BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

29 lip 2016

Fobia dziewiąta


Zaschło mi w ustach. Bolała mnie głowa. Brzęczało mi w uszach. Dziwny, drażniący zapach ciągle otaczał moją twarz, nie pozwalając na głębokie nabranie powietrza. Nie miałem siły, by otworzyć oczy.
    Słyszałem jakieś niewyraźne szmery. Nie byłem w pokoju sam, ale z kim go dzieliłem nadal pozostawało tajemnicą. Zacisnąłem powieki. Przynajmniej... tak mi się wydawało. Zmusiłem ciało do współpracy i poruszyłem palcami obu dłoni, dopóki w prawej nie poczułem nieprzyjemnego, rwącego bólu. Orzeźwił mnie on na tyle, bym niemrawo otworzył oczy. Wpadające do pomieszczenia słońce natychmiast mnie poraziło; z mojego gardła wydostał się jęk. Miałem nadzieję na nieco milsze przywitanie…
    Rozejrzałem się nieprzytomnie dookoła i już miałem się podnieść z łóżka, gdy nagle ciężka dłoń opadła na moje ramię, ponownie dociskając mnie do materaca.
    - Leż – usłyszałem cichy rozkaz. Głos był spokojny, ciepły i przyjacielski, ale jednocześnie poważny, nie znoszący sprzeciwu. Zmrużyłem nieprzytomnie oczy i podniosłem lekko głowę, by dojrzeć sylwetkę Ignaczaka. Uśmiechał się do mnie z pewną ulgą, ale widziałem, że był równie zmęczony co przejęty.
    - Gdzie jestem? - wychrypiałem, tym razem zerkając w dół, by odnaleźć źródło bólu w prawej dłoni. Jęknąłem z odrazą, rzucając głową o poduszkę, gdy dostrzegłem wenflon wbity w grzbiet ręki. To znaczyło jedno: najgorsze, najobrzydliwsze, najbardziej przerażające i najmocniej znienawidzone przeze mnie miejsce.
    - W Gdańskim Szpitalu Wojewódzkim – westchnął Krzysiek potwierdzając moje obawy i klepiąc mnie delikatnie po ramieniu. Usiadł koło mnie na podniszczonym krzesełku i zdjął szklankę z blaszanego stolika. Nic nie mówił, dając mi czas na dojście do siebie.
    - Zemdlałem – stwierdziłem nagle. Miałem mgliste pojęcie o tym, co się stało, ale bardzo powoli łączyłem fakty. - Mecz! - zawołałem szeptem, gwałtownie spoglądając na libero, gdy podsunął mi pod nos naczynie wypełnione wodą.
    - Wszystko w porządku, wygraliśmy – powiedział, z trudem powstrzymując szeroki uśmiech. Wcisnął mi szklankę w lewą dłoń i pomógł nieco podnieść się na poduszkach. Bolała mnie każda komórka ciała. - Po tym jak odleciałeś, trochę straciliśmy rezon i Lotos wyprzedził nas o dwa punkty, ale jak Kowal powiedział nam później, że już jesteś na obserwacji, to jakby ktoś nas nagle w tyłki kopnął – zaśmiał się. I ja uniosłem kącik ust ku górze, popijając chłodną mineralną. Powoli rozjaśniał mi się umysł, a trawiący mnie od wewnątrz ogień zaczął gasnąć.
    - Jaki wynik? - westchnąłem, oddając przyjacielowi opróżnioną do połowy szklankę.
    - Osiemnaście do szesnastu. Przegoniliśmy Bełchatów i jesteśmy na pierwszym miejscu, niewiele przed Gdańskiem. Mamy niewielką przewagę w małych punktach, nie wiem dokładnie – mruknął pocierając palcami czoło. Miałem wrażenie, że mój przyjaciel gwałtownie się postarzał i nagle tknęło mnie dziwne, złe przeczucie.
    - Ile tu jestem? - zapytałem podejrzliwie.
    - Jedną noc. Musiałeś być pod obserwacją. Mocno się odwodniłeś – powiedział, zaplatając ręce na piersi i patrząc na mnie krytycznie.
    - A chłopaki…
    - Wynajęliśmy sobie pokoje na jeszcze jedną dobę. Za jakąś godzinę ma być obchód, wtedy masz dostać wypis i pakujemy cię do klubowego autokaru.
    - Dzięki – bąknąłem z nikłym uśmiechem. - Z kim rozmawiałeś? - zapytałem i ułożyłem głowę na poduszce. Igła popatrzył na mnie jak na idiotę, a ja parsknąłem śmiechem. - Słyszałem, że z kimś gadasz zanim otworzyłem oczy.
    - Twoja mama dzwoniła.
    Krew stężała mi w żyłach, a uśmiech momentalnie spełzł z twarzy.
    - Po co?
   - Pytała, jak się czujesz, dlaczego zemdlałeś. Jeszcze chwila i postawiłaby cały szpital do góry nogami – powiedział, siadając nieco wygodniej. Prychnąłem zirytowany pod nosem.
    - Żeby się nie zapaliła z tej opiekuńczości.
    - Martwi się o ciebie.
   - Niepotrzebnie – burknąłem. - Skąd ona w ogóle wie, że jestem w szpitalu, że zemdlałem? - zapytałem, łypiąc groźnie na przyjaciela. Wzruszył ramionami.
    - Wbrew temu, jakie masz o niej zdanie, twoja mama jest twoim najwierniejszym fanem i kibicem. Poza tym, to twoja matka. Pewnie widziała relację w telewizji. Musiała się zmartwić.
    Przewróciłem ostentacyjnie oczami. Nie potrzebowałem jej troski.
    Ciężka cisza zagościła między nami na długie minuty. W głowie ciągle obrabiałem otrzymaną od libero informację, coraz dobitniej zdając sobie sprawę, że się… starzeję. Miałem nieodparte wrażenie, że gdyby moja matka wparowała teraz do tej niewielkiej, zielonkawej salki, w której mnie zamknięto, poczułbym się lepiej. Na Boga, w maju na kark miało mi wleźć dwadzieścia dziewięć lat! Okres młodzieńczego buntu powinienem zostawić za sobą już dawno temu…
    Leżąc na niewygodnym, szpitalnym łóżku nie zwracałem uwagi Ignaczaka, on jednak zdawał się nic sobie z tego nie robić. Nie spuszczał ze mnie wzroku, prawdopodobnie dogłębnie analizując każdą zmarszczkę na moim czole; w końcu nie wytrzymał i zapytał przez zęby:
    - Zibi, cholera jasna, co się dzieje?
    - Co, przesłuchanie przed komisją Krzysztofa Ignaczaka? - zakpiłem, ciągle podenerwowany wojną myśli toczącą się w mojej głowie. Nic nie robiłem sobie z tego, że pielęgniarka przyniosła mi leki i zaczęła mierzyć ciśnienie.
