BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

12 sie 2016

Fobia dziesiąta


- Na zdrowie! - zawołałam z szerokim uśmiechem, gdy po wyjściu z gabinetu przywitało mnie donośne kichnięcie Kaśki. Moja przyjaciółka wytarła nos w chusteczkę, po czym jedną dłonią docisnęła do szyi beżowy, wełniany komin, w drugą biorąc kubek parującej herbaty z cytryną. Za oknami deszcz bębnił o szyby i parapety, drzewa kołysały się pod naporem wiatru. Mimo wczesnej godziny byłyśmy zmuszone do zapalenia świateł w całej klinice; grafitowe chmury szczelnie okryły niebo nie przepuszczając choćby najmniejszego promyczka słońca.
    - Nienawidzę być chora – wykrztusiła, prawie parząc sobie usta gorącą cieczą. Ubrana w naprawdę gruby, szary sweter, z nogami okrytymi kocem pod biurkiem, trzęsła się jak osika.
    - Weź kilka dni wolnego – poprosiłam po raz setny, podając jej dwie kartki z rozliczeniem. Kasia od razu pokręciła głową,z automatu spinając je za pomocą zszywacza.
    - Nie ma mowy, nie zostawię cię tutaj samej. We dwie siedzimy tu od ósmej do dwudziestej drugiej, dzień w dzień. Jak chcesz ogarnąć pacjentów i papierki ledwie dwiema rękami?
    - Jakoś sobie poradzę. Nie powinnaś tego lekceważyć. Przecież ty ledwo siedzisz. Nie sądzisz, że lepiej byłoby leżeć pod kołderką i pozwolić Marcie, żeby robiła ci rosołki? – powiedziałam, puszczając przyjaciółce perskie oko. Miałam nadzieję, że wizja jej nowej towarzyszki opiekującej się nią w chwili niedoli będzie wystarczającym argumentem, by pójść na zwolnienie. W końcu Marta była „wspaniałą, nietuzinkową osobą o wyrazistym poczuciu humoru i pięknych, miodowych oczach”, o której to nasłuchałam się już miliona historyjek. Niestety, Kaśka uśmiechnęła się tylko, rozmarzona niczym mała dziewczynka i zaczęła stukać palcami w klawiaturę.
    - Nie znasz się na tym, Frania. Coś klikniesz, coś wyrzucisz, a potem się okaże, że usunęłaś archiwum z całego roku. I będzie na mnie – powiedziała, pociągając donośnie nosem. Uznając swoją porażkę, ostentacyjnie wywróciłam oczami. - Poza tym jak mogłabym sobie odmówić relacji na żywo z twoich podbojów u naszego siatkarzyka? - dodała złośliwie, poruszając brwiami w ten śmieszny, charakterystyczny sposób.
    - Nie ma żadnych podbojów – orzekłam, rumieniąc się obficie. Czy ona naprawdę nie mogła przestać? Przez te jej wieczne insynuacje jakobym miała zadurzyć się w Bartmanie, zaczynałam… coraz bardziej go lubić.
    - To nie ja o mało dostałam zawału, gdy zemdlał na boisku – wytknęła mi po raz dwutysięczny.
    - To, że jestem z nim w jakiś sposób związana emocjonalnie nie znaczy jeszcze, że będą z tego dzieci – ofuknęłam ją ignorując pulsujące ciepło w podbrzuszu. W zasadzie nie wiedziałam, co złościło mnie bardziej: fakt, że Kacha miała rację, czy to, iż podobna sytuacja nie miała prawa bytu? - Tak samo bym się zachowywała, gdybyś to ty straciła przytomność.
    - Mhm. Jasne. Gdybym ja fiknęła taką widowiskową glebę, odtańczyłabyś nade mną taniec radości, zrobiła pierdyliard zdjęć na instagrama, a dopiero potem zapytałabyś, czy w ogóle jeszcze żyję.
    - Ale w końcu bym zapytała – powiedziałam, wzruszając ramionami i zaraz nasuwając czapkę po same brwi.
    - Chociaż byś mi skłamała i zaprzeczyła! - zawołała skrzekliwie, nadymając śmiesznie policzki. Zaśmiałam się wesoło, podpinając płaszczyk pod samą brodę.
    - Przynieść ci coś ze sklepu? - wymamrotałam spod zwojów grubego materiału. - Może kupię ci jakąś gotową zupę w pudełku? Odgrzejesz sobie w mikrofali.
    - Nie, dziękuję – powiedziała, prostując się dumnie. - Za pół godziny przyjedzie Marta i da mi domowego rosołu, do rąk własnych – oznajmiła, machając w powietrzu dłońmi. - Ona o mnie dba, nie to co ty.
    - Mówię, żebyś poszła na zwolnienie!
    - Ty mnie wyganiasz! Ona mi gotuje zupki! - zawołała i kichnęła donośnie, jakby miała tym przypieczętować swój udawany wybuch.
    - No chyba od tego jest – pokazałam Kasi język i wyjęłam z wiklinowego kosza czerwoną parasolkę. - Idę do Biedronki, zaraz wrócę! - krzyknęłam będąc już na klatce schodowej. Słyszałam, jak Rzepecka donośnie kicha w odpowiedzi i pokręciłam głową. Że też miałam tak upartą istotę za przyjaciółkę!
    Zbiegałam szybko po schodach, rozkładając parasolkę, dopóki nie wpadłam na kogoś z impetem. Przeprosiłam zduszonym głosem, podniosłam głowę i o mało nie połknęłam własnego języka, gdy przed sobą ujrzałam oblicze rozanielonego, mokrego od deszczu Grzegorza.
    - Bardzo przepraszam – zaśmiałam się nerwowo. Delikatnie wyłuskałam łokieć z chwytu jego dłoni, by uciec przed nieprzyjemnym dla mnie dotykiem. Żeby nie sprawić mu przykrości, poprawiłam sobie wolną ręką czapkę. - Co pan tu robi? Powinien pan być już w domu.
    - Zostawiłem u pani portfel, zorientowałem się w połowie drogi – powiedział, rumieniąc się obficie. Odetchnęłam z ulgą. Faktycznie, całą naszą sesję się nim bawił, a później zapomniał zabrać go z biurka. Bałam się, że będę musiała do niego wydzwaniać i prosić, by przyjeżdżał do kliniki po moich godzinach pracy, ale jak widać był bardziej rozgarnięty, niż mogłam przypuszczać. - Mógłbym po niego pójść?
    - Oczywiście. Ja akurat wychodzę, ale Kasia siedzi za biurkiem, wpuści pana – uśmiechnęłam się. - Do zobaczenia za tydzień! - zawołałam, wymijając go szybko i żwawym krokiem wyszłam na dwór, od razu rozkładając parasol. Odetchnęłam ciężko. Naprawdę się wystraszyłam, gdy zobaczyłam przed sobą okrągłą twarz Grześka. W czasie naszego spotkania powiedziałam mu, że widzimy się przedostatni raz. Wówczas stał się nerwowy, a kiedy miał wychodzić, zaprosił mnie na kolację. Serce uwięzło mi w gardle, bo nagle okazało się, że Rzepecka i Marcel mieli rację. Facet się we mnie bujał, a mnie jako terapeutce było to mocno nie na rękę. Na szczęście udało mi się delikatnie i po przyjacielsku wybrnąć z tej sytuacji; taką przynajmniej miałam nadzieję… Gdy wpadłam na niego kilka sekund temu przez chwilę pomyślałam, że będzie chciał mnie nagabywać.
    Naraz w mojej głowie pojawiła się ostrzegawcza lampka. Byłam hipokrytką. Skoro Grzegorz mi się nie podobał, trzymanie się zasad nie było dla mnie żadnym problemem, ale gdy na jego miejsce wskakiwał Bartman, to moje serce biło boleśnie o mostek.
    - Z Bartmanem też do niczego nie dojdzie – skarciłam się szybko, przeskakując kałużę na ulicy. - Opanuj się.
    Spacerując między sklepowymi półkami w poszukiwaniu czegoś dobrego na lunch, w mojej głowie kłębiło się coraz więcej pytań. Przestawałam ufać sobie, swoim uczuciom, reakcjom własnego ciała. Grześkowi kilkakrotnie, niemal boleśnie dobitnie dałam znać, że nie chcę jego dotyku, w jakiejkolwiek postaci, nawet uścisku ręki. Gdyby to Zbyszek wziął moją dłoń w swoją…
    Czy to naprawdę źle o mnie świadczyło? Że jako kobiecie podobał mi się wysoki, umięśniony facet o niskim, ciepłym tembrze głosu i przenikliwym spojrzeniu? Czy naprawdę stawałam się przez to złym człowiekiem? Złym psychologiem? Miałam mętlik w głowie…
    Kupiłam sobie tylko paczkę gumy do żucia i zimną zapiekankę, po czym ponownie wyszłam na deszcz, cały czas nękana wyrzutami sumienia. A może po prostu byłam zmęczona? Może wystarczyło wziąć wolne po zakończeniu sprawy ze Zbyszkiem i pojechać do jakiś ciepłych krajów? Nigdy nie byłam w Grecji; może to dobra okazja, by się tam wybrać? Miałam jakieś zaskórniaki odłożone na czarną godzinę, a suma, jaką do tej pory zasilił nas Panek, śmiało mogła mi wystarczyć na zakwaterowanie w pięciogwiazdkowym hotelu na Santorini. Uśmiechnęłam się promiennie wchodząc na klatkę schodową. Z dużo przyjemniejszymi myślami zaczęłam wdrapywać się na czwarte piętro.
    - Grzegorz tu był – oznajmiła Kasia chłodnym tonem, gdy tylko przestąpiłam próg poczekalni.
    - Tak, tak, wiem. Wpadłam na niego wychodząc na dwór. Wrócił po portfel – odpowiedziałam nieprzytomnie, rozbierając się z grubych ubrań. Kasia zmierzyła mnie uważnie spojrzeniem. Zdawało mi się, że próbuje połączyć ze sobą jakieś fakty, ale w końcu machnęła ręką i wróciła do jedzenia obiadu. Zapach rosołu i dorzuconych do niego przypraw roznosił się po całym korytarzyku.
    - Skoro tak twierdzisz.
    - Nie rozumiem – przyznałam, strzepując krople deszczu z parasolki.
    - Miałam wrażenie, że szperał ci po szafkach – wyznała, wciągając kluskę jakby właśnie jadła spaghetti. Zmierzyłam przyjaciółkę pobłażliwym spojrzeniem i ustawiłam sobie ekspres do kawy.
    - Wiem, że go nie lubisz, ale oszczędź mi swoich teorii spiskowych.
    - Po prostu jestem ostrożna. I ty też powinnaś – wytknęła mnie oskarżycielsko łyżką. Wyjęłam kubek z cappuccino spomiędzy widełek i obróciłam się przodem do blondynki, biodro wspierając o kant jej biurka.
    - Marta już była? - zapytałam, brodą wskazując miseczkę zupy przed Rzepecką.
    - Mhm. Musiałyście się minąć. Śpieszyła się na jogę, więc nie posiedziała za długo.
  - Czyli rozumiem, że nieświadomie zapewniłam wam chwilkę intymności? - zapytałam z niebezpieczną iskrą w oku. Ku mojemu zdziwieniu, Rzepecka zarumieniła się obficie i spuściła wzrok, nie podejmując tematu.
    - Przestań – poprosiła tylko, łyżką mieszając w resztce obiadu. Patrzyłam na nią chwilkę w osłupieniu, w końcu śmiejąc się cichutko pod nosem. Kto by pomyślał, że Kasia może być tą wstydliwą?


