili można było zmienić zdanie, drużynę, otoczenie. Beztroskie dzieciństwo, nic dodać, nic ująć…
    - Okay… Um… A powiedz mi, jak dawno zacząłeś traktować seks przedmiotowo?
    - To znaczy? - bąknąłem, nie rozumiejąc jej pytania. Francesca zagryzła lekko dolną wargę, a mi żyłka zapulsowała na skroni. Ciągle miałem kaca, byłem obolały po siłowni, więc zrzuciłem to na karb duchoty w niewielkim gabinecie Kruś.
    - Od jak dawna jesteś uzależniony od seksu? Bez stałego związku, większego uczucia.
    - A kto mówi o braku uczucia? - ofuknąłem ją, w duchu pękając ze śmiechu. Kruś posłała mi pełne politowania spojrzenie.
    - Przygodne, trzydniowe romanse raczej nie opierają się na miłości i zaufaniu, nie sądzisz? - zapytała miękko, posyłając mi ciepły, przyjacielski uśmiech. Zacisnąłem usta i poprawiłem się w fotelu, przypominając sobie własne spostrzeżenia. Raniłem kobiety, tak fizycznie jak i psychicznie. Czuły bywałem od święta.
    Westchnąłem ciężko i przeczesałem włosy ręką, zastanawiając się głęboko nad odpowiedzią.
    - Sam nie wiem – mruknąłem w końcu. - Sześć… siedem lat? Może dłużej. Jakoś tak, nie liczę tego.
    - Jesteś w stanie mi powiedzieć, ile kobiet przewinęło się przez twoje łóżko w tym czasie?
    - Bez szans – bąknąłem, wydymając lekko dolną wargę.
    - Pamiętasz jakąś dokładniej? - zapytała. Posłałem szatynce znudzone spojrzenie. Nie mam pojęcia, po co mnie o to pytała, ale naprawdę mnie tym męczyła. Wzruszyłem niedbale ramionami.
    - Ostatnie trzy, ale to chyba tylko dlatego, że były ostatnie. Poza tym nic szczególnego. Po co ci ta wiedza? - wypaliłem w końcu.
    - Próbuję zrozumieć, co cię popycha do takiego zachowania – powiedziała, skrobiąc coś szybko na kartce. - Któraś z nich kiedyś cię skrzywdziła? A może za mocno przeżyłeś pierwszy zawód miłosny?
    - C-co? - wydukałem speszony. Francesca uśmiechnęła się pobłażliwie, przechylając głowę na ramię.
    - To żaden wstyd. Po to tu przychodzisz, żeby mówić o uczuciach, na tym to ma polegać. Mnie obowiązuje tajemnica lekarska, więc wszystko co mi powiesz, zostaje ze mną. Nie masz się czego bać, śmiało.
    Rozłożyłem bezradnie ręce. O czym ta kobieta do mnie mówiła…?
    - Francesca, błagam cię. Czy ja wyglądam na zranionego? - parsknąłem, posyłając jej znaczące spojrzenie spod wysoko uniesionej brwi. Kobieta patrzyła na mnie dość intensywnie przez kolejne sekundy, aż w końcu pokręciła głową i wróciła do pisania.
    - Jesteś strasznie pewny siebie – zauważyła.
    - Taka moja uroda – sparowałem. Uśmiechnęła się delikatnie, przeglądając kolejne dokumenty. Jej wzrok co chwilę skakał na tarczę zegara. Śpieszyła się, była rozkojarzona, nieuważna. No, no, nie ładnie tak zaniedbywać pracę, zaśmiałem się w duchu.
    - No dobrze, Panie Urodziwy – mruknęła kąśliwie, a ja wywróciłem oczami. - Powiedz mi, czy jest coś… stałego w twoim życiu? Może masz jakiś rytuał przed meczem, albo nie uśniesz bez spaceru dookoła bloku… Cokolwiek, co pozwala ci się odprężyć, co robisz od dawna, ale nie pytam o siatkówkę – zastrzegła.
    Uśmiechnąłem się pod nosem. Nie musiałem się długo zastanawiać nad odpowiedzią.
    - Śniadanie.
    - To znaczy? - dopytała niepewnie, próbując znaleźć ze mną kontakt wzrokowy.
    - Zawsze… - zawiesiłem się. Nagle poczułem, że to strasznie głupie.
