BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

8 lip 2016

Fobia ósma


ŁUP!
    Po klubowym autokarze Asseco Resovii Rzeszów niemal echem rozszedł się dźwięk spadającego z trzech siedzeń ciała. Mojego ciała.
    Śmiechy i rozmowy  toczone do tej pory w autokarze ustały; siedzący na tylnych miejscach siatkarze zaczęli wychylać się ponad rzędami oparć, żeby zobaczyć co się stało. Kurek zastygł w bezruchu, z kartą zawieszoną w powietrzu; znowu grali w pokera. Patrzyli niepewnie na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą spałem, nie mogąc dostrzec całej podłogi i tylko jeden Ignaczak zrobił się blady na twarzy, nie wiedząc jak zareagować.
    - Co wy tam wyrabiacie? - Kowal objął ramieniem oparcie swojego fotela i wyjrzał na wąskie przejście między siedzeniami, marszcząc groźnie brwi. Autobus cały czas gładko sunął przed siebie po równych, polskich drogach; nie mogłem się nawet usprawiedliwić tym, że trzęsło w czasie podróży. Drżałem więc, wciśnięty między dwa fotele, za nic nie mogąc uspokoić rozbieganych, plątających się wokoło nieprzyjemnych wspomnień. Jedną dłoń zaciskałem mocno na jednym z siedzeń, aż zbielały mi knykcie. Fizyczny ból nieco mnie studził. Modliłem się, żeby nikt nie zobaczył moich szeroko otworzonych oczu, nie usłyszał ciężkiego, płytkiego oddechu.
    - Nic, tylko Bartman się spieprzył! - odkrzyknął mu Drzyzga, machając nieco lekceważąco ręką i szczerząc się w charakterystyczny dla siebie sposób. Cisza trwała jeszcze kilka sekund, po czym autokar rozbrzmiał niepewnym parsknięciem trenera. Chwilę później wszyscy podchwycili temat i zaczęli sobie ze mnie żartować podczas rozdawania kart. Ja też się zaśmiałem, dość nerwowo, bardziej z zasady niż z chęci i powoli wygramoliłem się ze szczeliny. Serce łomotało mi boleśnie w piersi, obijając się o mostek z zawrotną prędkością. Pot spływał mi po skroni i karku, by po chwili zniknąć za kołnierzykiem koszuli. Usiadłem ciężko na swoim miejscu, tyłem do chłopaków i wsparłem czoło o oparcie fotela przede mną, tępo wpatrując się w swoje buty.
    Nie spałem od dobrych dwóch tygodni, ciągle nękany koszmarami. Na początku dawałem sobie jakoś radę; drzemałem w poczekalni u Kruś, w aucie pod Podpromiem, zanim otworzono halę na nasz pierwszy trening czy w drodze na mecze wyjazdowe, tak jak tamtego dnia. Odsypiałem gdzie tylko się dało. Nie mogłem jednak zmienić grafiku rozgrywek. Plusliga wchodziła w decydującą fazę, Liga Mistrzów już chyliła się ku końcowi. To wiązało się ze wzmożonym wysiłkiem na treningach i licznymi wyjazdami, również za granicę, a dla mnie – z problemami zdrowotnymi. Przemęczony z powodu braku należytej ilości snu, nie byłem w stanie wytrzymać aplikowanej nam przez Kowala, czterdziestominutowej rozgrzewki, a co dopiero całego treningu. Dawałem ciała na zajęciach technicznych, przez to niechętnie wpuszczano mnie na boisko podczas rozgrywek. Ostatnie dwa mecze wzorowo grzałem ławę i nie zanosiło się na to, bym szybko wrócił do podstawowej szóstki. Złościło mnie to i jednocześnie sprawiało trudny do wytłumaczenia zawód. Byłem jednak tak wykończony, że nawet nie próbowałem kłócić się z trenerem.
    Pracując na najwyższym zmęczeniu, wściekły na samego siebie z bezsilności, w końcu poszedłem do apteki i kupiłem sobie tabletki nasenne. Dość mocne, z tego, co słyszałem i sam przeczytałem. Nie drgnęła mi powieka, gdy wykładałem czterdzieści złotych na ladę, ale… jeszcze nie wziąłem ani jednej. Miałem świadomość, że nie powinienem tego robić. Nie do końca wiedziałem, jakie substancje to zawierało; a gdyby cokolwiek wyszło mi na kontroli antydopingowej? Cała Asseco miałaby przesrane, z Kowalem włącznie. Poza tym miałem świadomość, że owszem, może dzięki temu specyfikowi w końcu się wyśpię, ale będę przymulony cały dzień. Zacząłem się więc zastanawiać, czy cokolwiek zmieni zażycie kilku pigułek? I tak byłem nieprzytomny i tak...
     Z drugiej strony miałem dość tych koszmarów. Niewiele brakowało, bym histerycznie zaczął bać się momentu, w którym grzeczne dzieci i siatkarze powinni już przytulać twarze do poduszek. Z przemęczenia bolały mnie nawet włosy na rękach...
    - Hej – usłyszałem obok siebie niepewne mruknięcie. Zerknąłem w bok i zauważyłem, że Krzysiek przysiada się do mnie ze stroskaną miną. Kiwnąłem mu tylko głową, nie mając siły, by go wypieprzyć na swoje miejsce, po czym przeczesałem włosy palcami. Były mokre przy skórze, aż mnie obrzydzenie brało. - Co ci jest?
    - Nic – wysapałem pod nosem, uśmiechając się niepewnie.
    - Nie codziennie spadasz z krzesła bez powodu – zakpił, zakładając ręce na piersi.
   - Spałem – rzuciłem beznamiętnie, jakby to było wystarczające wyjaśnienie. - Może coś mi się przyśniło.
    - Może? - Igła nie dawał za wygraną, uparcie wlepiając we mnie swoje szare ślepia. Na siłę szukał mojego wzroku; nienawidziłem, gdy był tak upierdliwy. Nie odczepił się dopóki nie uzyskał satysfakcjonującej go odpowiedzi – a w takich chwilach ciężko było mu ją dać. Otwierałem już usta, chcąc rzucić w przyjaciela jakimś mało wybrednym komentarzem, gdy nagle autokar zwolnił znacząco. Zerknąłem przez okno i odetchnąłem z ulgą.
    - Dobra chłopaki, dziesięć minut postoju i jedziemy dalej! - zawołał Kowal, stając w przejściu. - Żadnych hot-dogów, ciastek ani chipsów, o alkoholu, mam nadzieję, nie muszę przypominać. Kawa, siusiu i powrót. Do Gdańska mamy jeszcze spory kawałek, a jak znam życie, to przed trójmiastem znowu utkniemy w korkach.
