BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

10 cze 2016

Fobia szósta


Zima zawitała do Rzeszowa bardzo szybko i niespodziewanie. Gdy któregoś wieczora kładłem się do łóżka, padał rzęsisty deszcz. Kiedy otworzyłem oczy, słońce już odbijało się od białego puchu, który ciągle sypał się z gęstych, szarych chmur.
    Lubiłem zimę, bo w jej czasie ludzie rezygnowali z poruszania się o własnych nogach i wskakiwali za kółka swoich aut, czy też korzystali z komunikacji miejskiej. Idąc na poranne treningi miałem więc wrażenie, że miasto jest moje. Chodniki były puste i tylko ryk silników mijających mnie aut drażnił mi uszy. Nikt mnie nie zaczepiał, nie prosił o autograf, nikt mnie nie widział. Miałem spokój.
    Po miesiącach abstynencji od seksu aż nadto przywykłem do samotności. Chwilami nawet spokojny i praktyczny Jochen, jak na Niemca przystało, wytykał mi, że zachowuję się jak kosmita. Ale ja nie umiałem znaleźć złotego środka; bałem się, że jeśli tylko wyjdę z chłopakami na piwo, zaraz się przykleję do jakiejś małolaty. A może po prostu nie chciałem znaleźć wyjścia z sytuacji i szedłem na łatwiznę…? Ostatnimi czasy rozczarowywałem sam siebie.
    Każdy normalny człowiek myśląc o zimie, myśli o Bożym Narodzeniu. Choinka, lampki, prezenty i grubas w czerwonym płaszczu machający do przechodniów z każdej witryny sklepowej miały wprowadzić wesołą, życzliwą, świąteczną atmosferę. Dzieci pisały listy do Mikołaja, zafrasowani rodzice biegali po sklepach próbując zrealizować marzenia swojego odzianego w błyszczące kurtki, rozwrzeszczanego potomstwa, a koncerny reklamowe zbijały krocie na puszczaniu melodyjki z Coca-coli. Prezesi w klubach stawali się przeprzyjemni, organizowali klubowe wigilie, trenerzy patrzyli na nas z przymrużeniem oka kiedy spóźnialiśmy się na treningi. A co ze mną? Cóż, nie byłbym sobą, gdybym nie wyłamał się i tym razem, prawda? Otóż, mnie trafiał jasny szlag, gdy tylko zaczynało się to przedświąteczne szaleństwo.
    Nie lubiłem świąt. Nigdy nie przepadałem za świątecznymi piosenkami, kolędami; przyprawiały mnie o zawroty głowy. Były za wesołe, zbyt skoczne i za bardzo bez sensu, przynajmniej dla mnie. Nie cierpiałem kupowania prezentów. Nigdy nie wiedziałem, co się komu spodoba i zamiast sprawiać mi to przyjemność, podnosiło ciśnienie. Ile razy w sklepie rzucałem soczystymi „kurwami”, tego nie zliczę… Moi rodzice zawsze kupowali żywą choinkę, a mnie doprowadzało to do szewskiej pasji. No bo kto musiał później sprzątać salon trzy razy dziennie, żeby na podłodze nie walały się stosy igieł? Oczywiście synek Zbysiu… Od dziecka mnie tym męczyli. Jednak nie to sprawiło, że nie przepadałem za tym jakże radosnym okresem. Myślę, że moja rosnąca niechęć do rodziców, która w końcu przerodziła się w szczerą nienawiść była tu najważniejszym czynnikiem.
    Na swoje własne szczęście, z domu rodzinnego wyprowadziłem się mając ledwie piętnaście lat. Chcąc być najlepszym w siatkówce, musiałem wyjechać z Warszawy, żeby móc trenować moją ukochaną dyscyplinę. Potem wróciłem na krótko, w dodatku potrafiłem już samodzielnie się utrzymać, więc wynająłem jakąś małą kawalerkę. Sam sobie byłem sterem, żeglarzem i okrętem. Mogłoby się wydawać, że w sytuacji ograniczonych kontaktów z rodziną, po pewnym czasie zaczynaliśmy za sobą tęsknić. Hm… rodzice twierdzili, że zawsze tęsknią i skakali dookoła mnie, gdy tylko pojawiałem się w progu rodzinnego domu. Prawda jest natomiast taka, że po dziś dzień mając wizję odwiedzenia całej mojej rodzinki, skręca mi się żołądek. Nie lubię spędów rodzinnych; drażnią mnie ciotki, które ciągle na mnie chuchają i dmuchają, wkurzają mnie dziadkowie, którzy wyciągają moje brudy przy wigilijnym stole, wytykają mi mój wiek i stanowczo domagają się wnuków. Nie wiem, dlaczego akurat w święta wylewali na mnie wszystko, co im leżało na wątrobach… Do wszystkiego dokładali się rodzice. Każdy ich uśmiech był wymuszony, każdy gest sztuczny. Bali się moich reakcji i stąpali na paluszkach dookoła mnie.
    Paradoksalnie właśnie takie zachowanie sprawia, że krew gotuje się we mnie coraz mocniej i mocniej. Gdy kończyłem dwadzieścia pięć lat uświadomiłem sobie, że gdyby po tamtym feralnym okresie w moim nastoletnim życiu, ojciec nadal trzymał nade mną żelazną dyscyplinę, nie odskoczyłbym od nich tak daleko. Uciekałem od opieki i szklanego klosza, który rodzice nade mną roztaczali, buntowałem się chcąc przeżyć ból po swojemu, a w rzeczywistości potrzebowałem, by ktoś walnął pięścią w stół i określił mi wyraźnie granice. Tego zabrakło, a teraz każdy mógł obserwować efekty.
    Niepokorny gówniarz? Wygadany cham? Niewdzięczny, wieczny Piotruś Pan? Proszę bardzo, znałem te określenia aż nadto dobrze. Wiedziałem, ile razy które usłyszę i od którego członka rodziny. To już był wytarty schemat.
    W tym roku chciałem się wymigać od przyjazdu na święta. Udać ciężką kontuzję albo wymyślić na poczekaniu jakieś dodatkowe treningi. Przecież szykowaliśmy się na odzyskanie tytułu Mistrza Polski, Kowal w każdej chwili mógł wymyślić sobie nadprogramowe zajęcia. Mało trenerów tak robiło? Tym bardziej nie uśmiechało mi się jechać na obrzeża Warszawy, że przy stole miało zabraknąć najważniejszej dla mnie osoby… Ot, nie mogła przyjechać z Londynu, zdarza się. Ale gdy się o tym dowiedziałem, święta straciły dla mnie sens doszczętnie. Mama jednak nie dawała mi spokoju; dzwoniła, prosiła, błagała żebym przyjechał. Dziadkowie najmłodsi już nie byli i co kilka sekund powtarzała mi, pociągając nosem, że to mogą być nasze ostatnie święta razem.
    Gówno prawda. Dziadek ciągle pracował jako nocny stróż w firmie budowlanej, babcia była najaktywniejszą staruszką, jaką kiedykolwiek w życiu widziałem. Mama po prostu chwytała się każdej deski ratunku, byleby mnie zawlec do willi w Jabłonnej. W końcu miałem dość jej szlochów i odwarknąłem, że przyjadę, byle dała mi święty spokój.
    - Może w tym roku spędzisz święta z nami? - zaproponował mi Ignaczak, gdy w czasie ostatniego treningu przed Bożym Narodzeniem przebieraliśmy się w szatni. Śpieszył się, żeby jeszcze przed zmrokiem dotrzeć do Wałbrzycha. On, w przeciwieństwie do mnie, uwielbiał tę szopkę związaną ze świętami.
    Pokręciłem przecząco głową, ze znudzeniem się przeciągając.
    - Jadę do Jabłonnej – wystękałem, trąc zmęczone oczy palcami. Mnie tam się nie śpieszyło. Igła zaśmiał się pod nosem.
    - Znowu uległeś?
    - A miałem inne wyjście? - odburknąłem, nie patrząc na libero. Westchnął, pokręcił głową i zaraz znowu obdarzył mnie wesołym uśmiechem, mrużąc oczy.
    - To może wpadnij na drugi dzień świąt? Dzieciaki by się ucieszyły, ty odpoczniesz. Pogramy w Fifę. Wiem z dobrych źródeł, że Sebastian dostanie dzisiaj pod choinkę nowiutką wersję.
    - Igła, nie będę się wam na głowy ładował.
    - Sam cię zapraszam, nigdzie się nie ładujesz – obruszył się. Zrezygnowany, wywróciłem oczami.
    - Bierzesz przykład z mojej matki?
    - Broń mnie Panie Boże! - zawołał, teatralnym gestem przykładając dłoń do mostka.
    - To weź się odwal – parsknąłem, narzucając torbę treningową na ramię. - Święta nie są od tego, żebyś mnie niańczył, tylko żebyś spędził ten czas z rodziną.
    - Ale ty jesteś…
    - Igła – warknąłem ostrzegawczo, wchodząc przyjacielowi w słowo. - Nie wciskaj mi kitu, że jesteśmy rodziną. Może w klubie, na boisku. Może prywatnie się przyjaźnimy. Okay, znasz mnie najlepiej – przyznałem zrezygnowany. Na twarzy Krzyśka zagościł uśmiech tryumfu. - Ale nie rób ze mnie głupka. Nie jestem laikiem, tylko sportowcem, jak ty. Wiem, że w domu jesteś tylko gościem. Wiem, że syn chce, żebyś pomógł mu w matmie, a córka chce wykorzystać kosmetyki Iwony żeby cię wymalować. Wiem, jak bardzo tęskni za tobą żona, Igła. Mamy trzy dni wolnego. Spędź ten czas z nimi, zamiast martwić się o mnie – poprosiłem. Nie czekałem na jakiekolwiek słowo z jego strony, chciałem po prostu, żeby ta uparta istota choć raz mnie posłuchała i nie próbowała postawić na swoim. Przebierałem się w ciszy, analizując własne słowa. Ignaczak co roku zapraszał mnie na święta, ja co roku odmawiałem, choć miałem wielką ochotę się zgodzić. I kto wie, być może gdybym nie złożył już matce obietnicy, w tym roku w końcu bym się ugiął. Problem polegał na tym, że nie lubiłem być niesłowny…
    Kiedy Ignaczak wychodził z szatni, poklepał mnie po ramieniu i rzucił w moim kierunku „Wesołych Świąt”. Miałem wrażenie, że jest dumny. Nie wiedziałem tylko dlaczego. Mimo to, gdy zamknęły się za nim drzwi szatni, a ja zostałem sam, moje usta same wygięły się w uśmiechu. Pokręciłem lekko głową, podpiąłem kurtkę pod samą brodę i ruszyłem przed siebie. Miałem wizję długiego spaceru do gabinetu Pani Psycholog Wspaniałej. Co prawda nie mieliśmy zajęć od tygodnia, by każde z nas mogło zająć się ważniejszymi sprawami, ale Francesca bardzo chciała mi pożyczyć jakąś książkę na czas świąt. Uparła się więc, żebym jeszcze przed wyjazdem w kierunku stolicy, wpadł do niej na kilka chwil. Niby nie chciałem się zgodzić, wymyślałem różne głupoty, ale robiłem to tylko po to, by nie pokazać dziewczynie, że ta wizyta jest mi na rękę. Przecież im później stawię się w domu, tym lepiej dla mojej psychiki. Nie mogłem zmarnować miesięcy pracy Kruś w ciągu jednego wieczora, prawda? Musiałem powziąć jakiekolwiek środki ostrożności, a ona sama, nieświadomie, wyciągnęła do mnie pomocną dłoń.