    I niespodziewanie zobaczyłem Jej sylwetkę za kuchennym stołem, gdy robiła mi te pieruńskie tosty… Palcami umazanymi czekoladą, w mojej koszuli, którą poplamiła sokiem pomarańczowym. Uśmiechnąłem się z nostalgią. Jej twarz była zamazana, już jej nie pamiętałem, ale wiedziałem, że to Ona
    - Zbyszku?
    Głos Kruś przywrócił mnie brutalnie na ziemię. Potarłem palcami nasadę nosa i zaśmiałem się nerwowo.
    - Od bardzo dawna jadam na śniadanie określony… zestaw. Nic innego nie przełknę, po prostu nie umiem, mdli mnie na myśl o jakiejś zmianie.
    Francesca popatrzyła na mnie ze szczerym zainteresowaniem odmalowanym na twarzy.
    - A mogę zapytać co to za specjały?
    - Żadne specjały, tosty z nutellą. Nic wielkiego - bąknąłem, czując na twarzy lekkie wypieki.
    Co się ze mną dzieje, do jasnego pana?
    - W porządku – zachichotała. - Ja garściami mogę jeść pomarańczowe tic-tacki. Każdy ma jakieś małe zboczenia – puściła mi oczko. Podczas gdy ja gryzłem się w język, żeby nie wybuchnąć gromkim śmiechem, Kruś złożyła zamaszysty podpis na jednej z kartek, włożyła wszystko równiutko do szuflady i niespodziewanie wstała z miejsca, zbierając swoje rzeczy do sporej aktówki.
    - Już? - zakasłałem, ciągle walcząc z napadem śmiechu.
    - Niestety. Naprawdę nie chcę spóźnić się na samolot. Ale nie martw się, odrobimy te godziny – posłała mi złośliwy uśmieszek, a ja tylko prychnąłem ironicznie pod nosem. Perfekcjonistka mi się trafiła, cholera jasna.
    - Na długo wyjeżdżasz?
    - Trzy dni. Jadę do Włoch, muszę zajrzeć do rodziny. Mam tylko nadzieję, że to nic poważnego, bo głos mojej babci nie brzmiał zbyt spokojnie.
    - Czemu mi to mówisz? - zdziwiłem się, ściągając ku sobie brwi. Francesca przystanęła w połowie kroku i zamyśliła się chwilę, po czym wzruszyła ramionami.
    - Skoro chcę, żebyś mi zaufał, to chyba ja muszę zaufać tobie, prawda? - uśmiechnęła się promiennie, narzucając na ramiona skórzaną kurtkę.
    Uśmiechnąłem się nikle, uważnie obserwując płynne ruchy kobiety. Doskonale wiedziała, gdzie ma ułożone swoje rzeczy, wiedziała co jest jej potrzebne. Choć na jej twarzy widać było pewnego rodzaju zdenerwowanie, może zmartwienie, zachowywała pełen profesjonalizm. Musiałem przyznać sam przed sobą, że jej tego pozazdrościłem. Osobiście, jeśli nie przygotowałem się do wyjazdu wcześniej, coś wypadało mi spontanicznie, biegałem po mieszkaniu jak popyrtany, robiąc w nim jeden, wielki armagedon.
    Zarzuciłem na ramię torbę i otworzyłem Kruś drzwi, przytrzymując je ramieniem.
    - Nie udawaj przede mną szarmanckiego, nie nabiorę się – rzuciła, przechodząc obok mnie. Zaśmiałem się pod nosem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
    - Dotrze do ciebie, że mi się nie podobasz?
    - A co z nią nie tak? - blondynka siedząca za biurkiem w niewielkiej recepcji, Kasia, o ile dobrze pamiętam, nagle wychyliła się zza węgła, mierząc mnie oskarżycielskim spojrzeniem.
    - Nie powinnaś zająć się pracą? - syknęła Kruś. Nie wytrzymałem i w końcu się roześmiałem, ignorując nawet pulsujący ból głowy.
    - Teoretycznie twoja przyjaciółka jest całkiem w porządku – westchnąłem, gdy lekko się uspokoiłem. Francesca popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, otwierając lekko usta. - Problem polega na tym, że jest moim psychologiem – puściłem blondynce oczko i ruszyłem w stronę wyjścia. Po drodze poklepałem Kruś po głowie i rechocząc, rzuciłem:
    - Miłego wyjazdu!
    Po czym zbiegłem po schodach na dół, nim zdążyłaby zabić mnie swoją aktówką.


