BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

27 maj 2016

Fobia piąta


Bieganie w deszczu jest całkiem przyjemne. Jeśli lubicie biegać, a nigdy tego nie doświadczyliście – spróbujcie. Człowiek nie męczy się tak szybko, chłodzony lejącą się z nieba wodą i nie śmierdzi na kilometr. Całkiem fajna sprawa, poważnie. Trzeba mieć tylko dobre buty.
    Choć… to względne wymaganie. Moje przemokły dobrą godzinę temu, a i tak uparcie parłem naprzód, nawet nie starając się o to, by wyminąć kałuże.
    Mimo przemęczenia, dwóch treningów dziennie i nieludzkiej przetyrki na hali, jaką za każdym razem fundował nam Kowal, zaciskałem zęby i co wieczór wychodziłem na dwór, żeby pobiegać. Przez to byłem słabszy na porannych zajęciach, ale to było potrzebne mojej psychice. Kiedy biegałem, skupiałem się tylko na rytmie własnego serca. Na pompowanej przez niego krwi. Na oddychaniu i uderzeniach stóp o podłoże. Wówczas nie miałem czasu myśleć o zawalanych ostatnio sparingach, przegranym zakładzie z Kurkiem i przymusie sprzątania u niego w ostatnich dniach, o przeszłości czy o słowach Kruś, które odbijały się echem po mojej głowie całymi godzinami.
    Zajęcia z nią nie były tak bardzo złe… Co prawda wkurzała mnie zadawaniem tych samych pytań, ale starałem się zaciskać zęby i nie pyskować, gdy setny raz pytała mnie o to, czy ojciec bił mnie w dzieciństwie, albo czy koleżanki mojej mamy do czegoś mnie zmuszały. To mnie śmieszyło i złościło jednocześnie, bo z jednej strony nawet nie zbliżyła się do rozwiązania zagadki „Zbigniew Bartman”, a z drugiej miałem wrażenie, że usilnie chce oczernić moich rodziców.
    Przyznaję, nienawidziłem ich. Ale akurat dzieciństwo jak i cały okres dojrzewania miałem cudowne. Nigdy niczego mi nie brakowało, zawsze mogłem na nich liczyć. Mieliśmy dom z ogrodem, koledzy zazdrościli mi mamy, która co drugi dzień piekła ciastka i dawała mi je do szkoły, rodzice się nie kłócili. Miałem dobry dom. Dopiero później… Nie ważne. Ważne, że to byli moi rodzice i tylko ja miałem prawo na nich psioczyć, koniec, kropka.
    Przystanąłem przy przejściu dla pieszych i zgiąłem się w pół, wspierając dłonie o kolana. Zwiesiłem głowę i wziąłem kilka głębszych oddechów, zezując na zapięty na nadgarstku zegarek. Biegałem już dobre dwie godziny. Zrobiło się ciemno, ciągle padało, a coraz ostrzejszy, jesienny wiatr wdzierał się pod moje przemoknięte ubrania, mocno ochładzając całe ciało. Dyszałem ciężko, próbując przełknąć, ale jedynie suchy język tarł mi o podniebienie. W gardle czułem metaliczny posmak, a w płuca wbijały mi się miliardy igiełek.
    Koniec tego dobrego…
    Z trudem zmusiłem nogi do współpracy i żwawym truchtem przebiegłem na drugą stronę ulicy, kierując się na strzeżone osiedle. Powoli zaczynała boleć mnie głowa, a obraz przed oczami pokryły malutkie, czarne plamki.
    Obejrzałem się dookoła i z pewnym zdumieniem odkryłem, że jestem na ulicy całkiem sam. Miasto opustoszało, szykując się powoli do snu. Poza tym nikt się nie kwapił, by w taką pogodę wyściubiać choćby nos z ciepłego mieszkania. Gdybym nawet zemdlał, to byłbym zdany na łaskę i nie łaskę losu. Niewiele mnie to jednak obchodziło. Musiałem się zmęczyć. Musiałem wykończyć własne ciało i umysł, żeby tylko móc spokojnie zasnąć.
    Powody, dla których od dobrych dwóch tygodni katowałem się dodatkowymi treningami, były dwa (choć źródło miały to samo…). Po pierwsze: Francesca wymyśliła sobie, że powinienem zaaplikować sobie odwyk. Miałem się odzwyczaić od wybierania panienek średnio trzy razy w tygodniu, przestać łazić do klubów i wkładać łapy w majtki pierwszym-lepszym, chętnym gówniarom.
    Dla jasności, mnie mój styl życia nie przeszkadzał, w żadnym stopniu. Jak już mówiłem, lubiłem seks. Lubiłem to, w jaki sposób na mnie działał, ile adrenaliny wyzwalał. Lubiłem również kobiety, bez względu na to, jakie próbowały przede mną być: niedostępne, figlarne, nieśmiałe. Każdą zdobywało się na inny sposób i to mnie podniecało. Po prostu lubiłem wyzwania.
    I właśnie dlatego, że je lubiłem, po kilku docinkach ze strony Pani Psycholog Wspaniałej postanowiłem, że spróbuję. Zagryzę zęby i postaram się odzwyczaić. Żeby jednak za bardzo nie uszkodzić sobie i tak poronionej psychiki, musiałem zrobić jedną z dwóch rzeczy. Albo trzymałem własne demony na smyczy, temperując je trochę własnym pożądaniem i zwierzęcym instynktem, albo musiałem się przemęczyć. Wykończyć organizm, by mieć siłę tylko paść na łóżko i w spokoju przekroczyć progi krainy gościa o imieniu Morfeusz. W innym przypadku… wolicie nie wiedzieć, jak wyglądały moje noce.
    Drugim powodem były moje pierwsze zajęcia z Kruś. Skojarzenia, które sobie wymyśliła ciągle siedziały mi głęboko w głowie, za nic nie dając się wymieść, a zlepek miłość-ból, powracał do mnie w najmniej oczekiwanych momentach. W końcu zacząłem za dużo zastanawiać się nad sensem tego połączenia, więc musiałem znaleźć sposób, by usunąć je z głowy.
    Niestety, powracało za każdym razem, gdy Alek bawił się z synem piłką na parkiecie po treningu. Pojawiało się jak zjawa z mgły, kiedy Cichy przytulał swoją narzeczoną, przewieszoną do połowy nad bandami reklamowymi otaczającymi boisko. Było jak powracający bumerang za każdym razem, gdy Ignaczak dzwonił z kadry do swojej żony i dzieci, obiecując im rychły powrót, tym razem na stałe. Ściskało moje serce, gdy czasami widziałem na terenie Podpromia roześmianą Kamilę, trzymającą pod rękę jakiegoś pryszczatego blondyna.
    Podczas gdy wszyscy z utęsknieniem czekali na swoją drugą połówkę, chcieli podzielić się swoim dobrem z kimś innym i marzyli o wielkiej miłości, mnie ona nie mogła skojarzyć się z niczym dobrym. Choć próbowałem, przyjemnych chwil z Nią już nie pamiętałem. Podświadomie wiedziałem, że było ich wiele. Dużo więcej, niż złych momentów. Ale po tylu latach, po tym, co musiałem przejść… Teraz został tylko ból, żal, rozgoryczenie. I to cholerne, idiotyczne pytanie „dlaczego?”. Pytanie, na które miałem nie poznać odpowiedzi…
    Zamknąłem oczy, biorąc głęboki wdech.
    Nie przypominaj sobie…
    Wyciągnąłem rękę przed siebie, pchnąłem metalową bramkę i zaraz potknąłem się o własne nogi, z trudem łapiąc równowagę. Przystanąłem na śliskiej, mokrej kostce brukowej i zacisnąłem powieki.
    Szarpały mną emocje, których nie potrafiłem nazwać. Z jednej strony zmęczenie wyciszało wszystkie docierające do mnie bodźce, z drugiej buzujący w żyłach gniew starał się rozbudzić je na nowo. Czułem się tak, jakby ktoś przepychał mnie to w jedną, to w drugą stronę; w końcu zawirowało mi w głowie. Złapałem się barierki, wolną dłoń przykładając do czoła. Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech. Frustracja, tak to się chyba nazywało…
    Prychnąłem pod nosem. Jedyne, czego pragnąłem, to zapomnieć. Naprawdę zapomnieć, raz na zawsze; uwolnić się od brzemienia, od poczucia winy i uczucia obrzydzenia do samego siebie. Tymczasem, jak na razie, po zajęciach z Kruś osiągnąłem tylko totalną destabilizację. Stałem się bardziej nerwowy, porywczy, roztrzepany. Nie mogłem się skupić i byłem wyraźnie przemęczony, a jeszcze nie pozwalano mi wyładować energii w jakiś przyjemny sposób, zmuszając do „odwyku”.
    Odkaszlnąłem gwałtownie i schyliłem głowę, czoło wspierając na chropowatej powierzchni budynku. W ustach czułem metaliczny posmak, moja krtań przeżywała katusze.
    Byłem sfrustrowany, bo z jednej strony chciałem być jak inni, ustabilizować siebie, swoje życie wewnętrzne i osobiste. Z drugiej miałem nieodparte wrażenie, że jeżeli pozwolę sobie na zapomnienie o Niej, o tym, co przeżyliśmy, o tym, co zrobiłem, dopuszczę się wielkiej zniewagi. Chciałem żyć, a okazało się, że za każdym razem robiłem dwa kroki w tył, zamiast jednego w przód. Miałem ochotę zrobić Kruś awanturę, zrezygnować z gry w Asseco i wyjechać. Uciec. Zaraz jednak nawiedzała mnie myśl, że powinienem błagać o pomoc.
    Nie wiedziałem już, co jest czarne, a co białe. Gdzie jest ta cienka granica między jawą, a ułudą. Co jest dobre, co złe…
    Westchnąłem głęboko, gdy świat przestał mi wirować przed oczyma. Odepchnąłem się lekko od elewacji i powolnym krokiem ruszyłem w stronę klatki schodowej. Pusty korytarz niósł echem odgłos moich kroków, szczęk przekręcanego patentu i w końcu pisk naciskanej klamki.
    Igła twierdził, że moje wątpliwości to efekt terapii. Uważał, że zaczynało do mnie docierać, iż zmieniam się i godzę z przeszłością. Tylko, że ja nie wierzyłem, by to w ogóle było możliwe… Wierzyłem, że karą dla mnie miało być cierpienie za życia.
    Odkleiłem od siebie przemoczoną koszulkę i cisnąłem ją do miski w łazience. Zaczesałem przydługie włosy do tyłu i z niechęcią spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Do tego miałem doprowadzić? By gapił się na mnie wychudzony facet z fioletowymi sińcami pod oczami, mnóstwem nowych zmarszczek na czole i niezłym burdelem we łbie? Który znowu patrzył na siebie z niesmakiem, odrazą? Który znowu zamykał się w czterech ścianach apartamentu licząc na to, że czas ukoi ból?
    Pokręciłem zrezygnowany głową i zdjąłem resztę ubrań. Jesteś zmęczony, tłumaczyłem siebie w myślach, wchodząc pod gorący strumień wody. Prysznic, szklanka zimnej wody i spać, zarządziłem w myślach. Miałem nadzieję, że trening kolejnego dnia przywróci mój dobry humor.