Siedziałem przy barze w najciemniejszym kącie, byle nikt mnie nie zaczepiał. Wspierałem łokieć o zimny blat stołu, palcami masując skroń. W drugiej dłoni obracałem kwadratową szklaneczkę z drinkiem. Patrzyłem na stukające o siebie kostki lodu zalane whisky, ale wzrok miałem nieobecny. W głowie ciągle brzmiały mi wrzaski trenera…
    - Wytłumacz mi to! - ryknął, rzucając we mnie książeczką zdrowia. Złapałem ją z trudem, przyciskając do piersi jak najdroższy skarb. Lodowaty dreszcz przebiegł mi od karku po same lędźwie. Nie wiedziałem co się dzieje. Zerknąłem niepewnie na naszych fizjo, na lekarza, a potem jeszcze raz na Kowala, na oślep otwierając książeczkę i wyciągając z niej kartkę z wynikami badań. To, co rozumiałem, przebiegłem wzrokiem i stwierdziłem, że wszystko jest w należytym porządku. Byłem zdrów jak ryba. Pokręciłem ledwie zauważalnie głową.
    - Co ty ćpasz, co? - usłyszałem niski, gardłowy warkot tuż przed twarzą i prawie się udusiłem. Gwałtownie podniosłem wzrok, napotykając nienawistne spojrzenie trenera. Krew zaczęła wrzeć mi w żyłach, rozprowadzając po całym moim ciele adrenalinę z prędkością światła; zacisnąłem dłonie w pięści i zmarszczyłem brwi.
    - Słucham? - syknąłem. Z trudem powstrzymywałem się przed daniem Kowalowi w twarz, ale ciągle łudziłem się, że źle usłyszałem. Trener zacisnął szczęki i przybliżył się do mnie o krok, dysząc wściekle. Prawie zetknęliśmy się czołami, choć byłem nieco wyższy; ciskał we mnie gromy samym spojrzeniem, jego gorący oddech czułem na całej twarzy.
    - Co. Ćpasz – warknął gardłowo, żądając odpowiedzi. W moich palcach strzeliły knykcie.
    - Andrzej – Olek, jeden z fizjoterapeutów, złapał trenera za bark i odciągnął go ode mnie. - Idź, usiądź sobie – polecił mu spokojnie, niemal siłą sadzając go na obrotowym krześle. Kowal mamrotał jeszcze pod nosem, ale ja skupiłem całą uwagę na rehabilitancie. Zrobiłem niepewny krok w tył. Czułem się jak dzikie zwierzę złapane we wnyki; nie ufałem im, nie wiedziałem, czego się spodziewać. Chcieli mieć pretekst, żeby mnie wyrzucić? Ale po co, przecież oddawałem całego siebie tej drużynie i nawet nie pisnąłem. Poświęcałem siatkówce kompletnie wszystko...
    - Posłuchaj… sezon jest ciężki, nie zaglądamy wam do listy odżywek, jakie łykacie – Olek podrapał się ze zdenerwowaniem po głowie. Wstrząsnął mną spazm gniewu. - Ale może masz coś…
    - Nigdy, rozumiecie? - warczałem, w dłoni gniotąc dokumenty. - Przenigdy nie wziąłem do ust narkotyków. Nawet, kurwa, raz.
    - Zibi…
    - Może mi kurwa powiesz, skąd miałbym wziąć takie gówno?!
    - Myślisz, że mało jest karteli? - odezwał się Jakub, łypiąc na mnie z boku. Gdyby nie odgradzała nas masywna postać fizjoterapeuty, jak Boga kocham, rozerwałbym go własnymi rękoma, rozgryzłbym mu tętnicę, wypruł flaki. Jak mogli mnie osądzać o coś takiego?! JAK?!
    - Czy ty żeś na łeb upadł? - syknąłem w kierunku lekarza. Nie odpowiedział mi, za to Aleksander wyjął mi z dłoni zmiętolone papiery.
    - Zbyszek, takich wyników – pokazał mi ciąg jakiś niezrozumiałych dla mnie cyferek – nie dają żadne normalne odżywki białkowe, energetyki ani tabletki na kaszel.
    - Więc to od razu znaczy, że jestem ćpunem, tak?! - parsknąłem, wyrzucając ręce w bok. Jarek, drugi fizjoterapeuta, położył mi dłoń na ramieniu, starając się mnie uspokoić.
    - Po prostu powiedz, co bierzesz.
    - Kurwa…
    - Powiedz, co łykasz – powtórzył, nie dając mi skończyć, za to wbijając mi palce w ciało. Zabolało. Cwaniak wiedział, gdzie mnie złapać, żebym nie mógł się zamachnąć. - Może nawet nie wiesz, że ci to szkodzi.
    W mojej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka, krew odpłynęła mi z twarzy. Zrobiłem niewielki krok w tył, biorąc głęboki, naprawdę głęboki oddech. Próbując się opanować, wypuściłem powietrze przez usta i przymknąłem oczy, wolną dłonią zaczesując włosy w tył. W końcu pokręciłem głową i leciutko wzruszyłem ramionami. Jarek dalej wbijał mi palce w bark. Miałem jednak wrażenie, że on jako jedyny stoi po mojej stronie, chce mi pomóc. Wziąłem się pod boki i kilka sekund ważyłem słowa na języku.
    - Witaminy od Kuby, białko i… leki nasenne… - wymamrotałem w końcu. W pokoju zapanowała grobowa cisza. Kowal patrzył na mnie jak na zjawę, by w końcu prychnąć nerwowym śmiechem i zacząć szarpać się za włosy. Nie wiedziałem, czy to wyraz ulgi czy jeszcze większej wściekłości.
    - Łykasz usypiacze? - Olek zdawał się nie dowierzać, za to Jakub nastawił uszu, prostując się niczym struna.
    - Nie mogłem sobie poradzić…
    - Odstawiałeś alkohol? - Kuba minął Aleksnadra i Jarka, temu drugiemu pokazując, żeby w końcu mnie puścił. Zmierzyłem lekarza nieprzychylnym spojrzeniem.
    - Mam nadzieję, że to było retoryczne pytanie – warknąłem. Spojrzał mi w oczy i delikatnie skinął głową, łapiąc mnie za rękę. Przycisnął do niej dwa palce na wysokości nadgarstka i zerknął na zegarek, by zmierzyć puls. Nie odezwał się. Wiedział, że piłem tylko w przypadku jakiejś okazji: Sylwester, wesela, wygranie mistrzostwa przez naszych chłopaków. Wiedziałem co mi wolno, a czego nie wolno. Wiedziałem jak muszę żyć, chcąc być najlepszym. Na procenty i libacje do białego rana nie było po prostu czasu ani sił.
    - Czemu bierzesz coś takiego? - Kowal zdawał się uspokoić hulające w nim emocje. Patrzył na mnie z bólem i niepokojem; wyglądał niczym zatroskany ojciec.
    - Nie mogłem spać. Nie… - ugryzłem się w język. No przecież nie powiem im, że miałem koszmary! - Nie wiem – westchnąłem. - Po prostu nagle nie potrafiłem znaleźć miejsca, wyspać się. Nie regenerowałem się, dosypiałem, gdzie mogłem, ale byłem nieprzytomny. Dlatego zemdlałem wtedy w Gdańsku – dodałem szybko. Jakub pokiwał głową ze zrozumieniem. - Byłem przemęczony. Poradziłem sobie tak, jak umiałem. Czytałem wszystko co mi weszło pod ręce – zacząłem się usprawiedliwiać. Nagle uznałem, że to konieczne. - Wydawało mi się, że jest okay.
    - Lepsze to niż jakieś podejrzane krokodyle – westchnął lekarz. - Jaki to lek?
    - Zolpidem.
    - Czyś ty rozum postradał? - jęknął trener. Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Jakub odebrał ode mnie to, co kiedyś było piękną, lśniącą książeczką zdrowia sportowca i trzepnął mnie nią przez łeb.
    - Odstaw to – powiedział twardo – bo się w końcu nie obudzisz.

