BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

24 cze 2016

Fobia siódma


Duża polana otoczona smukłymi, sięgającymi nieba sosnami skąpana była w słońcu. Bliskość wody dawała nikłe ukojenie, choć trzeba przyznać, że miejsce było urokliwe. Nawet jak na fakt, że nie można tu było uraczyć choćby skrawka cienia. Było tak gorąco, że nawet ptaki zrezygnowały z dawania koncertów. Jedyne, co mnie otaczało, to cisza.
    Lubiłem tu przebywać. To było nasze miejsce; zawsze tak samo spokojne, czyste, odcięte od reszty społeczeństwa. Wypoczywając tutaj czuliśmy się tak, jakbyśmy znajdowali się w zupełnie innym świecie, na innej planecie. Tylko szum toczącej się powoli w Wiśle wody przyjemnie drażnił nam uszy.
    Leżałem bez koszulki na trawie, szyszki wbijały mi się w plecy, a słońce paliło skórę, ale nie robiło mi to różnicy. Nic nie miało dla mnie znaczenia, gdy Ona była obok.
    Czułem pod palcami Jej miękkie, gęste, gładkie włosy. Próbowałem przypomnieć sobie zapach Jej ulubionego szamponu, jednak nadaremnie. Dookoła roztaczała się ciężka, acz przyjemna woń żywicy.
    Ostro wypiłowanym paznokciem rysowała wzorki na moim torsie i napiętym brzuchu. Jej ciepły oddech owiewał moją pierś. Owinęła się jedną nogą dookoła mojego uda, stopą głaszcząc mnie po łydce. Gdy zaczepiała palcami o gumkę spodenek, spinałem całe ciało, a Ona śmiała się cicho. Wtedy i moje usta wyginały się w delikatnym uśmiechu. Ten dźwięk zawsze przypominał mi brzęczenie najdelikatniejszych dzwoneczków; koił i dodawał otuchy. Kochałem go. Ją całą kochałem.
    - Pięknie jest, co? - wymruczałem, palcami głaszcząc Jej barki, łopatki, odkryte plecy. Drżała, a ja wiedziałem, że to nie z zimna.
    - Mhm – odpowiedziała niewyraźnie; ledwie Ją usłyszałem. Całą dłonią wodziła po mojej skórze, a mój oddech przyśpieszał coraz bardziej i bardziej. Tylko na Jej dotyk tak reagowałem. Wiedziałem, kiedy mogę posunąć się zdecydowanie za daleko, a kiedy potrzebowała zwykłej bliskości, przytulenia i posiedzenia w ciszy nad rzeką. Teraz jednak czułem dziwną konsternację. Zdawało mi się, że Jej nie rozumiem. Miała dziwnie szorstką dłoń, jakby się pokaleczyła… Po niebie nagle przetoczył się grzmot. Obróciłem głowę w lewą stronę i ujrzałem na niebie ciężkie, niemal czarne chmury, rozświetlane raz po raz światłem błyskawicy.
    - Będzie padać – oznajmiłem spokojnie. Do domu mieliśmy kilka metrów, nie musieliśmy uciekać w popłochu. Spojrzała w tym samym kierunku, przytulając policzek do mojego ciała. - Wracamy, co? - westchnąłem, podnosząc się na łokciach. Nie mogłem na Nią spojrzeć, choć chciałem. O tym, że jeszcze jest obok wiedziałem tylko dlatego, że ciągle się do mnie przytulała. Pokiwała głową na znak zgody, trąc policzkiem o moją skórę, po czym wstała z trawy, żeby założyć koszulkę.
    Nie musiała tego robić. I tak miałem w planach Ją rozebrać, i to chyba szybciej, niż myślała. Uśmiechnąłem się zadziornie pod nosem, zapinając plecak po schowaniu do niego naszych bibelotów, po czym podszedłem do linii wody. Burza przyszła dużo szybciej, niż kalkulowałem w myślach. W mgnieniu oka zrobiło się ciemno. Obrzydliwy, przejmujący aż do szpiku kości chłód objął całe moje ciało, wprowadzając mnie w lekką panikę. Zerwał się gwałtowny wiatr; bryza raz po raz uderzała mnie w twarz. Nie zdążyłem powiedzieć słowa, a już wyglądałem tak, jakbym dopiero co wyszedł z wody. Lunęło jak z cebra, a mimo to, dookoła panowała wręcz szpitalna cisza… Żadnego odgłosu grzmotu, ani jednego dźwięku kropli wpadających do rwących wód Wisły.
    - Chodź, bo przemokniemy – powiedziałem i obróciłem się na pięcie. Wystarczyło jedno uderzenie serca, bym przerażony upadł na tyłek, do rzeki. Uczucie zimna stało się jeszcze bardziej przenikliwe; jakby ktoś wstrzykiwał mi w żyły lód, zamrażając żywcem każdą komórkę w moim ciele. Powoli, byle towarzyszący temu ból trwał jak najdłużej.
    Chciałem wyszeptać Jej imię, ale nie umiałem. Może dlatego, że już nie przypominała siebie…?
    - To twoja wina – wychrypiała, idąc powoli w moją stronę. Zrobiło się jeszcze ciszej, poziom wody zaczął gwałtownie się podnosić, a ja nie mogłem choćby mrugnąć powieką.
