BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

26 sie 2016

Fobia jedenasta


Z ciężkim westchnieniem związałam włosy w wysokiego koka, cały czas łypiąc wzrokiem na zawieszony na ścianie zegar. Jego wskazówki za nic nie chciały się zatrzymać lub chociaż zwolnić biegu; czas gnał przed siebie jak opętany. Wzięłam potężny kęs kanapki z indykiem i nieco niedbale wycierając palce w serwetkę, wróciłam do stukania w klawiaturę komputera. Kaśka miała rację, że samej będzie mi cholernie ciężko ogarnąć pacjentów i całą dokumentację, ale co mogłam zrobić, skoro ten uparciuch w końcu nabawił się anginy ropnej? Pokręciłam głową z dezaprobatą. Współczułam przyjaciółce, ale jednocześnie byłam wdzięczna Marcie, że pomogła mi ją okiełznać i zamknąć w domu. Miałam nadzieję, że Rzepecka w końcu porządnie się wyleży, wygrzeje, a dzięki temu szybciutko wróci do zdrowia i do kliniki. Miał się nią kto opiekować, więc mogłam być o nią spokojna, czego zdecydowanie nie można było powiedzieć o zdrowiu naszego komputera. Nosiło mnie już ze złości, bo za nic nie mogłam wpisać do rozliczenia odpowiedniego ciągu cyfr; co chwilę na ekranie pokazywał mi się irytujący, migający komunikat o błędzie obarczonym numerem 423. Jakby miało mi to cokolwiek powiedzieć.
Po dziesiątej próbie jęknęłam głośno i wyrzuciłam ramiona w górę, poddając się w ostentacyjny sposób. Nie miałam już siły; byłam skłonna stwierdzić, że ten sprzęt po prostu się ze mnie naśmiewał. Nie miałam tylko pojęcia, czym mu zawiniłam.
Pokręciłam z rezygnacją głową i wstałam z miejsca, by zaparzyć sobie kawę. Czekała mnie jeszcze wieczorna sesja z Grzegorzem. Nie miałam na nią najmniejszej ochoty, ale również nie chciałam na niej przysypiać. Uśmiechnęłam się do siebie pod nosem. Cieszyłam się, że to już ostatnie spotkanie z nim.
Pisk automatu do kawy oznajmił mi, że mogę odebrać swoją nieco lurowatą latte. Nie miałam pojęcia, czy powinnyśmy oddać sprzęt do czyszczenia, odkamienić go, czy może zmienić zamawianą do niego kawę; cokolwiek by się nie popsuło, z dnia na dzień miałam wrażenie, że jakość napoju spada drastycznie na łeb na szyję. Nie miałam jednak czasu, by zająć się konserwacją automatu, a że byłam uzależniona od kawy, musiałam pić… to.
- Jak Kasia wróci, to wszystko się ogarnie – szepnęłam do siebie, palcami pocierając zmęczone oczy. Miałam chęć chwycić za telefon i znowu przełożyć sesję z Nowickim. Nie miałam ochoty oganiać się od jego komplementów, nerwowych uśmiechów, dziwnych komentarzy rzucanych pod moim adresem. Z tyłu głowy brzęczała mi jednak informacja, że to ostatnie dwie godziny. Więcej miałam się z tym człowiekiem nie spotkać. Zagryzłam więc wargę, wypiłam kawę i wróciłam do swojego gabinetu, żeby tam, w ciszy i spokoju, poczekać na pacjenta.
Za oknami zmierzchało. Po raz pierwszy od dawna pogoda nie zadręczała wichurą i deszczami; pomarańczowa kula słońca chowała się między wysokimi budynkami, które mogłam obserwować z okna swojego gabinetu. Różowa łuna światła malowała niemal całe niebo, nadając mu przyjazny blask, a mi – nadzieję na ładną pogodę następnego dnia. Z utęsknieniem czekałam na wiosnę i wyższe temperatury.
Opadłam niemal bezszelestnie na obrotowe krzesło i otworzyłam szufladę w biurku, by wyjąć z niej odpowiednie formularze i notatnik. Mój wzrok przykuły leżące pod nim dwie kartki A4 z kolorowym nadrukiem. Zaintrygowana wyciągnęłam je ze skrytki i obróciłam w dłoni, zaraz szeroko się uśmiechając. To były bilety na mecz Resovii z drużyną z Gdańska; ten, na który pojechałyśmy z Rzepecką aż nad morze. Ten, w czasie którego mogłam w spokoju podziwiać grę Bartmana i ten sam, na którym siatkarz zemdlał bez wyraźnego powodu. Skrzywiłam się pod nosem. Naprawdę się wtedy wystraszyłam. Zresztą nie tylko ja. Gdy Zbyszek poderwał się na nogi i równie szybko padł ponownie na deski, całą ERGO Arenę spowiła cisza. Nie ważne było, czy ludzie kibicowali Sovii, czy Lotosowi: każdy zamilkł, z przerażeniem wpatrując się w poczynania fizjoterapeutów, a później ratowników medycznych. Na boisku zapanował chaos; nabuzowani adrenaliną siatkarze tłoczyli się dookoła nieprzytomnego Bartmana, zabierając mu tak cenny w tamtej chwili tlen i za nic nie dawali się odciągnąć trenerom ani sędziom spotkania. Dopiero skowyt karetki pogotowia ich ocucił; rozstąpili się grzecznie i pozwolili zapakować przyjmującego do samochodu. Po chwili mecz wrócił do łask; wszyscy starali się jak najszybciej otrząsnąć i skupić na dokończeniu spotkania.
No, prawie wszyscy… Złościłam się, gdy Kaśka próbowała mi wmówić, że o mało nie dostałam zawału, ale taka była prawda. Zamartwiałam się przez resztę tie-break'a, którego wynik notabene sprawdziłam dopiero kolejnego dnia w internecie. Nie pamiętałam z niego żadnej akcji. Denerwowałam się przez godzinny spacer starym miastem, który obiecałam Katarzynie i całą drogę powrotną do Rzeszowa. Nie potrafiłam wyrzucić z głowy obrazu białego jak kreda Bartmana, z hukiem padającego na parkiet. Naprawdę się wystraszyłam…
Po tym zdarzeniu, Zbyszek zaczął się migać od terapii. Na początku do niego dzwoniłam, przypominałam: wówczas marudził mi przez telefon dobre piętnaście minut, ale przychodził. Gdy przestał mnie słuchać, poprosiłam Ignaczaka o małą pomoc; poskutkowało dwa, może trzy razy. Później nasz kontakt urwał się niemal całkowicie, nagle, bez wyjaśnienia. Muszę przyznać, że Zbyszek nie zyskał w moich oczach tym zachowaniem i mimo, że nie miałam ochoty tego robić, udałam się do Panka na skargę. Gdy szłam przez pusty korytarz rzeszowskiej hali, a stukot moich szpilek odbijał się od wysokich ścian, na mojej twarzy pojawiały się coraz intensywniejsze rumieńce. Było mi głupio jak jeszcze nigdy; czułam się jak prymuska skarżąca na niedobrego kolegę z klasy u dyrektora. Starałam się jednak usprawiedliwić swoje postępowanie. Miałam swoje zasady, pewne obowiązki i zadania do wypełnienia. Nie lubiłam być niesłowna, a Bartman zaczął skutecznie utrudniać mi wykonanie zlecenia. Prezes Rzeszowskiego klubu dał mi we wrześniu jasne wytyczne: co mam robić, do czego doprowadzić, jak często spotykać się z Bartmanem i ile godzin z nim wyrobić. Myślałam, że gdy pojawię się w jego gabinecie, Panek przytaknie mi i przynajmniej spróbuje przemówić do rozsądku swojemu podopiecznemu. Niestety, przeliczyłam się.
„Ze Zbyszkiem coś się dzieje”, poinformował mnie, nawet na mnie nie patrząc. Nie raczył mnie jednak oświecić, co to miało znaczyć. Zbywał mnie, powtarzał, że to nie jego sprawa, rzucał jakimiś głupawymi żartami byle odwieść mnie od tematu. Zdawał się nie zauważać mojej zdeterminowanej postawy, ale za to prosił, bym odpuściła Zbyszkowi. Zapewniał mnie, że Bartman jeszcze się u mnie pojawi; chociażby po to, by podziękować za tyle miesięcy pracy i po ludzku wyciągnąć do mnie dłoń na pożegnanie. Teraz jednak miałam dać mu spokój. Ponoć miał własne problemy i potrzebował czasu, by poukładać sobie co nieco w głowie. To wszystko pachniało dla mnie absurdem. Zbyszek miał się ze mną spotykać właśnie po to, by sprostać problemom, znaleźć właściwą drogę. Jak mógł to robić, skoro nawet jego przełożony zdawał się nie rozumieć powagi sytuacji? Nie mogłam jednak nic wskórać. Nieco zirytowana, opuściłam gabinet prezesa klubu i wróciłam do domu. Mimo to, miałam świadomość, że do Panka nie docierają wszystkie informacje, więc po popołudniowym treningu złapałam na korytarzu Podpromia Achrema i Ignaczaka. Na moje pytanie o jakiekolwiek informacje w sprawie Zbyszka, wzruszyli tylko ramionami z kwaśnymi minami. Nikt nic nie wiedział.