    - Martwię się o ciebie, jak przyjaciel o przyjaciela.
    - Nic mi nie jest, po prostu gorsza dyspozycja – powiedziałem, niedbale wzruszając ramionami. Igła popatrzył na mnie spod wysoko uniesionej brwi. - Poważnie! Czułem się źle, ale tak się ucieszyłem, że znowu mogę grać, że wszystko zlekceważyłem.
    - Tylko, że ty od kilku tygodni chodzisz jak śnięty. Zawsze brylowałeś kondycją, lubiłeś treningi na siłowni i błyszczałeś nieprzeciętna muskulaturą, a teraz…?
    - Krzysiu, czas mi nie służy – zaśmiałem się cicho, nisko.
    - Jestem starszy o dziewięć lat i lepiej się trzymam.
   - Aua! Cóż za pocisk - syknąłem teatralnie, zerkając przy tym krytycznie na Igłę. Atmosfera między nami zgęstniała i nawet biedna, starsza pielęgniarka musiała wyczuć to napięcie. Uwijała się jak w ukropie, byle jak najszybciej opuścić moją salę i zostawić nas samych.
    Czułem się już lepiej i chciałem jak najszybciej wyjść z tej białej, sterylnej puszki. Śpieszyło mi się do autobusu, do domu, do Rzeszowa. Miłego, zaśnieżonego, bardziej górzystego niż związanego z wybrzeżem Rzeszowa.
    Nienawidziłem szpitali. Nie cierpiałem morza. Chciałem już wrócić do siebie.
    Krzysztof poruszył się nerwowo na skrzypiącym siedzeniu.
    - Znowu chodzi o ten…
    - Stul dziób – warknąłem oschle, szybko zaciskając palce w pięści i ignorując ból w nakłutej dłoni. Byłem szczerze zaskoczony, że tej nocy nie zrobiłem rabanu na oddziale, budząc się z wrzaskiem, jednak nie mogłem powiedzieć, by było mi to nie w smak. Byłem wdzięczny, że w końcu choć troszkę się przespałem. Nie potrzebowałem, by Ignaczak wszystko psuł i wywlekał moje brudy za dnia.
    Czy ja naprawdę nie mogę mieć choć chwili spokoju?!
    - Zbyszek… - westchnął ciężko.
    - Nie! Przestań – huknąłem na niego. - Nie śpię od dwóch tygodni, bo sobie z tym nie radzę, nie rozdrapuj tego jeszcze bardziej.
    - Ale to było lata temu. Ciągle masz zadrę, wiem, ale przynajmniej czułeś się normalnie. Czemu nagle…
    - Nie wiem – wszedłem mu w słowo. - Nie wiem i nie chcę wiedzieć.
    - Doktor Kruś nadszarpnęła ci jakąś strunę? - zapytał nieśmiało, a ja parsknąłem śmiechem. Nie wiem, czy bardziej rozśmieszyła mnie aluzja libero, czy słowo „doktor” w określeniu do pani Psycholog Wspaniałej.
    - Ona się nawet nie zbliżyła do prawdy o krok. Myśli, że moje problemy zaczęły się na wieczorze kawalerskim Miśka…
    - To chyba w twojej gestii leży, byś wyrzucił z siebie to, co złe – odparł filozoficznie, spoglądając na mnie mało przychylnie. Westchnąłem ze znużeniem i przewróciłem teatralnie oczyma. Ile razy miałem mu to powtarzać?
    - Kiedy ja nie mam ochoty tego robić. I z tobą też nie chcę o tym rozmawiać – zastrzegłem, patrząc na Igłę spod byka.
    Nastąpiłem mu na odcisk. Martwił się, pewnie nie zmrużył oka. Jak znam Igłę, to zapewne siedział przy mnie całą noc mimo nalegań pielęgniarek, by wrócił do hotelu. Normalny człowiek zapewne podziękowałby za troskę, ja zmieszałem go z błotem. Taki byłem. Nie potrafiłem albo też nie chciałem się zmienić, nie wiem.
    Ignaczak zrobił się lekko czerwony na twarzy. Zgrzytał chwilę zębami, ignorując pulsującą na skroni żyłkę, w końcu ze świstem wypuścił powietrze przez usta i wstał z krzesła, zdzierając z jego oparcia swoją marynarkę z logiem Resovii na klapie.
    - W porządku – burknął kierując się do wyjścia. - Przyjedziemy po ciebie całą bandą. Nie zrób cyrku przy ordynatorze – ofuknął mnie i wyszedł, nie czekając na komentarz z mojej strony. Odprowadziłem go nienawistnym spojrzeniem i prychnąłem rozeźlony, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi. Pokręciłem z dezaprobatą głową i obróciłem twarz do okna. Zimowe słońce skutecznie mnie oślepiło.
    Cisza, jaka mnie otoczyła, coraz mocniej podnosiła mi ciśnienie. Zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech, próbując wyłapać jakikolwiek dźwięk. Coś, na czym mógłbym skupić myśli. Niestety, pomysł okazał się być wielkim błędem. Piski aparatury, do której byłem podłączony, charakterystyczny dźwięk wydawany przez kapcie pielęgniarek włóczących się po korytarzu, cherlanie jakiegoś pacjenta w sali obok i dokładający się do tego zapach środków czystości – to wszystko sprawiło, że o mały włos nie dostałem cholery. Dusiłem się w tym miejscu i jak na złość, nikt nie chciał mi pomóc, uwolnić mnie, wypuścić szybciej.
    Nerwowym ruchem zgarnąłem ze stolika butelkę wody, zaraz upijając z niej potężny łyk. Na tle czystego, błękitnego nieba rozpościerającego się za oknem, tańczyły drobne płatki śniegu. Westchnąłem. Dla zabicia czasu zacząłem liczyć kolejne dźwięki, wydobywające się z aparatury stojącej przy moim łóżku. Zastanawiałem się, jak zmieni się ich ilość, jeśli wstrzymam oddech albo zacznę szybciej oddychać, ot tak, dla zabawy. Gdy żmudna zgadywanka w końcu mnie znudziła, moje myśli powędrowały w stronę domowej apteczki, gdzie leżały nienapoczęte tabletki nasenne. Niby do każdego leku dołączona była ulotka, poza tym, internet wiedział wszystko. Nie znałem się jednak na łacińskich nazwach specyfików, jakich używano do produkcji poszczególnych leków. W mojej głowie nadal tliły się obawy, ale byłem już zmęczony. Wystarczyło mi kilka sekund, żeby powziąć decyzję: gdy tylko wrócimy do Rzeszowa, zacznę łykać te pigułki.