    - Wiesz, że nie – warknąłem, choć wcale nie brzmiałem tak wrogo, jak chciałem. Może dlatego, że moje wewnętrzne „ja” zgadzało się z tym czymś stojącym przede mną? Wiedziałem, że jestem jedynym winnym. A teraz nie miałem pojęcia, co się dzieje. Stopniowo traciłem czucie w dłoniach, ciągle schowanych pod wodą. Ślizgałem się na szlamie, nie mogąc wstać.
    - To przez ciebie – powiedziała bardziej gardłowym, męskim tonem. Szła coraz wolniej, zataczając się, wyglądając coraz bardziej upiornie. Wiatr zarzucał jej włosy na twarz. Coś huknęło złowrogo całkiem blisko nas. - Gdyby nie ty, nie nacierpiałabym się tyle.
    - Wiesz, że to nie tak! - wysapałem przerażony. Nie miałem dokąd uciec!
    - To twoja wina – powtórzyła. - To twoja wina. Twoja wina – powtarzała coraz mniej wyraźnie. Zacisnąłem powieki, słysząc huk ponownie, dużo bliżej siebie, niż poprzednio.
    - Nie… - jęknąłem. Tak dobrze mi znany pisk zaczął świdrować mi uszy… Krzyk, pisk, a potem ten okropny, wstrząsający wszystkim huk...
    - Jesteś winny – wybełkotała, wyciągając do mnie rękę.
    - Nie!
    - To twoja wina!
    - NIE! - ryknąłem, zrywając się z łóżka. Łapiąc spazmatyczne wdechy, spanikowanym wzrokiem rozglądałem się dookoła. Nie mogłem zrozumieć, gdzie jestem. Wodziłem wzrokiem po ciemnym pomieszczeniu, dopóki nie zauważyłem ośnieżonych, łysych gałęzi na dworze. Dysząc ciężko, starałem się uspokoić umysł; starałem się skupić tylko i wyłącznie na tym co widzę, co bezpośrednio mnie otaczało. Popatrzyłem na prawo. Okno. Unosząca się od wiatru zasłonka. Otwarte okno. Obróciłem głowę w lewo. Drzwi, zamknięte. Szafa, krzesło; na nim torba z logiem Asseco i moja treningowa koszulka, zmiętolona, przewieszona przez oparcie.
    Ach… Znowu zapomniałem wrzucić ją do prania.
    Zerknąłem w dół. Moje ciało, przykryte zielonkawą kołdrą. Poruszyłem niepewnie nogami, jakbym chciał sprawdzić, czy jestem cały. Byłem.
    Usiadłem skrzyżnie i wbiłem sobie łokcie w kolana, twarz chowając w dłoniach. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo spocony jestem. Zimny, styczniowy wiatr wpadający do mojej sypialni, bardzo szybko zaczął chłodzić moje ciało, okryte mokrą piżamą. Zrobiło mi się zimno. W normalnej sytuacji wstałbym z łóżka, zamknął okno, zmienił koszulkę i dalej poszedł spać. Teraz jednak daleko mi było do normalności.
    Ciągle byłem przerażony. Myślałem, że problem z koszmarami mam za sobą. Wydawało mi się, że psychologiczne gadki Kruś, zmiana nastawienia i stylu życia czy nawet brak panienek, wpłynęły na mnie dobroczynnie. Teraz okazywało się, że było zupełnie na odwrót.
    Wiedziałem, że to wszystko przez niedostateczne zmęczenie organizmu. Przez drobny uraz kolana musiałem przystopować na treningach, a o bieganiu mogłem sobie tylko pomarzyć. Poza tym, jak długo organizm da radę żyć na najwyższych obrotach? Mecze, wyjazdy, treningi, media, dodatkowe bieganie – w końcu bym się wykończył. Miałem pewne obawy, gdy powoli odstawiałem nadprogramowe treningi; wiedziałem, że to może skończyć się tak, jak dzisiejszej nocy. Mimo to, do tej pory sypiało mi się bardzo dobrze, jeśli nie wyśmienicie.
    - To tylko sen – wysapałem do siebie, dłońmi zaczesując włosy w tył. - To był tylko sen. Popierdolony koszmar – mamrotałem, próbując uspokoić samego siebie. Serce łomotało mi w piersi, jakbym przebiegł maraton. Miałem wrażenie, że skoczyło mi ciśnienie i zacząłem się zastanawiać, czy nie zadzwonić po karetkę. Trzymałem już w dłoni komórkę, uznałem jednak, że to nie ma sensu. Gdyby zapytali mnie, co wywołało taki skok, cobym im powiedział? Że miałem zły sen? Wyśmialiby mnie na miejscu.
    Wziąłem głęboki oddech, wstrzymałem powietrze w płucach, po czym powoli, cały czas je kontrolując, wypuściłem przez usta. Przymknąłem oczy i położyłem się ponownie do łóżka. Skrzywiłem się niemal natychmiast. Nawet poduszka była mokra od mojego potu.
    Nie ruszyłem się jednak. Nogi miałem jak z waty. Nie miałem siły, by wstać i się przebrać, a jednocześnie wiedziałem, że już nie usnę. Walczyłem z własnymi demonami, podsycającymi złe wspomnienia w mojej głowie – bezskutecznie. To cholerstwo zawsze wygrywało…
    Zacisnąłem szczęki, osłoniłem twarz dłońmi i krzyknąłem w nie ile sił. W uszach ciągle dzwonił mi Jej głos, powtarzający: „To twoja wina. Jesteś winny.”, a ja z każdym kolejnym słowem utwierdzałem się w przekonaniu, że tak właśnie jest…