Nie chciałem się zabić, tylko odpocząć. Wyspać się, uwolnić od wspomnień przybierających coraz bardziej realny kształt w mojej głowie, a wyszedłem na chorego psychicznie po nieudanej próbie samobójczej. Przynajmniej miałem wrażenie, że na takiego wyszedłem...
    Dostałem przymusowe wolne. Miałem doprowadzić się do stanu używalności, odetchnąć, może znaleźć jakiś inny sposób na walkę z bezsennością bez konieczności łykania tabletek. Kuba proponował mi jakieś ziółka, ale wątpiłem, by działały po kuracji, jaką sobie wcześniej zafundowałem. Zdążyłem przecież przyzwyczaić organizm do mocniejszych środków.
    O dziwo, nawet nie było mi przykro, że nie mogę zagrać meczu z Bełchatowem. Jako siatkarz Resovii powinienem bardziej palić się do złojenia pszczołom tyłków, ale nawet to przestało mieć dla mnie znaczenie. Znowu nie mogłem spać, znowu odwlekałem moment przyłożenia twarzy do poduszki najdłużej jak tylko się dało. Męczyłem się we własnej skórze, za nic nie mogąc znaleźć dobrego wyjścia z sytuacji. Zacząłem myśleć nad tym, żeby gdzieś wyjechać, choć na chwilę. Chciałem złapać oddech. Pierwszy raz od zawsze potrzebowałem nudnej, prostej codzienności niczym powietrza.
    Kostki lodu dzwoniły o grube szkło szklanki, bez trudu przebijając się do mojej głowy przez płynący z głośników jazz. Był środek tygodnia, bar niemal świecił pustkami. Ktoś pochrapywał z policzkiem przyklejonym do stolika parę metrów dalej, cztery dziewczyny przyszły po zajęciach napić się piwa, w drugim kącie sali obściskiwała się jakaś para. Przy barze byłem sam. Kelner ze znudzeniem wycierał szklanki, wodząc po wszystkich beznamiętnym spojrzeniem.
    Niespodziewanie krzesło koło mnie zaskrzypiało cicho, a na jego siedzisko opadła obca mi kobieta. Odrzuciła grube blond loki w tył, smagając mnie nimi po ramieniu i wsparła brodę na dłoni, przyglądając mi się z uśmiechem.
    - Co taki facet jak ty robi sam w barze, w taki dzień? - zapytała spokojnie, zakładając nogę na nogę. Miała całkiem przyjemny głos.
    Wzruszyłem ramionami, wydymając lekko dolną wargę.
    - Pije whisky z lodem i rozmyśla nad beznadziejnością życia – mruknąłem bez zastanowienia, upijając potężny łyk bursztynowego płynu. Alkohol palił mi usta i krtań. Dziewczyna zaśmiała się delikatnie, znowu zarzucając włosami.
    - Czekasz na kogoś?
    Zastygłem ze szklanką przy ustach i zerknąłem na nieznajomą kątem oka. Mówi się, że czarny kolor wyszczupla; patrząc na sylwetkę dziewczyny śmiało mogłem stwierdzić, że to jedyny powód dla którego wystroiła się jak na stypę. Nie, żeby była brzydka czy nie wiadomo jak utuczona; wręcz przeciwnie, wyglądała naprawdę dobrze. Włosy niczym od fryzjera, dokładny makijaż, pełne biodra, przyjemne wcięcie w talii. A i oddychać miała czym. Kto powiedział, że piękna kobieta gabarytami przypomina szczypiorek? Tylko wszechobecna czerń otulająca to ciało… obcisła, krótka, czarna sukienka, czarne rajstopy, czarne buty, czarna biżuteria, smoky eye, wszystko się ze sobą zlewało, traciło kontury.
    Uśmiechała się do mnie zalotnie. Jasne oczy błyszczały wesoło, otoczone wachlarzem grubych rzęs. Dziwna siła, dawno nie nawiedzające mnie uczucie, ścisnęły moje wnętrzności wywracając je boleśnie na drugą stronę.
    - Chciałem posiedzieć sam – mruknąłem. Uśmiechnąłem się do niej ciepło, żeby nie wyjść na gbura i odwróciłem wzrok. Kto by pomyślał, że to jedno krótkie zdanie, prosta odmowa, przysporzy mi tyle… niesmaku? Mimo to, musiałem ją zniechęcić. Przez moją głowę przebiegały setki myśli na minutę.
    Odejdź, poprosiłem w myślach. Potrzebowałem skupić się tylko i wyłącznie na sobie. Na swoim życiu, jego zawiłościach. Na tym, jak porypany mam łeb.
    Odejdź, dopóki ci pozwalam.
    - Wydaje mi się, że kłamiesz – usłyszałem. Przybliżyła się do mnie, powłóczystym spojrzeniem lustrując moją twarz. Parsknąłem nerwowym śmiechem, zwieszając głowę.
    Odejdź, proszę…
    - Tak? - zapytałem wbrew sobie, całkiem nieźle udając rozbawionego do rozpuku. Zagryzła wargę, uśmiechnęła się wesoło i pokiwała mi głową.
    - Myślę, że przyszedłeś tu po to samo co ja.
    - Ciekawe – mruknąłem, duszkiem wypijając resztkę drinka. Skrzywiłem się z niesmakiem. Lód zdążył się rozpuścić i rozcieńczyć ostatni łyk drogiej whisky; teraz konsystencją i aromatem przypominała mi jakiegoś wypchanego chemikaliami sikacza. Z brzękiem odstawiłem szklaneczkę na blat i zmierzyłem dziewczynę kolejnym długim spojrzeniem. Podobało jej się to. Ja jej się podobałem. Przyjemny dreszcz przebiegł po mojej skórze. - A po co przyszłaś?
    - Po rozrywkę – westchnęła ze znużeniem, nagle kładąc mi dłoń na nadgarstku. Moja brew gwałtownie wystrzeliła w górę; rzadko kiedy miałem do czynienia z tak bezceremonialnymi dziewczynami. Zazwyczaj za cel obierałem sobie tę najbardziej wstydliwą; miałem frajdę z podrywania takiej dziewczyny, kokietowania jej, przekonywania do siebie. Miałem wówczas poczucie kontroli nad sytuacją, nad kobietą, nad sobą. Byłem panem sytuacji, to ja narzucałem tempo tej nierównej grze. Teraz było jednak inaczej.
    Blondynka przesunęła dłonią po moim przedramieniu, powoli kierując się wyżej.
    - Po przygodę – powiedziała po chwili z nieco śmielszym uśmiechem. Zmrużyłem oczy i zaśmiałem się mrukliwie, spychając wszystkie wątpliwości głęboko, głęboko do podświadomości. Już zapomniałem, ile odprężenia i frajdy daje mi zwykły flirt...
    - Skąd pomysł, że akurat ja ci to dam? - zapytałem, nie spuszczając z niej wzroku. Muśnięta jasnoróżową szminką, dolna warga dziewczyny zniknęła częściowo pod jej śnieżnobiałymi zębami.
    - Widzę, co masz pod koszulą – wymruczała, delikatnie przesuwając dłoń na moją pierś.
    - Mięśnie to nie wszystko – zauważyłem przechylając głowę na lewe ramię. Kobieta uśmiechnęła się leciutko i zabrała dłoń z mojego ciała, po chwili wspierając na niej brodę.