Z uśmiechem ubierałam niewielką choinkę, którą razem z Kaśką kupiłyśmy na wyprzedaży i ustawiłyśmy ją koło automatu z kawą. Co prawda powinna być udekorowana już dawno temu, ale wiadomo – w nawale pracy nigdy nie było na to czasu. Tamtego dnia nie miałyśmy już jednak klientów, czekała mnie tylko krótka, zapewne kilkusekundowa wizyta Bartmana. Samolot do Włoch miałam w nocy, spakowane walizki leżały grzecznie w bagażniku mojego lexusa, więc mogłam sobie pozwolić na roztoczenie świątecznej aury we własnej klinice. Kasia siedziała za biurkiem, kiwając głową w rytm świątecznych, amerykańskich piosenek i wypełniając ostatnie papierki, a ja kręciłam do nich tyłkiem i zawieszałam kolorowe ozdoby na drzewku. Na drzwiach wisiała jemioła obwiązana czerwoną wstążką, Kaśka ustawiła sobie na biurku figurkę Świętego Mikołaja. Wokół blatu powiesiła zielono-czerwony, choinkowy łańcuch. Nad oknami powiesiłyśmy kolorowe lampki, a do szyb poprzyklejałyśmy błyszczące gwiazdki. W czasie świąt, obie byłyśmy jak małe dzieci.
    Uśmiechnęłam się szeroko. Uwielbiałyśmy ten czas. Zawsze nas nosiło, gdy w szkole zbliżała się Wigilia, a kiedy mieszkałam w Polsce, drugi dzień świąt zawsze spędzałyśmy razem, u mnie albo u niej w domu. To była taka nasza mała tradycja. Po pewnym czasie Kaśka wpadała do domu mojej babci we Włoszech na kilka dni, tak bardzo nie mogłyśmy bez siebie wytrzymać w tym czasie. Teraz też miałyśmy w planach spędzić ten dzień razem. Najpierw jednak trzeba było odwiedzić rodziny. Moja babcia wysłałaby po mnie chyba setkę carabinieri, gdybym tylko oznajmiła, że nie przyjeżdżam do Włoch na Wigilię i Boże Narodzenie. Oczywiście Kaśka skwapliwie by z tego skorzystała i zaraz zaczęłaby mnie swatać z połową oddziału…
    Nagle Rzepecka wstała z miejsca i podskakując w rytm muzyki, pogłośniła radio na maksa. Z głośników buchnęła jedna z najbardziej znanych piosenek, którą stacje radiowe katowały swoich słuchaczy. Obie nie umiałyśmy śpiewać, przyznaję to z pełną odpowiedzialnością. Kto kiedykolwiek był zmuszony nas słuchać, niechaj mi wybaczy. Ale sami powiedzcie, czy jest ktoś, ktokolwiek, kto słysząc „All I want for Christmas is you”, nie zaśpiewa tego z Marią Carey? Skakałyśmy więc po niewielkim holu, krzycząc ze śmiechem tylko jeden, tytułowy wers piosenki i po prostu dobrze się bawiłyśmy.
    Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego ta „komercyjna” magia świąt tak na mnie działała, ale działała. Uwielbiałam oglądać kolorowe wystawy sklepowe, zmieniałam dzwonek w telefonie na melodyjkę z Coca-coli, kochałam oglądać przeróżne gadżety, ciuchy, zabawki. Kupowałam niewiele prezentów, no bo ile można zapakować do jednej walizki? Poza tym, święta spędzaliśmy w bardzo małym gronie: ja, babcia, jej chłopak (jakkolwiek idiotycznie to brzmi), brat mojej mamy z żoną i dwójką dzieci oraz Gio, nasz mały, kudłaty przyjaciel maltańczyk. Jemu też trzeba było przywieźć zapakowany w kolorowy papier smakołyk, inaczej potrafił się śmiertelnie obrazić! Mimo to, wszystko co związane z Bożym Narodzeniem, sprawiało mi dużo radości. Za to kiedy byłam szczęśliwa, miałam zdecydowanie za dużo energii; ją z kolei musiałam gdzieś wyładować i dlatego nawet nie zauważyłam, jak drzwi prowadzące na poczekalnię się otwierają, a w progu staje oniemiały Bartman. W pewnym momencie zerknęłam na Kaśkę. Stała w miejscu, osłaniając usta dłonią byle się nie roześmiać, drugą poprawiała skołtunione po skakaniu włosy. Patrzyła cały czas w jednym kierunku, więc się odwróciłam i o mało nie dostałam zawału.
    - Zbyszek! - zawołałam zduszonym głosem. Był w czarnej, grubej kurtce, która sprawiała, że wyglądał na jeszcze większego. Dodatkowo cały obsypany był śniegiem, a minę miał taką, jakby ktoś właśnie kazał mu zabawiać tłum swoją osobą. Był znudzony i wydawało mi się, że patrzy na mnie z czymś… jak pogarda w oczach. Zimny dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Odchrząknęłam cicho, przyciszyłam muzykę ku niezadowoleniu Kaśki i automatycznie wygładziłam garsonkę na ciele. Bartman nie zmienił jednak pozycji; nie drgnął, nie mrugnął, nie wiem nawet, czy oddychał. Staliśmy naprzeciwko siebie, patrzyliśmy na siebie i żadne nie zamierzało odezwać się pierwsze.
    - Wy tak zawsze? - zapytała w końcu Kaśka, łypiąc to na mnie, to na siatkarza. Wówczas Zbyszek spojrzał na nią z ukosa, tak samo beznamiętnie, jak patrzył na mnie. Gdy zobaczył kolorowe ozdoby, postać Mikołaja na stoliku mojej przyjaciółki i wielkiego renifera Rudolfa na jej swetrze, jedna z jego brwi poszybowała powoli w górę. Posuwistym spojrzeniem zlustrował sylwetkę Rzepeckiej, chwilkę patrzył jej z niesmakiem w twarz, po czym westchnął ciężko i strzepnął śnieg z kaptura. Zdjął go z głowy, wcisnął zaczerwienione z zimna dłonie do kieszeni kurtki i ruszył w stronę mojego gabinetu.
    - Daj mi tę książkę i pozwól wyjść z tej krainy szczęśliwości jak najszybciej – burknął, przechodząc koło mnie. Po chwili w poczekalni pozostała po nim tylko napięta atmosfera i niewielka kałuża w miejscu, gdzie stał przez dłuższy czas.
    - Ktoś tu nie lubi świąt – zanuciła Kasia pod nosem, wkładając do szuflady stos dokumentów.
    - Pewnie jest zmęczony po meczu – mruknęłam, wzruszając ramionami. Kaśka nawet na mnie nie spojrzała.
    - Albo jedno i drugie – wymamrotała. - Idź, zaraz przyniosę wam herbatę.
    - Dzięki – posłałam przyjaciółce ciepły uśmiech i poszłam do swojego gabinetu. Zbyszek stał naprzeciwko półki z książkami, lustrując uważnie ich grzbiety. Minę miał poważną, skupioną; ściągnął lekko brwi i zdawało mi się, że niewiele rozumie z tytułów, które czytał. Kurtkę grzecznie odwiesił na wieszaku przy drzwiach, tam też rzucił swoją treningową torbę. Sportowa, czerwona bluza z logiem Resovii opinała jego umięśnione ramiona.
    - Nie jestem zmęczony – rzucił niemal od razu. - Nie lubię świąt.
    Uśmiechnęłam się nikle.
    - Nie ładnie tak podsłuchiwać prywatne rozmowy – powiedziałam, podchodząc do biurka. Książkę dla Zbyszka miałam w szufladzie. Przyjmujący uśmiechnął się delikatnie i przeniósł wzrok na półkę z moimi osobistymi rzeczami; słonikiem na szczęście od mamy, kilkoma dyplomami, dwiema ramkami na zdjęcia.
    - Rozmowa dotyczyła mnie, więc nie była prywatna – uznał. Wywróciłam oczami, odwracając się do niego tyłem, żeby wygrzebać ostatnie papierzyska do podpisania.
    - Czemu nie lubisz świąt? Za dużo w nich komercji?
    - Nie lubię jak się cała rodzinka spotyka. Trzy czwarte wieczora słucham o swoich wadach – powiedział. Był nad wyraz spokojny. Słyszałam, że ściąga coś z półki.
    - Rodzina pewnie chce cię naprowadzić na dobrą drogę – powiedziałam spokojnie, kładąc na biurku krótki teścik. Skoro już się do mnie pofatygował, mógł zaznaczyć kilka odpowiedzi na kartce.
    - Dobra droga to pojęcie względne – orzekł. Nie wiem, skąd tego dnia wzięło się w nim tyle filozoficznego podejścia do życia. Spojrzałam na niego w chwili, gdy odkładał jedną z ramek na swoje miejsce. Wskazał fotografię palcem i uśmiechnął się zadziornie. - Twój chłopak?
    Spojrzałam na zdjęcie i uniosłam kąciki ust w górę. Było stare, Piotrek chyba rzeczywiście był wtedy w moim obecnym wieku…
    - Mój brat – powiedziałam spokojnie, ciągle patrząc na fotografię. Uśmiechał się do mnie, pełen życia, z tymi wesołymi iskierkami w oczach.
    Zbyszek zerknął na mnie, a potem nachylił się nieco do fotki, zapewne szukając między nami podobieństwa.
    - Nigdy nie mówiłaś, że masz rodzeństwo – zauważył. Na moją twarz wpełzł dziwny grymas, więc szybko odwróciłam się plecami do Bartmana, udając, że szukam czegoś w torebce.
    - Miałam – starałam się, żeby głos mi nie zadrżał. - Nie żyje.