    Z tyłu autokaru przeszedł szmer; nie cierpieliśmy, gdy trener traktował nas jak dzieci na pierwszym obozie szkoleniowym. Nikt jednak głośniej się nie odezwał. Po kilku sekundach silnik zgasł, a drzwi rozsunęły się z sykiem, wpuszczając do ciepłego wnętrza autokaru rześkie powietrze. Podniosłem się powoli z miejsca i machnąłem ręką na libero.
    - Wstań. Chcę rozprostować nogi.
    Patrzył na mnie niepocieszony, ale dał za wygraną. Sam miał chęć kupienia sobie tej nieco lurowatej kawy, sprzedawanej na każdej stacji benzynowej, a czasu na jej wypicie czy przejście się dookoła dystrybutorów mieliśmy jak na lekarstwo. Przepuścił mnie bez słowa i odprowadził spojrzeniem aż pod same drzwi prowadzące do sklepu. Jego wzrok palił mnie w plecy z tym większą siłą, że musiałem niezauważenie przedostać się na tyły budynku. Rzadko kiedy pozwalałem sobie na taką nieroztropność, ale teraz po prostu musiałem zapalić, bez względu na konsekwencje.
    Wszedłem niby od niechcenia do niewielkiego sklepiku, przejrzałem kilka tytułów, dałem chłopakom podrzeć ze mnie łacha, gdy stali w kolejce do toalety, a gdy byłem pewien, że wszyscy łącznie z trenerami i fizjoterapeutami są zajęci kawą, wyślizgnąłem się na dwór. To musiało śmiesznie wyglądać: prawie dwumetrowy facet uciekający przed spojrzeniami kumpli z zespołu i naciągający kaptur bluzy po same brwi.
    Stojąc na trawie, za budynkiem stacji, rozglądałem się jeszcze nerwowo na boki. Drżącymi rękoma wyłuskałem z kieszeni spodni papierosa i zapalniczkę. Zimny wiatr co chwilę gasił ogień, doprowadzając mnie do szewskiej pasji i już miałem cisnąć wszystko o ścianę z głośnym „Kurwa!”, gdy w końcu, udało mi się! Gęsty dym omiótł moje płuca, charakterystyczny zapach podrażnił nozdrza. Napięcie powoli zaczęło schodzić z mojego ciała. Może to było placebo, a może nikotyna naprawdę tak działa; nigdy się w to nie zagłębiałem, ale dosłownie czułem, jak moje barki powoli się rozluźniają. Wsunąłem jedną dłoń w kieszeń bluzy, co jakiś czas kontrolując godzinę na tarczy zegarka i oparłem się plecami o elewację. Z zamkniętymi oczami, powoli wydmuchiwałem szare kłęby dymu, zapominając o tym, co przed chwilą widziałem w sennych marach.
    - Czy ciebie popierdoliło?! - usłyszałem nagle głośny syk po swojej lewej. Z mojego spokoju nie zostało nic; w ułamku sekundy krew rozprowadziła adrenalinę po całym moim ciele. Podskoczyłem przestraszony i automatycznie wypuściłem papierosa z dłoni, krztusząc się powietrzem. Byłem tak zaabsorbowany własnymi myślami, że nie usłyszałem chrzęstu żwiru. W głowie już obmyślałem tysiące strategii i wymówek, byle tylko przeżyć tę niefortunną chwilę, gdy nagle przerażenie zastąpiła zwykła złość.
    - Ignaczak, kurwa, debilu – syknąłem zły, gdy rozpoznałem swojego przyjaciela. Obrażony schyliłem się po tlącego się papierosa i otrzepałem filtr z kilku ziarenek piasku. Na moje szczęście, nie zdążył zgasnąć.
    - Co ty wyrabiasz, robota ci niemiła?! - podskoczył do mnie i złapał mnie mocno za ramię, żebym nie mógł podnieść dłoni do ust. Westchnąłem ciężko i popatrzyłem na niego spod przymkniętych powiek.
    - Igła, puść. Muszę.
    - Wyczują od ciebie!
   - Wezmę gumę, napije się zaraz kawy. Nic nie wyczują – powiedziałem spokojnie. Miałem ochrypły głos, jakbym nagle nabawił się zapalenia gardła. - Puść. Proszę.
    Zastygł w bezruchu, chyba nawet przestał oddychać. Zamrugał kilka razy i w wyrazie kompletnego niezrozumienia, zwolnił uścisk. Odwróciłem od niego wzrok i znowu zaciągnąłem się dymem. W sumie, chyba nie mogłem dziwić się reakcji Krzyśka. Rzadko kiedy o coś prosiłem. W znamienitej większości przypadków po prostu brałem lub robiłem to, co chciałem, bez pytania o zgodę.
    - Zibi, co ci jest? - zapytał po dłuższej chwili milczenia. Martwił się.
  - Nic – wydmuchnąłem dym i zgniotłem czubkiem buta niedopałek. - Wszystko cacy – powiedziałem ze słabym uśmiechem, po czym wziąłem kawę Igły z jego dłoni. Upiłem potężny łyk bez jego protestów i zaraz się zakrztusiłem.
    - Ciągle zapominasz, że ja nie słodzę – zaśmiał się cicho, odbierając swoją własność.
    - Ble. Jak ty możesz to pić? - zapytałem z grymasem, wierzchem dłoni ocierając usta. - Kurwa, ale gorzkie. Khe!
    Ignaczak zaniósł się śmiechem, a mnie kilka sekund później o mało serce nie wyskoczyło z piersi.
    - Co wy tu robicie? - Kowal stał u szczytu budynku, dłonie opierając na biodrach i mierząc nas podejrzliwym spojrzeniem. Dalej się krztusiłem, wycierając usta, a Igła próbował szybko złapać oddech. Wszystkie scenariusze, które sobie wymyśliłem na taką okoliczność nagle wyleciały mi z głowy.
    - A nic, tak sobie gadamy – Igła nawet się nie zająknął. Pokiwałem głową na znak, że się z nim zgadzam.
    - Tutaj? - Kowal nadal nie wyglądał na przekonanego.
    - Tu jest ciszej, więcej powietrza – wzruszyłem ramionami. Nieprzyjemna gorycz ciągle rozlewała mi się w ustach; musiałem śmiesznie wyglądać z tym grymasem na kwadratowej szczęce. Trener pokręcił zrezygnowany głową i machnął na nas ręką.
    - Chodźcie. Wszyscy już siedzą w autokarze.
    - Aj waj! - zakrzyknął Krzysiek. Dopił kawę i zgniótł kubek w dłoni, powoli idąc za mężczyzną. Już mieliśmy wyjść zza budynku stacji, gdy nagle dłoń libero spoczęła na moim mostku. Odepchnął mnie stanowczo w tył, zaraz wytykając palcem. Popatrzyłem na niego z niezrozumieniem, ściągając groźnie brwi.
    - Co ty…
    - Ostatni raz cię kryłem – powiedział poważnie, patrząc mi prosto w oczy. - Rzuć to gówno, albo w końcu się przyznaj, że popalasz.
    - Żeby mnie wywalili? - prychnąłem. Igła wzruszył ramionami dając mi wyraźnie do zrozumienia, że mało go to obchodzi.
    - Więc to rzuć – powtórzył, po czym nie czekając na moją reakcję, ruszył w kierunku autobusu.