*  *

    - Myślałam, że Zbyszek nie chciał rozgłaszać informacji o swojej terapii – powiedziałam spokojnie, nieco podejrzliwie spoglądając na stojących przede mną siatkarzy, zwłaszcza na Ignaczaka. To nie była moja sprawa, komu libero rozgadał problemy Bartmana, ale nie mogłam powiedzieć, bym tolerowała podobne plotkarstwo. Zbigniew uważał Krzyśka za swojego przyjaciela i szczerze wątpiłam, by zrozumiał jego dobre intencje; nie w tym wypadku.
    Igła wyczuł, że intensywnie się w niego wpatruję i z pewnym zażenowaniem potarł dłonią kark. Opadłam plecami na oparcie mojego biurowego krzesła i założyłam ręce na piersi, oczekując wyjaśnień.
    - Wiem, że to był twój pomysł… - zaczęłam spokojnie, dłonią wskazując na tuptającego w miejscu Krzyśka. Był mocno podenerwowany, wręcz niezdrowo pobudzony.
    - Nie tak do końca – przyznał zarumieniony, zerkając kątem oka na spokojnego chłopaka po swojej prawej; zupełne przeciwieństwo Igły, przynajmniej w tamtej chwili. Uśmiechał się do mnie ciepło, stał wyprostowany; biła od niego przyjemna aura i ogromna pewność siebie. Wyglądał na miłego; był naprawdę przyjacielsko nastawiony. - Alek nieco mnie naprowadził przy którejś rozmowie.
    - Może nie jesteśmy z Bartmanem przyjaciółmi pierwszej wody, ale na piwo pójdziemy od czasu do czasu – przyznał brunet, uśmiechając się nieśmiało. Miał lekko zachrypnięty głos. Mówił z wyraźnym, wschodnim akcentem pasującym do jego niecodziennych rysów twarzy. Widać było, że nie jest stąd. W myśli nieśmiało podpięłam go pod nazwisko kapitana Asseco Resovii. - Rozmawialiśmy z Ignaczakiem, że dobrze byłoby, gdyby Zibi trafił do klubu gdzieś w Polsce. Wiedzieliśmy, że niewielu będzie go chciało w swoim zespole, bo niestety plotki na temat jego stylu życia mocno wyprzedziły fakty, przypięto mu niezbyt korzystną łatkę... i tak wspomniałem, że mojemu kuzynowi pomogła terapia – wzruszył ramionami, raczej z potrzeby chwili niż z chęci okazania swojego lekceważenia. - Krzysiek pociągał tutaj za sznurki.
    Skinęłam im głową, przenosząc wzrok na Kurka. Jego pamiętałam jeszcze z meczu treningowego; pierwszego, na którym byłam i jednocześnie w czasie którego pierwszy raz stanęłam z Bartmanem twarzą w twarz. Westchnęłam cichutko, wskazując go ruchem głowy.
    - A ty?
   - Ja się sam domyśliłem – oznajmił z rozbrajającym uśmiechem, wypinając dumnie pierś. Uśmiechnęłam się półgębkiem, gryząc się mocno w język. Był jak mały chłopiec, wprost nie mogłam odmówić mu uroku.
    - Przestaniesz się tak tym chwalić? - ofuknął go Ignaczak. Gdyby tylko Alek nie stał pomiędzy nimi jestem pewna, że libero dałby Bartoszowi po głowie. - Nie ma się czym chełpić.
    - No dobrze, dobrze – uspokoiłam ich. - W takim razie mówcie, o co chodzi? Nadal nie wiem, z czym do mnie przychodzicie? - zapytałam, układając papiery w organizerze. Za kilka chwil miałam spotkanie z młodą dziewczyną po amputacji ręki poniżej łokcia, później do mojego gabinetu miał zawitać Grzesiek. Wizyta siatkarzy była dla mnie mocno zaskakująca, poza tym odbyła się w najmniej odpowiednim momencie. Złapali mnie w czasie krótkiej przerwy śniadaniowej, całkowicie mi ją odbierając, ale nawet nie zdążyłam ich wyrzucić, tak bardzo mnie zatkało, gdy weszli tu za Kaśką. Czasu miałam jak na lekarstwo, musiałam przygotować się do wizyt z moimi pacjentami.
    Słysząc jedynie ciszę, przerywaną szelestem papierzysk w moich dłoniach, zaczęłam się niecierpliwić. Wzniosłam oczy na stojących w równym szeregu sportowców i automatycznie uniosłam brew do góry. Uciekali spojrzeniem, pocierali nerwowo ramiona, rumienili się. Żaden nie miał zamiaru powiedzieć, z czym tak naprawdę przyszli do mojej kliniki.
    Usiadłam nieco wygodniej, nie spuszczając ich z oka. Czekałam, aż w końcu zbiorą się na odwagę, bębniąc palcami o kolano ukryte pod grafitową spódnicą.
    - Zbyszek nie chwali się nam, o czym rozmawiacie – powiedział w końcu Ignaczak, patrząc w obraz za oknem. Deszcz bębnił o parapety, zniechęcając do wychodzenia na dwór. - Do tej pory nie było w nim widać wielkich zmian, przynajmniej na pierwszy rzut oka – zaśmiał się cicho. Jego oczy błyszczały w świetle zawieszonej nad jego głową lampy. Zdawało mi się, że widzi coś poza horyzontem; coś, co tylko on jeden mógł dostrzec. - Mimo to uważam, że rozmowy z tobą, jakiekolwiek one nie są, dużo mu dają. Zaczął się nad sobą zastanawiać, w ogóle myśli nieco więcej, niż kiedyś. Tylko… ostatnio, tak jakoś nagle… zdziczał.
    - Zdziczał? - zdziwiłam się, mrugając szybko. Kurek pokiwał gorliwie głową, zachęcony małym wstępem kolegi z drużyny.
    - Nie wychodzi nigdzie. Siedzi na hali albo w domu, nie daje się go nigdzie wyciągnąć.
    - To nawet nie o to chodzi, może być zmęczony, w końcu haruje jak wół – powiedział Alek, marszcząc zabawnie nos. - Ale ostatnio nic do niego nie dociera. To nie tak, że on nie chce słuchać, zamyka się na nas, tylko… Jakby to...
    - Jakby był za ścianą – wtrącił Bartek. - Mówisz do niego, przytakuje ci, nawet powtórzy za tobą każde słowo, ale zapomina w pół sekundy.
    - Ma strasznie obniżoną koncentrację, jakby wiecznie bujał w obłokach.
    - Albo jakby był na haju… - mruknął Bartek. Ignaczak wywrócił oczami i pacnął się otwartą dłonią w czoło.
    - Kurek, panuj...
   - Więc może powinien iść do lekarza? - zapytałam, nie bardzo rozumiejąc, czego ode mnie oczekiwali. Popatrzyli po sobie z zaskoczeniem. - Panowie, ja jestem psychologiem, nie medykiem. Chyba powinniście o tym powiedzieć waszemu trenerowi czy lekarzowi w klubie, nie mi. To, co mówicie wygląda na przemęczenie, ale ja z tym nic nie zrobię. Może Zbyszek powinien zrobić badania, wziąć wolne… - rozłożyłam bezradnie ramiona i pokręciłam głową. Siatkarze popatrzyli po sobie niepewnie i westchnęli ciężko.
    - To nie przemęczenie. Z nim się dzieje coś złego – powiedział Alek dużo ciszej. Otworzyłam szerzej oczy i popatrzyłam na niego jak na, nie przymierzając, wariata. Nie miał podstaw, by tak sądzić.
    - Jakby za dużo myślał… - szepnął Bartek, nieco wycofany po ostatniej reakcji Ignaczaka na jego komentarz. Tym razem jednak, libero nie zrugał kolegi. Popatrzyłam na niego nieco z boku, coraz mocniej wyprowadzona z równowagi. Krzysiek przestępował nerwowo z nogi na nogę, jakby chciał mi coś jeszcze powiedzieć, ale przez kolejne minuty żadne słowo nie opuściło jego ust. Pokręciłam ze zrezygnowaniem głową. Martwili się o kolegę i było to bardzo miłe z ich strony, ale co ja mogłam?
    - Słuchajcie, nie jestem cudotwórcą – powiedziałam, wstając powoli z krzesła. Dałam tym jednoznaczny sygnał, by opuścili mój gabinet. - Rozmawiam z nim, staram się pomóc, ale nie mam wpływu na jego dyspozycję na treningach czy w czasie wolnym. Jeżeli dzieje się z nim coś niedobrego pod kątem fizycznym, niech idzie do lekarza – powtórzyłam. - A teraz bardzo was przepraszam, ale za pięć minut mam pacjentkę.
    - Jasne – bąknął Alek, ciągnąc Bartka za rękaw kurtki.  - Chodźcie. My też za chwilę mamy zajęcia. Dzięki za wysłuchanie nas – mruknął do mnie przez ramię, po czym wyszedł na korytarz. Odprowadziłam delegację siatkarzy wzrokiem i gdy już byłam pewna, że zamkną za sobą drzwi, Ignaczak cofnął się o dwa kroki.
    - Jego coś trapi – powiedział cicho, z przejęciem. Nadstawiłam ciekawie uszu. - Nie sypiał za dobrze, miał koszmary. Jeżeli jest przemęczony, to jest to efekt, nie przyczyna problemu. Nie rozmawia ze mną, jest uparty jak osioł, ale podejrzewam, że… - zamknął usta, kręcąc głową.
    - Że? - dopytałam, próbując spotkać się z libero wzrokiem. Teraz, kiedy naprawdę mnie zainteresował, nie miałam zamiaru mu odpuścić.
    - Za bardzo dał dojść do głosu swojej przeszłości – powiedział cicho; ciarki przeszły przez całe moje ciało. Z jego twarzy bił chłód i niewyobrażalny dystans, może nawet ból. On doskonale wiedział, co stoi za Bartmanem. Odniosłam wrażenie, że zna go dużo lepiej, niż chciałby przyznać. - Przeszłości, o której, jak zakładam, ciągle ci nie powiedział – westchnął i zaśmiał się nerwowo, palcami trąc czoło. - Z nim jest źle, Francesca – szepnął. Serce stanęło mi w gardle. Rzadko kiedy Ignaczak zwracał się do mnie po imieniu; musiało być naprawdę nieciekawie, skoro zdecydował się na ten ruch. - To go zżera od środka, a ja nie potrafię mu pomóc – jęknął. W szarych oczach siatkarza tliły się łzy. Otworzyłam usta, chcąc zapytać o cokolwiek więcej, znaleźć jakiś punkt zaczepienia, gdy nagle koło Ignaczaka zmaterializowała się Rzepecka, psując mi wszystkie plany.
    - Przepraszam, pani doktor, ale Klaudia właśnie przyszła – powiedziała niepewnie, zerkając na Krzyśka szybko ocierającego oczy dłonią. Przez kilka sekund spoglądałam to na nią, to na libero, nie wiedząc co robić, by w końcu cmoknąć z pewną irytacją pod nosem. Miałam swoje obowiązki.
    - Niech wejdzie. Zrób jej herbaty, dobrze?
    - Oczywiście.
    - Igła? - zapytałam, gdy ten uciekał bez słowa na korytarz. Cofnął się niepewnie i popatrzył na mnie nad ramieniem. - Obiecuję… - zaczęłam. Głos uwiązł mi w gardle; bałam się, że zacznie drżeć, zdradzając moją panikę. Odchrząknęłam cicho i zacisnęłam dłonie w pięści, nie spuszczając wzroku z twarzy Krzysztofa. - Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby w końcu poczuł się lepiej. Pomogę mu. Obiecuję.
    Skinął mi głową, bez słowa. Nawet się nie uśmiechnął, po prostu wyszedł, zostawiając mnie samą z szalejącą burzą myśli i wyrzutów sumienia. Dosłownie dwie minuty później próg mojego gabinetu przestąpiła piętnastoletnia dziewczyna o czarnych, prostych jak struny włosach, a ja z wymuszonym uśmiechem opadłam na krzesło. Trzęsły mi się dłonie i długo nie mogłam zebrać myśli, co chwilę przepraszając moją pacjentkę za taki brak profesjonalizmu. Na szczęście Klaudia miała całkiem dobry humor i cały czas się śmiała, ale ja nie mogłam powiedzieć, by jej nastrój mi się udzielił. W głowie ciągle huczało mi od pytań i pojedynczych słów wypowiadanych przez Krzyśka. Uporczywie szukałam jakiegoś tropu, chwytałam się każdego z nich i obrabiałam je w ustach w każdy możliwy sposób, by po chwili z rozgoryczeniem uznać ślad za ślepą uliczkę. W tamtej chwili pierwszy raz, odkąd zaczęłam pracę ze Zbyszkiem poczułam, że tracę grunt.
    Obiecałam Igle, że pomogę Bartmanowi. Chciałam to zrobić. Chciałam zobaczyć uśmiech na jego twarzy po naszej ostatniej sesji, móc ją zakończyć z lekkim sercem i czystym sumieniem. Pragnęłam mu pomóc, naprawdę. W mojej głowie zrodziło się jednak pytanie, czy aby na pewno jestem do tego zdolna…?