Nie ukrywam, zmartwiło mnie to. Chyba nawet bardziej niż jego omdlenie w Gdańsku. Tym bardziej zaczynałam się denerwować, gdy po włączeniu transmisji z meczu nie mogłam odnaleźć przyjmującego ani na boisku, ani na ławce rezerwowych, ani nawet na trybunach, dopingującego kolegów z daleka. Raz czy dwa spróbowałam do niego zadzwonić, ale miał wyłączoną komórkę. Miałam wrażenie jakby Bartman zapadł się pod ziemię; przynajmniej dla mnie. Nie chciałam się do tego przyznawać nawet przed sobą, ale też czułam, że mi smutno. Ot tak, po prostu. Miałam nadzieję, że jeszcze nie raz i nie dwa dane mi będzie troszkę się z nim posprzeczać, a tu proszę, spotkał mnie zawód.
Odetchnęłam ciężko, chowając stare bilety niemal z czcią. Musiałam przyznać, mimo wszystko: w dni takie jak ten brak jednej sesji był zbawieniem. Mogłam złapać oddech czy spróbować nadgonić pracę Kaśki, choć wychodziło mi to z miernym skutkiem. Mimo to, każdą sekundę przerwy traktowałam jak łyk wody po maratonie. Tęskniłam za Zbyszkiem, jego złośliwością i niebezpiecznym błyskiem w oku; nie tak wyobrażałam sobie koniec kariery sportowego psychologa, ale każdy kij ma zawsze dwa końce, czyż nie?
Ciche pukanie w szybę drzwi prowadzących do mojego gabinetu przywróciło mnie do bieżących spraw. Wygładziłam koszulę na brzuchu, przywdziałam na twarz delikatny, przyjacielski uśmiech i zakładając nogę na nogę, zaprosiłam Grześka do środka.
Już wtedy zauważyłam, że coś w jego postawie uległo zmianie. Wszedł o wiele pewniejszym krokiem niż zazwyczaj. Nadal lekko się garbił i rozglądał nerwowo na boki. Ciągle wyłamywał palce i nie spuszczał ze mnie spojrzenia swoich małych, czarnych oczu, gdy już zdarzyło mi się popatrzeć mu prosto w twarz. Biła jednak od niego o wiele większa pewność siebie, niż miało to miejsce dotychczas. Miałam wrażenie, że po mamałydze, którą oglądałam codziennie od niemal trzech lat, nie pozostał żaden ślad.
Może powinno to zapalić w mojej głowie jakąś ostrzegawczą lampkę. Może już wtedy powinnam była zacząć się obawiać i nie zachowywać się tak swobodnie, jak do tej pory. Byłam jednak tak zaintrygowana tą nagłą zmianą w stylu bycia Grzegorza, że chyba nawet się z nim nie przywitałam, od razu wskazując mu krzesło naprzeciwko siebie. Uśmiechnął się blado i przysiadł na jego skraju. Kolejna nowość. Zazwyczaj zapadał się w nim najgłębiej jak tylko mógł, jakby chciał się schować przed całym światem. Zawsze w myślach porównywałam go do szczura. Mimo, że osobiście nie darzyłam tych gryzoni awersją, w świecie utarło się, że to roznoszące choroby, wielkie, ściekowe stworki z oślizgłymi ogonami. Choć może przy Grzegorzu lepszym określeniem był Glizdogon? Tak, ta fikcyjna postać z „Harrego Pottera” oddawała całokształt mojego pacjenta: czasem strachajło, czasem lizus; nie do końca umiejący odnaleźć się w realnym świecie, trochę podstępny grubasek. Swoją drogą, wyglądem również przypominał mi grającego Petera Pettigrew, Timothy'ego Spall'a.
- Jak minął dzień pracy, panie Grzegorzu? - zapytałam, gdy w końcu zdałam sobie sprawę, że to do mnie należy pierwszy ruch. Uśmiechnęłam się przymilnie i nieświadomie zaczęłam pstrykać końcówką długopisu. Nerwowy ruch, który oznajmiał wszystkim dookoła, że mój czas ma swoje określone ramy. Nowicki uśmiechnął się delikatnie.
- Całkiem dobrze, pani doktor – przytaknął mi głową z delikatnym uśmieszkiem. - Jest tu pani dzisiaj sama?
- Niestety – westchnęłam, plecy opierając o swoje krzesło. - Pani Katarzyna się rozchorowała i wszystko jest na mojej głowie. Jestem troszkę zmęczona po całym dniu, więc gdybym zaczęła mówić jakieś głupoty, proszę mi zwrócić uwagę – zaśmiałam się cicho, podając Grzegorzowi kilka kartek. Uśmiechnął się szerzej i odebrał ode mnie arkusze, wczytując się w nie z niebywałą dokładnością.
Teoretycznie nie musiałam siedzieć z nim aż dwie godziny, ale stał się nagle bardzo gadatliwy. Zagadywał, chwilami wręcz paplał nieco bez sensu, a ja nie miałam możliwości, by wejść mu w zdanie i przekierować rozmowę na dogodny dla mnie tor. Mimo to, dobrze mi się z nim pracowało. Teraz i mnie zajeżdża to absurdem. W tamtej chwili czułam jednak, że Grzegorz rozumie co do niego mówię. Rozumie i przede wszystkim przyjmuje to do wiadomości. Co by nie powiedzieć, lubiłam takich pacjentów; zwłaszcza, gdy podobne zachowania ujawniali właśnie na ostatnich sesjach. Miałam wówczas poczucie, że dobrze wykonałam swoją pracę, a to była najlepsza z możliwych nagród.
- Może jednak dałaby się pani zaprosić na kawę? - zapytał, gdy już wygłosiłam swoją pożegnalną, małą mowę i uścisnęłam mu dłoń. Całe moje ciało spięło się boleśnie. Miałam nadzieję, że tę kwestię wyjaśniliśmy sobie już na poprzednim spotkaniu. - Tak po przyjacielsku, w podzięce za czas i trud, jaki pani włożyła w moją zmianę – powiedział spokojnie, nie spuszczając ze mnie wzroku nawet na sekundkę. Było coś niepokojącego w tym spojrzeniu. Grzesiek był zdeterminowany i nad wyraz pewny swego; zdawało mi się, że uważa się za nieomylnego. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa.
- Panie Grzegorzu, ja… - zająknęłam się. Pokręciłam delikatnie głową i westchnęłam ciężko, palcami podpierając się o biurko. Staliśmy naprzeciwko siebie. - To bardzo miłe z pana strony, naprawdę. Proszę mi wierzyć, że z największą chęcią poszłabym z panem na kawę – wstrętna kłamczucha z ciebie, Francesca! - ale jest pan moim pacjentem. To nie przystoi – uśmiechnęłam się przepraszająco.
- Już nie jestem pani pacjentem – upierał się. Cały czas się uśmiechał, ale wyraz jego twarzy przypominał maskę. Nie drgnął mu żaden mięsień, nie zadrżała powieka, za to po mojej odmowie jego czarne oczy zmatowiały. Przez moją głowę niczym strzała przemknęła myśl, że ten człowiek to już nie jest mój trzęsący się jak galareta pacjent. Ten człowiek mógł mi zrobić krzywdę.
Gadasz bzdury, uspokoiłam się jednak.
- Proszę mnie zrozumieć – powiedziałam z ciepłym uśmiechem. - To kłóci się z etyką zawodową, z moimi własnymi zasadami. Naprawdę nie mogę, nawet jako gratyfikację.
Wziął ciężki oddech. Zagryzł policzek od wewnątrz. Spojrzał gdzieś w bok i powoli pokiwał głową, mrucząc pod nosem.
- No cóż… miałem nadzieję, że będzie pani mądrzejsza – powiedział cicho. Ledwie go zrozumiałam; niespodziewanie zaczął roztaczać dookoła siebie nieprzyjemną aurę. Chłód objął całe moje ciało; uśmiechnęłam się nerwowo i zrobiłam pół kroku w tył, starając się, by wyglądało to jak najnaturalniej.
- Nie rozumiem – zaśmiałam się cicho.
- Jest pani hipokrytką, pani doktor – powiedział z bezczelnym uśmiechem, zadzierając brodę do góry. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. - Nie pozwala się pani zaprosić na durną kawę ze swoim nic nie znaczącym, byłym pacjentem, ale z siatkarzem światowej klasy, któremu stara się pani pomóc, wychodzi notorycznie. To już pani przystoi?
Zamurowało mnie na kilka cennych sekund. Byłam w zbyt wielkim szoku, by racjonalnie ocenić, że po raz kolejny znalazłam się w niebezpieczeństwie, będąc zdana tylko i wyłącznie na siebie.
- Panie Nowicki, to w jaki sposób przeprowadzam terapię…
- Wyjazd na mecz do oddalonego o ponad sześćset kilometrów miasta chyba nie leży w zakresie pani obowiązków?
Stałam jak otępiała to otwierając, to zamykając usta, niczym ryba wyjęta z wody i, podobnie jak ona, nie potrafiłam wydać z siebie głosu. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywałam się w sylwetkę Grześka. W głowie huczało mi tylko jedno pytanie: skąd on wie?!
Patrzył na mnie z chorą satysfakcją odmalowaną na twarzy. Cieszył się, że udało mu się mnie zagiąć, a ja nadal nie miałam pojęcia, o co mu chodzi.