    - Dobry początek – sparowała. Mierzyliśmy się chwilę na spojrzenia, gdy nagle mój wzrok przykuła złota obrączka na jej palcu serdecznym. Przyjemne napięcie, atmosfera oczekiwania runęły z kretesem. W mojej głowie przeskoczyła jakaś zapadka; spiąłem się cały i ściągnąłem groźnie brwi.
    - Jesteś mężatką.
    Popatrzyła na swoją dłoń z zaskoczeniem, jakby zapomniała, że mogła komukolwiek przysiąc wierność i uczciwość. Kilka sekund patrzyła w wytarty, złoty pierścionek, po czym wywróciła oczami i zsunęła go z palca, by włożyć go niedbale do kopertówki.
    - Nie mów, że ci to przeszkadza – prychnęła. Zastygłem w bezruchu. Kiedyś by nie przeszkadzało, ba!, dodałoby temu spotkaniu pikanterii. Teraz…? Czy teraz nadal mi to nie przeszkadzało?
    Czułem na sobie wyczekujące spojrzenie jasnych oczu blondynki i gdyby nie to, że kelner zdążył zabrać mi szklankę, z chęcią roztrzaskałbym ją o posadzkę.
    - Nie chcesz tego – wyszeptałem w końcu, przenosząc groźne spojrzenie na oblicze nieznajomej.
    - Pozwolisz, że sama zadecyduję, co zrobię z własnym małżeństwem – ofuknęła mnie. Prychnąłem cichutko pod nosem.
    - Nie chcesz, żebym cię dotykał – powiedziałem cicho. Starałem się, by mój głos brzmiał ostro, nieprzyjemnie, ale im więcej mówiłem, tym mocniej błyszczały jej oczy. - Nie chcesz, żebym wziął cię do łóżka, całował. Nie zadbam o ciebie. Będziesz tego żałować – szepnąłem, patrząc jej prosto w oczy. O moją czaszkę obijało się tylko jedno, narastające w swojej nachalności słowo: „Odejdź!”.
    Nie spełniła mojej niewypowiedzianej prośby, za to bezwstydnie musnęła moje usta swoimi, po czym jak gdyby nigdy nic oznajmiła mi, że zaryzykuje. Na własną odpowiedzialność.
    Miesiące terapii poszły w niepamięć, tygodnie wyrzeczeń, godziny nauki samokontroli. Chęć pokazania Francesce, że potrafię; próba przekonania Ignaczaka do tego, że jeszcze jestem coś wart. Wszystko poszło się pieprzyć – łącznie ze mną, jakby nie patrzeć. Byłem niczym wygłodniałe zwierzę.
    Uderzanie o siebie spoconych ciał świdrowało mi uszy, na przemian z jej piskami, jękami i błaganiami. Łechtała przyjemnie moje ego, wijąc się pode mną, szarpiąc za włosy, drapiąc skórę pleców niemal do krwi. Byłem pewien, że sąsiedzi będą mnie wyklinać cały następny dzień.
    Jeszcze na początku nieco się wahałem. Wiedziałem, że nie powinienem. W zasadzie nie potrafiłem znaleźć żadnego, w moim mniemaniu logicznego wytłumaczenia, dla którego warto było się powstrzymywać, ale jednocześnie miałem opory. Problem był jeden: dałem się uwieść. Nie macie pojęcia, jak bardzo plułem sobie w brodę. Bartman zdobyty przez kobietę, w dodatku w jakimś podrzędnym barze, na trzeźwo i w środku tygodnia! Kaca moralnego miałem mieć jeszcze długo po całym zajściu, jednak w tamtej chwili nie miałem czasu o tym myśleć. Znajomy gorąc, delikatna woń kobiecych perfum, otumaniające uczucie spełnienia – każdy bodziec odbierałem osobno. Czułem każdy mięsień pod skórą; każdy oddech leżącej pode mną blondynki był inny, zwiastował inną reakcję, a kiedy z krzykiem odpływała w niebyt, nie umiałem już znaleźć żadnego argumentu, zgodnie z którym zrezygnowałem z takiego życia.
    Oddychałem ciężko, leżąc na plecach obok blondynki. Nie miałem ochoty przerywać błogiego stanu odprężenia, nie chciałem otwierać oczu, ruszać się z miejsca.
    - Czemu twierdziłeś, że nie będę chciała iść z tobą do łóżka? - usłyszałem zasapane westchnienie i uniosłem kąciki ust ku górze. Czułem na sobie wzrok nieznajomej.
    - Bo jestem zimnym sukinsynem – parsknąłem. Te wszystkie epitety, jakimi zazwyczaj byłem obrzucany teraz wydawały mi się nie na miejscu, odrealnione. Dziewczyna koło mnie zaśmiała się wesoło, zwracając moją uwagę. Ociężale uniosłem powieki.
    - Nie chciałam od ciebie miłości, tylko seksu.
    Uśmiechała się. Policzki miała zaróżowione, włosy w totalnym nieładzie; po misternie układanych puklach nie został nawet ślad. Na jej żebrach błyszczała ciemniejąca malinka. Uśmiechnąłem się do niej pobłażliwie i powoli dźwignąłem się do góry. Bez jakiejkolwiek krępacji, cały czas mając świadomość, że szare oczy obserwują każdy mój krok, wstałem z łóżka i wyszedłem do łazienki. Potrzebowałem teraz chwili dla siebie, jak zawsze po jednym, nie wyróżniającym się z tłumu numerku.
    Gorąca woda zmyła ze mnie pot i zapach blondynki. Spięte mięśnie rozluźniły się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ból głowy równie szybko zastąpiła przyjemna pustka.
    Nie mam pojęcia, ile czasu stałem pod prysznicem, delektując się każdą kroplą spływającą po moim ciele, ale w myślach błagałem, by ta chwila trwała wiecznie. Po wyjściu z łazienki, ubrany tylko w czarne bokserki, od razu wróciłem do sypialni. Czułem to przyjemne zmęczenie dające się odczuć w każdym zakończeniu nerwowym. Pierwszy raz od dawna chciałem się położyć i wyspać.
    Łóżko było puste. Nie wiedziałem, gdzie się podziała moja kochanka, ale nawet nie miałem zamiaru się za nią rozglądać. Uchyliłem nieco okno i wskoczyłem pod kołdrę, przymykając znużone powieki.
    Chwilo trwaj, jesteś piękna!
    - Em… - ciche chrząknięcie jeszcze raz przywróciło mnie na ziemię. Niechętnie otworzyłem jedno oko i zerknąłem na drzwi. W progu sypialni stała moja nieznajoma. Ubrana w koronkową bieliznę, związywała włosy w wysokiego koka. - Mogłabym zostać na noc? Nie uśmiecha mi się wracać pół miasta na pieszo. Wstanę zanim się obudzisz – dodała pośpiesznie, choć ja już odkrywałem fragment materaca obok siebie. Nie robiło mi to różnicy, czy będzie spała ze mną, w sypialni, czy na podłodze.
    - Możesz – ziewnąłem tylko, przeciągając się z lubością po swojej stronie łóżka. Blondynka chyba zaśmiała się cichutko pod nosem, ale nie byłem tego pewien. Wsunęła się pod kołdrę, położyła plecami do mnie i mruknęła ciche „dobranoc”, po czym zgasiła światło tlące się na stoliku nocnym koło niej. Zanim odpłynąłem, zerknąłem na jej rytmicznie unoszące się barki. Oddychała lekko, zaspokojona, niebywale cicha. Zastanawiało mnie, czemu podeszła akurat do mnie. Jest takie powiedzenie: „ciągnie swój do swego”, ale czy miało ono zastosowanie i w tym przypadku? I czy fakt, że ta niepozorna na pierwszy rzut oka blondynka, rozpoznała we mnie faceta skaczącego z łóżka do łóżka, świadczył o mnie tak źle jak mi się wydawało?