*  *

Opadłem na parkiet, przysysając się chciwie do butelki z wodą. Piłem łapczywie, mocno zaciskając powieki z bólu. Pot lał się po mnie strumieniami; czarna, treningowa koszulka przykleiła się do mojego ciała na całej szerokości. Byłem pewien, że gdy w końcu wstanę, na podłodze zostanie mokra plama w kształcie mojego tyłka. Nomen-omen, całkiem zgrabnego. Z trudem panowałem nad oddechem, byle się nie zakrztusić, choć miałem wrażenie, że w płuca wbija mi się miliard igiełek. W ustach czułem metaliczny posmak.
    - Te, bo się udusisz! Wolniej! - zakpił Kurek, siadając koło mnie na podłodze. Dyszał ciężko, zaczesując wilgotne włosy dłonią. On też był wyczerpany, jednak oblicze zmęczonego Bartka nijak miało się do mojego. Dałbym sobie rękę obciąć, że byłem czerwony niczym burak.
    Z głośnym westchnieniem upuściłem pustą butelkę na parkiet i podparłem się dłońmi za plecami, odchylając głowę w tył. Oddech miałem płytki, głośny; powietrze ze świstem uciekało z moich ust, nie chcąc zostać w płucach dłużej niż jedną, pieprzoną sekundę. Zacisnąłem powieki, widząc pod nimi wielobarwne, pulsujące iskry. Kręciło mi się w głowie nawet pomimo faktu, że nie widziałem otaczającego mnie świata. Poza dudnieniem krwi w skroniach i łomotaniem skatowanego wysiłkiem serca, nie słyszałem kompletnie nic. Miałem wrażenie, że jeśli otworzę oczy, widowiskowo się zrzygam.
    Kurwa, zaraz mi płuca rozerwie!, wydyszałem do siebie w myślach, powoli kładąc się na podłodze. Nie wytrzymywałem tempa narzucanego nam przez trenerów. Byłem nieco otępiały, jakbym znajdował się za grubą szybą. Nie dawałem sobie rady fizycznie, pociłem się dwa razy więcej niż normalnie i nawet cała butelka wody nie pozwalała mojemu organizmowi wrócić do względnej homeostazy. Ciągle chciało mi się spać, nie wspominając o tym, że zrobiłem się uległy i potulny jak baranek. Nie miałem siły, by narzucać komukolwiek własną wolę...
    Takie były skutki uboczne działania leków. Pięciostronicową ulotkę znałem już prawie na pamięć, tak wiele razy ją wertowałem. Miałem wiele wątpliwości, argumentów przeciw, ale uparłem się i twardo trwałem w swoim postanowieniu ze szpitala. Chciałem tylko mieć pewność, że w razie przedawkowania czy jakiegokolwiek wypadku będę wiedział, jak się zachować…
    Odkąd łykałem to świństwo wiecznie miałem uczucie podduszania, topienia się; nie mogłem nabrać odpowiedniej ilości powietrza w płuca, mój oddech stał się płytszy i nieco częstszy niż do tej pory, jakby nagle zmniejszyła mi się objętość płuc. Spadła mi wydolność, o zwinności nie wspomnę. Mimo to nie zrezygnowałbym z tego za żadne skarby! Byłem nieprzytomny w trakcie dnia, chyba nawet przygłuchłem, bo nie wszystkie polecenia trenerów do mnie docierały, ale nie miałem zamiaru porzucać mojej samozwańczej kuracji.
    Od kiedy brałem leki nasenne, w końcu czułem się wypoczęty, przynajmniej psychicznie. Nic mi się nie śniło, a jeżeli jednak mózg projektował mi w nocy różne ciekawe rzeczy, nie pamiętałem ich. Nic nie wyrywało mnie ze spokojnego, błogiego snu; czasami nawet budzik nie mógł się przedrzeć do mojego uśpionego „ja”, więc zacząłem ustawiać sobie kilka dzwonków, co dziesięć minut. Inaczej notorycznie zasypiałbym do roboty. Nie zdajecie sobie nawet sprawy, jak wielką ulgę przynosiły mi te niepozorne, zielone pigułki! Wystarczyło, że wziąłem jedną wieczorem, poszedłem pod ciepły prysznic i po dwudziestu minutach moje powieki stawały się cięższe od ołowiu. Przyznaję, od tego cholerstwa nieco bolała mnie głowa, ale wystarczyło, że przyłożyłem ją do poduszki i nagle pochłaniała mnie czarna dziura. Dosłownie zwalało mnie z nóg; nawet nie zauważałem momentu, w którym zaczynałem odpływać i zasypiać. Cały proces trwał może pięć sekund, jakby ktoś odcinał mi dopływ prądu, włączał niewidzialny przycisk, przestawiał mnie na zupełnie inny tryb. Okay, były problemy z budzeniem się, nie miałem tyle energii co wcześniej, ale nie. Nie oddałbym tych „pustych” nocy za możliwość szybszego biegania na treningach. Za nic.
    Głośne klaśnięcie rozeszło się echem po hali na Podpromiu. Niechętnie uniosłem głowę i popatrzyłem w kierunku, z którego nadszedł hałas. Ogonowski wyrzucał z kosza żółto-niebieskie mikasy; Kowal ciągle uderzał teczką o rozpostartą dłoń, by zwrócić na siebie naszą uwagę. Po sali przemknął jęk rezygnacji, nikt jednak nie chciał powiedzieć choćby słowa. Wstaliśmy powoli ze swoich miejsc, niektórzy wytarli ramiona i twarze ręcznikami, po czym każdy zaopatrzył się w piłkę, w ciszy czekając na polecenie od pierwszego trenera.
    - Musicie nieco poprawić zagrywkę – oznajmił Andrzej, przeglądając swoje notatki. - W czasie meczu z Bełchatowem nie możecie sobie pozwolić na jakąkolwiek dekoncentrację, nie wolno wam oddać pałeczki Skrze. To ich ostatnia szansa na dobicie się szturmem do półfinałów walki o mistrzostwo, więc będą próbowali wszelkich możliwych sztuczek. Musimy uzbroić się w opanowanie i doszlifować elementy, które napsują im krwi. Bełchatowianie nie mają w tym sezonie Winiarskiego, Conte jest kontuzjowany, a sam Marechal niewiele zdziała w przyjęciu, tym bardziej, że ktoś musi wspomagać chorego Wlazłego na ataku. Nie wiem, jak Falasca zamierza poradzić sobie z tyloma brakami, bo nie ma zbyt bogatej ławki rezerwowych, ale to nie nasz problem. A wam za cholerę nie wolno lekceważyć przeciwnika – powiedział ostro, w końcu podnosząc na nas wzrok. Przeskakiwał z twarzy na twarz i dopiero w chwili, gdy upewnił się, że każdy go słucha i rozumie, popatrzył w statystyki. - Ostatnie pół godziny zajmiemy się floatem. Trzeba narzucić nasze warunki od pierwszej akcji i zdominować ich trudną w odbiorze zagrywką, wtedy zaczną się denerwować i wypadną z rytmu. Dalej powinno pójść gładko. Wszystko jasne? - zapytał zadowolony. Pokiwaliśmy głowami, cały czas starając się unormować oddechy. - No, to piłki w dłonie i do roboty! Raz, raz, raz! Czas to pieniądz, a tego mamy tyle, co nic!
    - On nas kiedyś zarżnie – westchnął Drzyzga, człapiąc koło mnie. Obracał piłkę w dłoniach, z każdym krokiem kiwając się na boki, niczym pingwin. Miałem ochotę sprzedać mu liścia w potylicę, żeby się ogarnął, ale nie miałem siły unieść ręki. Wzruszyłem niedbale ramionami.
    - Co narzekasz, zawsze taki był. Jak nie da nam w kość już od pierwszej sekundy, to uważa zajęcia za stracone.
    - Ale chyba nie musi nam aplikować czterdziestopięciominutowej rozgrzewki bieżnej na każdym treningu? - zapytał cicho Nowakowski, mamrocząc coś jeszcze pod nosem. Uśmiechnąłem się lekko, odbijając piłkę od parkietu. Przestrzeń dookoła mnie wypełniły piski trących o parkiet butów i huk, jaki tworzył się po zderzeniu piłki z ręką siatkarza, podłogą, czy nawet ścianą i plastikowymi krzesełkami na trybunach. Libero ćwiczyli poza boiskiem z drugim trenerem, żebyśmy i my nie odstawali w obronie podczas meczu. Widziałem, jak Ignaczak co chwilę przewraca się na parkiecie i tworzy wymyślne figury, byle jak najszybciej ponownie wstać na nogi. Zaśmiałem się cicho pod nosem i wziąłem głęboki oddech, starając się kontrolować wypuszczane przez usta powietrze.
    Wyrzuciłem piłkę wysoko w górę, podbiegłem do niej, wygiąłem się maksymalnie w tył i sieknąłem ją z całej siły. Widziałem, jak Krzysiek kręci z politowaniem głową. Zawsze uważał, że popisuję się na treningach.
    Jakby sam tego nie robił, strzelając fikołki po każdej obronie. Pajac.
    Wziąłem kolejną piłkę i po raz kolejny włożyłem całą swoją siłę w uderzenie jej. Uśmiechnąłem się nikle, gdy Johen odskoczył w bok, w ostatniej chwili uciekając przed lecącym w niego pociskiem. Muszę przyznać, że go nie zauważyłem, gdy obierałem tor lotu piłki, ale… ćwiczenie zwinności chybaby mu nie zaszkodziło, prawda?
    Odsunąłem się kilka kroków w tył, czekając, aż jedna z piłek przejdzie nad siatką i dotoczy się do mnie swobodnie, po czym zaserwowałem po raz trzeci. Tym razem uśmiechnąłem się naprawdę szeroko. Skóra dłoni piekła mnie przyjemnie po kontakcie z powierzchnią piłki. Bawiło mnie to. Zdawało mi się, że już dawno nie czułem tyle satysfakcji z pracy na treningu. Może po prostu potrzebowałem nieco się wyżyć?