ERGO Arena pełna była ludzi. Zapełniona do ostatniego miejsca, tętniła niesamowitym życiem. Huk muzyki i nawoływania Kułagi oraz Magiery zlewały się z wrzaskami kibiców, witającymi właśnie swoich ulubieńców.
    Zazwyczaj spędzałam sobotnie wieczory w domu, nad lampką wina i z dobrą książką w ręku. Czasami Kaśka wyciągnęła mnie gdzieś na miasto. Tym razem jednak przyszedł mi do głowy wręcz szalony pomysł i to ja wyciągnęłam z domu ją. W dodatku nie zadowoliłam się byle jakim wyjściem do znanego nam, rzeszowskiego klubu – pojechałyśmy do Gdańska na mecz tamtejszego Lotosu Trefl z naszą Resovią. Już dawno chciałam zobaczyć Bartmana w akcji. Byłam ciekawa, jak radzi sobie na boisku i czy rzeczywiście tak dobrze dogaduje się zresztą zespołu, ale jeszcze nigdy nie udało mi się w porę zakupić biletów na mecz rozgrywany w hali Podpromie. Tym razem ta cześć mojego planu poszła bez zarzutu – Gdańsk jednak nie był aż tak przesiąknięty siatkówką, jak Rzeszów i bilety tkwiły w kasach do ostatniej chwili. Mimo to, kwestią dyskusyjną pozostawała sprawa dojazdu…
    - Nadal nie wiem, czemu musiałyśmy się tłuc aż sześćset sześćdziesiąt jeden kilometrów, żeby zobaczyć twojego pacjenta w czasie gry – powiedziała Kasia naburmuszonym tonem, w tradycyjny już sposób zaznaczając palcami cudzysłów przy słowie „pacjent”. Za nic nie chciała mi wierzyć, gdy po raz miliardowy tłumaczyłam jej, że ze Zbyszkiem łączą mnie jedynie sprawy zawodowe i chciałabym, by tak już zostało.
    - A co innego robiłabyś w domu? - zapytałam, składając powieszony wcześniej na oparciu krzesła kartonik w wachlarzyk. Rzepecka patrzyła na mnie jak na idiotkę.
   - Poszłabym do dyskoteki wyrwać jakąś laskę? - zapytała ironicznie, biorąc swój straszak w dłonie. Zaśmiałam się cicho, nie spoglądając na przyjaciółkę. Kasia tymczasem obracała żółto-czarną tekturkę w dłoniach, nie do końca wiedząc, co z nią zrobić. - Po co mi to? - zapytała w końcu.
  - Tym się kibicuje – wyjaśniłam z szerokim uśmiechem, machając w powietrzu swoim wachlarzykiem.
    - Przepraszam?
    - Patrz – wzięłam od Kaśki straszak, złożyłam go szybko, po czym wcisnęłam go w jej dłoń. - To trzymasz w prawej, lewą otwierasz – instruowałam przyjaciółkę, ignorując jej sceptyczne nastawienie do kibicowania - i uderzasz wachlarzykiem o dłoń – powiedziałam, demonstrując jej mechanizm.
    - I po co to?
    - W ten sposób robisz hałas.
    - W celu?
   - Przestań! - zaśmiałam się, uderzając ją z pięści w ramię. - Zobaczysz w trakcie, jak się z tego korzysta.
    - Tak, jak nie usnę z nudów – odparła nieco naburmuszonym tonem. Wywróciłam oczami, uśmiechając się pod nosem, gdy na boisko wbiegła drużyna w czarnych strojach. - Teraz jesteś panią doktor, czy moją przyjaciółką? - usłyszałam nagle od Kasi.
    - Co to za pytanie?
    - Bo nie wiem, jak mam z tobą rozmawiać – przyznała, wspierając brodę na dłoni. Patrzyła na mnie jak na jakieś zjawisko, aż się speszyłam.
    - O co ci chodzi? - zapytałam z rumieńcem.
    - Lubisz go.
    - Jezu, kogo znowu? - zapytałam ze śmiechem.
    - Bartmana.
    - A ty stwierdzasz to na podstawie…?
    - Tego, że ledwo postawił stopę na boisku, a tobie rozbłysły oczy. Uśmiechasz się cały dzień i nagle stałaś się zapaloną miłośniczką jednego z polskich klubów siatkarskich, gdzie jeszcze cztery miesiące temu nie miałaś pojęcia, co to jest float. Poza tym nie wierzę, żebyśmy przejechały całą Polskę tylko po to, żebyś mogła sobie przeprowadzić badania środowiskowe. Chciałaś go zobaczyć.
    - Chciałam zobaczyć, jak działa w społeczeństwie, w hermetycznie zamkniętej grupie, jak reaguje na stres – zaczęłam wyliczać na palcach. Kasia złapała mnie za dłonie, skupiając tym samym mój wzrok na swojej osobie.
   - Chciałaś zobaczyć jego – oznajmiła. Jakby próbowała mi to wmówić, choć… ja przecież wiedziałam, że to ona ma rację, nie ja. - Chciałaś się na niego pogapić bez problemów i zasłaniania się obserwacją pacjenta. Frania, wpadł ci w oko, przyznaj się – powiedziała z entuzjazmem, niemal podskakując na swoim krzesełku. Szczerzyła się wesoło, a w zestawieniu z szarą, błyszczącą bluzeczką i czarną spódnicą do kolan wyglądała na przeuroczą, wprost nie można było jej odmówić czegokolwiek. - Już wtedy na sylwestrze wodziłaś za nim wzrokiem.
    - Ja…
   - To normalne, że podoba ci się taki facet – powiedziała z przekonaniem. Westchnęłam ciężko, opadając ramieniem na oparcie krzesła. - Nawet według mnie jest przystojny, przecież wiesz. Poza tym jest w twoim typie – orzekła tonem znawcy. Robiło mi się coraz goręcej. - Brunet, jasne oczy, wysoki, umięśniony. Z tego co słyszę, natura zdobywcy… - wymruczała, trącając kolanem moją nogę.
    - To mój pacjent – zaczęłam niepewnie. Kaśka opadła plecami na swoje oparcie, oczy wznosząc ku blaszanemu sufitowi hali.
    - Oj przestań! Wiesz ilu lekarzy zakochuje się w swoich pacjentach?
   - A ilu pacjentów zauważa cokolwiek no wiesz, więcej, w swoich terapeutach? - zapytałam nieco zmęczonym głosem. Przecież nie było szans, żeby Zbyszek pomyślał o mnie w TEN sposób. Kasia milczała, a ja z kwaśną miną przytaknęłam jej głową. - No właśnie.
    - Skąd wiesz, co siedzi w tej poronionej głowie?
    - Jestem jego psychologiem – obruszyłam się. Kasia cmoknęła zirytowana.
   - Okay, ale rozwiązujesz z nim problemy wynikające z przeszłości. Nie jest u ciebie na terapii małżeńskiej ani z powodu obecnie trawiącej go depresji. Wątpię, żebyście rozmawiali o tym, jakie kobiety lubi – prychnęła. Westchnęłam cichutko i przeniosłam wzrok na boisko, bez trudu odnajdując na nim postać Bartmana. Wodziłam za nim wzrokiem kilka długich chwil. Z rosnącym zachwytem przyglądałam się jego skupionej twarzy, sile, jaką wkładał w uderzenie piłki, pracującym pod sportową bluzą mięśniom. Delikatnie zagryzłam wargę, gdy nagle podbiegł do kwadratu rezerwowych i ściągnął niepotrzebne odzienie przez głowę, na krótką chwilę unosząc również bluzkę. Drabinka na jego brzuchu aż się prosiła, żeby nie odrywać od niej wzroku…
    - Podoba mi się – przyznałam z trudem, nie patrząc na uszczęśliwioną Kaśkę. - Ale to ciągle mój pacjent… Nie potrafię tak…
    - Więc poczekaj jeszcze miesiąc – powiedziała Rzepecka, zakładając nogę na nogę i odwracając się w kierunku boiska. - Wtedy kończycie terapię, prawda? - puściła mi oczko, uderzając w dłoń papierowym straszakiem niczym zawodowy kibic.