- Reasumując, ostatnimi czasy jest bardzo roztrzepany, rozkojarzony… może nawet przemęczony, więc tak, uważam, że taka zmiana nie wyjdzie mu na złe – Krzysiek przytaknął gorliwie głową, zerkając na mnie z boku i poprawiając pasek sportowej torby na ramieniu. Westchnęłam cicho i założyłam włosy za ucho, ciągle mając nadzieję, że zostaną tam na stałe. Niestety, wiatr co chwilę zarzucał mi czarne pukle na oczy.
    Ulice Rzeszowa ciągle świeciły pustkami. Było zdecydowanie za zimno, za wcześnie i zbyt ciemno, by normalni ludzie spacerowali mokrymi od deszczu chodnikami. W czasie całej naszej podróży do mieszkania pewnego aroganckiego przyjmującego minęliśmy może dwie osoby.
    - Hej, nie denerwuj się – libero rzeszowskiej drużyny dźgnął mnie łokciem w bok, wywołując na mojej twarzy mimowolny uśmiech. - Zbyszek tylko tak groźnie wygląda – powiedział tonem znawcy, na co przewróciłam teatralnie oczyma.
    Wiedziałam, że Bartman nie lubi rozmawiać ze mną w moim gabinecie, ale ciągłe chodzenie do restauracji było mi nie w smak. Musiałam wymyślić coś innego, a z racji tego, że mój pacjent był mocno humorzasty, nie było to wcale prostym zadaniem. Dlatego poprosiłam o pomoc Igłę. Wiedziałam, że są dobrymi kumplami. Nie miałam zielonego pojęcia, czy mogę nazwać ich przyjaciółmi, ale na pewno mieli bardzo dobre kontakty. Zasadniczo chyba tylko z nim Bartman dogadywał się tak dobrze.
    Ja poznałam Ignaczaka dwa lata wcześniej. Przychodził do mnie z Iwoną na terapię małżeńską, choć moim skromnym zdaniem, wcale jej nie potrzebowali. Nie byli typową parą z problemami, rozwodem wiszącym nad głową i kochankiem schowanym w szafie. Mieli jakiś mały kryzys, poróżniła ich głupota, a problem wielkości ziarnka piasku urósł do rangi wagi państwowej. To była jedyna para w mojej karierze psychologa, która tak szybko opuściła mój gabinet i to bynajmniej nie dzięki mnie. Sami doszli do konsensusu, ja tylko pilnowałam, żeby żadne nie podnosiło głosu w trakcie rozmowy i pozwoliłam im się wygadać. Wystarczyły nam trzy sesje.
    Uśmiechnęłam się z nostalgią na wspomnienie tych kilku godzin. Lubiłam Ignaczaków. Oboje byli silnymi charakterami, co czasem prowadziło do spięć między nimi, ale kochali się mimo wszystko i jedyne, czego oboje naprawdę pragnęli, to szczęście drugiej osoby. Szczęście rodziny. Podziwiałam ich za to, bo nawet w chwili, gdy Iwona chciała wyrwać mężowi resztki włosów z głowy, w jej głosie pobrzmiewało wielkie uczucie. Miałam wrażenie, że w obecnych czasach, gdzie żyło się coraz szybciej, myśląc głównie o karierze czy zarobkach, ludzie zapominali o tym, co w życiu było najważniejsze. Oni byli pięknym wyjątkiem.
    - No, to tutaj. Zibi mieszka pod dwudziestką – Ignaczak westchnął cicho i przystanął w miejscu, całkowicie wytrącając mnie z pantałyku. Rozejrzałam się nieprzytomnie dookoła i o mało nie otworzyłam ust ze zdziwienia, gdy moim oczom ukazało się wielkie, nowoczesne, strzeżone osiedle apartamentowców.
    - Nieźle – gwizdnęłam przeciągle. Zawsze marzyłam o mieszkaniu w takim miejscu, ale powiedzmy sobie szczerze, utrzymanie prywatnej poradni kosztowało mnie na tyle dużo, że nie miałam szans na podobne luksusy. Musiał mi wystarczyć parterowy bliźniak na obrzeżach miasta, w spokojnej, zalesionej dzielnicy.
    Igła uśmiechnął się pobłażliwie pod nosem.
    - Nie oceniaj go – powiedział dziwnym tonem. - Za grubą warstwą mięśni i jeszcze grubszym portfelem kryje się naprawdę wartościowy człowiek.
    - Zapomniałeś wspomnieć o jego poranionej psychice – zauważyłam ze złośliwym uśmieszkiem, na co Krzysztof zareagował w odpowiedni dla siebie sposób; śmiechem. Gdy nieco się uspokoił, położył mi swoją dużą, ciężką dłoń na ramieniu. Czułam bijące od niej ciepło i ze zdumieniem zauważyłam, że daje mi ono dziwne ukojenie.
    - Powoli go odkrywasz – mruknął zachrypniętym głosem. - Wierzę, że go zmienisz – dodał, poklepał mnie lekko i ruszył w swoją stronę, wkładając słuchawki do uszu. Nieco zaskoczona wyznaniem libero, odprowadziłam go wzrokiem aż do kolejnego skrzyżowania, gdzie zniknął za elewacją jednego z budynków. Kiwał głową na boki, prawdopodobnie w rytm ulubionej muzyki i chyba cicho pogwizdywał. Przynajmniej tak wyglądał.
    Uśmiechnęłam się delikatnie. Faktycznie, Zbyszek nie ciskał już we mnie gromami tak jak za naszym pierwszym spotkaniem, ale ja byłam ostrożna w dawaniu sobie pochwał. Byłam pewna, że ten siatkarzyna jeszcze nie raz mnie zaskoczy i to niekoniecznie w sposób pozytywny, o czym zaraz miałam się przekonać.
    Nagle za moimi plecami rozbrzmiał dźwięczny, kobiecy śmiech. Drgnęłam lekko i obróciłam się przodem w kierunku wyjścia z jednego z przeszklonych budynków. W pierwszej chwili, na widok dwóch roześmianych dziewczyn, sama pozwoliłam sobie na uśmiech. Na oko były w moim wieku; widać było, że nie biorą życia na poważnie i dobrze się bawią. Jednak gdy po kilku sekundach zza drzwi prowadzących na klatkę schodową wyłonił się Bartman z miną dumnego zdobywcy, krew zapulsowała mi w uszach. Niedbale wsunął klucze do przedniej kieszeni wypłowiałych jeansów, poprawił plecak z logiem klubu na ramieniu i posłał swoim koleżankom jakże czarujący uśmiech. Powietrze niemal natychmiast przeszył kolejny, nieco piskliwy śmiech, który tym razem tylko podniósł mi ciśnienie. Wywróciłam oczami, zaplatając ręce na piersi i nie do końca świadomie, przytupując ze zdenerwowania nogą. Nie mogłam uwierzyć. Prosiłam go, żeby chociaż spróbował zerwać z nałogiem, a on spędzał noc z dwiema kobietami naraz? Prychnęłam nerwowo pod nosem, kręcąc lekko głową.