    Pokręciłem leciutko głową, ręką obejmując poduszkę. Dosłownie chwilę przed zamknięciem oczu pomyślałem o tym, jak zareagowałaby Kruś. Nie zdążyłem jednak wyobrazić sobie jej zdegustowanej miny, a już byłem w zupełnie innym miejscu, z zupełnie inną kobietą u boku...
    Kręcone blond loki zasłaniały Jej połowę twarzy. Śmiała się do rozpuku, biegając na boso po chodniku przed domem. Wpadała w kałuże, próbując mnie w nie wciągnąć, ale za każdym razem stawiałem czynny opór. Czerwieniła się zaraz z wysiłku, za wszelką cenę chcąc mnie zamoczyć, a ja miałem niezły ubaw, oglądając jej mizerne próby.
    - Jesteś okropny! - zawołała, bosą stopą starając się mnie zachlapać. Parsknąłem, odskakując w bok.
    - Nawet chlapać nie umiesz! - zarechotałem, szturchając Ją mocno w bark. Za mocno. Zachwiała się i zaraz wywinęła widowiskowego orła, lądując zgrabnym tyłkiem w największej kałuży. Miałem wrażenie, że powybijana kostka brukowa zaklekotała pod jej ciężarem, z takim impetem wpadła w dziurę. Chwilę patrzyłem na Nią w zupełnej ciszy, po czym ryknąłem gromkim śmiechem, ręką oplatając brzuch. Łzy płynęły mi po policzkach i byłbym tak stał ze śmiechem na ustach, gdyby Jej ramiona nagle nie zadrgały od płaczu. Zamknąłem się w ułamku sekundy. Wystraszyłem się, że coś sobie zrobiła, źle upadła, skaleczyła.
    - Hej… - podszedłem do Niej i kucnąłem za Jej plecami. - Nie… nie chciałem, przepraszam… Ej… Misia, no coś ty. Nie chciałem przecież – zaśmiałem się nerwowo, dłoń kładąc na szczupłym ramieniu. Wtedy niebo przeszył Jej wesoły śmiech, a moja twarz przyjęła na siebie strumień lodowatej, brudnej wody. Zerwała się z miejsca, żeby mi uciec, zostawiając mnie nad kałużą, to otwierającego, to zamykającego usta.
    - Frajer! - krzyknęła gdzieś z boku. Zaśmiałem się głupkowato i otarłem oczy, zrywając się z miejsca.
    - Pożałujesz!
    - Najpierw musisz mnie złapać! - zawołała, biegnąc tyłem. Ruszyłem za Nią w pogoń, po drodze zrywając jakieś liście, rzucając nimi w Jej drobną sylwetkę. Jakbym nie wiedział, że są za lekkie, by Jej dosięgnąć. Wybiegła na ulicę. Wyciągnąłem w Jej stronę dłoń i już miałem złapać za kaptur Jej czerwonej bluzy, gdy nagle oślepiło mnie białe światło; jakby ktoś właśnie zrobił mi przed nosem zdjęcie z fleszem.
    Siedziałem w aucie. Nie mogłem poruszyć najmniejszym palcem u ręki, cały czas kurczowo ściskając kierownicę. Przednia szyba posypała się w drobny mak, przodu auta praktycznie nie było, chociaż coś ciągle się dymiło. Krew dudniła mi boleśnie w uszach. A może to nie była krew? Może huk uderzenia powtarzał mi się cyklicznie w głowie; może mój mózg sprawdzał, kiedy zwariuję. Nie czułem swojego ciała, nie miałem nad nim władzy. Miałem wrażenie, że ktoś wcisnął mnie w sztywny gorset. Nie poruszając głową popatrzyłem w bok. Nie wiem jakim cudem lusterko nie pękło razem… ze wszystkim. Zmarszczyłem brwi, nie dowierzając temu, co widzę. Zmusiłem mięśnie do współpracy i powoli, tak cholernie powoli, zaciskając z bólu zęby, przekręciłem głowę na lewo. Nie miałem pojęcia, kim był człowiek wpatrujący się we mnie na miejscu mojego lustrzanego odbicia, ale to na pewno nie byłem ja. Przerażony, o wielkich, zielonych oczach; blady, ubłocony i zalany krwią, ciągle broczącą ze świeżych zadrapań, rozcięć, szerokiej rany na skroni.
    Przymknąłem powieki, gdy moim ciałem wstrząsnął krótki, głęboki spazm bólu. Adrenalina powoli przestawała działać; uporczywe pieczenie stopniowo zmieniało się w nieprzyjemne rwanie. Z trudem przełknąłem ślinę; nawet tak prosta czynność sprawiała mi ciężki do opisania dyskomfort. Pod powiekami raz po raz błyskały wielobarwne iskry, łupanie pod czaszką stało się na tyle irytujące, że w końcu zacząłem zaciskać i rozwierać palce dłoni, przysparzając sobie jeszcze więcej bólu. Wszędzie czułem zapach krwi zmieszany ze swądem palonej gumy i odorem gorąca. Nie mogłem oddychać. Stalowa obręcz zaciskała się na mojej klatce piersiowej, w końcu zrobiło mi się niedobrze. Otworzyłem powoli usta, chcąc wrzasnąć, błagać o pomoc, dać jakikolwiek znak życia. Z moich płuc ledwie wydostało się ciche westchnienie.
    Ktoś szarpnął za drzwi po mojej lewej. Rozciął pas bezpieczeństwa. Złapał mnie niedelikatnie pod ramiona i wyciągnął z pozostałości wozu. Miałem złamaną rękę, ale nie miałem siły, by zaprotestować. Zaczynałem modlić się o śmierć, łzy spływały mi po twarzy; nie miałem siły ani chęci, by to znieść.
    Przypomniałem sobie coś. Spojrzałem w drugą stronę. Miejsce koło mnie było puste, choć nie powinno. Przez wybite okno do wnętrza samochodu dostały się gałęzie drzewa…
    Znowu coś mnie oślepiło. Tkwiłem na chodniku, ociekając wodą z kałuży. Tym razem jednak niebo zasnute było czarnymi chmurami, z których ciągle siąpił deszcz. Po okolicy toczyły się niskie, ciężkie pomruki. Siedziałem w wodzie, skołowany i zziębnięty.
    Rozejrzałem się dookoła. Byłem kiedyś w tym miejscu, ale gdybym miał podać jego dokładną lokalizację, nie udałoby mi się. Wstałem ociężale z ziemi; mój wzrok przykuła mała, skulona na trawie postać. Nie ruszała się, nie wiem nawet, czy oddychała. Coś kazało mi wziąć nogi za pas, odejść i nigdy nie wracać. Z drugiej strony chciałem pomóc. Podszedłem niepewnie do trawnika, serce stanęło mi w gardle. Powinienem był posłuchać własnego strachu, przeczucia. Jak głupek klęknąłem za plecami dziewczyny odzianej w granatową sukienkę. Spodnie w mig przesiąkły mi na kolanach; miałem nadzieję, że to tylko woda. Położyłem dłoń na delikatnym ramieniu i pociągnąłem nieruchome ciało ku sobie, popełniając największy błąd z możliwych.