Nie lubiłem tu być. Nie lubiłem jeździć nad morze. Źle mi się kojarzyło, miałem z polskim wybrzeżem najgorsze z możliwych wspomnień i to na ich karb zrzuciłem moje ostatnie problemy ze snem. Pomyślałem, że może wizja spędzenia tu trzech nocy za bardzo mnie mierzi. Za dużo o tym myślałem, a to z kolei odbiło się na moim nocnym wypoczynku. Biegając dookoła boiska miałem nadzieję, że to prawda i po powrocie do Rzeszowa będę spał jak niemowlę.
    Gwizdek trenera dał nam znać, że pora zacząć rozgrzewkę na siatce. Odbiegłem za końcową linię i wziąłem się pod boki, łapczywie nabierając tlen. Wydawało mi się, że w wielkiej hali zgęstniało powietrze. Było ciężkie i gorące, nie pozwalało mi normalnie nabrać oddechu. Stojąc na samym końcu kolejki, rozglądałem się po trybunach. Jeszcze dobrze nie zaczęliśmy rozgrzewki, a już nie było widać wolnych miejsc. Znamienita większość kibiców krzyczała na zawodników z Lotosu, zagrzewając ich do walki. Można było wyczuć ich wsparcie, nadzieje, jakie pokładają w swojej ukochanej drużynie. Gdybym był młodszym zawodnikiem i nie znał zachowania rzeszowskich kibiców na Podpromiu, chybabym się teraz przestraszył. Wiedziałem jednak, że można dopingować dużo lepiej, dużo głośniej i dużo składniej, niż robili to gdańszczanie. Poza tym, nasz klub kibica przyjechał z dość sporą delegacją i jak zwykle robił niezły rumor.
    Złapałem piłkę w dwie ręce, odbiłem ją od parkietu i delikatnie podrzuciłem do Drzyzgi. Fabian wystawił mi lekko od siatki, wysoko; tak jak lubiłem. Mogłem wtedy atakować z całą swoją siłą. Wziąłem rozbieg i nie odrywając wzroku od piłki, wybiłem się najwyżej jak mogłem, by zaraz wbić gwoździa po przeciwnej stronie siatki. Plask mikasy uderzającej najpierw o moją dłoń a później o parkiet poniósł się echem po całej hali. Młodsi zawodnicy Lotosu popatrzyli po sobie z pewną obawą, a ja tylko uśmiechnąłem się półgębkiem, odwrócony plecami do nich i do siatki. Chłopaki z Asseco kręcili z politowaniem głowami, podśmiewając się cicho. A co sobie będę żałował? Niech się młokosy uczą, niech się nas boją!
    Przedmeczowe napięcie zaczynało opanowywać mój umysł. Wszystko schodziło na dalszy plan, przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyło się tylko tu i teraz: mecz, hala, przeciwnik za siatką i piłka. Piłka, której nie wolno było dotknąć parkietu po naszej stronie boiska, chyba, że leciałaby na out. Czułem, jak zaczyna rozsadzać mnie energia; chciałem wyjść na boisko i pomóc kolegom w zdobywaniu punktów. Chciałem napędzić gdańszczanom stracha, korzystać z ich błędów. Chciałem się bić o mistrzostwo, a nie biernie ściskać kciuki na ławce rezerwowych. Wiedziałem jednak, że nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia, a moja ostatnia dyspozycja – czy właściwie jej brak – skutecznie odbiorą mi możliwość bicia się o miejsce w podstawowym składzie. Tak mi się przynajmniej wydawało, dopóki trwała rozgrzewka...
    - Okay, panowie, możecie to wygrać – Kowal mobilizował nas do meczu już po raz ostatni. Spiker przedstawiał drużynę gospodarzy publiczności. - Jesteście w znakomitej dyspozycji, co pokazywaliście na ostatnich treningach. Wystarczy, że dacie z siebie sto procent i uwierzycie, że wygrana leży w zasięgu waszych rąk. Ma być ogień, jasne?!
    Odkrzyknęliśmy mu coś niezrozumiałego i zaraz ruszyliśmy biegiem na parkiet, wywoływani z nazwiska przez Magierę. Drzyzga na rozegraniu, Buszek jako przyjmujący, Schoeps zastępujący w tym meczu kapitana na pozycji atakującego, Nowakowski i Holmes na środku, Igła jako libero, a na miejscu drugiego przyjmującego - ja. Nie miałem pojęcia, jakim cudem zasłużyłem sobie na występ w takim meczu już od początku spotkania, ale nawet nie chciałem pytać. Energia rozsadzała mnie od środka, nie mogłem się doczekać chwili, kiedy na poważnie uderzę piłkę. Tęskniłem za adrenaliną towarzyszącą mi w trakcie meczów, za mrowieniem w dłoni po każdym udanym ataku, nawet za zdartym gardłem, bo każda minuta na boisku wymagała komunikacji – darliśmy się do siebie, jakbyśmy stali w odległościach co najmniej po dwieście metrów od siebie. Mimo to, właśnie za to kochałem siatkówkę. Za wysiłek, w jaki w nią wkładałem, za jej absurdy i całe piękno.
    Shoeps zebrał nas w kółku i wyciągnął przed siebie dłoń. Każdy z nas zrobił to samo, drepcząc z nerwów w miejscu.
    - Jeżeli wygramy ten mecz, wyprzedzimy Skrę. Będziemy na lepszej pozycji i zbliżymy się do wygrania mistrzostwa. Pamiętacie, co mówił zawsze Olieg? Zimne głowy, gorące serca, tym wygrywamy. Wygrajmy ten mecz dla niego!
    - Jasne! - krzyknęliśmy zgodnie, zaciskając dłonie w pięści. Jochen uniósł rękę do góry i zawołał:
    - Reso…?!
   - VIA! - wrzasnęliśmy z całych sił, po czym ustawiliśmy się na swoich miejscach. Stałem pod siatką jako blokujący i już od pierwszej akcji nie mogłem się powstrzymać od złośliwych uśmieszków posyłanych w stronę przeciwnej drużyny. Stojący przede mną Troy starał się robić to samo, ale jak dla mnie, słabo mu to wychodziło. Temu chłopakowi za dobrze patrzyło z oczu, czy tego chciał czy nie.
    Pierwszy gwizdek przeszył powietrze; mnie serce zamarło w piersi. Kibice buczeli i gwizdali. Piotrek swobodnie uderzył piłkę. Uśmiechnąłem się pod nosem; opadająca. Lubił psuć krew przeciwników swoją zagrywką, a przy tym wyglądał na kogoś, kto nie potrzebuje do tego wiele wysiłku. Sam czasami miałem ochotę podejść i zdzielić go przez łeb, gdy zdarzało nam się grać przeciwko sobie, dlatego gdy piłka spadła między środkowych drużyny reprezentującej Gdańsk, o mało nie parsknąłem im śmiechem w twarz. Piotrek kochał takie zagrywki!
    Niestety, mimo naszych najszczerszych chęci mecz nie zamknął się w trzech setach z wynikiem korzystniejszym dla nas. Gdańszczanie prowadzeni przez Anastasiego pokazywali niezwykle piękną grę, przez co wszyscy kibice na pewno mieli zapewnione nie lada widowisko. My natomiast musieliśmy się troszkę zmęczyć, żeby odebrać im prowadzenie i w końcu przejąć pałeczkę po dwóch przegranych setach. Zmęczeni, spoceni jak myszy kościelne, doprowadziliśmy jednak do tie-break'a. Przed nami wyłaniała się powoli ostatnia prosta w objęciu prowadzenia w tabeli. Nie myśleliśmy już o Skrze, o czekającym nas Final Four Ligi Mistrzów, o późnej godzinie. Trzeba było wbiec na tę drogę i nie zboczyć z niej przez kolejnych dwadzieścia minut.
    W czasie całego spotkania raz czy dwa zakręciło mi się w głowie, byłem jednak tak zajęty grą i czytaniem strategii przeciwnika, że po prostu to zignorowałem. Siadałem na każdej przerwie technicznej, piłem energetyki od fizjoterapeutów i miałem wrażenie, że czuję się całkiem dobrze. Do czasu.
    Przy stanie 13:11 dla nas, wyszedłem na zagrywkę. Odbiłem piłkę od parkietu, złapałem ją w dłonie i zakręciłem nią na wystawionej w przód dłoni, oddychając głęboko. Krew dudniła mi w uszach, całe spotkanie czułem już w nogach. Byłem po prostu zmęczony. Obraz przed oczami zaczął mi nieco falować, ale wstrzymałem oddech i wyrzuciłem piłkę do góry. Z hukiem uderzyłem ją całą dłonią; wpadła na górną taśmę siatki, zachwiała się niebezpiecznie i w końcu spadła po przeciwnej stronie, na moje szczęście. Powinienem wtedy podejść do trenera i poprosić o zmianę. Mogłem to zrobić, ale chłopiec stojący w rogu boiska już cisnął do mnie kolejną piłkę, a ja znowu machnąłem ręką na swoje złe samopoczucie. Powtarzałem sobie w myśli, że to ostatnie chwile i wytrzymam do końca, skoro rozegrałem całkiem dobre, cztery pełne sety. Znowu odbiłem piłkę od podłoża, znowu zakręciłem ją na dłoni i znowu wstrzymałem oddech. Tym razem zrobiło mi się jednak nieco niedobrze, ale nie byłbym sobą, gdybym tego nie zignorował. Podrzuciłem piłkę, odchyliłem głowę w tył by nie stracić jej z oczu i nagle światło zawieszonych wysoko halogenów całkowicie mnie poraziło. Z trudem trafiłem w żółto-niebieską mikasę, ale ta zdążyła stracić pęd i uderzyła Kurka, którego trener zmienił na czas piątego seta z Jochenem, w sam środek pleców. Zakląłem pod nosem i potarłem czoło palcami, przepraszając Bartka uniesieniem dłoni w górę.
    Wtedy było już źle. Jeśli chodzi o siatkarza, byłem starym wygą. Może nie takim dinozaurem jak Ignaczak, ale jednak znałem swój organizm. Mogłem wiedzieć, że więcej nie wytrzymam. W sumie, gdyby się nad tym zastanowić, wiedziałem to doskonale. Problemem był mój przerost ambicji nad treścią. Za nic nie chciałem zejść z boiska, tym bardziej w kryzysowej sytuacji.
    Troy serwował po drugiej stronie. W tym meczu dał już pokaz swojej niedźwiedziej siły i cała nasza stojąca w przyjęciu trójka szykowała się na prawdziwy pocisk z jego strony.
    Miałem przed oczami miliony czarnych, migających plamek. Nie stałem pewnie na nogach i cały czas, szybko mrugałem, coraz mniej widząc. Krew dudniła mi w uszach; widziałem, że chłopcy pokrzykują coś do siebie, ale nie mogłem rozróżnić ich słów. Nie mam pojęcia, czy Amerykanin pamiętał moje lekceważące spojrzenie, jakim obdarzyłem go przy pierwszej akcji spotkania, czy może zauważył mój brak pewności, ale posłał piłkę z prędkością stu osiemnastu kilometrów na godzinę wprost na mnie.
    Przyjąłem. Z trudem, ale ją przyjąłem, padając plecami na boisko. Igła wystawił w tył, a Kurek przebił się przez blok z niewygodnej pozycji, wyrywając wrzask radości z piersi rzeszowskich kibiców. Krzyknąłem coś dziwnego, uderzyłem dłońmi o parkiet i poderwałem się z ziemi, uradowany jak małe dziecko.
    Nie dobiegłem do ściśniętych w kółeczku kolegów, by cieszyć się z nimi z tego spektakularnie zdobytego punktu. Zakręciło mi się w głowie. Ktoś krzyknął moje imię. Później była ciemność.