    Obrócił się w moją stronę. Wystarczyło nam kilka sekund, by spotkać się spojrzeniem; wówczas uśmiech niemal natychmiast spełzł z twarzy przyjmującego, a ja, nie wiedzieć czemu poczułam, jak pieką mnie policzki. Bartman wywrócił ostentacyjnie oczyma i odwrócił się twarzą do swoich towarzyszek. Zamienili jeszcze parę zdań, po których Bartman pocałował każdą w policzek i w końcu ruszył w moją stronę, ciężkim, niechętnym krokiem.
    - Co ty tu robisz? - burknął nieprzyjemnie, szarpiąc za metalową bramkę, by wyjść z terenu osiedla. Zmrużyłam nieprzychylnie oczy i zacisnęłam ukryte pod pachami dłonie w pięści.
    - Trójkąciki nazywasz odwykiem? - zapytałam surowo, cały czas starając się utrzymać pokerowy wyraz twarzy. Zbyszek znowu przewrócił oczami i nasunął kaptur sportowej bluzy po same brwi.
    - Nie mogłem już wytrzymać – bąknął, odwracając ode mnie twarz. Mogło mi się tylko wydawać, ale miałam wrażenie, że lekko się zarumienił.
    - Brak ci silnej woli – stwierdziłam z westchnieniem, rozluźniając ramiona. Zbigniew w ułamku sekundy przeniósł na mnie swoje spojrzenie, ściągając groźnie brwi.
    - Próbowałem półtora miesiąca – wycedził przez zaciśnięte szczęki. - Jeden skok w bok krzywdy mi nie zrobi.
    Westchnęłam ciężko. On naprawdę nie rozumiał..?
    - Owszem, zrobi – powiedziałam spokojnie. Miałam wrażenie, że ostre rysy twarzy Bartmana stały się teraz jeszcze twardsze, jeszcze mniej przystępne. - Nie możesz „odskakiwać sobie w bok”, ani teraz, ani za trzy miesiące, ani za rok, bo to będzie oznaczało, że te spotkania nie miały sensu – tłumaczyłam. Siatkarz prychnął ze zdenerwowaniem pod nosem. - Jeżeli sam nie zrozumiesz, że to dla twojego dobra i nie przestaniesz odzwyczajać się od przedmiotowego traktowania seksu jedynie po to, żebym dała ci spokój i odbębniła swoją robotę, tylko marnujemy czas.
    - Gdyby to zależało ode mnie, skończylibyśmy tę gówno wartą terapię po pierwszym spotkaniu – warknął oschle. Skrzyżowałam z nim wzrok i pozwoliłam sobie na złośliwy uśmieszek. Skoro nie chciał po dobroci, musiałam znaleźć inne rozwiązanie.
    - Przecież nie musisz grać w Asseco – zauważyłam, wzruszając ramionami. - Zerwij umowę i nigdy więcej się nie zobaczymy, to korzyść dla nas obojga nie sądzisz? - mruknęłam, przechodząc koło niego. - Och! - zawołałam, obracając się przez ramię. - Pamiętaj tylko, że żaden inny klub cię nie chciał – powiedziałam twardo, wytrzymując mordercze spojrzenie zielonych oczu. Serce łomotało mi w piersi. - A stąd wylecisz, jak tylko przestaniesz przychodzić na tę gówno wartą terapię – rzuciłam i wznowiłam marsz. Szłam powoli, choć krok miałam pewny. Musiałam dać mu czas do przetrawienia moich słów i mimo, że nie uważałam, bym popełniła błąd tym niewielkim szantażem, w mojej głowie tliła się obawa, że Bartman mnie nie zatrzyma.
    - Po co tu przyszłaś z samego rana? - usłyszałam nieco przytłumiony, niski głos. Na ułamek sekundy pozwoliłam kącikom ust unieść się ku górze. Moja podświadomość zatańczyła krótkiego, radosnego kankana, ale gdy znowu odwróciłam się przodem do przyjmującego, z mojego ciała biły spokój i opanowanie. Zbyszek ciągle stał przy metalowym ogrodzeniu, teraz jednak dłonie trzymał w kieszeni szarej bluzy, za to na jego twarzy widziałam mnóstwo sprzecznych emocji. Walczył z gniewem, ale jednocześnie wyglądał na pogodzonego ze swoim losem i smutnego.
    - Zabieram cię na trening – oznajmiłam spokojnie, uśmiechając się delikatnie. Szatyn drgnął, wyprostował się niczym struna i posłał mi pełne niedowierzania spojrzenie.
    - Umiem dojechać na halę do pracy.
    Pokręciłam z uśmiechem głową.
    - Nie idziesz na swój trening, tylko na zajęcia koszykarek.
    - Co?! - niemal pisnął, robiąc jakąś idiotyczną minę. - Ale… jak, przecież… Nie, nie, nie, nie. Chwila. Nie mogę od tak nie iść sobie na trening – wyrzucał z siebie z prędkością karabinu maszynowego. - Myślisz, że tylko ty pracujesz? A może ty naprawdę chcesz, żeby mnie z Asseco wywalili?
    - Uspokój się, ustalałam to z prezesem i trenerami.
    - I pozwolili?! - znowu podniósł ton, rozkładając przy tym bezradnie ręce. Skinęłam mu głową. Chwilę staliśmy w milczeniu, dopóki Zibi nie ukrył twarzy w dłoniach. Ramiona zadrgały mu od nerwowego śmiechu; przejechał rękoma po policzkach i szarpiąc plecakiem, ruszył w moim kierunku.
    - Nie wierzę, to jest jakiś tani żart – mamrotał pod nosem. Ruszyłam powoli przed siebie czekając, aż zrówna ze mną krok. Oddychał ciężko i nie patrzył w moim kierunku, zgrzytając zębami.
    - Myślałam, że mała zmiana cię ucieszy – zauważyłam, unosząc jedną brew. Zbigniew parsknął ironicznie.
    - Ucieszyłaby, gdybyś odbierała mi coś, czego nie lubię – warknął. Resztę drogi na halę przeszliśmy w ciszy i dopiero z chwilą wstąpienia na jej teren, Zbyszek postanowił się odezwać.
    - Słuchaj, zrób coś dla mnie – mruknął niewyraźnie, gdy staliśmy pod drzwiami prowadzącymi na dużo mniejszą od siatkarskiej salkę. Zza ich powłoki dobiegał do nas dźwięk rytmicznie kozłowanych piłek. - Na przyszłość, jeśli chcesz mi wymyślać jakieś zajęcia w terenie, spoko. Ale nie w czasie, kiedy powinienem mieć trening – mruknął, po czym spojrzał mi w oczy z czymś, co do tej pory trudno mi nazwać. Miałam wrażenie, że dotyka mojej duszy; był szczery jak nigdy, a jednocześnie dziwnie obcy i pusty. - Nie odbieraj mi jedynej rzeczy, która trzyma mnie w całości – powiedział ciszej, przytrzymał mój wzrok kilka kolejnych sekund i nie czekając na moją reakcję, wszedł do sali. Dopiero szczęk zamka nieco mnie ocucił; drgnęłam i zamrugałam gwałtownie.
    Co to było…?