*  *

Na samym początku hiper ważne ogłoszenie: piątka ukaże się za dwa tygodnie lub troszeczkę później: 27.05 lub 30.05. Nie wiem jakie będę miała zadania, plany, możliwości - jadę na weselicho i może być różnie tak z czasem jak z zasięgiem i internetem ;)

Muszę się przyznać, że ostatnimi czasy nie jestem duszą towarzystwa. Jestem zmęczona i wszystko mnie drażni, wystarczy zbyt natarczywe spojrzenie znajomego, nie mówiąc już o jakiejś próbie żartu, którą zaraz odbieram jako nieudolną. Jestem spięta, nieco rozdarta. Moja psychika woła o tydzień nad morzem w całkowitej samotności. Od dłuższego czasu nie mam na nic siły ani chęci, nie mam motywacji. Mam wrażenie, że utknęłam w miejscu ze swoim życiem studiując coś, co nie sprawia mi radości, za to wkurza i staje się coraz bardziej upierdliwe z dnia na dzień. Nawet od pisania zaczęłam się odcinać, uciekać, a po mojej głowie zaczął chodzić pomysł zawieszenia obydwu blogów do zakończenia letniej sesji. Chciałam po prostu złapać oddech, nabrać nowych sił, choć kłóciło się to z moimi pierwotnymi założeniami.
Nie piszę Wam tego po to, żeby się pożalić, ani po to, żebyście klepały mnie po głowie; nie o to mi chodzi, nie tym razem ;p Chcę po prostu zaznaczyć zmianę, różnicę w moim zachowaniu i postrzeganiu wszystkiego dookoła za sprawą jednego, pozornie niewielkiego zdarzenia.
Część z Was wie, że 'Fobie' zostały nominowane do konkursu bloga miesiąca na spisie blogów 'Księga Baśni'. Sama nominacja, mimo, iż nie z Waszego wyboru a z wyboru jednej z właścicielek spisu, jest dla mnie ogromnym zaszczytem, o czym już z resztą pisałam. Mimo, że głosowanie trwa do końca maja, ja już dziękuję Wam wszystkim i każdemu z osobna za wyróżnienie, jakim są Wasze głosy. Muszę jednak powiedzieć, że przez jedną osobę - niestety nieznaną, anonimową - pierwszy raz w życiu popłakałam się z radości z bloga, któregokolwiek. A to za sprawą człowieczka, który na Księdze dodał ten komentarz:
 
Wiem, że często powtarzacie mi podobne słowa w komentarzach pod opowiadaniem; nie ważne, tym czy na 'Źródle'. Za każdym razem jest mi cholernie miło, robi mi się ciepło na sercu, buzia mi się cieszy, ale jednak patrzę na to z przymrużeniem oka, zwłaszcza kiedy proponujecie mi zgłoszenie się do wydawnictwa. Nie uważam się za tak mocną, jeszcze nie teraz, nie wiem czy kiedykolwiek. Podobne słowa z Waszej strony są ogromną motywacją, gratyfikacją, ukoronowaniem mojej pracy i sprawiają, że uśmiecham się bez względu na wszystko. Nikt jednak nie napisał jeszcze czegoś takiego poza ramami moich opowiadań. Nie chcę, by teraz wszyscy zaczęli wypisywać podobne komentarze gdzie bądź, czy nawet na stronie głosowania na spisie; nie mam zamiaru nikogo z Was obrazić czy niedowartościować, nie o to mi chodzi - jeszcze raz zaznaczam, że za każdy komentarz, miłe słowo jestem niewypowiedzianie wdzięczna, co z resztą powinnyście już zauważyć po moich odpowiedziach do Waszych komentarzy ;) Jestem wdzięczna za KAŻDĄ opinię - może po prostu jestem zbyt krytyczna względem siebie i ciężko mi w niektóre komplementy uwierzyć.
Po przeczytaniu powyższego komentarza, coś we mnie pękło. Poczułam się tak... zajebiście przyjemnie, lekko, miło... nie umiem tego wyrazić, naprawdę. Może trochę to przekoloryzuję, ale to trochę tak, jakby ktoś na środku ulicy pełnej ludzi powiedział, że Cię kocha. Przyznał się do tego przed całym światem - i nagle wiesz, że nie mówi tego tylko Tobie w cztery oczy, gdy wie, że nikt go nie usłyszy, nie pociągnie za język ani do odpowiedzialności. Wierzysz, że mówi prawdę i chcesz, żeby ta chwila trwała wiecznie. Ja właśnie tak się poczułam. Poryczałam się, wysłałam to moim betom, siostrze, zabrałam się do pisania szesnastej już fobii. Nie wiem, czyj to komentarz i żałuję, że mogę tylko napisać DZIĘKUJĘ, bo z chęcią bym tę osobę wyściskała do utraty sił :D Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