    - Zibi? - twardy głos Kowala zwrócił moją uwagę, gdy szykowałem się do kolejnego wyskoku. Złapałem opadającą powoli piłkę w obie ręce i ze zdziwieniem popatrzyłem na oblicze trenera. Ściągał ku sobie brwi w wyraźnym niezrozumieniu, dłonie opierając na biodrach. Głowę przechylił lekko na lewe ramię, z teczki trzymanej w zaciśniętej dłoni spływały mu jakieś dokumenty. - Co ty robisz? - zapytał skonfundowany, nie zwracając uwagi na papierzyska czy resztę drużyny. Rozejrzałem się zdezorientowany na boki. Przez chwilę nie byłem pewien, czy trener aby na pewno mówi do mnie.
    - Ćwiczę zagrywkę – oznajmiłem spokojnie i o mały włos nie wzruszyłem ramionami. Brwi Kowala poszybowały po jego czole w górę, tworząc na nim dwie długie bruzdy.
    - Tak? Taką, jak prosiłem? - zapytał. Wyglądał tak, jakby powstrzymywał się od wybuchu śmiechem, wprowadzając mnie w stan całkowitej bezradności. Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi. - Miał być float. Opadającą zrobisz w Bełchatowie więcej szkód, niż szybką i siłową piłką.
    Kilka krótkich sekund stałem w ciszy. Nie chciało mi się wierzyć, że znowu nie zrozumiałem polecenia. To już zaczynało być krępujące… Skinąłem mężczyźnie głową na znak zgody. Zagryzłem lekko wargę, podrzuciłem sobie piłkę i tym razem uderzyłem ją o wiele lżej. Mikasa zatoczyła łagodny łuk w lewo i upadła Holmes'owi pod nogi. Niepewnie zerknąłem na Kowala. Miałem chęć zapaść się pod ziemię, czułem się jak niedouczony młokos. Andrzej tymczasem parsknął śmiechem pod nosem i pokręcił lekko głową.
    - Skup się, Bartman – rzucił do mnie, zaraz schylając się po papierzyska leżące na parkiecie.
    - Jasne – bąknąłem do siebie pod nosem, tym razem ledwie muskając piłkę palcami.
    Wspominałem o efektach ubocznych pigułek nasennych? Tak, to było najgorsze: sytuacje, gdy zupełnie bez powodu i jakiegokolwiek ostrzeżenia, traciłem rezon. Przecież słyszałem, jak Kowal wydaje nam polecenie. Razem z całą drużyną powtarzałem, że rozumiem; widziałem co zagrywają chłopaki obok mnie i naprzeciwko, po drugiej stronie siatki. Czemu więc zapomniałem o tym, co mam robić, gdy tylko przekroczyłem linię dziewiątego metra po raz pierwszy?
    Miałem problem z tym, żeby się skupić, bezsprzecznie. Rozpraszało mnie dosłownie wszystko i obawiałem się, że mimo lepszej dyspozycji na treningach niż przed tym feralnym omdleniem, nie dostanę się do wyjściowej szóstki na mecz z Bełchatowem. Szczerze mówiąc, gdybym to ja był trenerem, tobym siebie nie wystawił – w tamtej chwili ryzyko, iż nie wytrzymam presji, było zbyt duże jak na wagę meczu. Cholernie mnie to frustrowało…
    Starając się myśleć tylko i wyłącznie o prędkości jaką nadaję piłce, jej łukowatym torze lotu, spędziłem na ćwiczeniu opadającej dobre dwadzieścia minut. Bark bolał mnie już od machania ramieniem, więc wziąłem ją pod pachę i wolną dłonią zacząłem masować sobie obolały staw. Jasne, miałem trening, ale do cholery, nie byłem robotem, tak?
    - Andrzej? - usłyszałem nagle po swojej lewej. Zwróciłem się w kierunku wejścia na halę i dostrzegłem naszego klubowego lekarza. Jakub wszedł na boisko pewnym, aczkolwiek sztywnym krokiem. Był poważny, cały czas zachowywał pokerowy wyraz twarzy. Ruchy miał jak z drewna i w żądnym razie nie pozwalał sobie na spojrzenie na któregokolwiek z siatkarzy. Aż ciarki przebiegły mi po skórze;nigdy się tak nie zachowywał. Temperamentem zwykle dorównywał Igle. - Mogę cię na chwilę prosić? - zapytał, stając do nas plecami i pokazując białą, sztywną kartę trenerowi. Ustawił się w taki sprytny sposób, by żaden z zawodników nie dojrzał szczegółów, nie podsłuchał ani słówka z cichej rozmowy, jaką prowadził z Kowalem. Zdążyliśmy jednak zarejestrować jeden, bardzo ważny fakt. Jakub podał trenerowi książeczkę zdrowia. Książeczkę jednego z nas. Jego zachowanie zaś mówiło jedno: coś jest nie tak.
    Kowal zmarszczył czoło i pokiwał powoli głową, przykładając palce do ust. Myślał nad czymś intensywnie, po czym po raz kolejny skinął Kubie. Wziął teczkę pod pachę i przeciągnął spojrzeniem po całej drużynie. Spora część patrzyła na niego z obawą w oczach; również ja poczułem się dziwnie niekomfortowo. Kuba wyglądał na naprawdę przejętego. Kilka dni temu robiliśmy badania kontrolne; teraz rozgrywki weszły już w fazę play-off i nikt nie chciał odpuszczać. Ale czy to mogło oznaczać, że któryś z nas przesadził?
    - Czego podsłuchujecie? Ćwiczyć te zagrywki! Zaraz wrócę! - zawołał trener, po czym wyszedł za lekarzem z hali, zostawiając nas samych sobie. Popatrzyliśmy na siebie, część wzruszyła niedbale ramionami. Ogonowski gwizdnął przeciągle na palcach, kierując nasze myśli ponownie na boisko; nie minęła minuta, gdy ciszę znowu przerwały odgłosy odpowiednie treningowi. Zaraz też atmosfera stała się dużo luźniejsza; Ignaczak niedokładnie odebrał piłkę od drugiego trenera i uderzył nią młodego Drzyzgę w łeb. Fabian, nie zwracając uwagi na szkoleniowca, rzucił się na naszego libero z bojowym okrzykiem, wyrywając nam z piersi gromki śmiech. Krzysiek z trudem poderwał się z ziemi, ślizgając się na mokrym od potu parkiecie i ruszył biegiem w stronę ławek. Przeskoczył nad bandami, w locie rzucając w Fabiana zrolowanym ręcznikiem, po czym padł z łoskotem na podłogę. Parsknęliśmy tubalnym śmiechem, podbiegając do rozpłaszczonego Ignaczaka. Żarty żartami, ale gdyby ten wariat połamał się w takim momencie sezonu, zabilibyśmy go z czystym sumieniem, każdy na inny, równie okrutny i wymyślny sposób. Okay, mieliśmy bogatą ławkę rezerwowych, a Żurek całkiem ładnie dawał sobie radę, ale to Ignaczak był jednym z najlepszych libero na świecie. To na niego stawiał trener i my.
    - Oczadziałeś? - zapytałem, wyciągając do przyjaciela rękę i ciągle krztusząc się od śmiechu. Krzysiek dyszał głośno, uśmiechając się wesoło, rozkrzyżowany na parkiecie. Powoli wyciągnął do mnie dłoń i dał się szarpnąć w górę.
    - Przynajmniej mogłem chwilkę poleżeć i złapać oddech – westchnął, puszczając mi oczko. Otrzepał tył koszulki i tyłek z niewidzialnego kurzu i parsknął niewyraźnie, widząc kulającego się ze śmiechu na podłodze Fabiana.
    - Równo was popierdoliło – parsknął Kurek, z całej siły waląc zapłakanego Drzyzgę w ramię. Tamten nawet się nie zająknął, ciągle próbując złapać oddech.
    - Co wy znowu robicie? -  Kowal niespodziewanie stanął za naszymi plecami, nachmurzony i zdegustowany. Nim zdążyliśmy się odezwać, obrócił się do swojego asystenta. - Marcin, czemu ich nie zaganiasz do roboty?! - huknął. Ogonowski zamrugał szybko, zaskoczony reakcją współpracownika. Nas również zdziwił ten wybuch; Kowal trzymał nas twardą ręką, ale zazwyczaj był oazą spokoju. Rzadko kiedy pozwalał sobie na okazywanie takiej wściekłości. - Mecz za dwa dni, a Wy się wydurniać przyszliście? Jesteście w pracy czy na placu zabaw, do jasnej cholery?! Pod siatkę i skakać do bloku ostatnie piętnaście minut, już!
    Skuliliśmy się nieco i żwawo odrzuciliśmy piłki do kosza, po czym grzecznie podeszliśmy na środek boiska, mamrocząc do siebie komentarze pod adresem trenera.
    - Bartman! - krzyknął na mnie. Spojrzałem na niego i krew stężała mi w żyłach; z takim chłodem i złością jeszcze nigdy w życiu na mnie nie patrzył.
    - Tak, tren…
    - Do mnie! - zawołał niskim, groźnym głosem, obrócił się na pięcie i wypadł z hali na korytarz. Zamrugałem szybko, całkowicie zbity z pantałyku i gdyby Nowakowski nie pchnął mnie lekko w przód, byłbym tak stał do końca treningu, jeszcze bardziej wkurzając Andrzeja. Przełknąłem głośno ślinę i pobiegłem truchtem w dobrze znanym kierunku. Zapukałem w ciemne, ciężkie drzwi i bez czekania na odpowiedź, wszedłem do gabinetu trenera.
    Zamurowało mnie. Dwoje naszych fizjoterapeutów stało pod oknem z założonymi na piersi rękoma i patrzyło na mnie ze smutkiem; Jakub opierał się biodrem o biurko i tupał nerwowo nogą, za żadne skarby nie chcąc na mnie spojrzeć, za to Kowal dosłownie biegał po swoim gabinecie wielkości pięć na siedem. Patrzyłem na nich w osłupieniu, nie mogąc wydać z siebie żadnego dźwięku i dopiero kliknięcie zamka w drzwiach zaanonsowało moje przyjście.
    Wściekły trener spojrzał w moim kierunku i porwał coś z biurka.
    - Wytłumacz mi to! - ryknął, rzucają we mnie moją książeczką zdrowia.