    - Spoko… - bąknęła zdezorientowana, by po chwili wejść na halę. Młode dziewczyny, w wieku do około dwudziestu pięciu lat biegały po całym boisku, przekrzykując się zawzięcie. Duża, pomarańczowa piłka przelatywała z rąk do rąk, jej odbijanie się od parkietu niosło się echem po całym pomieszczeniu. Zawodniczki nawet nie zwróciły na nas uwagi, słuchając tylko siebie i uwag trenera. Były jak dobrze naoliwiony mechanizm, tworzyły jeden, współgrający ze sobą organizm. Zawsze mnie to fascynowało; rozumienie się tylu osób praktycznie bez słów. Ludzki mózg był doprawdy cudownym urządzeniem, skoro można mu było wpoić wszystko przy odpowiedniej ilości powtórzeń.
    Rozejrzałam się po trybunach w poszukiwaniu Bartmana. Siedział spokojnie w najwyższym rzędzie, wodząc beznamiętnym wzrokiem po zapełnionym teraz parkiecie. Miałam nadzieję, że on również wpoi sobie pewne zachowania. Wzięłam głęboki oddech, przywdziałam delikatny uśmiech i wdrapałam się na sam szczyt hali, by usiąść obok przyjmującego.
    - Dobre są – przyznałam, gdy po kolejnych minutach ciszy między nami, jedna z zawodniczek zdobyła trzy punkty jednym rzutem. Bartman wzruszył niedbale ramionami.
    - Nie interesuje mnie koszykówka, nie znam się.
    - Ze sportu lubisz tylko siatkę?
    - Siatkówka to moja praca i pasja. Kocham ją i nienawidzę jednocześnie – mruknął. Kąciki jego ust drgnęły delikatnie ku górze, zaraz jednak opadły ponownie w dół. Jakby Zbyszek w ostatniej chwili uznał, że nie należy się teraz uśmiechać. - Jeśli chodzi o spędzanie wolnego czasu, wolę obejrzeć mecz piłki nożnej.
    - Przecież grałeś kiedyś w kosza – zauważyłam. Starałam się na niego nie patrzeć, żeby nie poczuł się osaczony. - Podobno chciałeś nawet dostać się do NBA.
    - Miałem wtedy pięć lat – parsknął. Zerknęłam na niego kątem oka; w zielonych oczach odbijały się światła reflektorów zawieszonych pod sufitem hali. Szczerzył się wesoło, rejestrując lot piłki.
    - Wysoko stawiałeś sobie poprzeczkę jak na tak małe dziecko – zaśmiałam się, na co Zbyszek skinął mi głową.
    - Zawsze chciałem być najlepszy. Miałem parcie na szkło. Nadal mam – mruknął. Zamyślił się, pokręcił głową i przeczesał włosy palcami. Widziałam, jak napina bicepsy, całe ramiona. - Po co mnie tu przyprowadziłaś?
    - Popatrz na nie – poprosiłam, brodą wskazując boisko pod nami. Dziewczyny wylewały z siebie siódme poty, zdzierając gardła. Huk uderzającej o podłogę piłki i pisk trących o nią butów powoli zaczynały drażnić mi uszy. - Co widzisz?
    - Dziewczyny – prychnął, podrzucając ramionami. - W różnym wieku. Blondynki, brunetki. Jedna ruda. Pod ścianą trener, jak dla mnie trochę się obija.
    Uśmiechnęłam się z uznaniem.
    - Tak, ale ja też to widzę. Powiedz mi, co widzisz ty.
    - Mam je przy tobie oceniać? - prychnął.
    - Tak – powiedziałam swobodnie, zerkając na niego z boku. Zamrugał gwałtownie, pochylił się do przodu i z ciężkim westchnieniem wbił sobie łokcie w uda. Kilka chwil wodził wzrokiem za koszykarkami, to mrużąc, to szerzej otwierając oczy. Myślałam, że będę musiała prosić go jeszcze raz o wykonanie zadania, gdy w końcu otworzył usta.
    - Ta z dziesiątką jest całkiem niezła, nie widzę jej dokładnie bo ma dresy zamiast koszulki i spodenek – mruknął niechętnie. - Jedenastka, kompletnie nie mój typ, jeszcze ma jakieś plamy na twarzy. Trzynastka może być… nie, wycofuje się – pokręcił głową i parsknął śmiechem. - Płaska jak deska. Dziewiętnastka trochę za młoda, piętnastka za gruba… - rozkręcał się, robił się coraz odważniejszy. Ja siedziałam w ciszy; słuchałam i przeskakiwałam wzrokiem z dziewczyny na dziewczynę, by wiedzieć, o czym mówi. W końcu wzruszył ramionami i opadł plecami na twarde oparcie krzesełka. - Tyle. Wychodzi na to, że tylko pani kapitan się nadaje – parsknął i zaraz się skrzywił. Patrzyłam na niego z cieniem uśmiechu.
    - Czemu zmarkotniałeś?
    - Czuje się tak, jakbym wystawiał im cenę – burknął. Z jego twarzy mogłam wyczytać, że jest zaskoczony tym odkryciem; chyba nigdy tak tego nie odbierał.
    - Dlaczego?
    - Bo mówię o tym tobie – uznał po chwili zastanowienia.
    - A gdybyś siedział tu sam? Albo z jakimś kolegą. Też czułbyś, że coś jest nie tak? Że traktujesz je jak przedmioty.
    - Chyba nie, nie wiem – powiedział, z zakłopotaniem przecierając ręką kark. Skinęłam lekko głową i wróciłam spojrzeniem na parkiet. Dziewczyny skończyły trening i zebrały się w kółku, żeby pożegnać się jak drużyna.
    - Wszystkie te kobiety, bez wyjątku, są ofiarami przemocy domowej – powiedziałam spokojnie, starając się nie wkładać w to zbędnych emocji. Siedzący koło mnie Bartman gwałtownie obrócił się w moim kierunku, niemal otwierając usta ze zdziwienia. Uśmiechnęłam się kwaśno. - Dziesiątka to Kasia – westchnęłam, zaplatając ze sobą obie dłonie, żeby nie zaczęły drżeć mi palce. Zbyszek popatrzył na zespół. - Chodzi w długich spodniach i bluzie, bo całe ciało ma w bliznach. Ojciec i brat bili ją pasem do krwi, gdy nie spełniała ich poleceń. Trzynastka, Zosia, jest po podwójnej mastektomii piersi. Lekarze zdiagnozowali u niej raka piersi przez przypadek, gdy trafiła na ostry dyżur pobita do nieprzytomności przez męża. Dziewiętnastka wcale nie jest taka młoda, a to co stąd wygląda jak młodzieńczy trądzik, w rzeczywistości jest bliznami po papierosach. Ojczym ją przypalał, gdy choćby źle na niego spojrzała.
    - Dlaczego mnie tu przyprowadziłaś? - usłyszałam zduszony głos po swojej lewej. Zbyszek był przerażony; miał nienaturalnie szeroko otwarte oczy, oddychał ciężko i nie wiedział, czy bardziej chce uciec z hali czy zrzucić mnie w dół po tych plastikowych krzesełkach. Westchnęłam cichutko i popatrzyłam na niego cierpliwie.