18 komentarzy:

  1. Cały rozdział jest fantastyczny, szczególnie ta scena, gdzie Zbyszek rozmawiał z Moniką, a potem ona i szatynka mu proponowały... :D
    Poza tym widać Twoje starania wczuwania się w mężczyznę, wychodzi Ci to całkiem dobrze! Chciałabym Ci zwrócić tylko jedną małą uwagę. W niektórych zdaniach zauważyłam typowe dla dziewczyn/kobiet słownictwo. Podam Ci kilka przykładów:

    "(...) Powoli rozchyliłem powieki, wpatrując się w zasnute chmurami niebo. Księżyc w pełni majaczył gdzieś za ich grubą warstwą, rzucając dookoła siebie bladą, żółtawą poświatę.
    "Mimo to z ulgą przełykałem kolejne łyki bursztynowego płynu (...)"
    "Szatynka ostentacyjnie poprawiła włosy."

    Prawdziwy facet raczej by tak nie mówił według mnie, ja bym to napisała tak:

    "Powoli otworzyłem powieki, wpatrując się w przykryte chmurami niebo. Księżyc w pełni przebijał się za ich warstwą, rzucając dokoła siebie blask."
    "Mimo to z ulgą przełykałem kolejne łyki piwa/alkoholu."
    "Szatynka wyraźnie poprawiła włosy."

    Facet mówi prostym, rzeczowym językiem i nie używa metafor, estetycznych epitetów. Kobieta bardziej ma wyszukane słownictwo. Ty w kilku momentach tylko posługujesz się 'kobiecym' językiem, pisząc z perspektywy Zbyszka. Nie myśl, że się wymądrzam, chciałam Ci dać dobrą radę :)
    Poza tym bardzo podoba mi się Twój styl pisania, masz bogate słownictwo! Naprawdę!
    I cieszę się Twoim szczęściem! Miło jest usłyszeć/zobaczyć czyjeś opinie na temat swojej twórczości, że nasza praca nie idzie na marne. Takie opinie dają pozytywnej energii i ja coś o tym wiem :))
    Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę oceanu weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa, jeszcze chciałam dopisać.
      Wiem, jak to trudno jest opisywać fabułę z perspektywy mężczyzny - ja sama w swoich opowiadaniach piszę jako mężczyzna, ale pewnie już to zauważyłaś ;)
      Jest to trudne wyzwanie, ale zarazem ciekawe doświadczenie, poczuć się jak facet, wejść w jego skórę i chociaż w opowiadaniu naśladować jego zachowania. Także podziwiam Cię za to, iż podejmujesz próby pisania z perspektywy płci przeciwnej!