*  ~

Yoł, ziomki i ziomeczki. Jestem tu o tak nieprzyzwoitej porze, bo Annie Kannie tak mnie ładnie o to prosiła, że nie szło domówić ;p Sorki, że to "po godzinie 0" jest prawie o 1, ale nie mogłam się dostać do laptopa.
Witam po przerwie ;) Opalona, wypoczęta. W Budwie przysiadłam sobie na ławeczce poetów i pisarzy, wena na mnie spłynęła, można działać ;> Poza tym, kiedy na zadku auta czytasz "Skoda Fobia" zamiast "Skoda Fabia" to znak, że czas wrócić do pisania xD Także jestem. Cieszyta się? :P Cieszymy! Ha, ciekawe jak długo xD Mam 3 ogłoszenia, które dać muszę. Stety bądź niestety, sama już nie wiem, ale jedno może będzie dla Was wskazówką, może przestrogą, czegoś się może dowiecie ;) Więc polecam przeczytać. Z góry przepraszam za pretensjonalny ton, ale jak postawicie się w mojej sytuacji, to podejrzewam, że zrozumiecie.

1. MIĘDZY GŁÓWNYMI BOHATERAMI NIE MA ŻADNEGO UCZUCIA, MIŁOŚCI ANI MOTYLKÓW W BRZUSZKACH. Widać to zdanie? Bo większego capslocka nie zrobię :P To, że Zbyszek podoba się Fran nie oznacza, że ona go kocha. Bartman pociąga ją fizycznie, nic więcej. Podnieca ją, fascynuje. To nie jest uczucie, żadna miłość, żadnych deklaracji nie było, nie ma i nie będzie... no może coś później pomieszam, ale uwierzcie mi, że na samiuteńki koniec. Miłość, zakochanie - to są duże, mocne słowa. Nie nadużywajmy ich. Poza tym w obecnej chwili Zbyszek traktuje Kruś jak zło konieczne. To truteń, który mu wlazł w życie prywatne, zabiera jego czas, zabrania różnych rzeczy i jeszcze każe mu rozdrapywać stare rany. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że Francesca wku....rza naszego siatkarza. Mogę Wam jedno obiecać. Będzie jeszcze czas na różne zawirowania, ten tekst jest jak puzzle przedstawiające obraz wzburzonego morza, złożone z 5000 kawałków... Ale miłości jest tu tyle co kot napłakał.

2. Dziesiąta fobia jest w pewien sposób przełomowa, więc polecam czytać za dwa tygodnie w skupieniu i na siedząco ;) Poza tym, "Fobie" w wordzie już prawie dobiegły końca (obecny stan możecie podglądać w zakładce "Fobie", na bieżąco aktualizuję daty nowych postów - choć mogą ulec zmianie!). W związku z tym zaczęłam się zastanawiać, co dalej i myślę, że po jakiejś przerwie jestem skłonna skierować się ku opowiadaniu o Endrju, jednak. Nie odpocznę przy nim za cholerę, ale przypomniałam sobie, jak miało ono wyglądać i już mnie świerzbią palce :>

3. Zaczynam pracę i nie do końca wiem, jak będę stała z czasem. Notki będą według planu, co 2 tygodnie w piątki, ale nie pytajcie czy rano czy wieczorem, bo naprawdę nie mam pojęcia :P Jeżeli z jakiś niezależnych ode mnie przyczyn notka nie pojawi się w terminie, będzie od razu następnego dnia, słowo harcerza (którym nigdy nie byłam... ciiiicho xD).