*  *

Wakacje. Wiecie, jakie to cudowne uczucie w końcu nie musieć zrywać się z łóżka z samego rana, żeby zdążyć do szpitala na praktyki? Jezu, jak się cieszę... Chyba jeszcze nigdy nie gloryfikowałam miesiąca wolnego tak bardzo, jak to zrobię z pozostałą mi częścią lipca...

W niedzielę wyjeżdżam i chciałabym się odciąć od wszystkiego, również od pisania. Potrzebuję się zresetować, skupić na sobie - pomyśleć, odetchnąć, posłuchać w spokoju muzyki. Na najbliższy czas moim jedyny planem są spacery po górach, potem prawdopodobnie byczenie się na plaży. Chcę przeczytać książki, na które nie miałam czasu w ciągu roku, poopalać się, ćwiczyć w pocie czoła, zrobić wszystko zanim pójdę do pracy... Dlatego dziewiątka pojawi się nieco później: zamiast 22.07 -> 29.07. I przepraszam, że teraz zabrzmię być może mało grzecznie, ale nie piszcie do mnie "taka przerwa? jak ja to zniosę?". Jest mi zajebiście miło, że czekacie na rozdziały, że czytacie, że podoba się to osobom, które tu są i za to Was kocham ♥ ale nie tym razem xD Może jestem już za bardzo zmęczona... Więc, proszę, zamiast tego życzcie mi miłego odpoczynku i tyle, zgoda? :P

"Źródło" oficjalnie się skończyło. Teraz jestem tylko tu i długo się to nie zmieni :) Minimalnie natomiast zmieniła się treść "okienka" przypiętego na samej górze bloga oraz informacji po lewej, w sumie to zachęcam do czytnięcia ;p Pisałam to już, ale jednak się powtórzę: to jak długo zostanę w blogosferze w dużej mierze zależy od Was. Nie potrafię wytłumaczyć przeczucia, które mówi mi, że już nigdy nie napiszę czegoś tak - nieskromnym będąc - dobrego, jak "Fobie". Wynaturzam siebie, człowieka, jego naturę, przy okazji piszę o rzeczach, o które nigdy bym się nie posądziła i które zwyczajnie są ciężkie do opisania, dla mnie. Może tu jest pies pogrzebany. Ale robię to, bo to lubię, tego się trzymam. Niemniej, pisanie do mnie "nie mam czasu Ci komentować" to tak jak ludzie powtarzają "nie mam czasu robić zdrowych posiłków". Mhm, dupa-dupa-cycki, jak to rzecze moja przyjaciółka, gdy mi w coś nie wierzy :P Wystarczy mi jedno słowo, nie każdy musi pisać epopeje w komentarzach, bo rozumiem, że nie lubi/nie umie/ma jednak ograniczony czas. Ale może bez przesady? (tak, jestem nieco... zirytowana)
Amen, więcej do tego tematu nie wrócę ;)

34 komentarze:

  1. (Nie czytałam jeszcze rozdziału, ale przeczytałam posłowie).
    CO TAKA DŁUGA PRZERWA? JAK JA TO ZNIOSĘ? JA SIĘ UTOPIĘ W MOICH ŁZACH!
    Mam włączyć myślenie? Nie będę myśleć, nie umiem! CO?!!! To nie będzie opowiadanie o wyrzeźbionej klacie KURASIA?! Przecież ja tylko o niej myślę, fuck. Może jednak?