Obróciłem się szybko do Kruś i na długą, zbyt długą chwilę znieruchomiałem. Patrzyłem uparcie w jej plecy, nie mając pojęcia, co powiedzieć. Poczułem się nieswojo, nie na miejscu. Jasne, nie mogłem wiedzieć, że go straciła, przecież nawet nie wiedziałem, że w ogóle miała brata! Mimo to, było mi jakoś niezręcznie… Potarłem dłonią kark i odszedłem na swoje miejsce, na krzesło przed biurkiem. Nie powinienem był się panoszyć po gabinecie Franceski, nie taka była moja rola w tym miejscu. Zmusiłem się do obojętnego tonu i zakładając nogę na nogę zapytałem:
    - No to jaką lekturę mi wymyśliłaś na te trzy dni przerwy?
    Kruś popatrzyła na mnie z niemą wdzięcznością i usiadła naprzeciwko mnie. Cieszyła się, że nie drążę tematu. Przesunęła po blacie biurka cienka książkę w jakiejś dziwnej, czarno-biało-różowej, abstrakcyjnej okładce. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to kilka drobnych serduszek w jej rogu; krew odpłynęła mi z twarzy. Romansidłem mnie chciała katować? Wzniosłem oczy na Francescę, poprawiłem się nerwowo na krześle. Odchrząknąłem i niepewnie wziąłem książkę w rękę. Wayne W. Dyer. „Pokochaj siebie”*.
    O ja pierdolę…
    Z kwaśną miną obróciłem książkę na drugą stronę. Krótki opis głosił: „Książka Pokochaj siebie należy już do klasyki psychologii humanistycznej, kierunku kładącego nacisk na pełny rozwój i samourzeczywistnienie jednostki, na wyzwolenie z nabytych lub wyimaginowanych ograniczeń i przesądów, na aktywną postawę wobec życia i osiągnięcie szczęścia w zgodzie z samym sobą. Autor uważa, że stan zdrowia psychicznego jest stanem normalnym i osiągnięcie go leży w granicach możliwości każdego z nas, a połączenie ciężkiej pracy, zdrowego rozsądku, humoru i pewności siebie jest podstawą szczęśliwego życia. Jak stworzyć nowy, lepszy system pojmowania otoczenia i pozbyć się nabytych w dzieciństwie negatywnych przyzwyczajeń? Jak wyzbyć się bezużytecznych emocji: poczucia winy, niepokoju, gniewu? Jak wypracować udane relacje z najbliższymi? Jak uwolnić się od potrzeby aprobaty innych, osiągnąć niezależność i stać się panem swoich myśli i czynów? Jak nauczyć się asertywności? Jak radzić sobie ze stresem w pracy i w życiu codziennym? Jak żyć pełnią życia, zgodnie z własnymi pragnieniami? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań znajdują się w tej książce.”
    Gdy czytałem, do pokoju weszła blondynka w sweterku z reniferem i postawiła na biurku dwa czerwone, parujące kubki pełne czarnej herbaty. Byłem jednak tak zafrasowany, że nawet nie zwróciłem na to uwagi. Ani na nią, ani na to, że wymieniła ze swoją przyjaciółką psycholożką porozumiewawcze spojrzenie.
    - Co to jest? - burknąłem, machając książką w powietrzu. Francesca uśmiechnęła się ciepło, wspierając łokcie o blat biurka i zaplatając dłonie na wysokości swojej brody.
    - To dość trudne w odbiorze, zwłaszcza dla laika, dlatego nie daję ci tego na trzy dni, tylko aż skończysz. Nie śpieszy mi się, żeby odkładać ją ponownie na półkę w domowej biblioteczce. Uznałam, że może co nieco więcej zrozumiesz.
    - Serio? Nie wystarczy ci, że katujesz mnie swoimi psycho-gadkami codziennie przez godzinę?
    Francesca zaśmiała się wesoło. Chyba pierwszy raz zrobiła to w tym miejscu, tak spontanicznie i szczerze, a mnie dziwny skurcz objął wnętrzności.
    - Uznaj to za urozmaicenie terapii – powiedziała, podsuwając mi pod nos kilka kartek A4. - To tak jak z waszymi treningami. Trener przeplata wam siłownię z treningiem taktycznym, meczami w szóstkach, ćwiczeniem ataku i przyjęcia. Gdybyście w kółko robili to samo nie dość, że przestałoby to przynosić efekty, to jeszcze zaczęłoby się nudzić. To działa tak samo.
    - Super – burknąłem pod nosem. Położyłem książkę na kolanach i niedbałym ruchem wskazałem zadrukowane papiery. - A to?
    - Krótki test, tak na podsumowanie trzech miesięcy pracy. Zajmie ci to chwilę i jesteś wolny.
    Jęknąłem znużony.
    - Nie śpieszysz się na samolot, czy coś?
    - Na szczęście nie – puściła mi perskie oko, podała ołówek i usiadła wygodniej w swoim obrotowym fotelu, dłońmi obejmując ciepły kubek.
Sylwestrowa noc, jeden z klubów w Rzeszowie…