    - Musi pan znaleźć coś, co będzie panu sprawiało radość – powiedziałam, uśmiechając się wymuszenie do Grzegorza. Patrzył mi uparcie w twarz, wyłamywał palce, raz po raz drapał się po brodzie. Nie wiem, czy był zdenerwowany jak zwykle, czy może sfrustrowany faktem, że chcę go jak najszybciej oddalić, ale mało mnie to obchodziło. Tamtego dnia zachowywałam się mocno nieprofesjonalnie, ale nie dość, że ciągle miałam kaca moralnego po moim sylwestrowym wybryku, to jeszcze nosiło mnie na myśl o spotkaniu z Bartmanem. Dałabym sobie rękę obciąć, że znalazłam coś wartego uwagi i nie mogłam się już doczekać, by sprawdzić reakcję Zbyszka na moje odkrycie. Dlatego siedząc naprzeciwko mojego „stałego klienta”, jednocześnie ciągle mając w głowie przestrogi Kaśki sprzed kilku miesięcy, nie sprawiałam wrażenia zaabsorbowanej problemami Grzegorza.
    - To znaczy? - zapytał, próbując wyłowić moje spojrzenie. Uśmiechnęłam się słabo i odłożyłam teczkę na blat biurka.
    - Coś, co pozwoli panu zapomnieć o stresie gromadzącym się przez cały dzień pracy, da możliwość wyzbycia się negatywnych emocji. Wtedy łatwiej będzie panu sobie z nimi poradzić. Jeżeli ma pan energię, by wdawać się w bójki czy pyskówki z szefem, kolegami z biura, polecam jakiś sport. Może bieganie, albo pływanie?
    - Wie pani, nie jestem typem sportowca – przyznał nerwowo, rumieniąc się delikatnie. Faktycznie, nie był nim. Jego brzuchowi bliżej było do ciepłego bojlera, niż wyrzeźbionego kaloryfera. Uśmiechnęłam się przymilnie.
    - Więc może jakieś zajęcia artystyczne? Może fotografia, albo niech zapisze się pan na jakiś kurs. Niech pan szuka, próbuje nowych rzeczy. Kto wie, może za kilka lat kupię pana książkę kucharską?
    Zaśmialiśmy się oboje. Wtedy Grzesiek poprawił się na krześle, popatrzył na mnie w bardzo dziwny sposób i powiedział jedno zdanie, które sprawiło, że w zestawieniu ze źle nastawioną do niego Rzepecką, zaczęłam patrzeć na tego człowieka dość podejrzliwie.
    - Wydaje mi się, że przychodząc tutaj mogę się zrelaksować. Rozmawianie z panią daje mi dużo spokoju i radości – wyznał. Oczy błyszczały mu w chorobliwy sposób, a mnie żołądek podskoczył do gardła. Zamrugałam szybko, kompletnie nie wiedząc, co odpowiedzieć. Cisza dłużyła mi się w nieskończoność, w końcu zaczęła ciążyć, a uparte spojrzenie Grześka utkwione w mojej twarzy wcale mi nie pomagało.
    - Wie pan, nie będziemy spotykać się do końca życia – zaśmiałam się nerwowo. Udawałam, że nie widzę, jak mój pacjent drga na te słowa. - Jest pan już w dużo lepszej formie niż trzy lata temu, doktor Marcel wykonał z panem kawał dobrej roboty, a ja mam nadzieję, że nas czeka jeszcze tylko kilka sesji. Nie chciałabym, żeby jego czas i praca poszły na marne, a i pan zaczyna się tu u mnie nudzić i marnować – mówiłam spokojnie, jak najdelikatniej. W duszy dziękowałam sobie, że nie drży mi głos. - Może myśli pan tak z przyzwyczajenia?
    - Jestem dość stały, chyba w każdej dziedzinie – odparł wymijająco. Uczepiłam się tej myśli, co tylko spotęgowało moje złe przeczucia.
    - Musi pan zaakceptować zmiany. Zmieniają się ludzie, nasze otoczenie, przez to zmieniamy się my sami. To zwyczajna część życia i nie należy się tego bać. Powiedziałabym nawet, że im więcej zmian przechodzimy w naszym życiu, tym łatwiej dostosować się nam do kryzysowych sytuacji, stajemy się elastyczni. To bardzo pomaga, proszę mi wierzyć.
    Grzegorz ściągnął ku sobie brwi, analizując moje słowa. Nie zgadzał się ze mną, widziałam to. Otwierał usta, by cokolwiek mi odpowiedzieć, gdy nagle wybawiło mnie ciche pukanie w szybkę zamieszczona w drzwiach.
    - Tak? - zapytałam nieco głośniej. Modliłam się, żeby mój pacjent nie wykrył w moim głosie nadziei.
    Do pomieszczenia wsunęła się Kaśka; uśmiechnęła się do mnie ciepło, wprawnie ignorując Grześka.
    - Przepraszam, że przeszkadzam, ale ma pani doktor kolejnego pacjenta. Czeka już od piętnastu minut i troszkę się niecierpliwi – powiedziała, uśmiechając się zaczepnie. Wiedziałam, że chodzi o Bartmana i wiedziałam, co ma znaczyć ten uśmieszek. Gdy tylko sprawa z Aleksem ucichła, to znaczy, gdy już miliard razy przeprosiłam Kaśkę za swoje lekkomyślne zachowanie, a ona mnie za to, że wpakowała mnie w łapska takiego lekkoducha, znowu próbowała mnie zeswatać z siatkarzem.
    - Tak, dziękuję. Zawołaj go, jeśli możesz – odpowiedziałam jej tylko. Przeniosłam spojrzenie na mocno nieusatysfakcjonowanego Grześka i wzruszyłam ramionami w przepraszającym geście. - To będzie tyle na dzisiaj. Proszę spróbować iść za moją radą i znaleźć coś dla siebie, dobrze?
    Skinął mi głową, nie odpowiedział. Zdążył wziąć z wieszaka kurtkę, gdy w drzwiach pojawił się Bartman. Widziałam, że Grzesiek bardzo chce zmierzyć go pogardliwym spojrzeniem, jednak nie dał rady. Był zdecydowanie za mało pewny siebie, by walczyć z postacią kalibru Zbyszka. Generalnie Bartman nie dawał sobie wchodzić na głowę nikomu, a co dopiero takiemu – co tu dużo mówić – ciamajdzie, jak Grzegorz. Tamtego dnia chodziło jednak o coś jeszcze. Co zdziwiło również mnie, od siatkarza biła aura chłodnego zdobywcy, dumnego i pysznego. Zupełnie jak podczas naszego pierwszego spotkania. Sprawiał wrażenie odizolowanego, wywyższającego się i groźnego. Przełknęłam cicho ślinę. Nie miałam pojęcia, co mu się stało, ale miałam też nadzieję, że to nie przeze mnie zachowuje się niczym buc. Bałam się, że ciągle jest zły o to, że musiał mnie ratować w czasie sylwestrowej zabawy, zamiast podrywać kolejne dziewczyny… Jasne, jego też przepraszałam; on twierdził, że to nic takiego i prosił, bym na drugi raz uważała, ale wydawał mi się dziwnie spięty, gdy to mówił, więc mu nie uwierzyłam.