- Proszę mi wybaczyć, ale to chyba moja sprawa w jaki sposób spędzam czas wolny – sparowałam po dobrych kilku minutach ciszy, ledwie panując nad drżącym głosem.
- Jest pani niekonsekwentna – powiedział, powolutku wychodząc zza biurka i kierując się w moją stronę, jakby moje wcześniejsze słowa odbiły się od niego niczym groch od ściany. Przełknęłam głośno i obróciłam się lekko na bok, żeby cały czas stać przodem do niego, nie dać się zajść od tyłu. Dopiero, gdy stanął przede mną zobaczyłam, że ściska coś w dłoni. Żołądek podszedł mi do gardła.
- Panie Grzegorzu…
- Grzegorz – warknął oschle.
- S-słucham?
- Do tamtego umie pani mówić po imieniu – parsknął, dłoń zaciskając na niewielkim, zamkniętym jeszcze scyzoryku. Nie miałam pojęcia, co chowa pod nim. Zimny pot spłynął mi za kołnierzyk koszuli. Na Boga, przecież Bartman sam mnie prosił, rozkazał wręcz, żebym mówiła mu po imieniu!
- Mógł pan… - ugryzłam się boleśnie w język. Chyba lepiej było robić to, czego chciał. - Mogłeś mówić, że wolisz, by zwracać się do ciebie po imieniu. Nie mogę wiedzieć wszystkiego, jeśli wy mi nie mówicie, czego potrzebujecie – powiedziałam zduszonym głosem. Grzegorz przystanął w połowie kroku, patrząc na mnie ciekawie.
- Teraz trochę za późno na bycie uległą – prychnął. Przełożył nóż do drugiej ręki; pod rękojeścią chował coś na kształt gazy. Dałabym sobie rękę uciąć, że czymś ją nasączył. A może naoglądałam się już za dużo kryminałów…? Niepewnie zerknęłam w stronę drzwi, oceniając swoje szanse na ucieczkę.
- Ja naprawdę nie rozumiem – szepnęłam, uśmiechając się niepewnie. W głowie brzęczała mi tylko jedna myśl: uciekaj. Uciekaj w tej chwili! Pytanie tylko, jak miałam to zrobić? Może Grzesiek był ciepłą kluchą, ale był też facetem i swoimi nadprogramowymi kilogramami mógł mnie bez problemu uziemić. Nie byłam w stanie doskoczyć do drzwi; jak głupia cofnęłam się za bardzo pod okno. Nowicki zagradzał mi jedyną drogę ucieczki swoim ciałem. W jego małych oczach widziałam niebezpieczne iskry. Dumę pomieszaną z chorobliwą satysfakcją.
Nie wiedziałam, co się dzieje. Owszem, przez trzy lata Grzegorz bardzo się starał, bym to ja przejęła nad nim opiekę. Na zajęciach bywał napastliwy i czasami patrzył się na mnie w sposób, w jaki nie powinien nawet jeśli byłby moim kolegą po fachu, ale nigdy nie przypuszczałabym, że zacznie grozić mi nożem. Nigdy nie przejawiał agresji. Nie miałam pojęcia jaka zapadka nagle przeskoczyła w jego głowie, że powziął tak radykalne kroki. Nie wspominając o tym, że pierwszy raz w życiu byłam w podobnej sytuacji. Nie miałam żadnego przeszkolenia z samoobrony czy negocjacji na podłożu kryminalnym. Nie robiłam praktyk w więzieniach, nie tworzyłam portretów psychologicznych morderców. Pojęcia zielonego nie miałam, czy zacząć krzyczeć i błagać o pomoc, spróbować go obezwładnić co zapewne skończyłoby się fiaskiem, wykonywać wszystkie jego polecenia czy też wyskoczyć przez okno i skrócić sobie męki. Nie chciałam uwierzyć, że zwykła, przyziemna zazdrość mogła doprowadzić człowieka, istotę rozumną, do podobnych działań.
- Naprawdę? - prychnął Nowicki, krzywiąc się brzydko. - Naprawdę pani nie rozumie? Przez trzy lata nie dałem pani dość wskazówek? Nie dość się natrudziłem, żeby w końcu wylądować pod pani skrzydłami? Byłem przeszczęśliwy, gdy zwolniła pani doktora Marcela – uśmiechnął się szeroko. Zwiewaj stamtąd Kruś, bo inaczej Kaśka będzie musiała zacząć ci szukać miejsca na cmentarzu!, zawołał cichy głosik w mojej głowie. Grzesiek cały czas przesuwał się powoli w moją stronę, a mnie zaraz skończyło się pole do popisu. Z głośnym westchnieniem wpadłam plecami na szybę, kurczowo łapiąc się parapetu. - Miałem nadzieję, że to cokolwiek zmieni; zauważy mnie pani, polubi.
- Grzesiek… porozmawiajmy o tym na spokojnie, w porządku? - zaproponowałam, delikatnie unosząc lewą dłoń w górę. Starałam się utrzymać wzrok na jego stężałej w gniewie twarzy. - Usiądziemy, napijemy się kawy, powiesz mi, w czym prob…
- Nie! - krzyknął, a mnie serce podskoczyło do krtani. Zamknęłam na moment oczy, napinając ramiona. - Nigdy więcej nie będę się przed tobą obnażał z własnych myśli, uczuć, postępowania. Pokazałem ci całego siebie niemal od podszewki, a ty nic nie dałaś mi w zamian.
- Przecież ci pomogłam. Mówiłeś, że czujesz się lepiej. Zobacz, od jak dawna masz stałą pracę, lepsze samopoczucie.
- To za mało – wycedził przez zęby, otwierając scyzoryk z charakterystycznym kliknięciem.
- Nie mogę ci dać nic więcej – szepnęłam nawet na niego nie patrząc. Rozbieganym wzrokiem błądziłam po całym pomieszczeniu, szukając czegoś do obrony. W mojej głowie powstawały miliony pomysłów na ucieczkę lub chociaż próbę wezwania pomocy, ale każdy wydawał mi się głupszy i bardziej skazany na porażkę, niż poprzedni. Klęłam na siebie w myśli za założenie smukłej spódnicy do kolan zamiast spodni.
Nowicki oblizał w obrzydliwy sposób usta, w dłoni ściskając szmatkę. Ręka z nożem trzęsła mu się niebezpiecznie. Nie oddychałam, nie czułam, nie myślałam. Nic nie wiedziałam, nic nie rozumiałam. Sparaliżowało mnie.
- Mówiłaś mi kilkakrotnie, że jeśli czegoś chcę, to muszę do tego dążyć za wszelką cenę – powiedział ochrypłym głosem, jeżącym mi włoski na całym ciele. Nieświadomie zaczęłam w głowie powtarzać wersy jakiejś modlitwy po włosku; tej, której babcia nauczyła mnie, gdy byłam mała. Starałam się nie dyszeć; Grzesiek widział we mnie wystarczająco dużo paniki, a ja nie chciałam dać mu jeszcze więcej satysfakcji, podbudowywać jego wiary w siebie. Delikatnie przesunęłam dłonie za siebie. Wymacałam niewielką, żelazną figurkę jelenia stojącą tam dla ozdoby i złapałam ją oburącz, mocno zaciskając palce na gładkiej, zimnej fakturze. Byłam przerażona, ale jednocześnie pewna jednej rzeczy: musiałam się bronić, jakkolwiek zyskać na czasie. Zrobić cokolwiek, byle nie podać się Grzegorzowi jak na tacy. - Pójdę więc za twoją radą i wezmę sobie to, co chcę – oznajmił i podskoczył do mnie w jednym susie.
Zacisnęłam powieki i zszarpnęłam figurkę z parapetu, machając nią na oślep z piskiem. Napotkałam opór; Nowicki stęknął donośnie i upadł przede mną na kolana. Oszołomiona otworzyłam oczy; na podłodze dostrzegłam otwarty scyzoryk. Zamiast go podnieść, kopnęłam go w odległy kąt pokoju i puszczając figurkę jelenia, po którego rogach spływało teraz kilka kropli krwi, odskoczyłam w bok. Chciałam wybiec na korytarz; wierzyłam, że na schodach Grzegorz już mnie nie dogoni. Trzeba było tylko się na nie dostać.
Zyskałam niewielką przewagę; rozcięłam mu skroń, więc w tamtej chwili był bardziej zajęty sobą i dzwonieniem w uszach, niż krzywdzeniem mnie. Ślizgałam się na parkiecie w czółenkach, nie mogłam zrobić tak dużych kroków jakbym chciała, bo krępowała mnie spódnica. Niemniej poczułam się pewniej i już miałam chwycić za klamkę, otworzyć drzwi i zamknąć Grześka w swoim gabinecie choć na chwilkę, gdy nagle jego tłuste, silne ramię oplotło mnie w pasie. Krzyknęłam przerażona, gdy podniósł mnie kilka centymetrów nad ziemię, jakbym nic nie ważyła. Byłam gotowa gryźć, kopać, drapać byle tylko się oswobodzić. Nie przypuszczałam, że z taką łatwością rzuci mną o ścianę.
Skronią uderzyłam o zimną, pokrytą cegłami powłokę. Z cichym piskiem osunęłam się na podłogę, obejmując głowę drżącymi dłońmi. Świat wirował dookoła mnie.
- Ty wywłoko – syknął nade mną. Kątem oka widziałam, jak podwija rękawy i zaraz zrobiło mi się niedobrze. Zacisnęłam mocno powieki i skuliłam się pod ścianą, cichutko prosząc, żeby mnie zostawił.