Cieszyłem się, że święta się skończyły. Uciekłem z Jabłonnej tak szybko, jak tylko się dało. Wigilię przetrwałem z dużym trudem, choć nie wiedzieć czemu, w tym roku dziadkowie mi odpuścili. Może uznali, że nie ma co strofować niemalże trzydziestoletniego faceta, a może Igła miał rację i zacząłem roztaczać wokół siebie zupełnie inną aurę. Swoją drogą wspomnę tylko, że matka rzeczywiście przegięła z chorobą babci. Złapała jakiś katarek, ale nadal była najsilniejszą, najbardziej rozrywkową i najbardziej wygadaną staruszką, jaką znałem. I na pewno nie wybierała się na tamten świat.
    Jeżeli już mówimy o mojej mamie, przechodziła samą siebie. Strasznie chciała, żebym został w domu na dłużej. Niemal prosiła, bym nie wracał do Rzeszowa. Nie wiem czemu, może bała się, że to miejsce ma w sobie zbyt wiele wspomnień i sprawi, że znowu stanę na krawędzi. Ja jednak czułem się lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Zaczynałem godzić się z życiem i musiałem przyznać, czy chciałem czy nie, że rola Franceski była w tym przeogromna. Oczywiście, nie zamierzałem jej podziękować wcześniej niż na naszym ostatnim spotkaniu. Jednak dużą wartość miał dla mnie fakt, że sam zaczynałem dostrzegać zmiany.
    Ojciec tymczasem odciął się ode mnie całkowicie. Poddał się, widziałem to w jego nieco przekrwionych od dymu papierosowego oczach. Czekał, aż to ja wykonam ruch i „wrócę”.
    Jasne, zmieniałem się. Czułem się lepiej. Ale nadal nie śpieszyło mi się do tego, by odnawiać kontakty z rodzicami. Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek będzie to możliwe. Niektóre rany zostają w człowieku na zawsze, choćby nie wiem jak mocno chciał zapomnieć.
    Westchnąłem cicho, gdy szatniarz poprosił mnie o dwuzłotówkę i moją kurtkę. Zdjąłem z siebie odzienie, poprawiłem czarną koszulę i podałem okrycie młodemu chłopakowi, zaraz czując silną dłoń między łopatkami. Uśmiechnąłem się do Kurka, złapałem go za kark i po chwili obaj wpadliśmy do dudniącej muzyką salki, śmiejąc się i targając za ubrania. Był sylwester. Wchodziliśmy w nowy, dwa tysiące piętnasty rok. Chciałem się zabawić, potańczyć, upić. Choć na chwilę zapomnieć o otaczającym mnie świecie i po prostu żyć, znowu poczuć się dwudziestolatkiem. Dlatego, gdy któregoś dnia Piotrek, Igła i Bartek stanęli w drzwiach mojego mieszkania, wiedziałem, co się kroi. I wiedziałem, że na pewno się zgodzę.
    Zajęliśmy miejsce w kącie sali. Porozsiadaliśmy się na miękkich kanapach i obserwowaliśmy tętniący życiem klub. Dziewczyny co jakiś czas wyciągały swoich partnerów na parkiet, ja też przetańczyłem z nimi kilka piosenek. Mimo to, więcej czasu spędziłem przy stole, śmiejąc się z kumpli. To normalne, że skoro przyszli ze swoimi kobietami, to z nimi spędzali najwięcej czasu. Ja wybrałem się na tę imprezę sam i sam zamierzałem z niej wyjść.
    Nie przeczę, z chęcią porwałbym jakąś ładną dziewczynę do siebie, ale jakoś… nie czułem potrzeby. To znaczy… Widząc te wszystkie laski w obcisłych sukienkach, kręcące tyłkami, posyłające mi wyzywające spojrzenia, budziła się we mnie natura zdobywcy. Ale zaraz ją temperowałem i zostawałem na sofie, z butelką piwa albo drinkiem w dłoni. Zdawało mi się, że nie miałem psychicznie siły, by o poranku wywalać obcą sobie laskę z łóżka. Być może się wypaliłem, kto to wie?
    - Idź po piwa, co? - Kurek opadł ciężko na miejsce obok mnie, po chwili z drugiej strony usadowił się Ignaczak, a naprzeciwko nas swoje długie kopyta rozłożył Nowakowski. Popatrzyłem na nich z politowaniem i oparłem się wygodniej o miękkie poduchy.
    - Sam sobie idź.
    - Oj weź nie marudź, ty siedzisz pół wieczora, a ja skaczę po parkiecie – wydyszał Bartek, patrząc na mnie błagalnie. - No idź.
    - Weź spieprzaj, nie jestem twoim kelnerem – obruszyłem się dla zabawy.
    - Zibiii – usłyszałem przeciągły jęk po swojej lewej. Ignaczak niemal leżał na czarnej sofie, odchylając mocno głowę w tył. - Zlituj się nad swoimi ziomkami i idź po zimne piwa…
    - Nad kim ma się zlitować? - Cichy uniósł wysoko brew i popatrzył na naszego libero jak na przybysza z obcej planety. Ignaczak wyprostował głowę i zerknął na nas w niezrozumieniu.
    - Nie mówi się tak teraz? Ziomki?
    - Może z dziesięć lat temu tak się mówiło – parsknął Bartek, wychylając się zza moich pleców.
    - Sebastian tak w kółko gada… - mruknął Krzysiek z prześmieszną konsternacją odmalowaną na twarzy. Zaśmiałem się, klepnąłem go w potylicę i wstałem ociężale z miejsca.
    - Rozliczymy się jak wrócę – zakomunikowałem, po czym zacząłem się przeciskać przez tłumy tańczących ludzi. Spociłem się zanim dotarłem do baru, takie były jednak uroki zabaw w klubach. Zastanawiałem się tylko, jakim sposobem mam wrócić do stołu z czterema kuflami w zaledwie dwóch dłoniach…
    - Dwa razy blue lagoon – usłyszałem po chwili. Tak dobrze mi znany, kobiecy głos niemal natychmiast zjeżył mi włoski na karku. Niczym robot odwróciłem się w kierunku, z którego dobiegł i aż otworzyłem usta ze zdumienia. Obok mnie stała Francesca w obcisłej, niebieskiej, koronkowej sukience. Czarne włosy miała idealnie podpięte, podkręcone; widać było, że chwilę temu wyszła od fryzjera. Kilkunastocentymetrowe, czarne szpilki wydłużyły jej nogi, a ciemny makijaż dodał trochę tajemniczości. Gdyby nie głos, chybabym jej nie poznał.
    - Ty mnie śledzisz, czy jak? - bąknąłem w końcu. Drgnęła zaskoczona i przeniosła na mnie spojrzenie swoich jasnoszarych oczu.
    O kurwa twoja mać…
    - Zbyszek? - zapytała z uśmiechem, opierając jedną dłoń na biodrze. Przełknąłem głośno ślinę. Czemu była przy mnie taka swobodna? Powinna czuć choć odrobinkę skrępowania, a ja miałem wrażenie, że jeszcze się wdzięczy!
    - Nie miałaś być we Włoszech? - mruknąłem beznamiętnie. Za nic nie chciałem się do tego przyznać nawet przed samym sobą, ale wglądała prześlicznie…
    - Na święta – przytaknęła mi, biorąc do ręki szklankę z niebieskim drinkiem. Włożyła w niego długą słomkę i po chwili pociągnęła mocny łyk, ciasno obejmując ją pomalowanymi na czerwono ustami. Zrobiło mi się gorąco. - Mamy Sylwester.
    - I akurat tu musiałaś przyjść? - zapytałem, tym razem naprawdę mocno siląc się na swój zwyczajowy, nieco gburowaty ton. Gdyby wtedy wyłapała, że wpadła mi w oko…
    Popatrzyła na mnie z politowaniem i odstawiła szklankę na blat baru, czekając na drugą sztukę.
    - Przecież nie wiedziałam, że tu będziesz. To przypadkowe spotkanie. No chyba, że to ty śledzisz mnie.
    - Mam lepsze rzeczy do roboty, dziękuję! - parsknąłem śmiechem. Francesca zachichotała cicho, a ja nagle pomyślałem, że mały flirt jeszcze nikomu nie zaszkodził… - Nie przyszłaś sama – stwierdziłem, gdy kelner podał jej drugiego drinka. Uśmiechnęła się wesoło i zapłaciła mu odpowiednią sumę.
    - Kaśka mnie tu wyciągnęła. Pierwotny plan był taki, że jedziemy na Mazury, ale zerwała ze swoją dziewczyną, więc wylądowałyśmy tutaj.
    - Nie ma to jak zapijać smutki w Sylwestra.
    - Niee – zaśmiała się. - Kasia raczej rzuciła się już w wir nowych poszukiwań. Nie wiem tylko, czy szuka kogoś dla siebie, czy dla mnie.
    - A jak byś wolała? - mruknąłem, upijając łyk piwa. Patrzyłem na Kruś kątem oka. Kolorowe światła biegały po jej twarzy, odbijały się w świecących wesoło oczach.
    - Sama nie wiem. Jak znajdzie kogoś ładnego, to zapytaj mnie znowu – wytknęła mi język.
    - Pani psycholog!
    Zaśmiała się. Żołądek podskoczył mi do gardła. Nie skrępowana konwenansami, etyką zawodową i garsonką była… zajebiście seksowna.
    - A ty? - zagadnęła, strącając mnie brutalnie na ziemię. - Widzę, że też nie jesteś sam? No chyba, że masz zamiar umrzeć na jednym ze stołów i to jeszcze grubo przed północą! - powiedziała, palcem wskazując cztery kufle pełne piwa przede mną. Zawtórowałem jej śmiechem i pokręciłem głową.
    - Jako jedyny singiel zostałem oddelegowany do uzupełnienia zapasów trunków – wyrecytowałem z powagą, znowu wywołując u niej wesoły chichot. Nie wiem, czy naprawdę byłem taki zabawny, czy była już wstawiona, niemniej jednak każda taka reakcja z jej strony skutecznie podnosiła mi ciśnienie.
    - Naprawdę nikogo nie zaprosiłeś? - zagadała po chwili ciszy. Pokręciłem głową.
    - Nie śpieszy mi się do stałego związku, a na krótkie przygody jakoś… straciłem ochotę – wzruszyłem ramionami. Kruś zmierzyła mnie powłóczystym spojrzeniem i uśmiechnęła się delikatnie.
    - Chyba powinnam być dumna – westchnęła, mieszając słomką w swoim drinku.
    - Mogłabyś – skinąłem jej głową. - Wtedy może lepiej bym to zniósł.