    Uświadomiłam sobie, że przyglądam się cichej konfrontacji moich pacjentów z otwartą buzią, więc ze sporym rumieńcem, zamknęłam usta. Bezwładnie zauważyłam, że Zbyszek w takiej wersji poza wzbudzaniem we mnie irracjonalnego strachu, był w pewien sposób… zachwycający. Podniecała mnie ta aura tajemniczości i niebezpieczeństwa, którą roztaczał. Był męski, silny; zawsze wiedział, czego chce. Całkowite przeciwieństwo Grzegorza, którego właśnie taksował mało przychylnym spojrzeniem. Poza tym, musiałam przyznać choć przed samą sobą, że Kasia miała rację. Bartman był przystojny, był cholernie przystojny. Nie miałam pojęcia, czemu nagle zaczęłam się z nią zgadzać w tej kwestii, ale nie potrafiłam oderwać od Zbyszka wzroku.
    Mokre po prysznicu włosy miał zaczesane w tył. Kurtkę zostawił na korytarzu. Torbę rzucił w kąt, gdy tylko mój poprzedni pacjent w popłochu opuścił mój gabinet. Czarna koszulka z długim rękawem opinała jego silne barki, szeroki tors. Przy każdym jego znudzonym ruchu mogłam dostrzec pracujące pod materiałem mięśnie. Doszukiwałam się w jego postawie finezji, patrzyłam na niego jak chora fanka – takie przynajmniej sama odnosiłam wrażenie.
    Poczułam dziwny gorąc. Teoretycznie, mogłabym się do tego przyzwyczaić – dreszcze i rozchodzące się po ciele ciepło towarzyszyły mi podczas każdego spotkania z siatkarzem. Mimo to, teraz zdawały się być o wiele bardziej nieznośne. Dziwne skurcze obejmowały moje wnętrzności, drżały mi dłonie, a to wszystko sprawiało, że zaczynałam się denerwować. Nie panowałam nad sobą i bałam się tego. Jeżeli nie umiałam okiełznać własnych emocji, jak miałam zapanować nad Bartmanem...?
    Siatkarz w końcu przeniósł na mnie znużone spojrzenie i powoli podszedł do krzesła przed biurkiem.
    - Wybacz, że kazałam ci czekać – mruknęłam. Sięgnęłam do szuflady po odpowiednie dokumenty, byle choć na krótki moment oderwać od Bartmana wzrok. Nie odpowiedział mi, ale do moich uszu dotarł najpierw dźwięk krzesła szurającego o podłogę, a później skrzypnięcie świadczące o tym, że Zbyszek opadł ciężko na siedzenie. Podniosłam na niego spojrzenie i ściągnęłam brwi. - Dobrze się czujesz? - zapytałam zaniepokojona. Wyglądał jak zamroczony; wystraszyłam się, że zemdleje.
    - Ta, spoko – bąknął niewyraźnie, po czym przesunął dłonią po twarzy, nieco naciągając skórę. Oddychał płytko, był blady, a pod oczami miał ciemne cienie. Nie wyglądał dobrze.
    Do mojego gabinetu po raz kolejny wsunęła się Rzepecka, zaraz kładąc mi na brzegu biurka plik dokumentów do przejrzenia na później. Posłałam jej ciepły uśmiech i złapałam ją za nadgarstek, gdy szykowała się do odejścia.
    - Mogłabyś przynieść coś słodkiego do picia z automatu? - poprosiłam, nerwowo zerkając na Zbyszka. Kasia zamrugała zaskoczona, ale skinęła mi głową.
    - Nie trzeba…
    - Wyglądasz jak śmierć na chorągwi. Coś się stało?
    - Nie – prychnął nerwowo. - Jestem zmęczony po treningu.
    Kasia wróciła do pomieszczenia, postawiła przed Zbyszkiem szklankę i puszkę pepsi, po czym zamknęła za sobą drzwi z drugiej strony.
    - Pij.
    - Francesca…
    - Nie podniosę cię, jeśli zemdlejesz – powiedziałam nie znoszącym sprzeciwu tonem. Popatrzył na mnie nieco zaskoczony, a ja z radości zatańczyłam w duchu oberka. - Poza tym wiesz, że do rozmowy ze mną potrzebujesz więcej energii – dodałam zgryźliwie, z nikłym półuśmiechem. Bartman zamrugał gwałtownie, po czym parsknął śmiechem i wziął do rąk spoconą puszkę napoju.
    - To co tym razem wymyśliłaś, żeby mi podnieść ciśnienie? - zapytał, łakomie wpatrując się w brązowy, pieniący się płyn, który powoli wlewał do szklanki. Uśmiechnęłam się nieco pewniej, poczekałam, aż wypije kilka łyków i odstawi bezpiecznie szklankę na stół, po czym rzuciłam swobodnym tonem:
    - Powiedz mi, co robisz poza treningami?
    - Przychodzę do ciebie? - palnął, wysoko unosząc jedną brew.
    - Tak – odchrząknęłam. Nie wiem, co takiego zrobił, że gorąc znowu uderzył mnie w twarz. - Ale poza tym? Jak się relaksujesz, masz jakieś hobby?
    Zastanawiał się chwilę.
    - Lubię gotować, ale na to zazwyczaj nie mam czasu, więc chodzę z chłopakami do jakiegoś baru czy restauracji.
    - Lubisz te wyjścia?
    - Są całkiem spoko – bąknął. Nie był zdystansowany do moich pytań, ale miałam wrażenie, że nie chce mi czegoś powiedzieć.
    - Dobrze dogadujesz się zresztą drużyny?
    - Muszę – odparł. - Gdybyśmy nie potrafili ze sobą przebywać, nie byłoby drużyny. Muszę wiedzieć, jak przyjmujący operują piłką, żebym potrafił zaatakować; jak wysoko skaczą środkowi, żeby domknąć blok. To wymaga znajomości każdego zawodnika.
    - Na boisku rozumiecie się prawie bez słów – przyznałam. Nie raz widziałam mecz reprezentacji i zawsze zadziwiało mnie to zgranie wśród tylu odmiennych mężczyzn, tak długo zamkniętych w swoim własnym towarzystwie. Siatkówka ligowa rządziła się jednak nieco innymi prawami. Mecze Resovii zaczęłam oglądać, gdy zaczęłam pracę ze Zbyszkiem. Nie chciałam od niego odstawać i tracić czasu przeznaczonego na terapię na to, by tłumaczył mi, co ma na myśli mówiąc o jakimś zagraniu czy zachowaniu na boisku. Jasne, czasami nadal musiałam go prosić, żeby przełożył mi swoje słowa na ludzki język, czułam się jednak pewniej, gdy po świecie siatkówki poruszałam się względnie samodzielnie. Zbyszek tylko czasem coś mi podpowiadał.
    - Można tak powiedzieć – przytaknął.
    - A poza nim? Też macie taki dobry kontakt, czy raczej macie siebie nawzajem dość?
   - Wydaje mi się, że tak – powiedział po chwili zastanowienia. Zamknął oczy i potarł je palcami; naprawdę wyglądał na zmęczonego. - Pewnie, że się nie kochamy; każdy lubi co innego, każdego coś wkurza. Jedni lubią się bardziej i chodzą razem na imprezy, inni spędzają ze sobą czas tylko w pracy i na wspólnych posiłkach, gdy te się zdarzają. Atmosfera jest zdrowa, ale nie przesadzamy w łapaniu kontaktu; jak ktoś za kimś nie przepada, to po prostu nie spędza z nim czasu, bo to by rozpieprzyło zespół od środka. Z niektórymi nie powinno się przebywać więcej, niż sześć godzin dziennie.