23 komentarze:

  1. Godzina 0:50, a mój telefon zaczyna wariować. Dlaczego? Nowy komentarz w spamie, o nowym rozdziale. Myślę: "Czy ona nie może ludziom dać spać?" Ale nic.

    Zbigniew. Jest dla mnie jedną wielką niewiadomą, bo on boi się dać sobie pomóc. Rozumie, że się powoli wykańcza. Chyba nawet powoli potrafi się przed sobą przyznać, że sobie nie radzi. Ale z drugiej strony jest tak cholernie dumny, że nie powie o tym Fran czy Krzyśkowi. Wielkie ego czy strach? Jeszcze nie wiem.

    Fran. Ej, ale ja nie twierdzę, że między nimi coś jest! Krokiem przełomowym było zdanie, że on jej się podoba. Bo mam wrażenie, że teraz będzie jej coraz trudniej. Obiecała, że mu pomoże, jednak czy będzie potrafiła zachowywać się przy nim w pełni profesjonalnie? Czuje do niego fizyczny pociąg i chyba ona też potrzebowałaby chwili przerwy i spojrzenia na to wszystko z innej perspektywy.

    Krzysiek. On się naprawdę bardzo przejmuje. Co jest dla mnie w nim najlepsze? Chyba właśnie to bohaterstwo. Stara się mu pomóc, ale też szanuje to, że gdy będzie gotowy sam wszystko wyjaśni Kruś.

    Mam jeszcze jedną niewiadomą: co z fobią Fran...

    ściskam, ret.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To Winna Kannie >.< proszę na mnie nie krzykać :P
      Wszystko się wyjaśni, stopniowo :) Obiecuję, że już niedługo

      Usuń
  2. Hejo :*
    Szkoda mi Zbyszka, nawet nie wiem co napisać :P
    Nie mam dziś weny :/
    Rozdział super, dużżżżżżżoooo szczegółów :D
    Piosenka super !
    Pozdrawiam Dooma :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe, co takiego jest Zbyszkowi? Taka tajemnicza postać, która najlepiej chciałaby ukryć się przed światem. Zmienia się z rozdziału na rozdział. Wiedziałam, że miłość tutaj się szybko nie pojawi, ale to dobrze. Również tak samo, jak Ret zastanawiam się co z fobią Fran. Na to wygląda, że wszystko w swoim czasie :) Rozdział genialny! Linki do swoich blogów pozostawię w spamie tak jak prosisz. Fajna piosenka! Życzę weny i pozdrawiam ;* Do 12 :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam nową czytelniczkę! ;) Dziękuję za komentarz i mam nadzieję, że zostaniesz tu na dłużej ♥ Ja lubię tajemniczość, gdy autor nie podaje wszystkiego na tacy i sama staram się pisać w ten sposób, więc jeszcze chwilkę musicie poczekać na rozwiązanie wszystkich zagadek ;)

      Usuń
  4. Zbigniew nie lubi szpitali, dlaczego mnie to nie dziwi? 😄 Sama nie lubię tego miejsca. xD Ale wracając. Zbyszek to taka wielka niewiadoma jak dla mnie. W jednym momencie jest milutki, a za chwilę staje się zimny, zdystansowany. Jednak nasz Krzysiu i spółka na przekór jemy idą do Fran, a Igła jak to on, za dużo mówi. No rozumiem, że chce pomóc przyjacielowi, ale nie powinien wtykać aż tak bardzo nos w jego sprawy. W końcu jak będzie chciał powiedzieć co tak naprawdę siedzi mu w głowie to to zrobi, przełamie się i już później pójdzie z górki. Ale najpierw sam musi dojść do tego, przełamać swoje obawy. :) Ciekawi mnie jeszcze ta końcówka. Cóż ten Zbysiu znów narobił? Czyżby to wina tych tabletek? Jestem tego bardzo ciekawa! :)
    Z niecierpliwością czekam na kolejny. 😊

    Pozdrawiam serdecznie! ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważ, że Igła nie mówi ani słowa więcej, niż powinien, będąc w gabinecie Kruś. On ją tylko naprowadza, zapala w jej głowie czerwoną lampkę: "Ze Zbyszkiem źle się dzieje!". Spotkania Franceski ze Zbyszkiem nieuchronnie zbliżają się ku końcowi; Igła wie, że Bartman sam nic z siebie nie wydusi i to jest główny problem w pracy z nim, więc próbuje przycisnąć Frankę. Żeby ta nie odpuszczała jego przyjacielowi i naprawdę mu pomogła. Myślę, że to wyraz troski, a nie wtykanie nosa w nie swoje sprawy ;)

      Usuń
  5. Ta scena gdy koledzy przyszli do Franki w sprawie Zbycha, to było takie kochane . Sama chciałabym mieć ludzi, którzy tak by sie o mnie martwili.
    Nie oczekuje tutaj żandego big love story nawet by mi do tego opowoaidania to nie pasowało, ale ... jednak jakieś zbliżenia fizyczne między naszą dwójką to co innego. Miłość a pożądanie to zupełnie dwie inne sprawy, na tą drugą licze i to nawet bardzo bo masz talent żeby coś takiego opisywać.
    moja cierpliwość jest na wyczerpaniu bo nie mogę sie doczekać aż ujawnisz Zbyszkową tajemnice
    czekam czekam na więcej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyjaciele to skarb :)
      Myślę, że w temacie fizyczności między tą dwójką da się coś zrobić ;>

      Usuń
  6. Zostawiłas mnie (kolejny raz) z mętlikiem w głowie.
    Zbyszek to cały czas dla mnie zagadka. Nie rozumiem jego zachowania. Wydaje mi się ze chciałby pomocy ale boi się o nią poprosić. Mam nadzieję że nie poniesie poważnych konsekwencji za ten 'doping', bo sądzę po reakcji Kowala ze to o to chodzi.
    Igła jak to Igła troszczy się i martwi o swoich przyjaciół.
    Powodzenia w pracy ;) Pozdrawiam i weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwnie to może zabrzmi, ale to dobrze :P To znaczy, że historia idzie tak, jak tego oczekiwałam ;) Wszystko okaże się z czasem. Dziękuję :)

      Usuń
  7. Postać Bartmana to dla mnie wciąż jedna wielka niewiadoma. Niby widać, że walczy z demonami przeszłości, że psychicznie jest na skraju wyczerpania. Jednak to nie mówi nam wiele bo wciąż nie wiemy co dokładnie go trapi. A że nie jest skory do rozmów to może jeszcze potrwać. Na pewno budujące jest to, że ma przyjaciół w drużynie, którzy chcą mu pomóc wyrwać się z tego stanu otępienia. Ciekawe co pocznie w jego sprawie Fran.

    Ściskam ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już mówiłam i mówić będę do znudzenia: Zbyszek to trudny, naprawdę trudny przypadek ;) Franka ma ciężki orzech do zgryzienia.

      Usuń
  8. Ajj, zdaje się, że Zbychu znów napytał sobie biedy. Czyżby leki zawierały jakieś niedozwolone substancje? Oby tylko nie popadł w jakieś uzależnienie.
    To, co teraz napiszę będzie zapewne powieleniem słów z moich poprzednich komentarzy, ale Zbyszek nadal jest zagubiony, nieszczęśliwy, zmęczony sobą i otoczeniem wokół. Stoi nad przepaścią, mimo iż uczęszcza na terapię, która od czasu do czasu potrafi sprawić, że coś w nim zadrży. Szkoda tylko, że nie daje ona długotrwałej poprawy, przynajmniej na razie. Trzyma w sobie wszystkie lęki i fobie, jakby bojąc się, że mówiąc o nich tylko pogorszy swoją sytuację. Że wszystko wróci ze zdwojoną siłą, a on nie zdoła sobie z tym poradzić.
    Miły gest ze strony chłopaków. Dobrze, że nadal istnieją osoby, którym nie jest obojętny los Bartmana.
    To ja czekam na tę przełomową dziesiątkę w takim razie, bo trzymasz nas w niepewności już bardzo długo. To nieludzkie! ;)
    Pozdrawiam :)
    PS. Nie rozumiem tylko, skąd to wyobrażenie o Andrzeju Kowalu zamordyście? :P Oczywiście nie mam nic przeciwko takiej jego kreacji, po prostu pytam. Osobiście nie potrafię patrzeć na niego w ten sposób, choćby nie wiem jak bardzo taki wizerunek był zgodny z rzeczywistością ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko co tak zaprząta Wam głowy wyjaśni się dopiero koło 13 rozdziału, także jeszcze trzeba będzie poczekać. 10 jest... no, sama zobaczysz. Nie chcę zdradzać ;)
      Bardziej potrzeba, niż wyobrażenie :p uznałam, że dobrze sprawdzi się tutaj trener, który nie da sobie w kaszę dmuchać i będzie wymagający, a jednocześnie będzie kimś w rodzaju dobrego wujka ;)