    Wystarczyło mi jedno spojrzenie. Martwe, puste oczy wpatrzone w moją twarz; zakrwawiona buzia, policzki pokryte siniakami, krwiakami, poszarpane rany na całym ciele... Ułamek sekundy, ból w piersi i nagle...
    - EWA!!! - ryknąłem na całe gardło, zrywając się jednocześnie z łóżka. Słyszałem szelest, ciche mruknięcie; słyszałem jak pociąga nosem. Miałem wrażenie, że jest gdzieś obok, że płacze w kącie, dyszy ze strachu. Okręciłem się w stronę okna, krztusząc się łapczywie nabieranym powietrzem. Dygotałem niczym osika, ze świstem nabierając powietrze w płuca. Chciałem ją znaleźć, przytulić, uspokoić. Moje nagie ciało, zroszone potem, trzęsło się z zimna i strachu.
    - Oczadziałeś? - usłyszałem po swojej lewej i natychmiast nieprzyjemny chłód objął mój żołądek. Słabe światło rozjaśniło panujący w pokoju mrok. Blondynka, której imienia nadal nie znałem, przecierała zaspane oczy palcami. Usiadła na łóżku i popatrzyła na mnie z pogardą, zaraz blednąc na twarzy. - Jezu, co tobie? - szepnęła, dotykając mojego ramienia.
    Podskoczyłem na materacu, czując rozrywający ból w każdym zakończeniu nerwowym. W panice rozejrzałem się dookoła; szeroko otwartymi oczami wodziłem po każdym zakamarku, reagowałem na ruch najmniejszego cienia, ale bez skutecznie. W końcu zdałem sobie sprawę, że to nie Ewa powstrzymuje płacz.
    Ewki nie było. To ja jęczałem z bólu.
    - Spokojnie – szepnęła blondynka, wznosząc dłonie w uspokajającym geście. Odkaszlnąłem ciężko, jakbym chciał się pozbyć nadmiaru tlenu z płuc. Ciągle nie mogłem unormować oddechu, nienaturalnie szeroko otwarte oczy zaczynały mnie piec. Zerwałem z siebie kołdrę, nie zaszczycając kochanki najkrótszym spojrzeniem.
    - Nie dotykaj mnie – wydyszałem z trudem. Nieznajoma odpuściła, jedynie odprowadzając mnie zaniepokojonym spojrzeniem.
    W przedpokoju złapałem swoją polówkę, ze stołu w salonie porwałem zapalniczkę i paczkę fajek, które postanowiłem rzucić po groźbie Ignaczaka.
    Bałem się mrugnąć. Nie chciałem zamknąć oczu choć na sekundkę, bo zaraz obraz zalanego krwią, ubłoconego, pokrytego wybroczynami ciała Ewy nawiedzał moją głowę, nie dając o sobie zapomnieć. Założyłem koszulkę tył na przód, wypadłem na balkon i złapałem się kurczowo barierek, przewieszając się przez nie od pasa w górę. Kaszlałem, dusiłem się, próbowałem wymiotować. Trząsłem się jak przy ataku padaczki. Znowu słyszałem wrzaski, znowu czułem na gardle dłoń Jej brata, znowu przenosiłem frustrację na ojca…
    Jęknąłem ciężko, ręką przecierając zmęczoną twarz. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Zakręciło mi się w głowie, przechyliłem się niebezpiecznie w przód. Zaciskając do bólu szczęki, zmusiłem ciało do współpracy i odepchnąłem się w tył. Zaplątałem się o własne nogi. Upadłem na mokry od deszczu stołek i utkwiłem wzrok w bloku naprzeciwko. W żadnym oknie nie paliło się światło. Wszyscy normalni ludzie spali, zupełnie nie świadomi tego, kogo mają za sąsiada. Dyszałem ciężko, z trudem nabierając powietrze w płuca. Miałem wrażenie, że moja krtań samoistnie zaczęła się zaciskać. Przetarłem dłonią szyję, jakbym szukał na niej powrozu i skrzywiłem się mocno. W głowie obijało mi się jedno zdanie. Słowa, z którymi walczyłem przez tyle lat...
    Po omacku zdjąłem z parapetu paczkę Marlboro i drżącymi palcami wyjąłem z niej jednego papierosa, który zaraz wypadł mi z ręki i utonął w kałuży wody. Moim ciałem natychmiast wstrząsnęły torsje.
    Uspokój się, uspokój się, uspokój się!
    Wyciągnąłem drugiego i włożyłem go do ust, gryząc się przy tym w język. Poczułem metaliczny posmak i choć zanosiło mną na wymioty, przełknąłem napływającą do ust krew, jęcząc z obrzydzenia. Trzęsącą się ręką spróbowałem odpalić zapalniczkę.
    Pogoda nieźle sobie na mnie używała, co chwilę gasząc płomień. Byłem bliski zadzwonienia do szpitala psychiatrycznego z prośbą o przyjęcie; jeszcze chwilka i skoczyłbym na główkę z siódmego piętra przez jebaną zapalniczkę! Próbowałem jednak dalej. Oparzyłem sobie palce, dwa razy wypuściłem ją z rąk.
    Nie wiem jakim cudem po dobrych kilku minutach walki udało mi się podpalić fajkę, ale kiedy tylko gęsty, słodkawy dym omiótł moje płuca, ciało powoli zaczęło się uspokajać. Trząsłem się nadal, ale już nie z taką intensywnością. Gdyby teraz ktoś postronny mnie zobaczył uznałby, że po prostu przemarzłem.
    Drżącą ręką odsunąłem papierosa od twarzy i wydmuchnąłem cienką stróżkę dymu przez usta. Byłem otumaniony, zawieszony między światami. Dlaczego znowu miałem przez to przechodzić? Czemu akurat teraz, po tylu latach ujrzałem jej twarz? Nie rozumiałem. Tyle razy prosiłem, tak wiele razy chciałem sobie ją przypomnieć, szukałem zdjęć, bez skutku. Dlaczego teraz?
    Zmarszczyłem z konsternacją brwi, czując coś ciepłego na policzku. Dotknąłem wolną ręką twarzy i zaraz prychnąłem histerycznym śmiechem, gdy słona kropla zatrzymała się w kąciku moich ust. Nawet nie wiedziałem, że jeszcze umiem płakać. Śmiałem się długo, w obrzydliwy, szalony sposób. Krztusiłem się powietrzem, w końcu czując, jak kąciki moich ust samoistnie opadają ku dołowi. Pokręciłem powoli głową, zaciskając zęby.
    Wbiłem sobie łokieć w udo, skroń wspierając na wewnętrznej stronie kciuka. Dygotałem, modląc się, żeby włosy nie zajęły mi się od rozżarzonej końcówki peta trzymanego między dwoma palcami.
    Ewa. Trzy proste litery, tak długo znaczące dla mnie tyle, co życie. Proste znaki układające się w imię, którego zakazałem używać w mojej obecności niemalże dziewięć lat temu. Jedno z najprostszych, funkcjonujących imion związanych z najbardziej skomplikowanym i pełnym sprzeczności człowiekiem, jakiego dane mi było poznać.
    Zacisnąłem palce we włosach i zacząłem się bujać w przód i w tył, wyjąc głośno z rozdzierającego bólu. Łzy spływały mi po policzkach do ust, na brodę, skapywały na posadzkę. Nie interesowało mnie, czy sąsiedzi zadzwonią po policję, czy nie obudzę się na jakimś oddziale zamkniętym przypięty do łóżka. Chciałem tylko, żeby to się skończyło. Żeby to moje życie bez Niej okazało się złym snem. Mamrocząc pod nosem, pytałem za co? Dlaczego ja? Rozdzierający, ostry ból w klatce piersiowej odbierał mi oddech; złapałem za koszulkę na wysokości mostka i zacisnąłem dłoń w pięść, jakby miało mi to w czymkolwiek pomóc. Oddychałem przez zęby. Błagałem, by do mnie wróciła, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Że robię z siebie idiotę.
    Siedziałem na mokrym stołku zanosząc się szlochem, krztusząc się napływającymi do ust słowami, rozdrapując stare rany. Przegrałem z samym sobą. Przez lata powtarzałem uparcie, że udźwignę to brzemię bez niczyjej pomocy, śmiejąc się, gdy przyjaciele wróżyli mi rychłe załamanie. Nie sądziłem, że o tym, iż mieli rację przekonam się w taki sposób. W końcu tamy runęły. Przytłoczyła mnie własna samotność. Uczucie pustki docisnęło mnie do ziemi, wyciskając z płuc resztki powietrza, z całego ciała ostatki energii. Nie miałem siły ruszyć choćby powieką. W tamtej chwili pragnąłem tylko jednego: żeby ten ból w reszcie się skończył.