    - Ale dobrze się tu czujesz – stwierdziłam. Bartman wydął lekko dolną wargę i pokiwał mi powoli głową. - Nie zawsze tak było, prawda? Między innymi dlatego tak często zmieniasz kluby. Nie dogadywałeś się z zespołem.
    - Niektórym nie odpowiadał mój styl bycia.
    - Nigdy nie chciałeś się zmienić, żeby cię zaakceptowano?
  - Jestem jaki jestem. Niczego nie ukrywam, nikogo nie okłamuję. Nie mam w zwyczaju dopasowywać się do reszty.
    - Oni muszą dopasować się do ciebie – zaczepiłam go z nieco wyzywającym uśmiechem. Bartman zmrużył groźnie oczy.
    - Nie. Ale jeżeli mnie nie zaakceptują takim, jaki jestem, nie zamierzam się narzucać. Jak ktoś mnie nie lubi z powodu moich przekonań czy sposobu, w jaki żyję, to jego problem.
    - A jeżeli ten ktoś ma racje, zwracając ci uwagę?
    - Wtedy staram się to przemyśleć – odparł z pewnym zawahaniem.
   - Pytam, bo zauważyłam, że słowa jednego z zawodników swojej obecnej drużyny bierzesz do siebie bardziej, niż kogokolwiek innego.
    - Którego? - prychnął. Uśmiechnęłam się ciepło.
    - Ignaczaka.
    Na krótka chwilę otoczyła nas cisza. Zbyszek uśmiechnął się leciutko, przymknął oczy i pokręcił głową, palcami trąc brodę. Przez kilka chwil wyglądał na naprawdę zrelaksowanego.
    - Z Igłą sytuacja ma się zupełnie inaczej. Znamy się od dawna… gdy trafiłem do kadry seniorskiej, on był już w niej od dawna. Pomagał mi się odnaleźć, jako doświadczony libero miał genialne pojęcie o przyjęciu i dopóki grałem na tej pozycji, służył mi radą na treningach, na przerwach w czasie meczów. Kilka razy, na samym początku, ćwiczył ze mną po godzinach, żeby mi pomóc. Krzysiek lubi się dzielić wiedzą i swoim doświadczeniem, ja chętnie z tego korzystałem. To taka przypadłość libero, pierwsi przychodzą na salę i ostatni z niej wychodzą – zaśmiał się. - Zawsze był skory do pomocy, a jak stawałem okoniem trenerom albo zaczynałem za mocno stawiać na swoim, to potrafił mnie utemperować. Był dla mnie jak starszy brat.
    - Później Anastasi przekwalifikował cię na atakującego – zauważyłam, gdy zbyt długo milczał. Przytaknął mi, splatając dłonie na wysokości brzucha.
    - O wiele bardziej lubiłem tę pozycję, przynajmniej w tamtym czasie. Byłem młody, silny, nie miałem problemu z szybkim przyrostem masy mięśniowej, więc tę cechę mogłem rozwijać szybko i z przyjemnością. Z resztą zdobywanie punktów wydawało mi się dużo fajniejsze, niż działanie w defensywie.
    - A Igła…
    - To mój przyjaciel – wzruszył niedbale ramionami. - Złapaliśmy na tyle dobry kontakt, że tak już zostało. Oboje lubimy pożartować, oboje lubimy dużo gadać, lubimy się kłócić pod siatką – zaśmiał się. - Niemniej, pewien szacunek sobie u mnie wyrobił – przyznał, kiwając powoli głową. Nagle spoważniał i spojrzał mi prosto w oczy. - Tylko mu tego nie mów, bo w piórka obrośnie.
    - Spokojnie. Tajemnica lekarska – przypomniałam mu. Skinął tylko głową. Wyprostowałam się na swoim miejscu, założyłam nogę na nogę i wzięłam głęboki oddech.
    - Mówisz, że to twój przyjaciel, ale poznaliście się dopiero przy okazji gry w dorosłą siatkówkę. Wcześniej nie miałeś nikogo bliskiego?
    - Nie rozumiem pytania.
    - Może inaczej. Zanim zacząłeś grać w siatkówkę halową, bawiłeś się w plażówkę.
    - No, nie takie bawiłeś – ofuknął mnie. - Zdobywaliśmy z Kubiakiem puchary, mistrzostwa. To też było granie na poważnie.
    Uśmiechnęłam się. Ucieszyło mnie to, że sam rzucił tym nazwiskiem.
    - Mieliście razem jechać do Stanów, do szkoły…
    - Tak, dostaliśmy propozycję.
    - Czemu nie doszło do skutku? Coś was poróżniło?
    - Nie – pokręcił szybko głową. - Granie na hali daje ciągły kontakt z piłką, Plus Liga jest zapakowana zespołami po brzegi. Możesz się rozwijać, grając z lepszymi zespołami, będąc w drużynie z gwiazdami tego sportu. Plażówka jest sezonową dyscypliną, jeszcze bardziej niszowym zajęciem, niż jej halowy odpowiednik. Cały rok ćwiczy się w przystosowanych do tego obiektach, by dopiero latem wyjść na plażę. Uznałem, że halowa jest lepszym rozwiązaniem na przyszłość, po prostu.
    - Z Kubiakiem dużo cię więc łączyło – zauważyłam delikatnie. - Mnóstwo sukcesów, wizja wspólnego wyjazdu za Ocean, przegryzione razem porażki. Było was dwóch, teraz masz dookoła siebie szesnastu zawodników. To chyba zupełnie inne uczucie?
    - Łatwiej się zgrać z jednym, niż z całą bandą.
    - Później wciągnąłeś Michała do reprezentacji…
    - Nigdzie go nie wciągałem. Sam sobie zasłużył, to trener wybiera zawodników – powiedział z mało przychylnym wyrazem twarzy. - Chociaż, przyznaję, granie z przyjacielem w reprezentacji daje jeszcze więcej frajdy.
    Przyjacielem…
    - Ale nie utrzymujecie kontaktów…
    - Nie – powiedział ciężko, po długich minutach ciszy.
   - Dlaczego? - zamierzałam drążyć ten temat, choćby Bartman miał opuścić mój gabinet z soczystymi przekleństwami na ustach. Wyłamywał palce, nie patrzył na mnie. Nabierał ciężkie łyki powietrza, szukał słów, żadne jednak nie opuściło jego ust. W końcu westchnął ciężko, jakby coś go fizycznie zabolało i pokręcił głową.
    - Muszę odpowiadać na to pytanie? - zapytał z wyraźną nadzieją w głosie.
    - Tak.
    - Nie chcę o tym rozmawiać – powiedział nieco ostrzej. Posłałam mu cierpliwy uśmiech. Czułam, że jestem bliżej poznania prawdy o nim, niż kiedykolwiek wcześniej. A przecież spędziliśmy już na sesjach prawie cztery miesiące!
   - Na tym to polega – powiedziałam ciszej. Bartman ściągnął ku sobie brwi i prychnął z rozgoryczeniem. Przesuwał językiem po dolnej wardze, zapatrzony w obraz za oknem po swojej lewej, zupełnie nieświadomy tego, że podnosi mi w ten sposób ciśnienie. Znowu oparł zaplecione razem dłonie o brzuch; lekko rozłożył kolana, zaplatając nogi w kostkach. Wypuścił głośno powietrze z ust i nagle przeniósł na mnie swoje lodowate spojrzenie. Serce zamarło mi od niego w piersi.
    - Przespałem się z jego narzeczoną – wypluł bez emocji, dużo niższym głosem. - Po wieczorze kawalerskim, tydzień przed ślubem.