Od dobrych dwóch tygodni nie wyściubiałem nosa z domu. Nie wychodziłem nawet na balkon. Przez szczelnie zasłonięte okna do mojego mieszkania nie dostawał się najmniejszy promień słońca. Od czasu do czasu uchylałem tylko okno, żeby trochę wywietrzyć pokój czy kuchnię. Nie odbierałem telefonów, nie odpisywałem na maile, nie podchodziłem do drzwi ilekroć chłopaki próbowali mi je wyważyć pięściami. Chciałem być sam na sam ze swoim bólem. Przetrawić go na dobre, albo dać jemu rozłożyć mnie na czynniki pierwsze.  Chciałem w końcu z tym cholerstwem wygrać i albo by mi się to udało, albo poderżnąłbym sobie żyły. Byłem wykończony.
Całe dnie gapiłem się bez sensu w telewizor, pijąc ziółka zlecone mi przez Kubę. Nie pomagały, ale nieco przytępiały zmysły i sprawiały, że przynajmniej mój żołądek aż tak się nie buntował. A miał przed czym zważywszy na fakt, że nie wychodziłem nawet do sklepu. W końcu moja spiżarnia zaczęła się kurczyć, aż w lodówce został mi tylko majonez, cytryna i dwa kabanosy. Wymyślałem jakieś niestworzone eksperymenty, byle tylko się najeść bez konieczności opuszczania mojej jaskini, ale po wspomnianych wcześniej dwóch tygodniach nie było już z czego tworzyć. Siłą rzeczy zostałem zmuszony do wyjścia na dwór.
Odsunąłem żaluzje w salonie i zmrużyłem oczy. Ustawiona po drugiej stronie ulicy lampa dawała mi po oczach. Przetarłem ze zdumieniem kark, wzdychając cicho. Przez tkwienie w ciągłym półmroku, poprzestawiał mi się rytm dobowy. Byłem przekonany, że jeszcze nie ma piętnastej, ale po wyjrzeniu przez okno okazało się, że ciemny wieczór dawno pochłonął miasto. Palcami potarłem zamknięte oczy. Z jednej strony chciałem odłożyć zakupy na następny dzień, z drugiej burczenie w brzuchu doprowadzało mnie już do szału. Nie jadłem od dobrych osiemnastu godzin, zapijając głód wodą, herbatkami, kawą. Na samą myśl o porządnym posiłku, ślinka napłynęła mi do ust. Zakręciło mi się lekko w głowie, żołądek ścisnął się w bolesny supeł. Chwilę z sobą walczyłem, przekonując w ciszy swój mózg, że tak będzie lepiej. Że kolejna noc w całkowitej samotności mi pomoże, uspokoi zszargane nery. Niestety, mój brzuch miał zdecydowanie inne zdanie i burczał coraz donośniej.
- Pierdolę to – warknąłem w końcu i zamaszystym krokiem skierowałem się do przedpokoju. Narzuciłem na plecy ciemną kurtkę, z komody porwałem kluczyki do auta i niemal zapominając o zamknięciu mieszkaniowych drzwi, zbiegłem klatką schodową na dwór.
Chłodne, marcowe powietrze uderzyło mnie w twarz, w pierwszej chwili wywołując u mnie zawroty głowy. Przystanąłem gwałtownie i zamknąłem oczy, biorąc głęboki wdech. Zapach deszczu i mokrej, młodej trawy przyjemnie podrażnił mi zmysły. Momentalnie poczułem się lepiej; przestał boleć mnie brzuch, a organizm znowu zaczął domagać się jedzenia. Niewiele myśląc zszedłem do garażu i wskoczyłem za kierownicę Hyundaia, po czym z piskiem opon wyjechałem z terenu posesji.
Do sklepu miałem niewiele ponad dziesięć minut drogi, ale tamtego wieczora przejażdżka zajęła mi całą godzinę. Z racji na późną, wieczorową porę ulice świeciły pustkami. Dla mnie i mojego granatowego cudeńka to była okazja nie do przepuszczenia. Wsłuchując się w ryk silnika krążyłem po Rzeszowie, za nic mając ograniczenia prędkości, fotoradary czy uliczki, w których mogłyby skryć się gliny czekające tylko na takich jak ja, przynoszących łatwy zarobek. Na moje szczęście, nie trafiłem na żaden radiowóz, za to znając miasto lepiej niż własną kieszeń wiedziałem jak jechać, by żadna puszka nie zrobiła mi zdjęcia. Naginałem wszelkie możliwe zasady, w duchu śmiejąc się dziecięcym głosikiem. Obraz rozmywał się za bocznymi szybami, kilka razy zostałem strąbiony przez dużo spokojniejszych kierowców; na prostej drodze wyciągnąłem setkę, by zaraz zacząć hamować z piskiem opon.
Odpowiadając na nieme pytanie z waszej strony: nie. Nie jestem normalny. Nigdy nie byłem.
Odprężyłem się dzięki tym wariactwom. Gdy zajechałem pod jeden z osiedlowych supermarketów, moje usta delikatnie wyginały się w uśmiechu. Głowę miałem przyjemnie pustą, a pozytywny stres rozprowadzający adrenalinę po moim ciele, jeszcze utrzymywał mnie przy względnie prawidłowo funkcjonujących zmysłach. W domu byłem bliski majaczenia z głodu, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało.
Zgasiłem silnik i z westchnieniem ulgi oparłem się o fotel, dłońmi głaszcząc skórzaną kierownicę. Chropowata faktura łaskotała moje palce, zapach obicia i palonej gumy drażnił nozdrza. Kochałem to. Kochałem jak szaleniec. Nie miałem pojęcia czemu wcześniej nie zrobiłem takiej rundki; może gdybym jednak nie zamykał się na cztery spusty w domu, byłoby mi lepiej? Oddychałem ciężko starając się zapamiętać uczucie ciepła na jak najdłużej. Skoro potrzebowałem samotności, przesiedziałem dwie trzecie urlopu na sofie w salonie i trudno. Wzruszyłem ramionami, dłonią roztrzepałem włosy i wyskoczyłem z auta, zamykając je w biegu.
Krążąc między alejkami zastanawiałem się, jak radzą sobie Resoviacy. Tkwiąc w swojej samotni nie obejrzałem transmisji z żadnego meczu. Uznałem, że lepiej będzie, jeśli naprawdę odetnę się od rzeczywistości i odpocznę. Teraz byłem żądny wiedzy na temat mojej drużyny: jej miejsca w tabeli, stanu punktowego, samopoczucia chłopaków, komentarzy specjalistów. Uśmiechnąłem się pod nosem. Można było chyba uznać, że wracałem do siebie. Nawet mimo faktu, że nie ciągnęło mnie jeszcze na boisko. Na samą myśl o odbijaniu piłki znowu robiło mi się niedobrze.
Stojąc w długiej kolejce do kasy, wyciągnąłem telefon z kieszeni spodni. Dwadzieścia pięć nieodebranych połączeń: trzy od Drzyzgi, pięć od Kurka, dwa od Szakala, po siedem od Igły i Achrema plus jedno, którego kompletnie się nie spodziewałem. Od Kruś.
Zagryzłem lekko wargę, z automatu wykładając produkty na taśmę kasy. Nawet jej nie powiedziałem, że biorę wolne. Po prostu przestałem przychodzić na sesje. Wcześniej też do mnie dzwoniła, ale ignorowałem ją na tyle długo, że w końcu się poddała. Nie sądziłem, że jeszcze będzie chciała ze mną rozmawiać.
A może się martwi?, zasugerował cichy głosik w mojej głowie. Zastygłem w bezruchu, analizując ten pomysł, po czym prychnąłem nieco poirytowanym śmiechem. Przecież to był absurd. Zaintrygowany, zerknąłem na wyświetlacz telefonu jeszcze raz. Dzwoniła koło osiemnastej trzydzieści, więc wcale nie tak dawno temu. Przez chwilę ważyłem aparat w dłoni zastanawiając się, co zrobić. Z jednej strony chciałem dać znać, że żyję. Z drugiej miałem świadomość, że nie zachowałem się fair i Francesca zapewne nie ma ochoty ze mną rozmawiać. Tylko po co w takim razie dzwoniła?
- Sto dwanaście osiemdziesiąt – usłyszałem przed sobą i zamrugałem gwałtownie, niespodziewanie sprowadzony na ziemię głosem zmęczonej kasjerki. Wygrzebałem z portfela należytą sumę, napisałem do Igły, że czuję się lepiej i obładowany foliowymi torbami, chybocząc się z prawej na lewą stronę, wróciłem do samochodu. Władowałem wszystko do bagażnika, by po chwili, z ciężkim westchnieniem usiąść na miejscu kierowcy z butelką energetyka przy ustach. Miałem okupić picie tego chemicznie syntetyzowanego napoju bólem żołądka przez całą noc, ale w tamtej chwili niewiele o tym myślałem. Chciałem wrócić do domu w jednym kawałku, nie powodując wypadku, a ze zmęczenia i osłabienia powieki same mi się zamykały.
Z głośnym westchnieniem zakręciłem butelkę i odchyliłem głowę w tył. Krew dudniła mi w uszach; chyba zbyt gwałtownie postanowiłem wrócić „do normalności”. Oddychałem ciężko po wypiciu połowy energetyka duszkiem, starając się uspokoić wirujący przed oczami obraz. W końcu pokręciłem lekko głową i z rozmachem otworzyłem schowek przed siedzeniem pasażera. Chciałem tam cisnąć butelkę z resztą zawartości i wrócić do domu. W głowie dzwoniło mi tylko jedno słowo: jeść. Niespodziewanie, ze schowka wyleciała jakaś książka. Szelest papieru rozdzwonił mi się w uszach. Zakląłem pod nosem i z niechęcią schyliłem się po przedmiot, po czym ze stęknięciem ponownie opadłem na siedzenie. Mrużąc w niezrozumieniu oczy okręciłem książkę okładką do góry, by móc lepiej przyjrzeć się znalezisku. Oniemiałem, sunąc wzrokiem po tytule.
   Wayne W. Dyer. „Pokochaj siebie”. Książka, którą dostałem od Franceski jeszcze przed Bożym Narodzeniem.
- O szlag, kompletnie o tym zapomniałem – szepnąłem pod nosem, wertując strony bez większego sensu. Nie przeczytałem jej. Schowałem ją zaraz po wyjściu z gabinetu Kruś, a potem pojechałem do domu na święta. Wyleciało mi z głowy, że dała mi taką pracę domową.
Wyrzuty sumienia z jeszcze większą siłą uderzyły mi o głowę. Nie dość, że nie uprzedziłem, że nie będę przychodził do kliniki, ani razu do niej nie oddzwoniłem ignorując ją na całej linii, to jeszcze olałem zwykłe przejrzenie cienkiej książeczki.
Jęknąłem z rezygnacją, mocno odchylając głowę w tył i zainstalowałem wzrok w dachu samochodu. Musiałem odłożyć swoje plany o bogatej kolacji złożonej z jakiś... sześciu dań, lekką ręką. Poczucie winy nie pozwoliłoby mi przełknąć ani kęsa. Musiałem jechać do Kruś, oddać jej tę cholerną, psychologiczną książkę i przeprosić.
Rzuciłem publikację na fotel obok siebie, odpaliłem silnik kłócąc się z burczącym żołądkiem i mamrocząc pod nosem ruszyłem w drogę w zupełnie innym kierunku, niż chciałem. Klinika Franceski znajdowała się na drugim końcu miasta, więc nawet przy niemalże pustych drogach, jazda samochodem zajęła mi dobre pół godziny. Bez większego problemu zaparkowałem pod budynkiem i wychyliłem się nieco w przód, tors wspierając na kierownicy. W oknach gabinetu paliło się światło, więc Kruś na pewno była w środku. W najgorszym wypadku zastałbym tam tylko Kaśkę, ale przecież jej również mogłem oddać tę książkę.