Puścił mi perskie oko i znowu upił potężny łyk piwa. Czarny materiał koszuli przyjemnie opinał jego ciało, ciemne jeansy uwydatniały jego umięśnione nogi. Perfumy też miał przyjemne; ich zapach kręcił się dookoła mnie jak dym papierosowy, z ta różnicą, że zamiast dusić – kusił…
    Poczułam, jak zaczynają piec mnie policzki. Byłam już po kilku szotach i drinkach, nic więc dziwnego, że mój mózg powoli zaczynał żyć własnym życiem. Mimo to usilnie starałam się odegnać od siebie wizję Zbyszka bez koszuli. Był moim pacjentem, podobny obrazek nie powinien mi przejść choćby przez myśl.
    Nie wiedząc, co powiedzieć, zerknęłam w głąb sali. Chciałam szybko znaleźć inny temat i, na całe szczęście, pozostali siatkarze balujący tamtego dnia w „Antrakcie” przyszli mi z pomocą.
    - Twoi koledzy chyba cię szukają – oznajmiłam. Bartman otworzył nieco szerzej oczy i obrócił się przez ramię. Westchnął cicho i z trudem wziął cztery spocone szklanki w dłonie, starając się nie uronić choćby kropli złotego płynu.
    - Idę, bo zaraz zaczną gadać – mruknął. Posłał mi wesoły uśmiech. - Miłej zabawy.
    - I wzajemnie – odpowiedziałam, dygając śmiesznie. Odprowadziłam go wzrokiem. Widziałam, jak stawia kufle na stole, śmieje się, po czym wymienia dużo spokojniej jedno czy dwa zdania z Ignaczakiem. Gdy libero rzeszowskiej drużyny przeniósł na mnie swój wzrok, uniosłam do góry szklaneczkę z drinkiem, żeby się przywitać. Pomachał do mnie z tym swoim rozbrajającym uśmiechem i zaraz wrócił do znajomych.
    - Czy on cię podrywał? - Kasia wyrosła koło mnie w ułamku sekundy. Podsunęłam jej blue lagoon pod nos i pokręciłam głową.
    - Tylko rozmawialiśmy.
    - Myślałam, że już się nie odczepi – fuknęła. Zaśmiałam się krótko.
    - Jeszcze niedawno mówiłaś, że to ciasteczko – wytknęłam jej język. Kaśka wywróciła ostentacyjnie oczami.
    - Może. Ale znalazłam ci lepszego – oznajmiła. Położyła mi dłonie na ramionach i obróciła tyłem do siebie. Przede mną stał wysoki brunet z dużym zarostem i wesołym błyskiem w oku. Ubrany był w garnitur, ale jego krawat już dawno zaginął w akcji. Uśmiechał się uroczo i za nic nie chciał spuścić ze mnie wzroku. Dziwny dreszcz przebiegł mi po plecach. - To jest Aleks. Poznaliśmy się przed chwilą na fajce, uznałam, że może się polubicie – wymruczała mi Kaśka do ucha, po czym pchnęła mnie lekko w stronę tego greckiego Boga.
    - Hej – wyciągnął do mnie rękę. Miał niski, zachrypnięty głos. Uśmiechnęłam się nieśmiało i podałam mu dłoń.
    - Cześć…
    - Twoja koleżanka mówiła, że jesteś psychologiem? - zagadał od razu. Zarumieniłam się lekko i założyłam pasemko włosów za ucho.
    - Tak, mam swoją klinikę.
    - Nieźle – poruszył brwiami. Spojrzał nad moje ramię, chyba wymienił jakąś niemą uwagę z Rzepecką. - Otworzyć coś swojego w tym kraju i jeszcze się utrzymać to nie lada wyzwanie.
    - Kokosów nie mam, ale daję radę – wzruszyłam ramionami. Nie wiedzieć czemu, bardzo go tym rozbawiłam. Jego śmiech sprawił, że poczułam się pewniej. Rozluźniłam się nieco i uśmiechnęłam trochę odważniej. - A ty czym się zajmujesz?
    - Niczym wielkim, przerzucam duże pieniądze.
    - Nieruchomości?
    - Coś w ten deseń… pracuję w banku.
    Popatrzyłam na niego krytycznie.
    - Nie wyglądasz na zwykłego, szarego pracownika zamkniętego w kołowrotku – powiedziałam. Znowu się roześmiał.
    - Racja, praca w korporacji byłaby zabójcza. Jestem dyrektorem rzeszowskiego oddziału.
    - No proszę – mruknęłam, patrząc na niego nieco przychylniej. Wsparł się ramieniem o blat baru i zlustrował mnie spojrzeniem od czarnych szpilek po sam koniec uplecionej misternie fryzury.
    - Dasz postawić sobie drinka?
    Zerknęłam nieśmiało w stronę niedokończonego blue i zaraz uśmiechnęłam się szeroko. Wiedziałam, że powinnam przystopować. Świat był już dość wyraźny. Z drugiej strony, która odmówiłaby takiemu facetowi? Jeszcze nie zgłupiałam do reszty.
    - Pewnie, dziękuję.
    - To ja was zostawię – usłyszałam koło ucha głos przyjaciółki. Nie patrząc na nią, tylko skinęłam głową i zajęłam się kontemplowaniem wyrzeźbionej sylwetki mojego nowego znajomego.
    Czas płynął mi w jego towarzystwie niesamowicie szybko. Mimo, że na początku mój wzrok starał się wyłowić w tłumie gości Bartmana, po północy przestał on mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Przetańczyliśmy z Aleksem całą noc, poznając się coraz lepiej, znajdując nowe tematy do rozmowy, śmiejąc się i… pijąc. Zdecydowanie za dużo pijąc, przynajmniej jak na moje możliwości. Aleks natomiast czuł się świetnie i po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać, czy on naprawdę zamawia sobie drinki, czy tylko soki saute. Uznałam jednak, że zapewne ma mocniejszą głowę i machnęłam na to ręką. Nie zwracałam uwagi na to, gdzie podziewa się Kaśka ani na fakt, że Aleks z każdą chwilą pozwala sobie na coraz więcej. Przygarniał mnie do siebie, przytulał, w końcu jego usta znalazły moje. Smakował dymem papierosowym, sokiem pomarańczowym i czymś gorzkim… może tequillą? Serce podskoczyło mi do gardła, żołądek związał się w ciasny supeł. Podobało mi się to, przyznaję bez bicia. Był cudownie przystojnym facetem, czułam się przy nim idiotycznie bezpiecznie, choć przecież znałam go ledwie kilka godzin.
    Jeszcze nigdy, w całym swoim życiu, nawet jako nastolatka, nie zachowałam się tak nieodpowiedzialnie, jak tamtego wieczora. Bo kto normalny ufa ledwo co poznanemu człowiekowi w stu procentach?
    Przeszliśmy do wydzielonej salki dla palących. Noc była zimna, mroźna. Zima nie rozpieszczała tamtego roku, więc organizatorzy zabawy zlitowali się nad palaczami i nie zmuszali ich do wychodzenia na śnieg, by mogli uraczyć się ukochaną używką. Było późno, może koło trzeciej nad ranem. W klubie zostali najwytrwalsi, za to salka przepełniona gęstym, ciężkim dymem była już całkowicie pusta.
    Rozmawialiśmy z Aleksem o błahostkach, ja śmiałam się jak głupia z jego żartów. Trzymał mnie delikatnie za rękę, nucił coś pod nosem i okręcał mnie dookoła własnej osi.
    - Aleks, dość! - pisnęłam, zaciskając mocno powieki i łapiąc się jego ramion.
    - Spokojnie, trzymam cię – szepnął mi na ucho z uśmiechem. Złapał mnie mocniej, jakby na potwierdzenie swoich słów. Odsunęłam się delikatnie, by spojrzeć mu w oczy i wtedy sięgnął moich ust po raz kolejny. Nie protestowałam.
    Przesunął mnie pod ścianę i lekko do niej docisnął. Coś dziwnego przewróciło się w moim podbrzuszu, zrobiło mi się gorąco. To było dość… ekscytujące, by nadal mu nie przerywać. Dotknął mojego języka, a mnie po ciele przebiegł lodowaty dreszcz, od karku po same lędźwie. Całował mnie coraz mocniej, coraz zapalczywiej. Z każdą mijającą sekundą jego ciało zdawało się być bliżej mojego, choć już dawno temu dzieląca nas przestrzeń została zniwelowana do zera. Krew dudniła mi w uszach, mózg zmienił się w coś na kształt papki; nie myślałam racjonalnie, chciałam go więcej, a on zdawał się być tego bezczelnie świadomy.
    Dotknął dłonią mojego uda, ścisnął je mocno i wsunął palce pod sukienkę. Wtedy jakaś ostrzegawcza lampka zapaliła mi się w głowie. Byłam tak pijana i omamiona jego obecnością, jego dotykiem, że gdyby zaproponował mi łóżko w swoim mieszkaniu, chybabym uległa. Mógł się wprosić nawet do mnie, podejrzewam, że i tak pozwoliłabym mu na wszystko. Jednak seks na ścianie, szybki numerek w zadymionym pokoju o wymiarach sześć na dziewięć raczej nie był moim marzeniem. Nawet, jeśli miałabym się oddać takiemu bóstwu, jak on.
    - Poczekaj – szepnęłam uspokajająco, gdy zaczął całować moją szyję. Złapałam go za nadgarstek, żeby nie podwinął mi sukienki ku górze, ale okazało się, że nie mam tyle siły.
    - Nie bój się – zaśmiał się, uderzając swoimi biodrami w moje i zaraz robiąc mi malinkę na szyi. Zaśmiałam się nerwowo i jeszcze raz spróbowałam strącić jego dłoń ze swojego ciała, jednak bezskutecznie.
    - Aleks, nie – powiedziałam stanowczo, wydawało mi się, że dość głośno. Nie zareagował, a ja poczułam zimny pot na skórze. - Nie - warknęłam, gdy próbował podnieść mnie do góry. Udało mi się stawić jakikolwiek opór, ale byłam świadoma, że długo nie dam rady mu się opierać. Był podniecony, rozochocony i zdecydowanie mniej pijany niż ja. Zaczęłam się szarpać, bezskutecznie. Złapał mnie za nadgarstek i przycisnął go do ściany, znowu wpijając się w moje usta. Sapał, ocierał się o mnie, a mnie zaczęło się robić niedobrze. - Aleks… - jęknęłam dużo słabiej. W moich oczach zaczęły zbierać się łzy; dopiero teraz zaczęłam sobie wyrzucać, jak głupia byłam przez cały wieczór. Nie wiedziałam, gdzie jest Kasia, telefon zostawiłam w torebce, torebkę – na siedzeniu koło niej. Przeszkadzała mi w tańczeniu.
    Byłam sama, zdana tylko na siebie i łaskę prawie dwumetrowego mężczyzny.
    - Nie… - pisnęłam, ciągle z nim walcząc. Pierwsza łza spłynęła mi po policzku i nagle… mogłam złapać oddech! Zaskoczona przylgnęłam całym ciałem do ściany, starając się ją objąć, byle nie zjechać na podłogę. Nie chciałam marnować przewagi, którą nagle zdobyłam. Otworzyłam szeroko oczy i nie mogłam wydusić słowa.
    Bartman odrzucił Aleksa na przeciwległą ścianę, po czym podwinął rękawy czarnej koszuli do łokci.
    - Pani powiedziała: „Nie” - warknął gardłowo, odgradzając mnie od mężczyzny swoim ciałem.
    - Frania! - spanikowany pisk Kaśki strącił mnie gwałtownie na ziemię. Obróciłam się w stronę, skąd dochodził, a gdy zobaczyłam na jej policzkach rozmazany makijaż, sama zaczęłam płakać. Nie musiała nic mówić, wiedziałam, co się stało. Wystraszyła się, że nigdzie mnie nie ma. Szukała mnie, a nie znalazłszy, poprosiła o pomoc Bartmana. Kto wie, czy nie zawdzięczałam jej życia…
    Podbiegła do mnie z wyciągniętymi ramionami i zaraz zamknęła mnie w ciasnym uścisku. Rozbeczałam się jak pięciolatka. Dopiero teraz dotarł do mnie ogrom niebezpieczeństw na jakie się wystawiłam, nerwy, jakie zszarpałam Kasi.
    - Cała jest? - usłyszałam przed sobą. Uniosłam głowę, ale nic nie zobaczyłam. Łzy i alkohol rozmyły mi już cały obraz.
    - Tak – szepnęła rozgorączkowana, głaszcząc mnie po głowie. Poczułam się podle. Powinna mnie zrugać, złoić skórę i wyciągnąć z tego klubu za uszy, a nie tulić i uspokajać!
    Wczepiłam się w nią niczym miś koala i znowu zaczęłam płakać.