Patrzyłem uparcie w twarz Franceski, językiem wypychając policzek. Miałem wrażenie, że tym jednym zdaniem obdarłem samego z siebie ze skóry i miałem o to żal do Pani Psycholog Wspaniałej.
    - Dlaczego to zrobiłeś? - zapytała rzeczowym tonem. Zacisnąłem szczęki, czując na skroni pulsowanie niewielkiej żyłki i znowu ciężko westchnąłem. Nie lubiłem wracać do tego okresu, bo uważałem ten wybryk za największą głupotę w całym swoim życiu. Nigdy wcześniej ani później, jak okazuje się po latach, nie żałowałem niczego tak bardzo, jak tej jednej nocy z Eweliną.
    - Tak wyszło – bąknąłem niepewnie. Zaraz, gdy to się stało, po ciężkiej awanturze z Michałem, uważałem, że mogę się bronić. Że to nie była moja wina; że to Ewelina miała mnóstwo za uszami, a ja dałem się podpuścić. Teraz, gdy miałem prawie dwadzieścia dziewięć lat na karku, przeżyłem wiele rzeczy, naprawdę dużo widziałem jeżdżąc po świecie, byłem mądrzejszy. Nie miałem usprawiedliwienia, ba!, nie miałem prawa twierdzić, że nic nie zrobiłem… Bo zrobiłem wszystko. Mogłem wtedy wyjść z jej mieszkania na Ursynowie, ale tego nie uczyniłem. Mogłem odwieźć ją do Michała, ale dałem się namówić, żebym nie pokazywał przyjacielowi jego narzeczonej w stanie największego pijaństwa.
    - Żałujesz tego – raczej stwierdziła, niż zapytała, przechylając głowę na lewe ramię.
    - Tak – przyznałem zachrypniętym głosem. Zakląłem pod nosem. Jak ta kobieta sprawiała, że w jednej chwili chciałem ją uderzyć, a w następnej czułem łzy pod powiekami? - Cholernie żałuję.
    - Żałujesz tego, co zrobiłeś czy tego, że przyjaciel ci nie wybaczył?
    - Żałuję, że byłem idiotą – westchnąłem.
   - Dlaczego się z nią przespałeś? - zapytała mnie Francesca. Wiedziałem, że nie odpuści. Westchnąłem ciężko i potarłem palcami czoło.
    - Ja… to nie jest takie proste, myślałem… uważałem, że Ewelina nie jest kobietą dla Michała, tylko że on mnie nie słuchał – powiedziałem z trudem.
    - I zaciągnąłeś ją do łóżka, żeby pokazać mu, że nie jest mu wierna? - zapytała. Z trudem ukrywała nieprzyjemne zaskoczenie. Niemal skuliłem się na fotelu przed nią; tak to właśnie wyglądało z boku. W mojej głowie zaś było zupełnie co innego…
    - Na wieczorze kawalerskim Michała byłem jedynym nie pijącym. Byłem wtedy po operacji, na silnych lekach, nie wolno mi było choćby zanurzyć w alkoholu czubka języka. Zaoferowałem się więc, że po imprezie porozwożę wszystkich do domów, żeby nie płacili bez sensu na taksówkę. Poza tym wszyscy byli tak upici, że nieświadomie zrobiliby kurs po całej Warszawie i nazajutrz obudzili się bez portfeli. Kubiaka odwoziłem ostatniego… Rozmawiał… próbował rozmawiać z Eweliną – zaśmiałem się, przypominając sobie jego niewyraźny bełkot. - Okazało się, że dziewczyny też poszalały i choć znamienita większość porozjeżdżała się już do domów, Ewelina i jej najlepsza przyjaciółka nie miały nawet jak zadzwonić po taryfę. Nie pamiętam, czy za dużo wydały na imprezie, czy po prostu tak bełkotały, że nikt nie mógł ich zrozumieć, ale pojechałem po nie. Odwiozłem dziewczynę do domu, a potem odstawiłem Ewelinę do jej mieszkania. Zachowywała się jak nieświadoma, była pijana w sztok. Miałem wielką ochotę zostawić ją w barze na pastwę kelnerów i policji, nie lubiłem jej. Zdradzała Michała na prawo i lewo, a on nie dawał nic sobie przetłumaczyć. Tak naprawdę wizja jego ślubu z tą dziewczyną napawała mnie przerażeniem, ale naprawdę nie chciał mnie słuchać. Problem polegał na tym, że… miałem swoje… problemy – odchrząknąłem. To był zły czas, bardzo zły. Ciągle mając za plecami nieciekawą przeszłość, już wtedy żyłem od przygodnego romansu do przygodnego romansu. W dodatku byłem wtedy w okresie przeprowadzki z Rosji do Włoch, z wizją ojcostwa na karku.
    Tak, ojcostwa. Jedna z Rosjanek, z którą miałem wątpliwą przyjemność się przespać twierdziła, że jest ze mną w ciąży. Pozwała mnie, ganiała za mną na meczach, nie dawała żyć, wpraszała się do mieszkania. Na moje szczęście badania zlecone przez sąd wykazały, że nie ma szans na to, bym był ojcem tego dziecka, ale to okazało się dużo później, po akcji z Eweliną…
    - Byłem przerażony i jedyną osobą, do której się zwróciłem, była Ewelina – powiedziałem, gdy już z wielkim trudem opowiedziałem Francesce o tej przerażającej kobiecie. - Prosiłem ją, by nikomu nic nie mówiła, obiecała mi, że będzie milczeć, ale tamtej nocy to wykorzystała. Wieszała mi się na szyi, całowała. Odpychałem ją, zrzucając jej zachowanie na karb wypitej wódki, zmieszanej z winem i tanią whisky, ale jednocześnie sam miękłem. W końcu się opamiętałem, zostawiłem w samej bieliźnie na łóżku. Chciałem do niej przywieźć Kubiaka, bo bałem się, że jest tak pijana, że zrobi sobie krzywdę przypadkowo stłuczoną szklanką. Płakała, krzyczała, błagała. Nagle wyrwała mi telefon; powiedziała, że jeżeli go przywiozę, powie wszystkim o tym, że mam być ojcem. Rozgłaszanie tego było mi mocno nie w smak, mogło zaszkodzić. Próbowałem z nią rozmawiać, nie dało się. Przespałem się z nią, żeby trzymała język za zębami. I jak głupi myślałem, że w ten sposób otworzę Michałowi oczy, bo skoro nie umiała trzymać łap przy sobie nawet wobec mnie…
    - Zmusiła cię do seksu? - Kruś prawie wyskoczyły oczy z orbit, tak intensywnie się we mnie wpatrywała. Było mi głupio jak jeszcze nigdy.
    - W pewnym sensie – przyznałem zakłopotany. - Wiem, jak to brzmi. Wiesz, jak żyję… jak żyłem dopóki nie zmusiłaś mnie do odwyku – uśmiechnąłem się nikle. - Wiem, że patrzysz na mnie przez pryzmat tego, co robiłem i wiem, że Michał patrzył na mnie tak samo. Znał mnie lepiej niż ktokolwiek inny i nie wierzył, że tego nie chciałem. A ja naprawdę nie chciałem. To głupie, idiotycznie głupie, ale nie wiedziałem co mam robić. Broniąc własnej dupy nie pomyślałem, że zachowam się jak ostatni chuj…
    - Pokłóciliście się.
    - Gdyby nie kolega z drużyny Michała, chybaby mnie udusił – zaśmiałem się nerwowo. - To, co było, rozeszło się naturalnie. Zmieniliśmy drogi, później wypadłem z kadry. Jedyne co wiem, to że Michał gra obecnie w Turcji, ma żonę, został ojcem – uśmiechnąłem się. Ignaczak pokazywał mi zdjęcia tej małej, czerwonej od wiecznego płaczu kulki. Nie wiem, czy lubiłem dzieci czy nie – to ja byłem młodszy z rodzeństwa, nigdy nie opiekowałem się takim maluchem. Musiałem jednak przyznać, że dziewczynka na zdjęciu była całkiem… słodka. I na pewno podobna do Michała. - Byłem idiotą; tłumaczyłem się, choć powinienem wziąć uszy po sobie – wzruszyłem ramionami. Nie wiem, co mogłem jeszcze powiedzieć. Nie umiałem naprawić tego, co zrobiłem. Nigdy nawet nie poprosiłem Michała o przebaczenie, bo wiedziałem, że go nie dostanę. Byłem świadomy tego, że go nie otrzymam; nawet w chwili, gdy jeszcze próbowałem się bronić i zrzucić całą winę na Ewelinę. - Byłem głupi – skwitowałem w końcu.
    Francesca patrzyła na mnie w ciszy i dałbym sobie rękę obciąć, że mnie żałuje. W jej oczach nie było ani krzty wyższości, pogardy, litości, a mimo to wiedziałem, że jest jej przykro. Jakby to ona zawiniła, nie ja…
    Uniosłem kącik ust do góry, bo nagle poczułem przyjemne ciepło w brzuchu. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że ktoś się w końcu zmartwił moim beznadziejnym przypadkiem i było to naprawdę miłe uczucie…
    - Dobrze, że mi to powiedziałeś – uznała w końcu.
    - Dlaczego? - zapytałem, zbierając się na drugi trening.
    - Nie ulżyło ci?
    - Nie bardzo – parsknąłem. Wywlekanie nieprzyjemnej przeszłości chyba nikomu nie sprawia przyjemności, czyż nie? - Chociaż… patrzę na to teraz zupełnie inaczej. Jako psycholog nie możesz mnie oceniać – zauważyłem nieco złośliwie – więc może to i dobrze?
    - Jako twoja terapeutka mam być bezstronna. To, że cię nie szykanuję nie znaczy, że pochwalam co zrobiłeś. Mimo to, przeszłość to przeszłość. Nie zmienimy jej, musimy z nią żyć i albo się pogodzić, albo rozpamiętywać ją każdego kolejnego dnia, niszcząc sobie teraźniejszość i, co za tym idzie, również przyszłość. Widzę, że wiesz, iż zrobiłeś źle, jednak wiesz także, że nie odbudujesz relacji z Kubiakiem. I to jest dobre, bo nie niszczysz siebie od wewnątrz - powiedziała. Gdyby tylko miała stuprocentową rację, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na tym świecie…