*  *

Czy ja muszę go komentować ten rozdział? Myślę, że emocje mówią same za siebie...
Chciałabym jednak podziękować, bo nie raz, nie dwa nawiedzała mnie myśl o przerwaniu Fobii... a w przeciągu dwóch ostatnich rozdziałów pojawiły się tu cztery nowe dusze i jest mi szalenie miło, że ten tekst przypadł Wam do gustu. Dziękuję za każdy komentarz, to dla mnie wiele znaczy. Nawet jedno, najkrótsze zdanie ♥

!Zapraszam na nowszą, świeższą wersję mojej podstrony. Nudziło mi się, gdy czekałam na rozpoczęcie ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich, więc się pobawiłam ;) Zmieniłam kolory, nagłówek, napisałam o sobie nową notkę, usunęłam wszystkie komentarze, zmieniłam muzykę... słowem, to ta sama podstrona, tylko inna ;)

43 komentarze:

  1. Wow. To mogłam wydusić z siebie w pierwszej chwili po przeczytaniu. Ten sen Zbyszka, a raczej jego wspomnienia niezwykle emocjonalne. Czytając, miałam wrażenie jakbym tam była. Niesamowicie dobrze napisane. Cóż, spodziewałam się, że chodziło o jakiś wypadek, ale nie o ten rodzaj. Wielkie brzemię nosi w sobie Zbyszek. Po części wyjaśnia to jego zachowanie. I chyba nie dziwię się, że w końcu się złamał. Nawet taki twardziel jak on, nie jest w stanie sam sobie poradzić z takimi demonami przeszłości. Jestem ciekawa, jak to dalej pociągniesz ;)

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne! Jestem pod wrażeniem tego co przeczytalałam... Szkoda Zbyszka, że tak się musi męczyć 🙁 Daj ty mu już spokój i ulżyj mu jakoś 😂 Chciałabym kiedyś wejść na Fobie i przeczytać rozdział, kiedy Zibi zwierza się Franii 🙂 Mam nadzieję, że to nastąpi 🙂 Pozdrawiam, rebelliius 💋

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od czegoś w końcu ma te sesje psychoterapeutyczne ;)

      Usuń
  3. Omg.

    Wbiłaś mnie między poduszki. Zaskoczyłaś bardziej niż zawsze. Doprowadziłaś do łez, zrobiłaś bałagan, wprowadziłaś mnie w depresyjny nastrój, brzuch mnie rozbolał z nerwów, odechciało mi się jeść, a Anastazja pisnęła aż w wordzie.

    O ja pierdolę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem na Twoim blogu już od jakiegoś czasu, ale jakoś nigdy nie zebrałam się żeby coś skomentować. Do dziś �� muszę Ci powiedzieć że ten blog, te opowiadanie, ta historia... to jest coś wspaniałego ❤ przebrnęłam przez naprawdę wiele blogów, ale to nie było to. Szukałam właśnie czegoś takiego. Nie ma u Ciebie niczego przesłodzonego, są duże emocje, w dodatku pięknie opisane. Niekiedy historia jest bardzo depresyjna, co również jest na plus. Uwielbiam Zbyszka w Twoim opowiadaniu... jest taki tajemniczy, skryty, zagubiony, stara się być samodzielny i niezależny. Po prostu genialnie. W dodatku używasz wulgaryzmów, wprowadzasz erotyczność, co też jest potrzebne przy tego rodzaju historii. Nic nie jest przesadzone, naprawdę stworzyłaś coś wielkiego i możesz być z siebie bardzo dumna dziewczyno! ☺ oficjalnie ogłaszam, iż jest to NAJLEPSZE OPOWIADANIE NA ŚWIECIE ❤ postaram się pod każdym kolejnym rozdziałem coś z siebie wykrzesać, bo jestem świadoma że bardzo Cię to motywuje. Zostaje z Tobą do końca tej historii, bo niestety mam świadomość że w końcu będzie ona musiała się zakończyć �� życzę dużo weny i mam nadzieję, że kiedyś rozdziały będą pojawiały się co tydzień �� pozdrawiam serdecznie ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku, dziękuję przeogromnie!!! Muszę się przyznać, że po tym rozdziale, widząc Wasze reakcje pierwszy raz TAK BARDZO jestem dumna i z siebie i z 'Fobii' ;) Byłabym wdzięczna za komentarze, bo to daje super kopa :*
      Nie zanosi się na to, żeby rozdziały pojawiały się częściej, chyba, że moja beta definitywnie zerwie ze mną współpracę na podłożu pisarskim :P Ale mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

      Usuń
  5. Nie mogłam skomentować od razu po przeczytaniu. Jeden wielki szok! WOW! Ten Grzegorz od początku wydaje mi się podejrzany. Wcale bym się nie dziwiła, gdyby grzebał jej w szafkach. Nie przypadł mi do gustu i tyle. Nasza Franka (przepraszam, że ją nazywam nasza, ale przywiązałam się tak do tego opowiadania, że sama nie mogę w to uwierzyć) też potrzebuje miłości albo nawet dobrej duszyczki w postaci mężczyzny. Kaśka teraz jak ma Martę może jej poświęcać coraz mniej czasu, więc Frania może czuć się coraz bardziej samotna. A TERAZ MAMY ZBYSZKA? U niego to się dopiero dzieje. Dobrze, że go ostrzegli, że po tych tabletach nasennych może się nie obudzić. Gdyby Frania zobaczyła, że postanowił spędzić kolejną noc z kolejną inną kobietą to by się załamała. A ten jego sen sprawił u mnie takie emocje, że nie potrafię ich wyrazić słowami. Nawet znalazła się jakaś samotna łezka. Niedługo ruszam z nowym blogiem i pozostawię Ci linki na spamie, ale to dopiero za kilka dni. Dziękuję za tą dziesiątą fobię! Życzę weny! Pozdrawiam Cię serdecznie. Ps. Ja nadal nie mogę uwierzyć, że sama z siebie trafiłam na taką historię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za co Ty mnie przepraszasz! To jest dla mnie ogromna radość! Między innymi po to udostępniam swoje teksty, żebyście czytali je z przyjemnością, nie z przymusu. Jeżeli czujesz się z tą historią w pewien sposób związana, to dla mnie tylko i wyłącznie radość :) Nie za bardzo rozumiem ten element komentarza w stosunku do Fran... czy ja dałam Wam odczuć, że ona potrzebuje opieki i miłości? No mam nadzieję, że nie!

      Usuń
    2. Nie dałaś odczuć, ale ja na jej miejscu troszeczkę poczułabym się samotna. No po prostu Frania to silna osoba, która daje sobie świetnie radę :)

      Usuń
  6. Rozwaliłaś mnie dzisiejszym rozdziałem.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. o w mordę............

    OdpowiedzUsuń
  8. jadę do stolicy i brak mi internetu, więc wrócę jeszcze.
    kręci mi się w głowie od tego rozdziału, o kurde.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. czekam w takim razie ;>

      Usuń
    2. Musiałam dojrzeć do komentowania tego rozdziału, jednak dalej mam po przeczytaniu te zawroty głowy. Wiele nad wyjaśniłaś tym rozdziałem, bynajmniej tak mi się zdaje.

      Zbyszek dostał w życiu po głowie, ale nikt przecież nie ma tak, że życie głaszcze go po głowie. Nie rozumiem tylko tego, co ukryli jego rodzice? Co takiego się stało poza wypadkiem, że odciął się od przeszłości grubą kreską. On ma przebłyski z tamtego czasu, więc nie sądzę, że rodzice okłamali go w stawie śmierci Ewy. On się gubi, jeszcze bardziej niż na początku. I ja rozumiem w pełni, że nie chce pomocy, ale on się kiedyś wykończy. Wyrzucenie z siebie negatywnych emocji będzie krokiem milowym.

      Fran jest jak na razie pozytywną postacią z tej dwójki. Wiadomo pociąg fizyczny do Zbyszka nie ułatwia jej egzystencji, jednak jak wiadomo kiedyś musi do czegoś między nimi dojść. Nic nie ma o jej fobiach, a ja pamiętam całą historię zakładki "bohaterowie". Ona dopiero zaczęła rozglądać się po świecie wokół siebie wyciągając od życia ważną lekcję.

      ściskam i czekam na konfrontację Zbych-Fran, gdy ta się dowie o jego upojnej nocy ♥

      ret.