    - Nie możesz oceniać kobiet po wyglądzie. Rozumiesz teraz? - zapytałam cicho. - To wyjątkowa sytuacja – przyznałam, kiwając głową. - Ale nigdy nie wiesz, czy wystawiając swojej potencjalnej kochance ocenę, nie krzywdzisz jej. Nie wiesz, co za nią stoi; ile przeżyła, dlaczego jest w tym klubie i z jakiego powodu daje ci się omamiać. Szuka przygody na jedną noc, a może robi to wbrew sobie, byle zapomnieć i chociaż na ułamek sekundy poczuć się bezpiecznie. Może liczy, że złapie kogoś, kto jej zapłaci i będzie mogła kupić chleb na śniadanie dla siebie i dziecka. Nie możesz traktować kobiet jak przedmioty, Zbyszku.
    - Nie traktuję ich jak przedmioty – ofuknął mnie, ale gdy nasze spojrzenia się spotkały, znowu spokorniał.
    - Robisz krzywdę im jak i sobie. Sam widzisz, jak się teraz czujesz.
    - Bo postawiłaś mnie w idiotycznej sytuacji – warknął. Zaciskał i rozluźniał pięści; bił się sam z sobą, ciągle nie mogąc przyznać, że robi źle. - To ty mi kazałaś je oceniać.
    - A dla ciebie to nie był żaden problem, bo jesteś do tego przyzwyczajony.
    - Nic o mnie nie wiesz! - zawołał zduszonym szeptem. - Nie masz pojęcia…
    - Więc mi powiedz. Aż tak lubisz cielesne uciechy, żeby krzywdzić innych ludzi?
    - To nie tak – jęknął, zaciskając palce we włosach. Zamknął oczy i pochylił głowę, biorąc głębokie, głośne hausty powietrza. Koszykarki już dawno wróciły do szatni; zostaliśmy na sali zupełnie sami.
    W tamtej chwili Bartman wydał mi się małym, zagubionym dzieckiem. Miałam ochotę przysunąć się do niego i objąć go ramieniem, by poczuł się bezpiecznie, ale wiedziałam, że tylko pogorszę swoją pozycję. On nie odebrałby tego jako chęć pomocy, a litość. Tego z kolei nienawidził.
    - Jak jest w takim razie? - zapytałam cicho, ledwie słysząc samą siebie. Było mi Bartmana szkoda. Pierwszy raz odkąd go poznałam w pełnym wymiarze mogłam zobaczyć, że naprawdę ma problem, którego nie potrafi rozwiązać, choć próbuje. Był sfrustrowany.
    - Seks to tylko przykrywka – szepnął ochrypłym głosem; po moim karku przemknął dreszcz. - Pieprzę się z kobietami, bo to mi pomaga zapomnieć o czymś innym. Pozwala mi spać. To nie jest prawdziwy problem – wymamrotał, po czym odwrócił ode mnie głowę. Kolejne minuty siedzieliśmy w ciszy. Miałam nadzieję, że powie coś więcej, ale była ona równie płonna co chęć zobaczenia śniegu akurat na gwiazdkę. Milczał jak zaklęty, a ja wiedziałam, że nie mam na co dłużej czekać. Wstałam zamaszyście z miejsca; siedzenie krzesełka z hukiem uderzyło o jego oparcie, gdy pozbawione ciężaru złożyło się w pół. Nieprzyjemny trzask zwrócił uwagę Bartmana na mnie.
    - Chodź – machnęłam na niego ręką i z przyjacielskim uśmiechem zaczęłam schodzić w kierunku płyty boiska. - Pogramy sobie.
    - W kosza? - burknął zniesmaczony.
    - Przecież masz strój w torbie! - zawołałam. Byłam już w połowie drogi, podczas gdy on ciągle tkwił na swoim miejscu. Spojrzałam na niego przez ramię i uśmiechnęłam się szeroko. - Boisz się, że cię ogram? - zapytałam, biorąc się pod boki. Zbigniew parsknął tubalnym śmiechem, patrząc na mnie z politowaniem.
    - Jesteś ode mnie dwie głowy niższa.
    Ale nie wiesz, że trenowałam kosza dziesięć lat.
    - Uważasz, że to jedyne, co mi potrzebne, żeby cię ograć? Jesteś tylko siatkarzem – prychnęłam.
    - Prowokujesz mnie – zamruczał dziwnie, mrużąc przy tym oczy. Znowu poczułam ten zaskakujący dreszcz na karku.
    - Więc się załóżmy – zaproponowałam, gdy w końcu zaczął iść w moją stronę. - Zagramy na dwa kosze. Kto pierwszy zdobędzie trzydzieści punktów, wygrywa.
    - Co ma być przedmiotem zakładu? - zapytał niechętnie, choć oczy błyszczały mu w niezdrowy sposób.
    - Jeżeli wygrasz, zwolnię cię z kolejnych dwóch sesji. Dłuższy weekend, więcej czasu na imprezowanie – puściłam mu oczko. Uśmiechnął się szeroko, parsknął wesoło i przesunął koniuszkiem języka po dolnej wardze, by chwilę po tym ją przygryźć. Umiejętnie zignorowałam dziwny wybuch gorąca, uderzający mnie w twarz.
    - A jeżeli ty wygrasz, w co szczerze wątpię?
    - Zabierzesz mnie na jakąś imprezę – rzuciłam bez przemyślenia swoich słów, uśmiechając się równie szeroko co Bartman. Gdy miał dobry humor, zarażał nim wszystkich dookoła.
    - Marzenia ściętej głowy – parsknął, przeskakując nad barierkami, żeby dostać się na boisko. Zaśmiałam się, przedostając się pod nimi. Dogryzaliśmy sobie jeszcze w drodze do szatni, po czym rozeszliśmy się do dwóch różnych pomieszczeń, żeby się przebrać. Śpieszyłam się, żeby przyjmujący nie musiał na mnie czekać, poza tym nie chciałam wystawiać się na jego kolejne docinki i złośliwości, ale nawet mimo najszczerszych chęci, przyszłam na boisko jako druga.
    - Czy ty masz motorek w tyłku? - zapytałam zasapana, gdy zlokalizowałam sylwetkę siatkarza. Z konsternacją odmalowaną na twarzy ważył piłkę do kosza w dłoni, podrzucając ją co jakiś czas.
    - Ciężka jakaś – mruknął, rzucając ją do mnie z wcale nie małą siłą. Ugięłam ręce i złapałam pocisk w obie dłonie, zaraz przed swoim nosem, po czym zakozłowałam parę razy.
    - Jest taka, jak powinna być – mruknęłam.
    - Weźmiemy tę – oznajmił, wyławiając z kosza na piłki szaro-pomarańczową, nieco mniejszą od tej, którą ja odbijałam.
    - To jest damska piłka, zdajesz sobie z tego sprawę? - zachichotałam.
    - Będzie ci łatwiej – uznał. Ustawił się na linii trzeciego metra, podskoczył i rzucił piłkę w sam środek czarnego kwadratu na tablicy. Piłka objechała obręcz dwa razy i wpadła do kosza. - Jeden zero – mruknął i truchtem podbiegł po przedmiot.
    - Hej, nie wiedziałam, że zaczęliśmy! - zawołałam. Odrzuciłam swoją piłkę w kąt i pobiegłam za siatkarzem, próbując mu wyrwać drugą sztukę.