Wstrząsnął mną spazm gniewu. Trzymany przeze mnie przy ścianie chłopaczek posyłał mi wyzywające spojrzenia. Byłem seksoholikiem, lubiłem adrenalinę; seks w miejscach publicznych to nie była dla mnie żadna nowość. Ale gdy kobieta mówiła „nie”, znaczyło to tyle, co „nie”. Nigdy nie zmuszałem swoich kochanek do seksu ze mną i zawsze tępiłem podobne zachowanie. Za to teraz, gdy ofiarą stała się Kruś, zdawało mi się, że coś we mnie pękło. Kiedy usłyszałem jej wybuch płaczu za plecami, zacisnąłem pięści do białości. Posłałem Aleksowi mordercze spojrzenie i jeszcze mocniej zamknąłem dłoń na jego ramieniu. Byłem pewny, że nazajutrz znajdzie tam rozległego, żółto-fioletowego siniaka.
    - Wyjdziemy sobie porozmawiać – oznajmiłem przymilnie, po czym wyciągnąłem go z klubu jak psa. Wyrzuciłem go za próg i mocniej podwinąłem rękawy. Ręce mnie świerzbiły.
    - Czego się czepiasz, człowieku? - zapytał buńczucznie.
    Jeszcze fikasz, gówniarzu?
    Podskoczyłem do niego, złapałem za klapy marynarki i cisnąłem nim o ścianę, aż syknął z bólu.
    - Nauczysz się dzisiaj jednego - wycharczałem groźnie, zbliżając twarz do jego twarzy. Mój głos przypominał warkot dzikiego zwierzęcia. - Gdy jakaś kobieta odmawia ci seksu, nie nagabujesz jej. A jeśli robi te ze strachu, nie zmuszasz choćby to była dziwka, której przed chwilą zapłaciłeś za całą noc. Rozumiesz?
    - Dobra, dobra. Rozumiem – zawołał od razu, unosząc ręce w obronnym geście. Zmierzyłem go pogardliwym spojrzeniem, ofuknąłem i puściłem z odrazą. Zdążyłem odwrócić się do niego plecami, gdy nagle rzucił się na mnie od tyłu. Odchylił mi głowę w tył, zakleszczył przedramieniem i zaczął dusić. Szarpaliśmy się chwilę, ale mimo faktu, że byłem dobre czterdzieści centymetrów wyższy, nie mogłem go z siebie zrzucić. Wsiadł na mnie jak jakaś pierdolona małpa.
    Zacisnąłem szczęki i z całej siły władowałem mu łokieć w splot słoneczny. Usłyszałem głośny świst; chłopak wypuścił całe powietrze z płuc i gdyby nie to, że złapał się mojej koszuli, kuliłby się na chodniku jak skopany kundel. Potarłem szyję dłonią i obróciłem się do niego przodem. Złapałem go za ramię i podciągnąłem w górę, stawiając na nogi, po czym niewiele myśląc, z całej siły władowałem mu pięść w szczękę.
    Coś chrupnęło. Nie wiem, moje kostki czy jego żuchwa, mało mnie to obchodziło. Pracowałem na adrenalinie. Aleks upadł ciężko w śnieg, jęcząc i mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem. Zrozumiałem tylko coś, co brzmiało jak „dość”.
    - Ścierwo – wyplułem z jadem, po czym nie zwracając na mężczyznę najmniejszej uwagi, nie przejmując się tym, czy potrzebuje pomocy, wróciłem do klubu.