*  *

Sesja, sesja i po sesji. Gdyby nie to, że wypracowałam sobie zwolnienie z egzaminu z biomechaniki, właśnie siedziałabym nad kartką próbując wyznaczyć środek ciężkości za pomocą cyrkla... A tak, mogę odetchnąć i być z Wami ;) Bogu dzięki! Co prawda czeka mnie jedna poprawka we wrześniu, ale cóż no... wybaczcie, ale jeśli zalicza tylko jakaś 1/5 roku, no to raczej nie z nami-studentami jest coś nie halo -,- Ważne, że na razie koniec!

Rozdział jaki jest, każdy widzi. Chodzi mi o to, że naprawdę zaczyna się robić gęsto :3 powoli, bo powoli, ale już żadne z nas nie może się cofnąć. Ani ja, ani Zbyszek, ani Kruś. Co z tego wyniknie? Jeszcze chwila i się przekonacie. Generalnie niczego Zbyszkowi nie ułatwiam, a już na pewno nie życie. Powrót koszmarów, czepialska psycholożka, nieprzyjemne wspomnienia. Znowu lekko dotykam kontrowersji, chyba, nie wiem już sama... może nie, może jestem przewrażliwiona? Ale gdyby jednak, to przypominam, że nikogo nie chcę urazić, do nikogo nic nie mam w prywatnym życiu. Mam po prostu nieco... zbzikowaną wyobraźnię, która tworzy takie rzeczy jak o, powyżej i w sumie, to mnie to kurka wodna cieszy :D a jeszcze bardziej cieszy, gdy dostaję od Was pozytywne komentarze ♥ Śmieszne, bo spadliście z 15 do 8... Ale nauczyłam się iść w jakość, nie w ilość, więc proszę, nie przestawajcie do mnie pisać. To buduje jak jasna cholera!

Małe ogłoszenie parafialne. Zginął SCM Player, za to pojawiły się nutki w tekście. Co ta Kyane sobie znowu umyśliła? Ano. Po wielu dniach namysłu uznałam, że jednak zmienię opcję z muzyką. To, jak playlista wyglądała tu do tej pory było czymś unikalnym, moim zdaniem, ale również niewygodnym. Tak dla mnie jak i dla Was. Dlatego od teraz będzie tak, jak na "Źródle" -> konkretny utwór jako podkład do konkretnego rozdziału. Czasem nawet wplotę po kilka kawałków w jedną notkę, jak wyżej. Tak będzie lepiej, czuję to w kościach ^^ Jeżeli macie takie chęci i dysponujecie czasem, możecie śmignąć do poprzednich rozdziałów, bo ambitnie uzupełniłam podkłady muzyczne w poprzednich notkach :3

Tyle po dwutygodniowej przerwie, w czasie której nie miałam się gdzie wygadać. Jeszcze chwila i moje instagramy pękłyby od zdjęć, coś tak czuję xD Widzimy się na ósemce za 2 kolejne tygodnie, a zainteresowanych za tydzień zapraszam na ostatni rozdział "Źródła". Ciało :*

15 komentarzy:

  1. Zbyszek powoli pęka, a wiec dobrze.
    Szkoda, ze ta atmosfera tak poooowoli gęstnieje... :D ^^
    No to gratulacje za zdana sesje! :D i udanych wakacji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W życiu też nie ma wszystkiego na pstryknięcie palcem. Gdybym tak zaczęła pisać, wyszłoby mocno nienaturalnie, może nawet śmiesznie

      Usuń
  2. Robi się coraz ciekawiej także czekam na kolejny rozdział :)
    A co do sesji to norma że trafia się taki wykładowca który z ochotą oblewa prawie cały rok ;) przez takiego pana jakieś 70% mojego roku widzi się już we wrześniu ;)
    Pozdrawiam i całuję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie to już drugi taki -,- No ale trudno, nic się na to nie poradzi ;)

      Usuń
  3. Zdecydowanie nie można już się cofnąć! Uwielbiam tak zwanych bohaterów z przeszłością, a przeszłość Zbyszka bez wątpienia jest barwna. Wszelkie jego sny/wspomnienia są intrygujące i wzmagają ciekawość, aczkolwiek pewne jest jedno - Bartman ma kilka grzeszków na sumieniu. Dobrze, że zdecydował się opowiedzieć Frani o kulisach rozłamu między nim a Kubiakiem, szkoda tylko, że w tym przypadku uratowanie ich przyjaźni jest niemożliwe, nawet jeżeli występek Zibiego był swego rodzaju próbą zdemaskowania Eweliny. Pewnych rzeczy nie da się wybaczyć i już.
    Chociaż "współpraca" Zbyszka i Francesci daje efekty, to jednak nie mogę wyzbyć się wrażenia, że na razie Bartman jest jak mimoza, ale w takim sensie, że najpierw się przed nią otwiera, a później znów zamyka w sobie, jakby zaczynał żałować swoich wynurzeń, a przynajmniej tak było do tej pory. Kruś musi być zarazem ostrożna i zdecydowana, co z pewnością łatwe nie jest.
    A co do sesji, to chyba każdy w którymś momencie trafił na wyjątkowo upierdliwego wykładowcę, któremu bardzo zależy na eliminowaniu studentów. Pamiętam jak na pierwszym roku w sesji zimowej mieliśmy egzamin do którego podchodziliśmy trzy razy. Za pierwszym razem zdało 7 osób (na ponad 70), za drugim połowa roku, a po trzeciej próbie kilka osób było zmuszonych wziąć warunek. Ach, wspomnień czar... ;) To był pierwszy i ostatni raz, kiedy ucieszyła mnie trója w indeksie. Liczyło się tylko to, że zdałam i mam za sobą tę udrękę ;) A Ty zresetuj się, wypocznij i nie myśl na razie o poprawce. Kampania wrześniowa będzie Twoja! :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym rzeczywiście dokładnie chciała odpowiedzieć na Twój komentarz, to chyba odkryłabym wszystkie możliwe kart :P
      Bo prawda jest taka, że Zbyszek nie widzi konieczności tych spotkań, rozmowy z Francescą. Chodzi do niej, bo musi, byle odbębnić obowiązkowy podpunkt z kontraktu. W momencie, gdy Kruś mocniej pociągnie go za język, zaczyna się złościć na samego siebie :)

      Usuń
  4. Wreszcie jestem! Wybacz, że tak długo, ale pomimo faktu, iż mam wakacje od dłuższego czasu to zajęcia mnie kompletnie wybiły z rytmu i pogłębiły sklerozę.
    To opowiadanie jest zupełnie inne od "źródła", ale tak samo je uwielbiam. Szczerze. Nawet pomimo faktu, że specjalnie nie przepadam za Bartmanem, to ten w opowiadaniu zdecydowanie przyciąga uwagę. Na przestrzeni tych kilku rozdziałów widać ewidentnie jak się zmienił. Może to nie są jakieś diametralne zmiany i przeskoki, ale idzie ku lepszemu. Współpraca z Francescą zdecydowanie mu pomaga, nawet jeśli przeszłość nieoczekiwanie wraca we snach. Mam swoje domysły co do tej dziewczyny i jego przeszłości, ale nie będę mówić głośno, jeszcze za mało wiem. Właśnie ta aura tajemniczości dodaje temu opowiadaniu uroku. A, że ja osobiście uwielbiam jak autor nie odsłania od razu niemal całej historii to nie dziwne, że totalnie mnie kupiłaś tą historią. Niby siedem rozdziałów za nami, a wciąż nie wiemy wiele. Nie rozwijając się,czekam na więcej! Bo między Fgrancescą, a Zbyszkiem dzieje się co raz więcej i wcale nie mam tu na myśli relacji lekarz - pacjent.