Westchnąłem ciężko i zgarbiłem się lekko, czoło wspierając o ramę kierownicy. Nie wiedziałem skąd we mnie tyle obowiązkowości i to tak nagle. Mimo, że nie chciałem, to jednocześnie czułem, że muszę zobaczyć się z Kruś. Było mi wstyd, że zaprzepaściłem całą terapię idąc do łóżka z tamtą blondynką. Niby mogłem to przed nią zataić, ale nie wiedzieć czemu, kłamstwo było mi w tej sytuacji mocno nie w smak. Było mi wstyd, że olałem Kruś. W równym stopniu od kilku dni myślałem o tym, żeby wszystko jej opowiedzieć. Od deski do deski, tak jak namawiał mnie Szakalski czy Ignaczak. Chciałem w końcu to z siebie wyrzucić, zacząć normalnie żyć, po ludzku się wygadać; nie miałem tylko pojęcia jak się za to wszystko zabrać. Potrzebowałem czasu, a tego - jak na złość - miałem coraz mniej.
Wziąłem głęboki oddech i niechętnie wysunąłem się z wozu. Ściskając w dłoni książkę, powłócząc nogami, wdrapałem się na czwarte piętro budynku. Przystanąłem przed drzwiami prowadzącymi na hol przychodni i uniosłem w górę przedramię, dłoń zaciskając w pięść. Przymknąłem oczy, zastygając w bezruchu. Jeśli zapukam, to już się nie wycofam. W mojej głowie toczyła się nierówna walka mojego egoistycznego „ja” z poczuciem obowiązku i słuszności. Westchnąłem ciężko, wbijając sobie zęby w wargę.
Nie po to tu przyjechałeś, żeby dać nogę jak jakiś pierwszorzędny tchórz!
Sztywnym ruchem zapukałem w drzwi i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, przekręciłem gałkę w drzwiach, wsuwając się do środka. Rozejrzałem się po korytarzu i z zaskoczeniem zauważyłem, że siedzenia w poczekalni świecą pustkami, zaś za biurkiem, gdzie zazwyczaj siedziała Rzepecka, urzędowało jedynie powietrze. Zamrugałem zaskoczony i niemalże na palcach skierowałem się w stronę gabinetu Franceski. Było tam jakoś za cicho, a ja czułem się jak intruz. Poza tym nie podobał mi się brak blondwłosej sekretarki. Przecież ona i Pani Psycholog Wspaniała były nierozłączne, czyż nie? W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Co, jeśli ktoś się tutaj włamał pod nieobecność obydwu dziewczyn?
Wtem coś huknęło za drewnianą powłoką. Podskoczyłem wytrącony z równowagi, zastygając w bezruchu na cenne sekundy.
Co ona tam wyrabia, do jasnego pana?
Zmarszczyłem brwi, rzuciłem niedbale książkę na biurko Kaśki i bez zapowiedzi wparowałem do gabinetu Kruś.
- Francesca? - huknąłem niskim głosem, rozglądając się dookoła. W pierwszej chwili nie zauważyłem nic niepokojącego, poza otaczającą mnie pustką, dopóki nie przeniosłem spojrzenia na prawo. Brunetka stała pod ścianą, trzęsąc się z przerażenia, wielkimi oczami wpatrując się w moją sylwetkę. Otwierała i zamykała usta, nie zdolna do poruszenia choćby powieką. Wyglądała tak, jakby moje wkroczenie do pomieszczenia było dla niej jednocześnie zbawieniem i gwoździem do trumny. - Co ty… - mruknąłem, milknąc szybko, gdy mój wzrok padł na rękę kobiety. Po jej długich, smukłych palcach spływała krew, rozpływając się na ozdobnych cegłach, którymi wyłożona była elewacja. Drgnąłem zaniepokojony, nieopatrznie zerkając jej prosto w oczy. Zastygłem w bezruchu, czując jak obrzydliwy chłód ślizga się po mojej skórze. Tak przerażonego człowieka widziałem tylko raz w życiu i było to moje własne odbicie w lustrze...
- Co ty wyrabiasz? - zapytałem zduszonym głosem, podchodząc żwawym krokiem w stronę terapeutki. Przeskakiwała spojrzeniem z mojej twarzy na coś, co znajdowało się za moimi plecami, nie zaszczycając mnie przy tym żadnym słowem. Wziąłem ją delikatnie za rękę, chcąc obejrzeć ranę, gdy nagle wbiła mi paznokcie drugiej dłoni w bark.
- Zbyszek! - krzyknęła przerażona, próbując zepchnąć mnie na bok. Zgromiłem ją spojrzeniem, po czym powędrowałem nim za siebie; w to samo miejsce, gdzie ona wpatrywała się cały czas.
- Kurwa! - wysapałem, w ostatniej chwili łapiąc rzucającego się na mnie mężczyznę za nadgarstek. Nie dał rady mnie uderzyć, ale był na tyle ciężki, że bez problemu pchnął mnie na drugą ścianę. Z nieartykułowanym wrzaskiem wrzucił mnie na niewielką biblioteczkę Franceski. Ostrzegawcze trzeszczenie drewna zmieszało się z moim jękiem i piskiem Kruś, gdy mój kręgosłup o mało nie wyszczerbił jednej z półek. Nie rozwierając powiek upadłem na ziemię, dłońmi osłaniając głowę, gdy zaczęły spadać na mnie kolejne tomiszcza. Byłem otumaniony pulsującym bólem w okolicy krzyża, niezrozumieniem i szelestem papieru. Jakaś encyklopedia spadła mi prosto na głowę, rogiem ciężkiej, okutej metalem okładki wbijając mi się w skroń; grzbiet drugiej uderzył mnie prosto w zranione przed momentem plecy. Sapałem cicho, gdy kolejne książki przykrywały moje ciało, starając się cokolwiek zrozumieć z zaistniałej sytuacji.
- Dzwoniłaś po niego, ty mała szmato! - wściekłe warknięcie mężczyzny dotarło do mnie przez szum papieru i pulsującą w uszach krew. Dreszcz wstrząsnął moim ciałem; z prędkością światła dotarło do mnie, że Kruś została z tym wariatem sama. Starając się nie narobić zbyt wiele hałasu, byle go nie spłoszyć, spróbowałem wstać z ziemi.
- Nie! Nie, przysięgam, że nie!
- Więc skąd się tu wziął?! Stój tu! - ryknął. Nie widziałem, co zrobił, ale po pokoju rozszedł się cichy pisk Franceski. Zacisnąłem szczęki, dźwigając się na kolana. Dopiero teraz poczułem, co znaczy mieć mroczki przed oczami. Miałem wrażenie, że jadę rozpędzonym Roller Coasterem. Kilka leżących mi na barkach woluminów opadło z szelestem na panele. Zaraz potem podłoga zaskrzypiała złowrogo pod ciężarem ciała obcego mężczyzny.
- Pozwól mi do niego podejść – wyłapałem w kakofonii jego przekleństw. Spokojny szept psycholożki uspokoiłby nawet wzburzonego Andrzeja Kowala, ale najwyraźniej na jej oponenta wcale to nie działało. - Może być ranny, daj mi sprawdzić.
- Ranny? - prychnął. - Za moment nawet sam Pan Bóg mu nie pomoże – warknął. Coś kliknęło, zaszurało o podłogę, po chwili po pomieszczeniu rozszedł się trzask łamanego drewna. Pod biurkiem zauważyłem, jak facet wyłamuje nogę z krzesła stojącego naprzeciwko mebla. W mojej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka.
Wstań, Bartman. Wstań i broń się, bo skończysz jak jakiś pierdolony męczennik!
- Nie, zostaw go! - krzyknęła Kruś. Uniosłem się nieco nad biurko; ciągle kręciło mi się w głowie, ale miałem już lepszy obraz całej sytuacji. - To mnie chciałeś, zostaw go w spokoju!
Nie miałem pojęcia, skąd w niej tyle odwagi i energii. Trzęsła się jak galareta; po tych wszystkich wspólnych sesjach, gdy zaczynała drżeć za każdym moim nieprzychylnym spojrzeniem, nigdy w życiu nie przypuszczałbym, że zechce mnie bronić gołymi rękoma. Zachowywała się tak, jakby była pozbawiona instynktu przetrwania. Przecież była skazana na porażkę: niska, przerażona, drobna. Jak niby miała się postawić tłustemu facetowi machającemu na oślep nożem?!
Krzyknęła, gdy uderzył ją z w twarz. Osłoniła policzek obiema dłońmi i skuliła się na podłodze, chlipiąc cicho. Krew zawrzała mi w żyłach; zacząłem oddychać ciężko przez usta, tym razem nie z bólu, a z gniewu. W mojej głowie odżyły słowa ojca. Może i go nienawidziłem, ale byłem mu wdzięczny za wpojenie mi jednej, bardzo ważnej zasady: kobiet nie bije się nawet kwiatkiem. Nigdy nie tolerowałem przemocy wobec płci przeciwnej, nie zamierzałem tolerować jej również teraz. Adrenalina powoli zaczęła rozpływać się po moim ciele; plecy przestawały boleć, otoczenie stało się wyraźniejsze, czułem przypływ siły, czegoś na kształt odwagi.
- Możesz sobie pogratulować – wycharczał, łapiąc ją za włosy i siłą podnosząc na nogi - bo to przez ciebie nasz koleżka nigdy więcej nie wylezie na boisko. Będziesz go miała na sumieniu, dopóki i za ciebie się nie wezmę, suko – syczał, plując dookoła śliną. Zarzuciłem głową na boki, chcąc w pełni odzyskać władzę nad wirującym mi przed oczami światem i móc wstać na nogi.
- Zostaw ją – wysapałem, dłonią ciągle wspierając się o biurko. Mężczyzna powoli obrócił swoją nalaną twarz w moją stronę, a gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, zastygłem w bezruchu. Widziałem go już nie raz; miał zajęcia z Kruś zaraz przede mną. To przez niego wielokrotnie musiałem przysypiać w poczekalni, bo nie chciał wyleźć z gabinetu. To po rozmowach z nim, Francesca najczęściej była zmęczona i nieco podminowana. Zerknąłem na nią kątem oka w wyrazie niezrozumienia. Łkała cicho, starając się wyciągnąć pukle włosów spomiędzy zaciśniętych palców napastnika; z kącika ust spływała jej drobna stróżka krwi. Moim ciałem wstrząsnął kolejny spazm wściekłości.
- Puścisz ją, teraz – rozkazałem, wolną dłoń zaciskając w pięść. - Chyba, że rodzona matka ma cię nie rozpoznać, jak z tobą skończę.
Mężczyzna nieoczekiwanie zwolnił uścisk i z nogą krzesła w dłoni, ruszył w moim kierunku. Jego usta wykrzywione były w grymasie tryumfu; małe, czarne oczka ślizgały się po mojej sylwetce, szukając jakiegoś słabego punktu.
- Chciałbym zobaczyć, w jaki sposób to zrobisz – powiedział spokojnie, znienacka unosząc swoją broń w górę. W ostatniej chwili zgiąłem się w pół, uchylając się przed ciosem prosto w szyję. W tym wypadku mój wzrost nie dawał mi przewagi; ciężko było mi się ukryć. Odskoczyłem w bok, łapiąc mężczyznę za łokieć, wykręciłem mu rękę i pchając go z całej siły w przód, położyłem na blacie biurka. Niewiele pamiętałem z lekcji karate, ale to nie znaczyło, że nie umiałem się bronić. Zbyt wiele razy rozwiązywałem problemy pięścią. Pokładający się na blacie biurka mężczyzna stęknął głośno; miał na tyle sporą tuszę, że w tej pozycji ciężko mu się oddychało. Wypuścił kawał drewna z dłoni jak na pstryknięcie palcem. W ułamku sekundy obróciłem go przodem do siebie i uderzyłem w twarz. Moja pięść niemal zatopiła się w pucołowatym policzku mężczyzny.