*nie czytałam. Znalazłam w necie, podpasował mi opis. Kierowałam się nim i opiniami czytelników.

*

Trochę ochłody wlewam tym rozdziałem w te gorące dni ;P Powoluteńku historia zacznie się zagęszczać, mam nadzieję, że wszystko będzie się Wam podobało, bo ja już skaczę z podjarania :D Cieszy mnie też, że w przeciwieństwie do "Źródła", tutaj nie muszę robić sesyjnej przerwy, bo i tak dodaję rozdziały co 2 tygodnie :'D. Trzymajcie za mnie kciuki, przyda mi się dużo szczęścia... Ach, no i... znowu się bawiłam tutaj muzyką xD

Korzystając z okazji chciałam jeszcze raz podziękować Wam wszystkim za głosy oddane na "Fobie" w konkursie na blog miesiąca na Księdze Baśni. Wygrałam z ilością punktów równą 32! :D Zadziwia mnie ta ilość, zwłaszcza, gdy konfrontuję ją z liczbą komentarzy pod postami, czy nawet ilością odwiedzin... Takie akcje są naprawdę miłe, fenomenalne, a ja nie mam pojęcia jak Wam za to podziękować. Zwłaszcza, że "Fobie" są młode, dopiero ruszyły, nie należą do łatwych. Och, no po prostu odbieracie mi mowę, no! Nie wiem co mam napisać, jesteście wielkie ♥ Chciałabym, żebyście więcej dawały o sobie znać. Ja nie gryzę, poza tym po to zostawiam możliwość anonimowych komentarzy, żeby każdy, nawet wstydliwy mógł się wypowiedzieć ;)

15 komentarzy:

  1. Rozdział miazga! Komentuje dzisiaj zaraz po przeczytaniu, bo jeszcze zapomnę jak ostatnimi czasami.
    Masakra! Odebrałaś mi mowę końcówką! What are you doing with my psychic?!
    Kruś ofiarą Aleksa. Dobrze, że zachowała choć trochę zdrowego rozsądku. Dobrze, że ma taką przyjaciółkę. Dobrze, że Zbyszek też tam był.
    Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło.
    Znów mi Bartman zaimponował! Genialny facet!
    A Kruś tym razem ma u mnie minusa. Za to, że się tak rozpiła! I za tą nieodpowiedzialność!
    Świetny rozdział! Gratuluję takiego talentu!
    No i trzymam kciuki za sesyjke! Powodzenia!
    weny! ;)
    Pozdrawiam! Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdemu się czasem zdarzy zaszaleć. Nawet takiej poważnej na ogół pani psycholog jak Francesca ;p

      Usuń
  2. Czytając dzisiejszy rozdział, w kontekście Zbyszka przyszło mi do głowy słowo "zgorzkniały". Niechęć do świąt, niechęć do rodziny, niechęć do samego siebie i wewnętrzne zagubienie. Z jednej strony chciałby wydostać się z tego marazmu, ale z drugiej wzdryga się na samą myśl o tym, że miałby się otworzyć przed kimś na tyle, by obnażyć wszystkie swoje słabości. Trudny przypadek trafił się "Frani", ale widać, że ona naprawdę chce mu pomóc, bo widzi w nim przede wszystkim człowieka, a nie okazję na zgarnięcie wysokiego honorarium, jakkolwiek banalnie to zabrzmi. Nie dziwię się jednak reakcji Bartmana na książkę, którą mu pożyczyła, bo ja sama jestem dość sceptycznie nastawiona do takich psychologiczno-motywacyjnych publikacji.
    To nieodpowiedzialne ze strony Francesci, że zaufała ledwie co poznanemu facetowi, ale procenty krążące w jej żyłach z pewnością zrobiły swoje. A o Zbychu można tutaj napisać wiele, ale nie to, że w odpowiednim momencie nie potrafi się zachować. Brawo on!
    Pozdrawiam i gratuluję zasłużonej wygranej :) Byłaś bezkonkurencyjna! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że Zibi rzeczywiście jest trochę zgorzkniały tutaj. Utknął w martwym punkcie, miota się i takie są tego efekty. A Fran, cóż, każdemu się zdarza trochę przesadzić ;p Są sytuacje, kiedy można zapomnieć o wszystkim i po prostu się bawić i moim zdaniem Sylwester jest właśnie taką okazją. Co prawda w granicach zdrowego rozsądku, ale tak, alkohol zdecydowanie zaburzył Frani funkcje poznawcze :)
      Jej, dziękuję <3

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Miało być 'o luju' ale nie wyszło ;_; Franka i Zbych... Ta terapia chyba będzie korzystna dla nich obojga... Aleks? Nigdy nie miałam szczęścia do facetów z takim imieniem... Potwierdziło się, ale Zibi wkroczył do akcji!