      Usuń
  9. Wow... Jestem pod wrażeniem stylu twojego pisania i tego w jaki sposób oddajesz emocje i opisujesz otoczenie bohaterów :)) Naprawdę, przeczytałam ogromną ilość blogów, ale nigdy nie mogłam znaleźć, tego czego szukałam. A szukałam opowieści, w której bohaterowie nie kochają się po paru miesiącach znajomości, ich problemy i uczucia są opisywane naprawdę dobrze, a wyobraźnia sama tworzy nam otoczenie w jakim się znajdują po przeczytaniu opisu i tutaj to znalazłam :)) Czekam z niecierpliwością na 12.08 i na rozdział :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest mi bardzo, bardzo miło, dziękuję. Cieszę się, że opowiadanie się podoba i mam nadzieję, że tak już będzie do końca ;) No, i witam nową czytelniczkę! Mam nadzieję, że aktywną ;p

      Usuń
    2. Już od następnego rozdziału będę komentować każdy rozdział :))

      Usuń
  10. Jestem nowa i zostaję ;] Już uwielbiam, nie mogę się doczekać następnego!! Gdyby wszyscy tak świetnie pisali.. ; >

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szalenie mi miło, dziękuję :) Zapraszam o jakiejś ludzkiej, porannej porze, na kolejną część opowiadania ;)

      Usuń
  11. Zdążyłam? Zdążyłam!

    Dzisiaj tak na szybko, bo pewnie zaraz dodasz kolejną Fobię(już nie mogę się doczekać). Ja przeczytałam dziewiątkę rano po dodaniu, bo nie doczekałam do tak późnej godziny.
    Trzeba przyznać, że tekst jest na wysokim poziomie. Jestem oczarowana jego dojrzałością, tym, że wszystko tak doskonale zaplanowałaś i ułożyłaś w spójną całość. Masz bardzo bogate słownictwo, zaskakujesz mnie metaforami i niektórymi rozwiązaniami od strony technicznej, stylowej, estetycznej. Widać ciężką pracę, którą w to wkładasz, dopracowanie. To nie są rozdziały, które powstają w godzinę, może dwie. Myślę, że powstają tygodniami i to nie tylko w Wordzie, ale też w głowie. Jednocześnie nie są wymuszone, naciągane, przerysowane. Sądzę, że to wyższy level, jeśli chodzi o opowiadania tego typu i uważam, że powinnaś zostać jeszcze bardziej doceniona. Nie chodzi mi o literackie nagrody czy ekranizacje, tylko wiesz… o komentarze. Nie o ich ilość, ale przede wszystkim jakość. Takie opowiadanie jak moje czy Twoje nie czyta się po łebkach, szybko, bezmyślnie. Trzeba trochę posiedzieć i poanalizować.
    Czytając rozdziały, opisy dialogi, mam wrażenie, że jestem wścibską babą, która podsłuchuje i podgląda czyjeś życie. Patrzę na Zbyszka, na Frankę, na Krzyśka, na Kaśkę i mam wrażenie, że stoją przede mną, a ja przyciskam do ust dłoń z przejęciem i obserwuje ich. Czekam na kolejny ruch, słowa, jakiś strzępek informacji. I mrużę oczy, bo jestem jednocześnie przerażona, zaciekawiona i na pewno trochę zszokowana. Zuza w lekkim szoku czyta i myśli.
    Ale może czas przejść do rozdziału, treści właściwej. Zbyszek jest w szpitalu, co przecież nie jest zaskoczeniem. Jest wyczerpany, groźny i traktuje przyjaciela jak zło konieczne. Z jednej strony Krzysiek, jego gadki, prawienie kazań go wkurza, a z drugiej strony jest w tym podtekst, coś rozpaczliwego, jakiś krzyk w stylu: nie opuszczaj mnie. Nie odchodź, bo tylko ty zostałeś, bo tylko ty wiesz, bo rozumiesz. I jest w tym coś strasznie smutnego.. Zbyszek w szpitalu, ku zaskoczeniu pewnie niektórych, nie ma przy łóżku rozpaczającej Franki.. No nie ma! Wydumane lovestory stanęło w miejscu.
    Ogólnie to wcale nie jest dobrze, jest wręcz fatalnie. Bo te tabletki to wcale nie jest taki dobry pomysł. Lek to lek, trzeba ostrożnie. Zbyszek powinien skonsultować się z kimś, poprosić o pomoc, nie o wsparcie, ale o właśnie pomoc medyczną. Takie rzeczy przytrafiają się ludziom, także dorosłym. Pewnie o to chodzi Kowalowi i reszcie sztabu, bo gdyby jakaś choroba się przyplątała to reakcja cudownego trenera roku(tak, jestem złośliwa) byłaby inna. No zobaczymy, przekonamy się.
    Teraz kilka zdań o France. Toż to mała hipokrytka! W obyciu jest dość oschła, chłodna, wycofana. To było widać podczas spotkania z chłopakami, nie wyglądała na jakąś wybitnie zainteresowaną, ale gdzieś w środku pewnie miała żar. Bo to jest przede wszystkim pacjent z jakimś dużym problemem, z którym powinna sobie poradzić i może trochę bardziej się starać. Do tego Franka go pożąda, więc trudno jej trochę nabrać dystansu. I dlatego to wszystko tak wygląda. Mam nadzieję, że zdąży rozwiązać zagadkę, pomóc Zbyszkowi i nie zwariuje po drodze. Byłoby szkoda.
    Jeszcze odniosę się do przyjaciół, kumpli, jakich ma Zbyszek. Alek i Bartek – niby nic, niby tylko piwo, ale… bardzo to miłe, dobre z ich strony. Takie troszkę zaskakujące i pokrzepiające, bo Zbyszek wydaje mi się mniej sam. Gdyby on tylko spróbował z nimi… Może i Kurek pełni rolę błazna, ale Alek. Igła sam wszystkiego nie udźwignie.
    No cóż, pewnie już dodałaś Fobię i nie zdążyłam, no trudno. Ale nadrobiłam wszystko elegancko.

    (Odpowiedź na Twój komentarz u mnie: Nie taki Zator straszny, jak go w rozdziale namalowałam. I co to są za tajemnicę? Ja się niczego nie domyślam, ja chcę wszystko mieć wyłożone na tacy :D mnie możesz spoilerować, co z tym Kurkiem).

    Ściskam mocno.

    ZuzAnnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, dyszkę dodałam dzisiaj po 10, także nadal masz co czytać ;) Z dużo Ci chyba nie odpowiem do tego komentarza, bo bym zrobiła mega spoiler, a tego nie chcę :)
      Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa, o pracy, o tym jak się czujesz, czytając to opowiadanie. Właśnie takie słowa budują, bo wiem, że nie piszę w eter. Albo inaczej: nie prowadzę bloga dla powietrza. Bo piszę dla siebie, w głównej mierze ;p
      Zibi... "I'm just a boy inside a man, not exactly who you think I am, trying to trace my steps back here again so many times.", że się piosenką posłużę. Szczerze mówiąc jestem na etapie kończenia Fobii w głowie i w Wordzie, przeglądam całe to opowiadanie i kuźwa, jestem bezwzględna. Znienawidzicie mnie. Chyba. Ale to w swoim czasie.
      (moje domysły? Nastka podoba się Kurkowi. Nie umiem dać temu podłoża, ale tak czuję. Dlatego wyszedł. Może za dużo sobie wyobraził, taka wizualizacja to było dla niego zbyt wiele)

      Usuń
  12. To się Zibi nabawił kłopotu. Rozumiem że jego przeszłość może nie jest kolorowa, ale kiedy zrozumie że Francesca może mu pomóc jeżeli tylko ten będzie chciał z nią rozmawiać?
    Ok ok. Lecę dalej. :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.