Splunął na podłogę i opadł na kolana. Odetchnąłem ciężko. Jak głupi myślałem, że odpuści. Zdążyłem zrobić ledwie pół kroku w tył, a jego tłusta łapa owinęła się dookoła mojej kostki. Szarpnął mnie mocno i po chwili to ja leżałem na deskach, próbując zrzucić z siebie ten kawał tłuszczu. Mężczyzna machał łapami na oślep, próbując uderzyć mnie w twarz, a gdy w końcu zrozumiał, że na niewiele mu się to zda, zaczął zamykać palce w powietrzu, chcąc zacisnąć dłonie na moim gardle.
W mojej głowie odżyły nieprzyjemne wspomnienia. Nie pierwszy raz ktoś chciał mnie udusić. Gdyby nie Kubiak, który dziewięć lat temu niespodziewanie zjawił się w mojej sali w szpitalu, nie leżałbym teraz pod tym tłuściochem, nie grałbym w siatkówkę, w ogóle bym nie istniał. Szymon zabiłby mnie bez mrugnięcia okiem. Starszy ode mnie, wściekły i nieco silniejszy miał nade mną, połamanym dziewiętnastolatkiem, znaczną przewagę. Był jak opętany; szukał sprawiedliwości za to, co spotkało jego siostrę… Obwiniał mnie o wszystko.
To twoja wina!, krzyczał w mojej głowie. Morderca!
Wszystko, co było dookoła mnie, zniknęło. Przez krótkie, cenne sekundy starałem się wyrzucić z głowy głos wściekłego Szymona. Pozbawiony koncentracji nie zauważyłem, że się odsłaniam. Poczułem tylko ból promieniujący od żuchwy na całą lewą stronę czaszki. Przed oczami zamigotały mi tysiące wielobarwnych iskier, a za chwilę spocone, zimne dłonie objęły moją szyję. Z trudem przełknąłem ślinę, zaciskając powieki do białości. Szamotałem się, próbując zrzucić z siebie oponenta, ale bezskutecznie. W końcu podłożyłem otwartą dłoń pod jego brodę i odchyliłem mu z całej siły głowę w tył.
Paradoksalnie, kolejne wspomnienie Ewki, jej brata i wszystkiego, co było z nimi związane, dodało mi energii. Przypomniało mi, co wtedy obiecałem sobie i Michałowi: nikt, nigdy więcej nie będzie mną pomiatał. Nigdy.
Mężczyzna siłował się ze mną, dopóki ślina nie zaczęła spływać mu po brodzie. W takiej pozycji miał utrudnione oddychanie, a nie miał szans wyrwać swojej nalanej gęby z mojej dłoni. Czegokolwiek by nie wymyślił, ręce miałem silniejsze.
Nie mam pojęcia, jak to zrobiłem. Udało mi się podkulić nogi, wcisnąć je między nasze ciała i po chwili wyprostować gwałtownie kolana, wyrzucając oponenta za siebie. Po całym budynku rozszedł się głośny huk i dźwięk kruszącego się szkła. Odkaszlnąłem, przetaczając się na brzuch. Podparłem się na przedramieniu i zadarłem głowę w górę; facet leżał na płytkach na korytarzu, w końcu łapiąc powietrze w płuca. Wyważyłem nim drzwi.
- O Jezu… - przerażony szept Franceski z trudem dostał się do mojego omotanego adrenaliną umysłu. Podniosłem się na nogi, otarłem usta nadgarstkiem i depcząc po szkle z wybitej z drzwi szyby, wyszedłem z małego gabinetu.
- Zamorduję skurwysyna – wysapałem, powoli zmierzając w jego kierunku.
- Zbyszek! - przerażona Francesca ruszyła za mną, ale jej słowa już do mnie nie docierały. Jej zdegenerowany pacjent nieświadomie poruszył we mnie strunę, której nie pozwalałem dotykać nikomu poza Ignaczakiem. Obudził we mnie wspomnienia, których nienawidziłem. Razem z chęcią przetrwania, moim nabrzmiałym ego i pragnieniem uratowania Kruś, straciłem panowanie nad sobą. Zatraciłem się we własnym gniewie. Nie panowałem nad swoim ciałem. Spuściłem demony ze smyczy, raz po raz okładając pięściami obtoczone miękkim, spoconym tłuszczem ciało mężczyzny.
W którymś momencie pacjent Franceski znowu przejął pałeczkę i tym razem to ja skończyłem za drzwiami, spadając dodatkowo z dwóch rzędów schodów. Wleciałem plecami w starodawny kaloryfer i aż krzyknąłem z bólu. Byłem pewny, że rano obudzę się z krwiakami wielkości piłek golfowych. Nie wiem, jak znaleźliśmy się na dworze. Pamiętam tyle, że padał deszcz. Lało jak z cebra, było ciemno, miasto opustoszało, a my przewalaliśmy się w błocie. Nie patrzyłem, gdzie biję, nie zwracałem uwagi na to, że naprawdę mogę gościa zabić. Byłem wściekły i tylko to się liczyło.
- ZBYSZEK! - rozpaczliwy wrzask Kruś sprowadził mnie brutalnie na ziemię. Zamrugałem gwałtownie i rozejrzałem się dookoła, odnajdując ją wzrokiem. Była przerażona, zapłakana, przemoknięta do suchej nitki. Pokręciłem lekko głową i spojrzałem na trzymanego w garści faceta. Krew spływała mu z nosa i po ustach; oddychał w ciężki, charczący sposób i choć cały czas zaciskał pięści na mojej koszulce, nie miał już siły. Był czerwony i opuchnięty. Trzymałem go jedną ręką za bety, zaraz pod szyją; drugie ramię, zgięte w łokciu, unosiłem mocno odwiedzione w tył, gotowy znowu mu przyłożyć.
Potrząsnąłem głową. Adrenalina zaczęła ze mnie schodzić; znowu poczułem ból w plecach, w szczęce. Oblepiło mnie zimno wiatru i mokrych, przylegających do mojego ciała ubrań.
Opuściłem rękę. Zrobiłem krok w tył. Ściągnąłem groźnie brwi, obróciłem swojego napastnika plecami do siebie i z całej siły docisnąłem go do muru otaczającego parking przed kliniką. Coś chrupnęło, niebo przeszył jego wrzask. Chyba złamałem mu rękę.
- Wypierdalaj stąd – wysyczałem mu do ucha, coraz mocniej dociskając go do twardej powierzchni. Kwękał z bólu. - Wypierdalaj, zanim skręcę ci kark – powiedziałem ciszej i odepchnąłem go w bok, po czym sam przylgnąłem plecami do chropowatej nawierzchni, słysząc tylko jak zatacza się na chodniku i wpada w kałuże. Nie patrzyłem gdzie idzie, czy nie spisuje numerów tablic z mojego wozu, nie dzwoni na policję. Byłem zmęczony, tak cholernie zmęczony.
- Boże kochany, Zbyszek! - Francesca podbiegła do mnie ze szlochem i zaczęła oglądać moją twarz. Na parkingu było ciemno; nieopatrznie dotykała mnie w najbardziej opuchniętych miejscach, tylko przysparzając mi bólu. W pewnym momencie rozchyliłem powieki i odwróciłem od niej głowę, biorąc jej twarz w obie dłonie.
- Cała jesteś? - wydyszałem, starając się dostrzec cokolwiek w okalającym nas mroku. Ledwo stałem na nogach.
- Ja?! O mało cię nie zabił, a ty się martwisz o mnie?! - krzyknęła, drżącymi palcami obejmując oba moje nadgarstki.
Popatrzyłem na nią z nieco większym spokojem i trzeźwością. Woda płynęła po jej długich, przyklejonych do ciała włosach. Dygotała z zimna, może ze strachu. Deszcz zmywał z jej dłoni zaschniętą krew. Odetchnąłem ciężko, zaraz wciągając powietrze ze świstem w płuca. Dopiero teraz zauważyłem, że jej biała koszula była rozerwana na piersiach. Zakląłem soczyście pod nosem, przysięgając sobie solennie, że jeśli jeszcze kiedyś spotkam tą łajzę, zabiję go. Niemrawo zdjąłem z siebie kurtkę i nałożyłem ją na ramiona przemoczonej Kruś, starając się skupić myśli na dużo większym problemie.
- Mieszkasz z kimś? - wysapałem, łapiąc ją za nadgarstek. Dała się poprowadzić do mojego auta i wsadzić do kabiny po stronie pasażera.
- Nie – mruknęła, gdy usiadłem obok niej.
- Masz kota, psa, rybki? Cokolwiek, czym trzeba się zająć?
- Nie – powiedziała, zerkając na mnie z boku.
- Umawiałaś się z kimś na dzisiaj?
- Miałam wpaść do Kasi, sprawdzić, jak się czuje – wymamrotała, obejmując się ramionami. Podczas, gdy mi wracała zdolność racjonalnego myślenia, do Kruś chyba zaczął docierać ogrom niebezpieczeństw na jakie była wystawiona. Skuliła się na fotelu, gdy odpaliłem silnik i powoli, starając się panować nad emocjami, wyjechałem na ulicę.
- Zadzwoń do niej, powiedz, że nie przyjdziesz. Nie będzie cię w pracy kilka dni, niech się nie martwi i nie zdziwi rozpierduchą w gabinecie.
- Dokąd jedziemy? - zapytała słabym głosem. Wygrzebałem telefon z kieszeni i podałem Kruś, zerkając na nią uparcie.
- Zadzwoń do niej i uprzedź.
- Zbyszek, wyjechaliśmy z Rzeszowa – jęknęła, patrząc na mnie podejrzliwie. Zmusiłem się do delikatnego, ciepłego uśmiechu. Nie chciałem, żeby się mnie bała; robiłem to, co podpowiadał mi instynkt.
- Nie możesz wrócić do mieszkania. Nie wiesz, czy nie będzie na ciebie czekał. Zaufaj mi – poprosiłem. Patrzyła na mnie długo, w milczeniu, by w końcu wziąć ode mnie komórkę. Podciągnęła kolana pod brodę i objęła się ramionami. Patrząc na nią z niepokojem, podkręciłem nieco ogrzewanie w aucie. Była w szoku.
Minęło kilkanaście minut, gdy w końcu wykręciła numer do przyjaciółki i przyłożyła aparat do twarzy. Słuchałem, jak słabym głosem odpowiada na każde jej pytanie, znosi jej krzyki i bluźnierstwa, w końcu uspokaja ją i patrząc na mnie powtarza, że jest bezpieczna. Dziwny dreszcz przebiegł po moich poranionych plecach, wzmagając nieprzyjemne uczucie tarcia o oparcie fotela. Starałem się zachowywać spokój i nie deptać za mocno w gaz, ale cały czas się denerwowałem. Nie rozumiałem, czego ten świr od niej chciał, a kiedy pomyślałem, że mógłbym olać sprawę zwykłej książki, zalewała mnie krew. Przecież on by ją zabił…
Gdy stanęliśmy na bramce na autostradzie, Kruś bez słowa oddała mi telefon. Popatrzyłem na nią dyskretnie, biorąc do rąk swoją własność. Zasłaniała się szczelnie moją kurtką; miałem wrażenie, że próbuje usiąść jak najdalej ode mnie, wcisnąć się w boczną szybę, uciec. Nie chciałem, by widziała we mnie kolejnego wroga. Chciałem jej pomóc.
- Zabiorę cię do domu – oznajmiłem spokojnym głosem, kierując się na Warszawę. Od lat nie byłem tam z własnej, nieprzymuszonej woli. - Musisz po prostu zniknąć na kilka dni. Zaufaj mi, proszę – powtórzyłem, patrząc błagalnie na Francescę.
Zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech. Dałbym sobie rękę odciąć, że w myślach liczyła do dziesięciu i z powrotem. Zacisnąłem dłonie na kierownicy aż pobielały mi kłykcie. Już chciałem po raz trzeci powtórzyć swoją prośbę, gdy słaby, drżący szept dziewczyny zaszeleścił mi w uszach.
- Ufam – powiedziała, po czym nakryła głowę kapturem. Więcej nie padło między nami żadne słowo.