      ściskam, ret

      Usuń
    2. Kto to wie, kto to wie... :)

      Usuń
  4. Jak to dobrze, że Zbyszek znalazł ją akurat w tym momencie,aż strach pomyśleć co by było gdyby zrobił to kilka minut później. Aleks to zwykły skurwiel, a niestety w tych czasach jest takich coraz więcej. Nawet nie wiesz jak bardzo zaciekawiłaś mnie tą historią. Czekam na kolejny i pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że jemu podobnych zawsze było pełno, tylko nie mówiło się o tym tak głośno i otwarcie.
      Cieszy mnie to :)

      Usuń
  5. Niesamowity rozdział. Tyle emocji, podczas tak ogólnych sytuacji.
    Jeżeli chodzi o zaproszenie Ignaczaka to w pełni zgadzam sie z Zbyszkiem.
    Też w święta często "tańczę" wokół choinki. To takie...typowe dla świąt. Zbyszek musiał przeżyć szok widząc swoją panią psycholog podczas...tańca wokół choinki jak nastolatka.
    Zbyszek coraz bardziej zaczyna dostrzegać w Kruś kogoś innego...Coś bardziej złożonego niż jego poprzednie " ofiary "...
    Dobrze, że Zbyszek odciągnął Aleksa od niej. Dobrze że, jej przyjaciółka i Zibi zdążyli, zanim przez swoją głupotę Kruś sama potrzebowałaby psychologa.
    Nie mogę się doczekać ciągu dalszego :)
    A takie kontrolne pytanie...Jak skończy się źródło( bo nie ukrywajmy zbliżamy się do końca) to rozdziały tutaj będą co tydzień czy co dwa ?
    Pozdrawiam i weny :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbyszek w ogóle nie rozpatruje Franki jako "kobiety". To jest jego "psycholog", o której jeszcze za chwile zacznie się wypowiadać z kpiną. W końcu zatruwa mu ona życie i nie daje się bawić, czyż nie? ;)
      To jak często pojawiają się tutaj rozdziały zależy od mojej bety, nie od ilości spraw jakie mam na głowie :) Ostatnio nadgoniła 4 rozdziały na raz, powiedziałabym, jednym tchem, ale jak szybko rozprawi się z resztą, tego nie jestem w stanie powiedzieć :)

      Usuń
  6. Hej, hej.
    Wybacz, że tak późno, ale próbuję rozpaczliwie napisać rozdział i jakoś mi to nie wychodzi, nie klei się.
    Dobry, bardzo dobry rozdział. Nie mogę powiedzieć, że to był najlepszy rozdział na tym blogu. Bo tu nie ma lepszych czy gorszych rozdziałów, wszystkie są na tym ekstremalnie wysokim poziomie. Świetnie napisane, przemyślane. Wszystko tworzy perfekcyjną całość. Nie ma zbędnych scen czy zdań.
    Nie wiem od czego sobie zacząć. Zacznę od tego, że chyba rozumiem o co chodzi Igle, skąd jego zadowolenie. Prawdopodobnie chodzi o zmianę w rozumowaniu Zbyszka. Bo Zbyszek zaczyna chyba dostrzegać inne wartościowe niż seks i zabawa. Docenia rodzinę, rozumie o co chodzi i może kiedyś sam będzie chciał porozumieć się ze swoją, z rodzicami. Nie będzie aż tak wrogo na nich patrzył i nie będzie się izolował.
    Pokazujesz nam kontrast między Franką a Zbyszkiem, nawet jeśli chodzi o podejście do świąt. Frania podchodzi do tego całego zamieszania z entuzjazmem, cieszy się, bo spotka się z rodziną. U Zbycha wszystko na odwrót. I to dodaje pikanterii.
    Co do książki, z tego co wiem to dobry wybór. Sama szukałam tej pozycji, gdy przygotowywałam się do wątku Mateusza i Anastazji, ale na chomikuj nie było, a z kupnem się ociągam. Ogólnie to dość dobry pomysł z książką, bo czasem pacjent musi sam pracować i sam dojść do pewnych wniosków.

    Sylwester.
    Od początku czułam, że coś będzie nie tak,coś się sypnie. Myślałam, że może nasz Zbyszek odstawi szopkę, jakąś manianę, ale nie. Zbyszek stał się spokojny, jeszcze bardziej rozsądny. Swoją drogą o Zbyszku można powiedzieć wiele złych rzeczy, ale trzeba przyznać, że jest facetem niesamowicie inteligentnym i bystrym.
    Aleks śmierdział na kilometr, tak samo jak Franka śmierdziała alkoholem. Nie zauważyła, przegapiła, przysnęła, nie poznała się na nim, a jako psycholog powinna. Była zbyt ufna, założyła, że ludzie z definicji są dobrzy, a nie źli. I dochodzi do tego, co pewnie było nieuniknione. Ale wtedy, znikąd, jak superbohater pojawia się Zbyszek. Jak książę na odrobinie kulawym koniu. Zbych ma rację, jest skurwysynem, traktuje kobiety przedmiotowo, ale nigdy nikogo do niczego nie zmusza. Zaczynam go doceniać, bo mimo licznych wad, wydaje się naprawdę fajnym gościem jako mężczyzna i jak bohater opowiadania.
    Sytuacja, w której znalazła się Franka jest trudna. Oprócz tej całej sytuacji z Aleksem, skomplikowała sprawy ze Zbyszkiem. Granica znowu została przekroczona, ich znajomość przeszła na inny poziom. To mogą już nie być relacje pacjent - terapeuta. Pojawia się wdzięczność za uratowanie, a u Zbyszek może poczuć się w jakimś sensie odpowiedzialny za Frankę. To może wydawać się odrobinę irracjonalne i dziwne, ale tak czasem działają te mechanizmy. Tak jak sama przyznałaś, historia się zagęszcza. Myślę, że oboje stracą dystans. Dowiemy się o co w tym wszystkim dokładnie chodzi, tajemnice przestaną być tajemnicami.

    Podsumowując, dobry, bardzo dobry rozdział, który wiele wnosi. Mam nadzieję, że nie wygłupiłam się zbytnio z interpretacją.

    Tak patrzę sobie na tego bloga, na treść, na to wszystko, przede wszystkim na liczbę komentarzy, bo do innych statystyk nie mam dostępu. Smuci mnie to, że ludzie czytają i nie chcą poświęcić dziesięciu minut dla autorki, którą przecież lubią. Lubią historię, bohaterów. Dwa, trzy zdania, nie muszą to być eseje. Przecież to pomaga. Przy skromnej ilości komentarzy, autorka czuje się olana. Autorka poświęca masę czasu, żeby wymyślić historię, potem to opisać, poprawić, poczytać… Wypadałoby to docenić.
    A jeśli nie czytają to dlaczego? Czy nikt nie lubi mądrych opowiadań, które skupiają się na czymś więcej niż na tyłkach i torsach? Szkoda, bardzo szkoda.

    Pozdrawiam Cię, przepraszam za nieobecność i spóźnienie.

    *Mój blog jast taki trochę zawieszony do czasu, gdy napiszę po prostu rozdział. Mam teraz parę spraw rodzinnych, pogrzeb. Mam nadzieję, ze będzie mi to wybaczone*

    ZuzAnnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ważne, że jesteś w ogóle. Mówiłam już, że akurat Twoich komentarzy na Fobiach wypatruję szczególnie zapalczywie ♥
      Szczerze powiedziawszy to nie wiem, czy zasłużyłam na te pochwały które od Was dostaję, ale cieszą one zawsze, więc dziękuję, po raz enty.
      W sylwestrowej scenie zależało mi, żeby pokazać, że Fran jest psychologiem w klinice. W życiu codziennym potrafi to od siebie oddzielić. Poza tym, ciężko zauważać różne niebezpieczeństwa i kierować się wyrobionym instynktem, kiedy ma się w żyłach tyle promili ;p Jeśli chodzi o interpretacje, to ja poproszę taką za każdym rozdziałem :D
      A Zbyszek jako książę na odrobinie kulawym koniu to kolejne porównanie, którym mnie zabijasz. Jezu, kocham Cię za to ♥

      Już o tym rozmawiałyśmy. Im trudniejsze, tym ma słabszy odbiór. Trudno, przełknęłam to i zwyczajnie cieszę się, że mam Was ♥ I nie przepraszaj - są sytuacje, z których nie trzeba się tłumaczyć ;*

      Usuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.