Muszę przyznać, że na początku podchodziłem sceptycznie do pomysłu grania w kosza z tą małą, zadzierającą nosa psycholożką. Tym bardziej, że mocno zagrała mi na uczuciach i nie byłem pewny własnych reakcji. Siedząc na trybunach, słuchając o tym, co te kobiety przeszły… pierwszy raz w życiu poczułem się prawdziwym skurwielem. Jasne, nie miałem pojęcia, że los tak je pokarał, ale i tak… nie czułem się dobrze i byłem pewny, że kac moralny zostanie ze mną jeszcze kilka dni. Mimo to bawiłem się z Franceską… wręcz świetnie.
    Biegaliśmy dobre dwie godziny po całym boisku, od kosza do kosza, rzucając mniej lub bardziej udolnie. Zarówno mój jak i jej śmiech niosły się po sam sufit wysokiej sali, świdrując nam uszy. Parę razy Kruś okiwała mnie w naprawdę widowiskowy sposób i wówczas cieszyłem się, że nikt nas nie widzi. Gdyby którykolwiek z moich kolegów zobaczył, jak ta mała popierdułka daje mi w kość, darłby ze mnie łacha chyba do końca życia.
    Na początku wygrywałem, korzystając z tego, że jestem wyższy. Rzucałem do kosza i niemal natychmiast łowiłem piłkę, by nie dać dziewczynie szansy na zdobycie punktu, ale gdy w pewnym momencie poślizgnąłem się na parkiecie i pomarańczowa kula wypadła mi z rąk, przegrałem. Francesca omijała mnie jak rasowa zawodniczka, jakby całe życie nie robiła nic innego, tylko grała w kosza. Nie miałem problemu z tym, żeby za nią nadążyć, ale żeby odebrać jej piłkę. Robiła zwroty w ostatniej chwili i naprawdę wysoko skakała. Na uratowanie honoru i dłuższe wolne mogłem liczyć tylko w chwilach, gdy łapałem piłkę po jej rzucie.
    Mimo to, ograła mnie w pięknym stylu, trzydzieści do dwudziestu trzech.
    - To nie fair! - zawołałem, biegnąc za nią, gdy miała zdobyć ostatni punkt. - Nie powiedziałaś, że trenowałaś!
    - Miałeś przewagę! - krzyknęła. Bezbłędnie weszła w dwutakt i gdyby tylko kosz był powieszony dwadzieścia-trzydzieści centymetrów niżej, zrobiłaby wsad. - Roztrwoniłeś ją. Łał! - krzyknęła, gdy nie zdążyłem wyhamować. Wpadłem na nią z impetem. Syknąłem soczyste „kurwa” pod nosem i oparłem dłonie na jej biodrach, mocno ją za nie łapiąc. W locie okręciłem ją dookoła, żeby to ona upadła na mnie, nie na odwrót.
    - O, moja dupa… - jęknąłem, zwierając powieki z bólu. Francesca kuliła się na parkiecie koło mnie, dusząc się ze śmiechu. Jej długie włosy zasłoniły mój brzuch; głową zdawała się wciskać w mój bok. Niechętnie otworzyłem oczy, przekręciłem nieco głowę i zerknąłem na nią z góry. Łzy spływały jej z kącików oczu, nieco rozmywając makijaż. Krople potu zrosiły jej czoło, szyję i dekolt; niewielka stróżka niknęła gdzieś pod koszulką, między jej piersiami. Uniosłem kącik ust w górę, prychnąłem pod nosem i w końcu sam zacząłem się śmiać. Przetarłem czoło palcami i wziąłem długi oddech dla uspokojenia.
    - To kiedy impreza? - usłyszałem przytłumiony, nieco zachrypnięty głos.
    - Co? - bąknąłem inteligentnie, unosząc głowę w górę. Brązowe oczy patrzyły na mnie z wesołą iskrą.
    - Wygrałam zakład – oznajmiła z dumą. Parsknąłem jak idiota i położyłem głowę na podłodze, wpatrując się w sufit.
    - Kiedyś cię zabiorę – rzuciłem trochę na odczepne. - Ale jako znajomą, nie psychologa – zastrzegłem.
    - Spoko – westchnęła i podniosła się do siadu skrzyżnego. Jęknąłem i zrobiłem to samo, zerkając na nią kątem oka, gdy wiązała swoje niebotycznie długie włosy w grubego koka. Na co dzień ubierała się raczej elegancko i musiałem przyznać, że jej to nie służyło. W przepoconej koszulce i nieco za dużych spodenkach, których gumka opinała się na jej ciele uwydatniając jej talię, wyglądała sto razy bardziej seksownie niż w ładnych bluzkach czy koszulach. Sunąłem wzrokiem po jej odsłoniętych ramionach, po karku, na który opadły niesforne, krótkie kosmyki włosów i o mało się nie udławiłem, gdy nagle się do mnie odwróciła.
    - Zmęczony? - zapytała z szerokim uśmiechem. Odchrząknąłem nieco zażenowany i szybko wstałem z miejsca, żeby nie patrzyła mi w twarz.
    - Niewielki trening w zamian za codzienność – przyznałem idąc w stronę trybun, po swoją torbę. - Wracasz do kliniki?
    - Mhm.
    - Podrzucić cię? - zaproponowałem. Francesca zatrzymała się w pół kroku i o mały włos nie otworzyła ust ze zdziwienia. Wzruszyłem niedbale ramionami, odkręcając butelkę wody. - I tak jadę w tamtym kierunku, muszę załatwić parę rzeczy w urzędzie.
    - Okay… dzięki.
    - Nie ma za co. Tylko się pośpiesz, nie chce mi się czekać nie wiadomo ile – burknąłem.
    - Muszę schować sprzęt i zamknąć salę – westchnęła. Wywróciłem oczami, westchnąłem głośno z poirytowaniem i wyrwałem jej z dłoni niewielki pęczek kluczy.
    - Idź, ja to zrobię – rzuciłem. Francesca parsknęła śmiechem i po chwili zniknęła w korytarzu, gdzie znajdowały się szatnie. Stękając co chwilę przy schylaniu się, zebrałem z boiska piłki, włożyłem je do kosza i wyniosłem wszystko do składzika. Najwidoczniej nie tylko mój tyłek ucierpiał po zderzeniu z Kruś, bo w krzyżu czułem coraz mocniejsze łupanie. Zebrałem swoje rzeczy, grzecznie wyłączyłem światło i zamknąłem drzwi sali na klucz. Gdy wracałem z recepcji w stronę szatni jedyne, o czym marzyłem, to brak kolejki w urzędzie. Chciałem jeszcze na chwilkę wrócić do domu i położyć się na miękkiej kanapie, zanim musiałbym pojechać na drugi trening, tym razem siatkarski. Plecy coraz mocniej mnie bolały.
    Powoli zszedłem po schodach do podziemi, gdzie mieściły się szatnie dla zawodników. Trzymając dłoń przy bolącym miejscu, wymyślałem na Panią Psycholog Wspaniałą za jej durne pomysły i przyrzekałem mojemu biednemu kręgosłupowi, że już nigdy nie zagram z nią w kosza. Próbowałem delikatnie rozmasować sobie plecy, ale tylko mocniej zgiąłem się w pół, sycząc przez zęby.
    - Jak się nie połamię przy skoku do ataku, to będzie dobrze – westchnąłem, otwierając drzwi do męskiej szatni sekcji koszykówki. Coś mnie jednak tknęło, dziwny impuls kazał mi się odwrócić w drugą stronę.
    Drzwi damskiej szatni były niedomknięte. Ich zawiasy skrzypiały cichutko, gdy powiew wiatru otwierał je nieco szerzej. Gdzieś było otwarte okno i przeciąg robił swoje. Zimny dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie i już miałem się schować w innym pomieszczeniu, gdy moim oczom ukazała się Kruś. W obcisłych, czarnych spodniach i koronkowym, beżowym staniku. Wycierała ramiona niewielkim ręcznikiem, pewnie wyszła z łazienki.
    Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Nie oceniałem jej, jak robiłem to do tej pory z każdą napotkaną dziewczyną przykuwającą mój wzrok. Na pewno nie miało to związku z naszymi zajęciami na trybunach, nie w tamtym momencie. Nie wiem, może byłem za bardzo zmęczony, żeby myśleć o czymkolwiek, fakt jednak pozostaje faktem – gapiłem się na nią jak sroka w gnat.
    Była piękną kobietą i doprawdy nie potrafiłem zrozumieć, po jaką cholerę ubierała się w taki sposób. Jej sylwetka miała kształt klepsydry. Szerokie biodra z wystającymi lekko kośćmi, wąska talia i przyjemnie acz delikatnie rozszerzona klatka piersiowa. Nie miała obfitego biustu, ale bez spłaszczających ją koszul wyglądał dużo lepiej, niż mógłbym przypuszczać kiedykolwiek wcześniej. Brzuch miała płaski, umięśniony, podobnie jak ramiona. Byłem pewny, że biega. A może chodziła na ściankę wspinaczkową? Uśmiechnąłem się delikatnie. Wystające obojczyki, zawsze mi się to podobało…
    Hola, Casanovo pieprzony, wróć!
    Pokręciłem szybko głową i wparowałem do swojej szatni. Opadłem plecami na zimne kafelki, którymi wyłożone były ściany i zamknąłem oczy, po czym wybuchnąłem nerwowym śmiechem.
    - Zapędziłeś się – wytłumaczyłem się szybko. - Zdarza się, każdemu.