~  *  ~


Cześć i czołem :) Obiecałam mordobicie - jest mordobicie ;p To moje pierwsze tak bliskie spotkanie z czymś na kształt, no nie wiem, thrilleru? Chyba można to tak trochę podciągnąć, tak myślę. Mam nadzieję, że dobrze to wyszło. Troszkę niepewnie się czuję z tym rozdziałem, bo to pierwsza fobia, którą dodaję bez korekty... moja beta po prostu nie dała rady w ferowerze własnych zadań, ale mam nadzieję, że to jednorazowe zdarzenie :P Nie mniej, jeśli zobaczycie jakieś błędy, to mi je wytknijcie (pozwalam xD).
Część z Was spodziewała się, że Grzesiek namiesza, a ja się nie odzywałam, co by nie popsuć sobie samej szyków ;) Uprzedzam lojalnie, że "12" może Wam się nieco ciężej czytać, bo atmosfera zrobi się ciężka, ale warto :P
Dziękuję Wam wszystkim za tak ogromny i pozytywny odzew pod dziesiątką! Gdybyście tylko pod każdym rozdziałem byli tak aktywni... ;) I specjalne, wielkie dzięki dla Outfilulu, przez którą się popłakałam: najpierw ze szczęścia po tym, co mi napisała. Potem ze śmiechu, gdy przeczytałam Jej "Brodę". Polecam Wam strasznie, całego bloga, a ja zajrzę na resztę jak tylko uporam się z egzaminem. Jeszcze raz kochana dziękuję za tak piękne słowa ♥
Miałam nie odpisywać Wam na komentarze, bo w pierwszej chwili uznałam, że wszyscy zareagowaliście tak samo - czyli tak, jak też chciałam :P ale potem uznałam, że niektórzy z Was zauważyli jeszcze coś, o coś pytają, więc jednak odpowiedzi powstały. Tam, gdzie są one ograniczone jedynie do 3x♥ chodzi o to, że tak, właśnie tak mieliście zareagować i cieszy mnie to ogromnie, że takie emocje wywołałam ;)

18 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Wróciłam z pracy, więc mogę skomentować. Tego to ja się po Grzegorzu nie spodziewałam. Pomyślałam, że gościu może będzie wysyłał France anonimowe listy lub sms-y. Na samym początku myślałam, że będzie kolejnym pacjentem, który wkrótce zakończy leczenie u kobiety i zniknie, ale już w poprzednim rozdziale czułam, że coś jest na rzeczy, ale nie sądziłam, że aż w taki sposób to się potoczy. Bardzo się cieszę, że Bartman postanowił opuścić swoje mieszkanie i znalazł w samochodzie tę książkę od Fran, bo inaczej to naprawdę Kaśka szukałaby jej miejsca na cmentarzu ewentualnie odnalazłaby ją w stanie ciężkim w szpitalu. Aż mi ciarki przeszły na samą myśl. A po Zbyszku zupełnie się nie spodziewałam, że zabierze ją aż do Warszawy, rozbudziłaś moją ciekawość i to bardzo! Aż te dwa tygodnie wydają mi się zbyt długie, ale jest taki plus, że dodajesz te wpisy regularnie, a nie, że trzeba czekać miesiącami i nic. Wielkie brawa za ten rozdział. Brawo ty! Do tego te piosenki *.* Uwielbiam! To opowiadanie jest najlepsze! Życzę weny, zapraszam do siebie i serdecznie pozdrawiam ;*
      Karo_Nowaq
      #5