    A tak w sumie to nie mam czasu Ci komentować. Sorry.

    he he. Jestem taka zabawna ostatnio.

    Potem ogarnę rozdziały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. lubię czytać to co piszesz. Twoje opowiadanie czytam inaczej niż pozostałe, tak powoli.... "małymi łyczkami sączona kawa", czekam na ciąg dalszy, odpocznij i wróć. Bety

      Usuń
    2. Dziękuję, Bety, za miłe słowa :) Widzimy się za tydzień ♥

      Usuń
  2. No to się doigrał Zbyszek. Oczywiście mam tu na myśli akcję z końca. Nie będę prawić, że zachował się nieodpowiedzialnie, bo pod wpływem adrenaliny nie myśli się racjonalnie. Sama trochę o tym wiem :D No i cóż, Kruś przyznała się, że podoba jej się Bartman. To była chyba kwestia czasu, bo przecież nie tłukłaby się do Gdańska tylko żeby poobserwować pacjenta i jego zachowania. Czekam tylko na podobną deklarację z drugiej strony, wtedy będzie dopiero ciekawie.
    Wypoczywaj moja droga, zasłużyłaś na chwilę dla siebie!
    Pozdrawiam ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Francesca to jest ciężki przypadek. Jej chyba też przydałby się psycholog ;p

      Usuń
  3. No kurde jak to nie będzie wyrzeźbionej klaty Kurasia i pięknych oczu Winiara? No po prostu smuteg, bul i rzal :( (zdaję sobie sprawę z błędów, które tutaj popełniłam :) )
    Akcja się rozkręca, także czekam na kolejny rozdział :)
    Odpoczywaj, zresetuj się i wróć z nowymi pomysłami :)
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. akcja się jeszcze rozkręci, easy ;>

      Usuń
  4. Włączyć myślenie? Kurde, będzie ciężko. Właśnie wyłączyłam je na okres wakacji :) hihihi!
    Odpoczywaj, a ja wpadnę tak na serio, jak ogarnę ten rozdział umysłem a nie tylko wzrokiem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale zeby urywać w takim momencie 😱
    Udanych wakacji! Odpocznij i zresetuj system!😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież wiecie, że ja lubię przerywać w najgorszych momentach :>

      Usuń
  6. Oglądałam właśnie jakiś łzawy melodramat, ale skończyłam Źródło i wypadałoby (oczywiście jakby nie wypadało i tak bym to zrobiła) wejść na Fobie :D Kątek oka oglądałam skaczącego z dachu Pattinsona i czytałam... Muzyczka z końcówki mi tu idealnie się wpasowała... Cóż, żyć nie umierać. Ale właśnie chyba ta Fobia jest trochę przełomowa! Bo przecież Franka się przyznała... A teraz może być tylko dobrze (to nie pasuje) gorzej, zdecydowanie gorzej. Jemu się pogarsza, bo się nie chce otworzyć, a ona będzie miała ciężko z relację lekarz-pacjent...

    Odpoczywa!

    ret.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę chaos ten komentarz, ale rozumiem, że się podoba.... tak? xD

      Usuń
    2. Twoje zawsze się podoba :) Chaos to lekkie określenie, ale pisanie w emocjach...//ret

      Usuń
  7. Dotarłam! ;)
    Zdecydowanie cieszę się, że nasza Francesca w końcu przyznała się przed sobą iż coś czuje do swojego "pacjenta". Przecież jeżeli przyzna się przed to później już powinno być łatwiej, chociaż w jej przypadku nie będzie aż bardzo łatwo. W końcu to Bartman, a jego zachowania bywają różne i czasem ciężko się w nich połapać. Teraz natomiast ciekawi mnie fakt, kiedy to Zbigniew przyzna się przed samym sobą, że może jednak coś czuje do swojej pani psycholog? Jestem bardzo ciekawa, kiedy to nastąpi. ;)
    Chciałabym Cię przeprosić, że dzisiaj tak krótko, jednak wieczór i mecz finałowy Euro 2016 robi swoja. ;D Mam nadzieję, że mi wybaczysz. ;)

    Pozdrawiam serdecznie! ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ona nic do niego nie czuje! Zbyszek ją pociąga fizycznie, podoba jej się, nic a nic więcej! Za to w drugą stronę jedynym uczuciem na chwilę obecną jest irytacja. Błagam, ile razy mam to jeszcze powtórzyć?

      Usuń
  8. Dopiero dzisiaj odkryłam twojego bloga i nie mogę się od niego oderwać. Mam nadzieję, że będzie tutaj mnóstwo atrakcji w postaci nieprzewidzianych zwrotów akcji. Życzę powodzenia oraz duuuuzego przypływu weny ;)Pozdrawiam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie pomiń "Źródła"- w czasie gdy tutaj urlopowa przerwa, polecam tam zajrzeć!

      Usuń
    2. Cieszę się, że się podoba. Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej :)
      Zaglądam na Źródło regularnie, ale nie wiem... przeoczyłam coś? Tzn, dlaczego polecasz mi zajrzeć? ;)

      Usuń
  9. no i Zbysław sobie kuku zrobił..oby nie jakieś poważne..
    no i nie kończ swojej kariery pisarskiej, błagam!!! uwielbiam Cię czytać i od końca "Źródła" zalewam się łzami, że tylko "Fobie" mi zostały :((( Już kiedyś pisałam, że Ty i Annie Kannie piszecie mega i zawsze z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały!! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież nie kończę. Przynajmniej nie teraz :)