*  *

Nie wyciągajcie wniosków zbyt szybko ;)



Koszykówko, tęsknię.
Jak cholera.
Ostatnio coraz bardziej...

11 komentarzy:

  1. :) no noooo :) Jeszcze troszkę i Kruś chyba dotrze do Zbigniewa :) Ja tam postęp w terapii widzę. Gorzej, że jemu chyba pani psycholog zaczyna się na prawdę podobać.
    Mała uwaga- amputacja piersi to mastektomia ;) (przepraszam, że się czepiam ale wazektomia to podwiązanie nasieniodów) ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak napisałam, nie wyciągajcie wniosków zbyt pochopnie ;)
      Ajjjjj, Boże, przepraszam! Ale gafa >.< dzięki za zwrócenie uwagi, już poprawione

      Usuń
  2. Grałaś kiedyś w kosza, czy jak? :)
    Terapia Zbyszka coraz bardziej zaczyna mi się podobać. Podejście Franceski do Zbycha również.
    Koszykarki, kobiety i do tego przemoc? Niezłe emocje zapewniła Bartmanowi pani psycholog. Ale może to i lepiej? Przynajmniej na nią spojrzał inaczej. Ale z drugiej strony nie ładnie jest podglądać, panie Bartman.
    Wkurzył mnie tymi dwoma kobietami, ale zapunktował chęcią podrzucenia Franceski. Niby po drodze, ale gdyby nie chciał, nie proponowałby jej tego. I kolejny plus: schowanie sprzętu, itd. za kobietę.
    Podsumowując Zbyszek jest dobrym facetem, ale ten problem, o którym nie chce mówić zjada go od środka.
    Genialny rozdział!
    Przepraszam za brak komentarza pod poprzednim, ale zaczęliśmy rekrutację i dziwne to; gubię się xD
    Buziaki! Weny!
    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grałam 5 lat. A co, aż tak bardzo to widać w tekście? xD
      Bo to jest dobry chłop, tylko chowa się pod maską żeby go nikt nie odkrył, nie rozdrapał starych ran. To jest ciężki przypadek ;p
      Haha xd dasz radę, jak zrobisz kilka rekrutacji to się przyzwyczaisz ;D