      Usuń
    2. Dziękuję. Może zabrzmię nieskromnie, ale mi się to nie wydaje aż takie trudne. To nie jest pierwszy raz kiedy piszę "oczami faceta" :P Może dlatego, że zawsze wolałam spędzić czas z kolegami latając po drzewach i kopiąc piłkę, niż ubierać z koleżankami lalki :P Nie myślę w żadnym razie, że to próba wymądrzania się - jak najbardziej, zwracajcie mi uwagę. A kiedy robi to ktoś, kto zna się na pisaniu, to tym bardziej wiem, że rada jest wartościowa ;) Tylko wiesz co... ja bardzo lubię bogate opisy, dlatego może wychodzi jak wychodzi xD wyszłam z założenia, że Zbyszek jest nie tylko bohaterem i facetem, ale też narratorem - dla mnie jako wszechwiedzącego narratora nie ma tu miejsca, przy pisaniu w pierwszej osobie, dlatego zarówno on jak i Francesca przejmują po części tę rolę. To jest też przekazanie Wam mojego myślenia i mojego stylu pisania. Ciężko mi to wytłumaczyć, mam nadzieję, że jest zrozumiale xD i że nie przeszkadza to tak bardzo w odbiorze tekstu ;)

      Usuń
    3. Rozumiem to doskonale :) Świetnie, że masz bogate słownictwo i nie rezygnuj z tego w pisaniu!

      Usuń
  2. Cudowny ! *.*
    A to jest prawda, że powinnaś wydać książkę! :D
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie spodziewałam się że mój komentarz Cię wzruszy. Napisałam najprawdziwszą prawdę, którą czasem zdarzało mi się pisać na twoich blogach. No i z głębi serca życzę Ci by twoja sytuacja prywatna się unormowała.

    A rozdział, cóż jak zawsze. Jestem strasznie ciekawa przeszłości Zbyszka, jego sytuacji z rodzicami. Czekam do następnego!

    Tym razem pozostawię po sobie jakiś znak, pozdrawiam, W. :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Okey. Dotarłam z "Źródła". Trochę późno, ale jestem.
    Na razie tak ogólnikowo. Zbyszek ewidentnie ma problem. Wiem o nim. Przyznaje się do niego przed samym sobą, ale przed innymi jest już ciężej. Niezły haczyk z tym aneksem dotyczącym terapii. Mam nadzieje, że to mu pomoże. Zaczyna dostrzegać, że ten styl życia nie jest dobry ani dla niego, ani dla jego otoczenia. Na zewnątrz jest twardy jak skała, ale w środku to tylko dziecko które zgubiło się w olbrzymim centrum handlowym i nie może znaleźć rodziców. Tylko co kryje się w jego przeszłości, że zostawiło po sobie taki ślad.
    Weny, odpoczynku...
    Do zobaczenia w następnej notce. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiedziałabym, że on się do tego problemu przyznaje przed sobą. Raczej przypuszcza, że coś jest nie tak.

      Usuń
  5. Coraz częściej myślę o tym, że chciałabym jeszcze kiedyś zobaczyć Zbyszka w reprezentacji. Miał w niej swoje lepsze i gorsze momenty, ale zawsze zależało mu na grze w biało-czerwonych barwach, a brak formy starał się nadrabiać walecznością. Może któregoś dnia się doczekam.
    Co ten Igła ma w sobie, że ludzie tak do niego lgną? Nawet Zbyszek, który nikogo nie wpuszcza do własnego świata traktuje go jak jedyną godną zaufania osobę. Wiele jednak wskazuje na to, że Francesca ma szansę stać się kolejną, bo Bartman coraz bardziej zaczyna się przed nią otwierać, nawet jeżeli robi to wbrew własnej woli. No i znów mówisz do nas zagadkami, bo nie wiemy, co spowodowało, że Zibi oddalił się od swoich rodziców. Pewne jest jedynie to, że przeszłość kładzie się cieniem na jego obecnym życiu.
    Bardzo dobrze Cię rozumiem, bo też ostatnio jestem zmęczona i drażliwa. No i zgadzam się z anonimowym komentarzem, bo piszesz fantastycznie. Tutaj na przykład urzeka mnie opis emocji głównego bohatera. Tak trzymaj! I nie mam pojęcia dlaczego tak jest, ale zawsze po przeczytaniu scen z "Twoim" Zbyszkiem, nieważne czy tym z Fobii czy ze Źródła, od razu mam ochotę zabrać się za swojego. Szkoda tylko, że nie mam teraz na to czasu :/
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że mi osobiście brakuje go w kadrze. Moim zdaniem mógłby fajnie pomóc w ataku, ale to tylko moje zdanie. Nie mniej ja nadal trzymam za jego powrót kciuki ;D
      Czy on się tak otwiera? Daleko mu jeszcze do tego, uwierzcie ;)
      Dziękuję serdecznie ♥