      Usuń
    3. Niedługo wszystko się wyjaśni, dajcie mi jeszcze dwa-trzy rozdziały ;)

      Usuń
  9. przeczytałam sobie przed snem i teraz będę miała o czym myśleć zasypiając. Masz dar pisania. Sama niczego nie napisałam, pomysłów mam dużo, układam sobie w głowie swoje historie, ale brakuje mi słów, by coś stworzyć i dać innym. proszę pisz dalej, czekam na ciąg dalszy. Ema

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Piszę :) Odzywaj się częściej ;)

      Usuń
  10. Oh ja ciesz pierdzielę

    OdpowiedzUsuń
  11. Hejo :*
    Jak fajnie jest tutaj wrócić, przeczytać rozdział i oderwać się chwilę od rzeczywistości :D
    No wielkie BUUUUUUM ! Dużo emocji, w końcu poznaliśmy prawdę o przeszłości Bartmana ( może całą, może to jej fragment tylko), ale jest już coś !
    Piszesz tak, że się poczułam jakbym tam była, albo jakbym to ja była w ciele Zbyszka ! O.O Super :D
    Ja to czuje, no bez jaj mam takie wrażenie, że ten pacjent Frani bardzo, ale to bardzo namiesza. Coś jej zrobi! Jeny, aż nie umiem tego opisać ! Ale na sto procent coś się stanie Frani !
    Co to samej głównej bohaterki... Biorąc pod uwagę jej "zasady życia" to raczej szybciutko powinna wybić sobie Zbyszka z głowy, ale też biorąc pod uwagę to, że miłości się nie wybiera, ona sama przychodzi, to byłoby cudownie połączyć tą dwójkę :D Ale chyba tak nie będzie :P. W końcu i lekarz może się zakochać w swoim pacjencie to czemu by nie nasza Frania w Zbyszku <3.
    Chcę już kolejny rozdział i chciałabym już aby się wszystko wyjaśniło, bo mnie po prostu w środku zżera z ciekawości i jestem ogromnie ciekawa jak to się wszystko potoczy :D

    Pozdrawiam Dooma :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chce mi się po raz miliardowy powtarzać, że Francesca nie kocha Zbyszka, a Zbyszek nie kocha Franceski, dlatego po prostu podziękuję za komentarz :)

      Usuń
  12. Zakochałam się w tym blogu *.* Brawo Kyane!

    OdpowiedzUsuń
  13. Zastrzeliłaś mnie tym rozdziałem.. Uwielbiam <3

    OdpowiedzUsuń
  14. Kochana, ten rozdział jest niesamowity. Wchodzę na tego bloga i zawsze się zastanawiam, co po tych dwóch tygodniach wymyśliłaś i nigdy nie mogę uwierzyć w to, co przeczytałam, bo jak zwykle się tego nie spodziewałam. Jest cudnie! Czekam teraz na fobię jedenastą. Szkoda, że nie dodajesz, co tydzień, ale to długie czekanie jest bardzo fajne, ponieważ siadam do czytania z taką niecierpliwością, że chyba nic nie jest w stanie mi przeszkodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! ♥ Nie zanosi się na to, żeby rozdziały pojawiały się częściej, chyba, że moja beta definitywnie zerwie ze mną współpracę na podłożu pisarskim :P Ale mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

      Usuń
  15. Mocny i zapadający w pamięć rozdział. I na pewno przełomowy, bo nareszcie pojawiły się konkretne obrazy zbyszkowej przeszłości, czyli coś, czego dotąd brakowało :) Emocje Bartmana bardzo namacalne i autentyczne, brawo. Swoją drogą, teraz tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Zbyszek z Fobii też da się lubić, bo przecież on nie jest zły i zepsuty, bardziej "ukształtowany przez przeszłość". Tylko trochę mnie rozczarował ulegając tej przypadkowej kobiecie, bo jednak do końca miałam nadzieję, że zachowa wstrzemięźliwość, w sumie nie wiem czemu, w końcu jest zbyt niepokornym pacjentem, by zbyt długo stosować się do zaleceń Fran ;) Może kiedy odkryje, że terapia zaczyna przynosić pozytywne skutki stanie się bardziej posłuszny, ale do tego pewnie jeszcze długa droga.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pytanie tylko, czy on to rzeczywiście odkryje ;)

      Usuń
  16. Rozdział bardzo dobry. Bardzo mi się podoba. W końcu poznajemy fragmenty, wyraźniejsze fragmenty z życia Zbyszka, z jego przeszłości, które mogą nam pokazać to, z czym on się męczy. Jednak nie do końca. Ale mam nadzieję, że już niebawem wszystkiego się dowiemy i z każdym rozdziałem wszystko z jego przeszłości będzie pomału ujawniało się w świetle dziennym. Jednak nie zmienia faktu to, iż nie spodobało mi się, że uległ tej przypadkowej kobiecie. Miałam wrażenie, że po tylu dniach i tygodniach wyrzeczeń i tym razem zapanuje nad sobą, jednak uległ.. Ciekawi mnie to czy przyzna się do tego Fran i jaka będzie jej reakcja. ;)
    Z niecierpliwością czekam na kolejny! :)

    Pozdrawiam serdecznie! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, nie tylko Franka ma ze Zbyszkiem problemy. Ja również mam ciężki orzech do zgryzienia w trakcie pisania ;p

      Usuń
  17. Ty jesteś mistrzem! ale to już pewnie wiesz xd
    ten rozdział to mistrzostwo
    mam po nim w głowie tylko jedno wielkie "wow"
    sen/wspomnienie Zbyszka tak realne, prawdziwe ;o
    zdecydowanie chce więcej wzmianek z jego przeszłości
    plus boje sie o Franke, a własciwie o to co kombinuje Grzesiek bo to, że coś kombinuje jest dla mnie pewne na sto procent

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem czy nie wiem, za każdym razem miło jest to usłyszeć, dziękuję! Niedługo rozjaśnię więcej... a przy okazji jeszcze więcej skomplikuję. Obiecuję ;)

      Usuń
  18. Nie wiem od czego zacząć. Chyba od przeprosin, bo powinnam pojawić się tu już dawno, dawno temu. W końcu mijamy się w tych samych miejscach, polecają Cię Moje Ulubione. Przepraszam za zwłokę. Nie wolno omijać dobrych opowiadań, a co dopiero tak rewelacyjnych jak Fobie.
    Nie lubię Zbyszka Bartmana, odrzuca mnie jego przesadna pewność siebie i pyszałkowatość. A Ty dałaś mi Zbyszka do nielubienia. Płytkiego, cynicznego egotyka. Idealnie zobrazowanego bohatera współgrającego w moim umyśle z żywym odpowiednikiem. I właśnie do polubienia tego człowieka mnie zmusiłaś. Chyba największe, możliwe zwycięstwo autora (i choć zazwyczaj unikam, tu piszę świadomie - autora, to opowiadanie śmiało mogłoby pojawić się w druku). Zarysować postać jako negatywną i dać jej tak wiele warstw, że jednoznaczna ocena nie jest już możliwa to sztuka. Sprawić, że czytelnik zaczyna rozumieć i współczuć (w sensie empatii nie litości). Sztuka. Podziwiam i chylę czoła.
    Również przed stylem, warsztatem, umiejętnością budowania napięcia, przemyśleniem całej tej historii, bo wszystko jest tu po coś. Gratuluję bohaterów, prawdziwych, "jakichś", nawet jeżeli pojawiają się epizodycznie, jak Grzegorz, który przyprawia o ciarki. Dziękuję za każdy pojedynczy rozdział, autentyczne pisarstwo, nie hobbystyczną grafomanię.
    Pozdrawiam i pozostaję w zachwycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, co odpowiedzieć. Zatkało mnie, potem do oczu napłynęły mi łzy. Odetchnęłam trochę i nadal nie wiem, co powiedzieć. Dziękuję, po prostu. Miód na moje serce, wielka radość, może wręcz duma. Dziękuję. Naprawdę :)

      Usuń
    2. To ja dziękuję, chodzę z Twoim Zbyszkiem od rana i nie może mi wyjść z głowy. Myślę sobie, przypasowuję scenariusze i zachowania. Rozumiem "scenę balkonową" z tej części i czytam ją sobie kolejny raz. Po prostu zakochałam się w Twoim opowiadaniu, jak dawno w żadnym. Dziękuję.

      Usuń
  19. Coraz trudniej się komentuje rozdziały. Ilość uczuć jest przytłaczająca,a skala problemów jest przerastająca większość ludzi.
    Zbyszek wcale nie ma lekko. Jego"stare"metody przestsały działać. Jestem ciekawa czy w końcu wymyśli nowy sposób czy powie Kuruś prawdę.
    Pozdtawiam i życzę weny :*

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.