      Usuń
  3. Witaj!
    Myślałam, że zdążę ze wszystkim, że na spokojnie ogarnę wszystko i z racji zapowiedzianego opóźnienia będę na czas, bo chciałam skomentować sobie to dzisiaj rano, gdy nigdzie nie będę musiała iść i robić.No ale się nie udało, bo zrobiłaś mi świństwo.
    Dochodzi już do tego, że muszę mieć wenę na pisania komentarza, szczególnie jeśli chodzi o opowiadania trochę ambitniejsze, trudniejsze, bardziej emocjonalne.
    To będę takie moje całkowicie luźne przemyślenia o rozdziałach, które opuściłam, może to być mały chaos.
    Chciałabym zacząć od spraw technicznych: do spraw technicznych zastrzeżeń nie ma, bo nie może być. Wszystko jesy bardzo dobrze, sumiennie napisane. Widać, że miałaś wszystko wcześniej przemyślane i rozplanowane. Nie ma przypadkowych, wymęczonych scen, słów bez znaczenia, pieprzenia o niczym po to, żeby zwiększyć objętość tekstu. Jest bardzo ciekawie, więc uważam to opowiadanie za naprawdę świetną lekturę. Nie myślę, żeby z narracją było coś nie tak, że słownictwo zbyt bogate.. to nie definiuje płci, mam, miałam kolegę, który położyłby nas wszystkich na łopatki i gadał tak na co dzień. Jak sam mawiał: 'moje hobby to bawienie się słowem'.
    Sam tekst, cały zamysł jest dość odważny. Sama też jesteś odważna, bo ktoś kto nie ma przysłowiowych jaj nie będzie pisał o takich rzeczach, o nieromantycznym seksie, przygodach, uzależnieniu. A ty to robisz, a ja nie widzę w tym krępacji. Boję się tu wchodzić, czytać, bo nigdy nie wiem czego mogę spodziewać - to chyba duży komplement, przynamniej dla mnie.
    Zbyszek ma trudno, wbrew pozorom. Jest uparty, nieco zarozumiały, ale jednocześnie zraniony i obolały. Wszystko się do tego sprowadza, do tej dziewczyny, do rodziców... Bo kiedyś było dobrze, a teraz jest źle? Szkoda, że nie opisujesz wszystkich rozmów, bo sama bym się pobawiła w detektywa. Trudno coś o nim więcej powiedzieć dopóki nie wiem, co mu dolega, na kogo choruje lub przez co. Wyjaśnienie przyjdzie pewnie niedługo, bo Zbyszek robi się coraz bardziej szczery, a ja jestem już bardzo tego wszystkiego ciekawa. Myślę, że to zasługa bodźców, które na niego oddziałowywują, a nie tak w 100% jego przekonania, że to co mówi to raczej mu się tylko wymyka... Ale czy to nie o to właśnie chodzi?
    Franka. Mnie się nie wydaje, żeby ona w tym Zbyszku już się podkochiwała czy wybitnie go lubiła. Współczuje mu, jest jej żal go, traktuje to może jak wyzwanie lub jako problem w pracy. Jej też jestem ciekawa, jej przeszłości, całej złożoności. Chociaż jeśli mam być szczera to ona nie zawsze przekonuje mnie jako psycholog, który ma już jakieś doświadczenie. Ale to moje subiektywne odczucie tylko. Nie ma w tym nic złego.
    Całość oceniam bardzo dobrze i bardzo mi się podoba. Ten pomysł ze spotkaniem z tymi kobietami czy gra w skojarzenia jako pewna metoda, którą ja bardzo lubię.
    Teraz już muszę iść, mam spotkanie, może niepotrzebnie zaczynałam pisać komentarz, no ale trudno. Pewnie przyjdzie mi coś do głowy w ciągu tych dwóch tygodni, więc coś dopiszę.

    Pozdrawiam, Annie Kannie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz. Nie lubię po prostu mieć zaległości u siebie, już wolę dodać przed czasem niż z opóźnieniem, a nie wiedziałam, jak będzie w pensjonacie z internetami.
      Też się muszę grubo zastanowić nad komentarzami do takich opowiadań, nie martw się ;)
      Bardzo się cieszę, że tak to wszystko odbierasz, to dla mnie bardzo ważne. Zarówno co do struktury jak i zachowania Zbyszka czy rzekomego zakochiwania się Franki w nim. Bardzo możliwe, że ona nie zachowuje sie jak typowy psycholog, ale ja bazuje tylko na własnym wyobrażeniu psychologa i pomocy mojej bety. Mam nadzieję, że jednak źle nie jest ^^ generalnie to cieszę się, gdy komentujesz Fobie, więc dzięki za niego i super, że się całościowo podoba

      Usuń
  4. To z tym ocenianiem było nie fair. I z strony Zbyszka. I z strony Kuruś. Z drugiej strony jak by wytłumaczył by mu to w inny sposób mogło nie dotrzeć przez te "grube warstwy mięśni i jeszcze grubszego portfela".
    Fajnie, że powiedział w końcu, że seks to tylko przykrywka.
    Pani psycholog za taką kwotę nieźle się gimnastykuje, ale to może być jedyny sposób by go poznać. Na "jej terenie" maleje do wielkości główki od szpilki. Na "swoim" staje się wielki i ważny jak Mount Everest i wtedy Ona trochę traci. Za to na neutralnym gruncie....Oboje są sobie równi.
    Mam dziwne wrażenie, że będzie poważny skutek uboczny tej terapii. Dotyczący ich oboje, bo ani Zbyszek, ani Francesca nie są z kamienia i takie bliższe poznawanie się...hmm...Jestem na prawdę ciekawa jak to dalej pociągniesz. :)
    Pozdrawiam i weny :)
    H.H.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Francesca nie musi być fair. Ona musi mu pokazać co jest dobre, co złe; co czarne, co białe, bo Zbyszek to zatracił. Inaczej nie udowodniłaby mu, że on sam źle się czuje, gdy źle postąpi. Co do badania wzajemnych gruntów to zgadzam się w zupełności ;D A jakie tego będą konsekwencje to się wszystko okaże w swoim czasie ;)

      Usuń
  5. Podpisuję się pod słowami Kruś, mnie również jest szkoda Zbyszka. Facet niesamowicie się męczy oszukując samego siebie i próbując uciec przed czymś, przed czym tak naprawdę nie ma ucieczki. Prędzej czy później widmo przeszłości znów do niego powróci, tym razem ze zdwojoną siłą. Jeśli zacząłby współpracować z Francescą w pełnym znaczeniu tego słowa, mógłby z ową przeszłością zacząć żyć w zgodzie. Tymczasem ja zaczynam odnosić wrażenie, że Bartman jednym uchem wpuszcza rady psycholożki, a drugim wypuszcza. Umówmy się - ma przebłyski, chwilami mięknie, ale przed nim nadal długa droga. Poniekąd na pewno zdaje sobie sprawę, że potrzebuje pomocy, ale jest zbyt dumny, by o nią poprosić.
    Pozdrawiam :)
    PS. Pewnie wyjdę na czepialską, ale jako kibic Resovii strasznie nie lubię gdy nazywa się ją Asseco. Nie po to walczyliśmy, żeby Resovia pozostała Resovią, a nie "Asseco Volley Rzeszów" (petycja trzy lata temu), żeby teraz posługiwać się samą nazwą sponsora tytularnego! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I bardzo dobre wrażenie odnosisz ;)
      Hahaha xD Jak napisałam nawet w informacjach, ja kibic Skry :P Nawet nie wiedziałam, że były jakieś zmiany, petycje, walki. Kajam się! Postaram się zapamiętać na przyszłość i dostosować, ale przymknij na to czasem oko ;) Nie mogę też się powtarzać w tekście :)

      Usuń
  6. A ja sie podpisuje pod tym co wyżej padło w komentarzach.
    Weny i powodzenia na sesji!

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.