      Usuń
  10. Piosenka wykorzystana w rozdziale przypadła mi do gustu i przez Ciebie nie mogę teraz przestać jej słuchać ;)
    Francesca spędza ze Zbyszkiem mnóstwo czasu, nic więc dziwnego, że jej się spodobał, w dodatku po akcji w sylwestra też na pewno zarobił u niej plusa, ale co będzie dalej? Tylko Ty raczysz to wiedzieć ;) A sam Zbyszek? Ma teraz na głowie o wiele większe problemy niż roztrząsanie kwestii postrzegania psycholożki. Najgorzej jest chyba wtedy, gdy człowiek męczy się sam ze sobą, a coś takiego od samego początku można zaobserwować u Bartmana. Przez pierwsze rozdziały próbował owo uczucie zneutralizować i zagłuszyć, prowadząc tak zwany rozwiązły tryb życia, ale są rzeczy którym prędzej czy później trzeba stawić czoło. Terapia u Kruś powoduje, że musi zacząć na nowo definiować swoje lęki i powoli uczyć się je oswajać, ale to nie zawsze jest takie proste jak mogłoby się wydawać. Chwilami chciałby od tego wszystkiego uciec, ale nie ma dokąd, bo od przeszłości (która notabene, dla nas, czytelniczek wciąż jest zagadką) nie ma ucieczki.
    Ja nie narzekam, tylko poczekam cierpliwie na dalszy ciąg, bo przecież nie uciekasz od nas na dobre, tylko robisz sobie małą przerwę. Mam nadzieję, że z powodzeniem realizujesz urlopowe zamierzenia (zapewne poza opalaniem, bo pogoda na razie zupełnie temu nie sprzyja, no chyba że wypoczywasz poza granicami naszego kraju), zatem ładuj akumulatory i wracaj do nas z nową energią :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też ją wkręciła inna autorka, więc wiem, co czujesz ;p
      Plusik, plusik i jeszcze raz, plusik, droga Selene! ;) Dobrze Pani główkuje ;D
      Udało mi się wyjechać do Czarnogóry, więc kwestię opalania również mam odfajkowaną ^^ Dziękuję ;*

      Usuń
  11. Nie wiem jak się tu znalazłam, pewnie przez przypadek ale zostaje!
    po pierwsze kocham twojego Bartmana, bo jest taki inny, nie cukierkowy i to jest w nim najlepsze
    talent do pisania masz i to na pewno, pewnie za kilka lat będą stały w top 10 książki Kyane ze sportową tematyką, z pewnością bede je kupować :D
    skoro masz urlop to nie pisze nic, że czekam i czekam tylko życzę dobrego wypoczynku i oby jeszcze więcej weny napływało z każdym dniem.
    co do komentarzy i wymówek, znam to, sama ucieszyłabym się nawet z jednego zdania, bo ważne, że coś jest, jakiś znak od czytelnika
    dobra lece sie dodać do spamów i tych wszystkich innych zakładek, żeby tutaj nie robić bałaganu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kocham czytać takie komentarze, gdy ktoś nowy się pojawia! ♥ Mam nadzieję, że naprawdę zostaniesz i że wszystko będzie się podobało. Albo chociaż większość ;)

      Usuń
  12. Hejooooooooooo :*
    JESTEM ! Przeczytałam w dwa dni to cudowne opowiadanko :D choć wczoraj mi się takie nie wydawało :P. Pierwsze 3 rozdziały bez prologu tak ciężko mi się czytało, że już miałam to rzucić, ale NIE! obiecałam, że przeczytam, że zostanę, że będę i JESTEM :D. Nieco spóźniona, ale dobrze, że dotarłam :P.

    No powiem Ci, że się postarałaś z tym opowiadaniem :) Jest cudowne ! W niektórych momentach, aż podniecające ! Na prawdę czysty pornos ( ja tego nie napisałam :P) Ale może to dobrze, w opowiadaniach wszystko może się zdarzyć. Przecież jest to fikcja i tylko idiotyczny imbecyl mógłby to wziąć za prawdę.
    Wiesz co, moim skromnym zdaniem nie powinnaś pisać, że "w tym rozdziale są wątki "+18" i jeżeli kogoś to razi pam pam pam NIECH OMINIE TEN FRAGMENT" (chodzi mi o to napisane dużą czcionką). Jak ktoś postanawia czytać to opowiadanie to niech ma to na uwadze, że będzie tutaj KIPIAŁO EROTYKĄ, a jak nie chce czytać o tym to niech nie czyta całego opowiadania. Oczywiście to moje zdanie, robisz jak uważasz, ale musiałam to napisać,wyżalić się, bo to mnie rezi :P.

    Wspominałam, że to cudowne opowiadanie ? TAAAK GENIALNE <3
    Aż się nie mogę doczekać następnych rozdziałów, tak bardzo bardzo !
    Pomimo, że posty są długie (co uwielbiam) i są napisane małą czcionką ( przez co bolą mnie już oczy i jest to w pewnych momentach uciążliwe) to i tak zostaje tutaj na zawsze ! FOR EVER Z TYM OPOWIADANIEM !

    Śmigam spać, daje odpocząć paczadłom i czekam na kolejne :* Pozdrawiam Dooma :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się przemogłaś, ale tym porównaniem do pornola to mnie trochę wgniotłaś w fotel, wiesz? To (chyba) nie jest aż tak puste opowiadanie.
      Muszę uprzedzać, że pojawiają się wątki erotyczne, bo inaczej blogger mógłby mi zawiesić czy tam nawet usunąć bloga ;) Według prawa muszę uprzedzać o takich rzeczach, skoro bloga mam zakwalifikowanego jako "dostępny dla wszystkich", a nie "dla dorosłych" ;)
      U mnie czcionka jest całkiem spora. Może spróbuj crtl+? ;)

      Usuń
    2. Oczywiście z tym "pornosem" to było dla rozbawienia :P. Dla mnie nie jest to puste, nawet nie mogłabym tak napisać, bo jest to opowiadanie dające dużo do myślenia. Trzeba się skupić i tak jak to napisałaś trzeba uruchomić funkcję "myślenie" bo inaczej się tego nie zrozumie :).
      Sądziłam, że jeżeli dałaś całkiem sporą informację obok treści postu ( nawet są wyróżnienia ! :D) to powinno wystarczyć, bo jak i post tak i info poboczne trzeba przeczytać :).
      Przepraszam, jeżeli w jakiś sposób Cię zasmuciłam, obraziłam, nie miało to tak wyglądać :). Jestem osobą, która pomyśli i zrobi, a nie przemyśli tego i często właśnie to wychodzi na złe. Widać i tym razem tak się stało i ta część z "pornolem" miała być w formie żartu. Więc bardzo, bardzo przepraszam :(.
      Ctrl+ działa od początku jak zaczęłam czytać na komputerze ( na telefonie tej pomniejszonej czcionki nie widać) i chyba tak pozostanie :D.
      Pozdrawiam Dooma :).

      Usuń
    3. Po prostu jestem wrażliwa na porównywanie tego tekstu do porno albo Greya. Naprawdę wkładam w tę robotę całe serducho i mnie to drażni, przepraszam.
      A może i wystarczy info poboczne, ale przezorny zawsze ubezpieczony :P