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybaczam, wybaczam, niech będzie ;P
      Dziękuję za miłe słowa ♥

      Usuń
  5. Jestem! I to jakoś tak na czas w miarę.
    Och. Poczucie winy, rozumiem. Znaczy się… nie rozumiem. Mam prawo nie rozumieć, to zagadka. Jestem już taka ciekawa, tak bardzo chciałabym wiedzieć, domyślić się. Zbyszek ma sen, a sny bywają czytnikami duszy. Mówią wiele, bardzo dużo o tym, co dzieje się w głowie. Zbyszek miał kogoś, JĄ i wini się o to, że jej nie ma. Zabił ją? Pomógł ją zabić? Skrzywdził? Namówił do czegoś, co ją zabrało? Zniknęła, to pewne. I swoim zniknięciem wywołała kilkuletnią burzę, piekło w głowie, spustoszenie, a ze Zbyszka zostały tylko zgliszcza, przerażające ruiny. Kobiety, zabawa, ten chłód, bijący od niego… ha… trzeba było się jakoś bronić, prawda? Jakoś ratować, żeby przeżyć, udobruchać emocje i ból. Odwrócić swoją uwagę, zmęczyć się na tyle życiem, jego intensywnością, żeby nie mieć sił na analizę, na koszmary, na myślenie na tematy niebezpieczne i trudne. Ale jak długo tak się da? Ile można znieść? Jak długo można chować się w takiej iluzji, mamić siebie? Czy to ludzkie? Czy to jeszcze jest człowiek? Czy da się go jakoś zaprawić?
    Nie mam wątpliwości, że Franka ma trudne zadanie. Ona jest dobrym psychologiem, jestem tego pewna… tylko trudno pomóc komuś, kto pomocy nie chce. Trudno pomóc komuś, kto coś ukrywa i nie mówię tu o przeszłości, tylko o obecnych problemach. Zbyszek nie jest uzależniony od seksu, Zbyszek jest uzależniony od przeszłości, a kobiety miały doraźnie łagodzić problem. Pozornie. Wielkie brawa dla Franki za podejście Zbyszka. Powoli, z uporem go mamiła, manipulowała. Doprowadziła do tego, że powiedział coś, czego nie chciał, nie kontrolował. Bo sprawa z Kubim jest nie tylko delikatna, ale przede wszystkim bolesna. Nie ma, co ukrywać: Zbyszek zrobił mu wielkie, ogromne świństwo. Nie ma wątpliwości. Czasem najgorszą krzywdą jest, którą sami sobie wyrządzamy. Bartman potrzebował wokół siebie ludzi, a jednego, w pewnym sensie najważniejszego, pozbył się na własne życzenie. Czy da się to naprawić? Nie wiem, możliwe. Czy to by pomogło? Na pewno w pewnym sensie tak.
    Wszystko sprowadza się do odpowiednich relacji z samym z sobą, do pogodzenia się ze sprawami, na które nie mamy wpływu. Łatwo mówić, trudniej zrobić. Ale z psychologiem, ciężko pracując, analizując… wszystko jest do zrobienia. Trzeba tylko powalczyć, być szczerym, chcieć, wierzyć w to, że terapia ma sens.
    A sytuacja faktycznie się zagęszcza, czuć rosnące napięcie. Tak bardzo się cieszę, że wszystko stopniujesz, bo nie byłabym zadowolona, gdyby na pierwszej sesji rzuciliby się na siebie jak zwierzęta. Wolę jak wszystko jest tak nieoczywiste, tajemnicze. Kuszące. Kiedy ja nie wiem, co z tym Zbyszkiem. Gdy cały czas drżę, bo za chwilę coś się zdarzy.
    Bardzo lubię to opowiadanie, bo psychologia i brak banałów. To kawałek dobrej, bardzo wciągającej lektury, bardzo pasjonująca i dająca dużo do myślenia. To opowiadanie to mój czytelniczy priorytet. Najpierw Fobię, potem reszta świata.
    To był pozornie spokojny rozdział, który dał mi bardzo dużo. Mam jeszcze kilka refleksji, tropów i podejrzeń, ale się nimi nie podzielę. Ha! Nie będę robić z siebie wariatki. Zobaczymy.
    Chciałabym też powiedzieć, że zawsze zazdroszczę Ci umiejętności opisywania świata zewnętrznego.

    Ogólnie to gratuluję i czekam na następny rozdział.

    ZuzAnnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam ciarki czytając Twój komentarz - zwłaszcza jego początek. Jeszcze chwila i obnażysz mój pomysł... choć mam nadzieję, że jednak nie. Staram się kurcze nie być tak przewidywalna jak w "Źródle" :)
      Jeżeli chodzi o naprawienie relacji dwóch przyjaciół, to niestety, nie tym razem. To jedyna wzmianka o Michale na całym blogu, więcej Zbyszek do tego nie wró... nie, jeszcze raz wróci, przepraszam. Ale dosłownie na kilka zdań. Nic poważnego.
      Cieszę się, że podoba Ci się stopniowanie akcji, bo jak czytam, to niektórzy są w gorącej wodzie kąpani :P
      Haha xD Dzięki ♥ za to moja beta wymyśla mnie za te opisy, ona tego nie lubi, woli minimalizm xd

      Usuń
  6. Dawno mnie tu nie było.... przepraszam! Ale wakacje nad morzem, całkowite odłączenie od internetu. Tyle o mnie. Jeszcze raz przepraszam.
    Rozdział. O boże.
    Zbyszek naprawdę ma ciężkie życie.
    Przespać się z narzeczoną przyjaciela?! Nawet jeśli to było pod wpływem informacji, że wszyscy dowiedzą się o niedoszłym dziecku.
    Kurde no! Myślałam, że z każdą Zbyszek spał/śpi, ale że z Rosjanką też?!
    Franceska odkrywa Zbyszka. Zbyszek otwiera się przed Franceską. Co z tego wyniknie? Och! Jestem taka ciekawa! Niecierpliwa! Ja chcę JUŻ kolejny rozdział!
    Weny! Pozdrawiam, Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co za różnica, jakiej kobieta jest narodowości? Kobieta to kobieta, płeć przeciwna, przyciąga bez względu na miejsce urodzenia. Poza tym chyba nie sądzisz, że mieszkając w Rosji mógł się oglądać za Włoszkami? xd

      Usuń
  7. Jestem Kochana!
    Brak mi słów co do rozdziału. Jak dla mnie jest mega! 😍
    Zbyszek coraz bardziej otwiera się przed naszą panią psycholog i dobrze. Francesca dwoiła się i troiła i jej starania zaczynają przynosić efekty. Mam też wrażenie, że Kruś i Zbyszka połączyła jakaś dziwna więź. Zwłaszcza od tego pamiętnego sylwestra, a może już od gry w koszykówkę? Cóż, ważne że Zibi chociaż stara się zmienić. :D
    Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału!<3
    Ściskam! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zibi jeszcze się nie stara. Zacznie za jakiś czas. Na razie to jest dla niego jeszcze przykry obowiązek :)
      Cieszę się, że się podoba ♥

      Usuń
  8. Z każdym rozdziałem upewniam się, że przeszłość Zbyszka ma dużo wspólnego z kobietą, której już nie ma. Zastanawia mnie tylko co się z nią stało, ale nie chce zgadywać, bo wiem, że i tak mnie zaskoczysz. :)
    Dziwię się, że Bartman wybrał przespanie się z narzeczoną swojego przyjaciela niż powiedzenie prawy o ojcostwie. Przecież i tak każdy by się później dowiedział, że nie jest ojcem, a w ten sposób stracił przyjaciela. Kiepski wybór.
    Kuruś coraz bardziej zaczyna dostrzegać w Zibim zupełnie inną osobę. Mam wrażenie, że jego też to niedługo czeka.
    Pozdrawiam, weny i udanego urlopu :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.