      Usuń
  6. Wróciły piękne wspomnienia z pamiętnych dni. ❤ Tego nie da się zapomnieć! ;D
    Przepraszam, że pojawiam się tutaj dopiero teraz, ale ostatnio jestem strasznie zabiegana, sesja się zbliża, niestety. 😒 Więc mam nadzieję, że nie będziesz zła, jeżeli dzisiaj będzie krótko. 😉
    Cieszę się, że jest osoba, przed którą Zbychu czuje respect i dlaczego nie dziwi mnie, że jest to Igła? ;D Ale wydaje mi się, że w końcu, małymi krokami, przekonuje się do tej terapii. Oby wyszło mu to na dobre! Jestem bardzo ciekawa, kiedy wyjawisz nam tą tajemniczą kobietę z życia Bartmana. 😊
    Z niecierpliwością czekam na kolejny!

    Pozdrawiam serdecznie! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że rozumiem, mi też zaraz się zacznie akcja "sesja" :P
      Na tę tajemniczą dziewczynę trzeba będzie jeszcze nieco poczekać ;)

      Usuń
  7. Cudowny rozdział! Sorry że dopiero teraz, ale jakoś nie miałam czasu...:(
    No, ale na reszcie przeczytałam i muszę przyznać że nie mogę doczekać się nadtępnego:)
    Przepraszam że tak krótko, ale dosłownie zaraz wyjeżdżam do Płocka do babci ( Francesca wyjeżdża do Włoch, ja do Płocka;) ) więc muszę już kończyć
    Pozdrawiam
    Mari:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie szkodzi. Fajnie, że jesteś i że się podobało :)

      Usuń
  8. Witaj.
    Trafiłam tutaj przypadkiem parę dni temu i postanowiłam, że muszę przeczytać rozdziały. Jednak dopiero teraz mi się to udało. Muszę przyznać, że zyskałaś nową czytelniczkę : ) Dlaczego? Podoba mi się Twój styl pisania oraz to, w jaki sposób wcielasz się w bohaterów. Są oni tacy…realni, a nie idealni do bólu. Gratuluję Ci tego. Cholera, Zbyszek okazał się tak myślałam…nie tyle niegrzeczny chłopiec, lecz częściej cham bez jakiejkolwiek kultury. Nie dziwię się, że sam ze sobą nie potrafi wytrzymać..Pani psycholog pokaże Zbyszkowi pewnie więcej niż jest w stanie przypuszczać. Podobało mi się ich pierwsze spotkanie. Obserwując z boku zachowanie siatkarza wcale nie dziwię się, że nie chce, aby lekarzem była kobieta. Chociaż powinien zachować się jak profesjonalista. Wiem…łatwo powiedzieć! Pani psycholog doskonale wie jak podejść Bartmana i to mi się w niej podoba. Ich sesje są inne niż u innych pacjentów, lecz myślę, że to zależy od przypadku i pacjenta,a Zbyszek nie jest łatwym facetem, więc rozmowa – szczególnie o tym, co go dręczy – jest to trudna. Pożegnanie z pewnością było najlepsze! Rozbawiło mnie do łez, sama nie wiem dlaczego : )
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję! ♥ Nie mam pojęcia co powiedzieć. Bardzo się cieszę, że tekst Ci się podoba, bo wiem, jak ciężko przekonać czytelników do opowiadań ze Zbyszkiem :) To jest... trudny przypadek. Nie dość, że nie współpracuje z Franceską, to ze mną i moim zamysłem historii również mu nie po drodze. Ciężko mu, ale za jakiś czas zrozumiecie dlaczego, mam nadzieję :)
      Ogromne dzięki za komentarz, każde Wasze słowo jest dla mnie na wagę złota ♥♥♥
      PS-Nie wiem tylko czy zwróciłaś uwagę, że był już dodany kolejny rozdział :P

      Usuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.