      Usuń
  13. Miałam tu być w poprzednim stuleciu, ale... Studia, wyjazd na wieś i majacze w Simsy(właśnie instaluję czwórkę). A do tego boli mnie już CAŁA prawa strona ciała i nie wiem, czy mam coś z głową czy co.. w ogóle nie piszę, ale ogłosiłam na tt, że do poniedziałku nadrobię to nadrabiam. Jesteś pierwsze kolejce.
    Rozdział przeczytałam wieki temu, dzień po dodaniu. Muszę przyznać, że jakimś cudem nie wyłączyłam myślenia, bo sumienie mi na to nie pozwala. Wolę myśleć i analizować, bo na tym polega czytanie. To nie są przecież tylko zdania, opisy typu wstał, zżarł ciastko, siadł i beknął. Trzeba patrzeć głębiej, pamiętać o poprzednich rozdziałach, myśleć, analizować i czuć. Ciągle to powtarzam, ale mózg i serce jest potrzebne do czytania, inaczej psujemy sobie przyjemność i odbieramy to, co najważniejsze, a to taka szkoda! Szczególnie tutaj, gdzie mamy taki smaczek, takie opowiadanie, takie analizy. Może to kwestia czego oczekujemy od opowiadania, jakiej formy rozrywki i jakich emocji. Może ja jako autorka widzę coś innego, coś innego chcę. Trudno. Ja się nie zmienię i mam nadzieję, że i ty się nie zmienisz i nie zmienisz również opowiadania, chcąc się podporządkować. To byłoby niewybaczalne.
    Nie będę komentować po kolei wydarzeń, tylko postacie. Studium charakterów.
    Zbyszek. Zbyszek naprawdę nie ma łatwo. Patrzę sobie teraz na niego oczami, dajmy na to Kurka i myślę: ostry, nieco nerwowy facet, kobieciarz, równy gość, choć może mi przypierdolić. Ludzie go chyba tak postrzegają, jako kogoś w pewnym sensie złego i to złego z wyboru. Kogoś komu nie warto poświęcać więcej czasu i uwagi, niż wymiana spostrzeżeń w szatni czy wyjście na piwo. Może to nadinterpretacja, nie wiem. Ale to może też smutna prawda, niestety.
    Ciężko mi patrzeć na to, jak Zbyszek się męczy, bo musi się czuć koszmarnie. Koszmarnie. Koszmary, nad którymi nie da się chyba zapanować samodzielnie, w których wraca pewnie wszystko to przed czym od kilku lat ucieka. Nie jest już wymęczony przypadkowym seksem, nie ma siły biegać, nie pada na łóżku i nie zasypia. Inaczej, zasypia, ale co to jest za sen? Urywany, pełen strachu i koszmarów. Nie, to nie jest odpoczynek. To strach przed nocą, przed łóżkiem, przed pójściem spać. Łóżko nie jest utożsamiane z tekstami z mtv cribs, typu: tu dzieje się magia. Zbyszkowi w łóżku dzieje się po prostu krzywda i może właśnie dlatego zrobił z tego łóżka, co zrobił. Nie wiem, może gadam głupoty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę tylko Igła. Tylko Igła patrzy na niego inaczej, może tak powinno się patrzeć na Zbyszka. Z troską, jakimś zrozumieniem. Przecież Igła też był taki, dobrych kilka lat temu. Niepokorny, lubiący alkohol, chętny do zabawy, wyjść z bazy i mający niewyparzony język. Sam się do tego przyznaje w wywiadach. Może dlatego zachowuje się odrobinę po ojcowsku lub jak starszy brat, bo chcę Zbyszka ochronić. Ale Zbychu jest właśnie taki; trudny go obronić przez złem świata i przed tym, co siedzi w nim tak głęboko. Krzysiek ratuje mu dupę i to w dość automatyczny sposób, bez cienia wątpliwości, kłamię i nawet się nie jąka.. z jednej strony uśmiecham się, bo wiem, że Igła to dobry przyjaciel, ale z drugiej strony zdaje się sobie sprawę z tego, że tak nie można, że to zbyt długo, że Zbyszek musi wziąć odpowiedzialność za to, co robi. I chyba weźmie, teraz. Teraz gdy zdrowie może uciec.

      Franka(lubię tak na nią mówić). Franka też nie ma łatwo, bo dziwne rzeczy się z nią dzieją. Już ustaliłam to, że ona na pewno nie jest w Zbyszku zakochana. Może słowo ‘zafascynowana’ jest lepsze. Kurde, miłość, zakochanie, to takie wielkie słowa, nie należy ich nadużywać. Nazwijmy to po imieniu. Franka ma zwykłą chcicę na Zbyszka, jara się nim, jego wyglądem, powierzchownością. Przespałaby się z nim, to pewne. Ale związek, miłość, dzieci, małżeństwo, słodycz? Wątpię, nie na tym etapie, nie teraz, nie jestem pewna, czy w ogóle do tego dojdzie. Zmacałaby go, zrzuciła majtki i obawiam się, że większość będzie rozczarowana, bo to tyle na teraz. Cielesność, Zdrowe podniecenie kobiety mężczyzną. Pożądanie, nie miłość. Ona go hotkuje. Wbrew sobie, bo wie, że to nieetyczne.
      A Zbyszek? Franka i spotkania z nim jej przykrym obowiązkiem. I uważam, że on ją obwinia za koszmary, za powrót do tego, co było.
      Cały tekst napisany na tak samo wysokim poziomie. Ale ty to wiesz. Wiesz, że ja lubię takie opowiadania. I nawet Zbyszka lubię.
      Jedna uwaga, szczegół. Nie jesteś kibicem Resovii, ja jestem. Nie pisz o klubie Asseco. To sponsor. Są osoby, które tego nie lubią. Nie lubią, gdy Swędro i papa Drzyzga to robią. Resovia. Po prostu Resovia, Sovia. To czepianie się, tak wiem… wybacz xd

      Pozdrawiam Cię.

      Zuzek.

      Usuń
    2. Nawet gdybym chciała zmienić styl żeby się podporządkować, to miałabym za dużego lenia żeby przerabiać prawie 20 rozdziałów (w wordzie Fobie są już praktycznie skończone) xD poza tym nie miałabym serca wsystkuego od nowa wysyłać mojej zapraciwanej becie, dość ma zaległości :P no i, i tak nie jestem typem, który się dostosowuje do tłumu ;)
      Myślę, że akurat Kura czy Achrem Zbyszka lubią na tyle, by nazwać go kumplem, ale jeśli chodzi o resztę, to niestety jest to smutna prawda. Ale to się wszystko będzie stopniowo ujawniać. Zbyszek jest trudny. Z jednej strony na jego zachowaniu zaważyły wątki, o których jeszcze nie wiecie. Z drugiej tak bardzo przyzwyczaił się do odgrywania wyrachowanego, może nieco gburowatego, że chyba w końcu taki się stał. Jest zły z wyboru i nie... to poplątane, chwilami nawet dla mnie. Igła jako jedyny wie o przeszłości Zbyszka. Był (jest) jedynym przyjacielem, który zna tę historię co do joty, bo przecież Miśka Zbyszek stracił. Myślę, że Igła kocha go jak brata, dlatego potrafi dla niego kłamać, chić go to wkurza. Co do samej odpowiedzialności, to nie jestem pewna, czy to ci zrobi Bartman będzie odpowiedzialne. I chwała Ci za to, co piszesz o France. Przywracasz mi wiarę... Swoją drogą wzruszyłam się 1cz komentarza, tą o Zbyszku <3
      O Assecco wiem, Selene zwróciła mi na to uwagę xD myślałam, że wszystko pozmieniałam, ale najwyraźniej nie.. postaram się przyłożyć do tego większą uwagę.
      Ps-idź do fizjo, niech Cię nastawi i się nie męcz. Jakbym umiała, to sama bym Ci zrobiła 'chrup', ale.jeszcze nie umiem :c

      Usuń
  14. Rozdział że słów brak. Wiem, że mam mega duże zaległości,ale nadrobię.( Tak się kończy miesiąc bez internetu) Kuruś jest tak samo uparta jak Bartman. Brak mi do nich słów. Jedno oszukuje siebie a drugie głupie nie złazi z boiska jak kręci mu się w głowie.
    Lecę czytać dalej.
    Buziaki :* i weny

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.