      Usuń
  2. Kochana... ten rozdział to miazga ❤ genialnie odpisałaś te bójkę chłopaków, wręcz czułam się jakbym tam była i wszystkiemu się przyglądała. Zbyszek zabiera Fran do Warszawy? To może być ciekawe. Już nie mogę doczekać się następnego rozdziału ☺ do "zobaczenia" za 2 tygodnie! Pozdrawiam ��

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezu Chryste ale mnie zaskoczyłaś. Ten Grzesiek to jakiś psychopata. Dobrze, że Zbyszek zdecydował się jednak pojechać do Francesci. Aż strach pomyśleć co mogłoby się stać gdyby nie nadszedł z pomocą w porę. Rozbudziłaś moją ciekawość kochana i nawet nie wiesz jak bardzo nie mogę się doczekać kolejnej części :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hejo :*
    Jestem wróżbitką ^^ hahaaha
    Pychol z tego Grześka ! On nie do psychologa tylko do psychiatryka ! MASAKRA!
    Zbyszek to jednak ma dobre wyczucie czasu :)
    Nie wiem czy mogę poprosić o to, ale może Zibi choć troszeczkę powie France o swojej przeszłości ?
    Czekam z utęsknieniem na następny rozdział :D oraz zazdroszczę jeszcze miesiąca wakacji !
    Pozdrawiam Dooma :).

    OdpowiedzUsuń
  5. Jezuniu, jak ja lubię takie klimaty! Czuję, że mi oczy zabłyszczały jak to czytałam, ale jestem pod ogromnym wrażeniem. Wbiło mnie w fotel jak Zbycha w kaloryfer (ale jestem śmieszna). Grzesiek był tym typem, który się ukrywa, a porównanie z Glizdogonem mnie osobiście urzekło. Mało było Frankowej Franki w tym rozdziale, ale musiałam zbierać szczękę z podłogi. Ciężko się będzie czytało 12? Mam pewien scenariusz, więc czekam z niecierpliwością.

    ściskam, ret ♥

    OdpowiedzUsuń
  6. jestem, przeczytałam .... jeżeli Ci napiszę,że przy opisie bójki "bolało mnie ciało" to będziesz miała najlepszy obraz co czyni Twoje pisania z moją wyobraźnią i jak to pisanie jest perfekcyjne. Ema

    OdpowiedzUsuń
  7. Sztos! Pozytywny oczywiście! Wielkie wow. Nie spodziewałam się...
    O.

    OdpowiedzUsuń
  8. O masakro..! Uwielbiam to, że dostarczasz mi tyle emocji ❤ Moja wyobraźnia szaleje czytając ;p Trochę się martwię, że Grzegorz może jeszcze wrócić no ale cóż.. :) Ja już chcę kolejny rozdział!! Jesteś najlepsza! :D Pozdrówki :]]

    OdpowiedzUsuń
  9. Aaa! Tak! Wreszcie doczekałam się jakiejś dramy :D Zibi+Fran+Warszawa=szybkie pozbywanie się dręczących go myśli?? Mam cichutką nadzieję, że Zbyszek w końcu otworzy się przed Fran :)) Ślę buziaki i zapraszam do siebie, rebelliious :**

    OdpowiedzUsuń
  10. P.s. Jestem w Warszawie pisząc ten komentarz ☺❤☀😋👌💪😊

    OdpowiedzUsuń
  11. Odrobinę się wyłamię, bo scena, o której chcę napisać nie ma nic wspólnego z antybohaterem tego rozdziału. Creepy Grzegorz był, jest i zapewne będzie creepy. Jak przedtem przyprawiał jedynie o dreszcze, tak teraz puszczenie go wolno nie wydaje się najrozsądniejszym z pomysłów, ale jestem pewna, że jak wszystko u Ciebie, tak i to ma swój, jeszcze niejasny, cel. Tak jak pożyczona Zbyszkowi książka. Imponuje mi to, jak bardzo przywiązujesz uwagę do takich szczegółów uwiarygadniając historię i nie idąc na skróty.
    Ale ja nie o tym chciałam. Chciałam o Zbyszkowym rajdzie po mieście. Znów, dzięki Tobie, (a właściwie to przez Ciebie biorąc pod uwagę moją wrodzoną awersję do Bartmana) lubię go bardziej, rozumiem lepiej. Zajeżdżanie problemów i przykrych myśli nie jest mi obce, dociskanie gazu dla samego złudzenia ucieczki i wolności od trosk. Świadome igranie ze szczęściem, a czasem myśl, że przy następnym zakręcie los zadecyduje samodzielnie. Może śmieszne, może dziecinne, ale skuteczne oczyszczenie. Zbyszek wysiadający z samochodu nie był już tym samym Zbyszkiem, który do niego wsiadał. Ten drugi mógłby nie pojawić się na czas u Fran. Świetny pomysł, idealne wykonanie.
    Pozdrawiam i do zobaczeni za dwa tygodnie.
    P.S. Dziękuję za wymienienie mnie w posłowiu. Niezmiernie mi miło i cieszę się, że przynajmniej komentarzem mogę odwdzięczyć Ci się za fantastyczne opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Znów totalnie urzekasz mnie szczegółowością opisów wszelakich, więc podtrzymuję swoją opinię, którą wyraziłam pod epilogiem Źródła - dla mnie jesteś mistrzynią w tym fachu. Uważam, że znacznie trudniej jest opisywać "otoczenie" niż emocje bohaterów, dlatego tym bardziej brawa.
    Grzegorz nie podobał mi się od samego początku. Ciągłe narzucanie się, wymuszane wizyty, które od dawna były niepotrzebne - wszystko wskazuje na to, że coś uroił sobie w główce i od wielu miesięcy przygotowywał się do wcielenia w życie swojego planu. Nadarzyła mu się idealna okazja, w końcu Fran została sama w biurze.
    Wiem, że nieustannie podkreślasz, iż Zbyszek jest sceptykiem terapii psychologicznej, że nikomu nie ufa, że traktuje spotkania z Kruś jak zło konieczne. To prawda, tak jest. Ma swój hermetycznie zamknięty światek, skrywa się pod grubym pancerzem i generalnie niełatwo do niego dotrzeć. Jest głęboko nieszczęśliwym człowiekiem, nie potrafiącym uwolnić się od swojej przeszłości. Ale ja wierzę, że on już wkrótce zacznie dojrzewać do wewnętrznego katharsis. Być może to, co wydarzyło się w tym rozdziale będzie dla niego przełomowe. Fran mu zaufała, więc może i w nim zacznie coś pękać. Kiedyś to musi się w końcu wydarzyć. :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. O kurczaki, rzeczywiście konkretne "mordobicie" :D To fakt, Grzegorz był podejrzany, więc wyszło szydło z worka. Całą akcję przeczytałam niemal jednym tchem. Naprawdę mistrzowsko opisane, czapki z głów przed Tobą moja droga. Zafundowałaś nam niezłą dawkę emocji to trzeba przyznać. Chwała niebiosom, że napatoczył się Bartman bo naprawdę mogłoby się skończyć tragicznie dla Kruś. Nie mam pojęcia jak to dalej pociągniesz, ale wciąż jestem pod wrażeniem. Nie planujesz jakiejś książki wydać czy coś? Bo powinnaś, mało kto potrafi tak oddać klimat sytuacji ;)

    ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
  14. AAAAAAaaaaa! zarąbiste! to było zarąbiste!
    ja to lubie takie ostre, pełne akcji rozdziały
    ciesze się też jak głupia że jadą do Warszawy (jako warszawianka już się nie mogę doczekać)
    co do samego Grzegorza to ranyyy co za świr, nigdy bym nie pomyślała, że praca Kruś może być taka niebezpieczna, ludzie są jednak mega nieprzewidywalni
    nawet nie potrafię sobie wyobrazić jak sie teraz czuje i co przeżywa Franka
    jednak ma przy sobie Zbycha, więc wiem, że będzie dobrze
    czekam na kolejny i jak zawsze żałuje, że nie ma rozdziałów częściej
    do nastepnego, buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  15. Postanowiłam skomentować oba rozdziały w jednym komentarzu(gówno prawda, bo się nie zmieściłam), bo trudno byłoby mi komentować zachowanie Grzegorza, wiedząc co będzie dalej.
    Ty wiesz, oba rozdziały były trudne, dla Ciebie w pisaniu, a dla mnie w interpretacji. Chyba odkładałam to czasie, bo zbyt bałam się, że się pomylę, napiszę jakąś głupotę, a Ty strzelisz facepalma.
    Tradycyjnie zacznę od Zbyszka, bo to on jednak tym naszym kolorowym ptakiem, który mi tak pięknie błyszczy, który tak ciekawi. Tak, bo dla kogoś, kto interesuje się psychologią, studiuję charaktery ludzkie z taką zawziętością, Zbyszek jest bardzo atrakcyjny.
    Wbrew wszystkiemu, ja się cieszę, że to wyszło w tych badaniach, że Zbychu został przyłapany. Bo może trener, sztab, może oni spojrzą na niego inaczej. Przestanie być tylko problemowym zawodnikom, a stanie się kimś zagubionym, komu może należałoby pomóc. Chociaż nie wiem, czy wysłanie go na urlop i danie wolnej ręki, ‘rób co chcesz, ale masz się ogarnąć’ jest taką superową postawą. Jednak, to Kowal, to Resovia i tak tam jest – oni głęboko w dupie mają ludzi.
    To wyjście do paru, kobieta to według mnie była kwestia czasu. Przecież tak naprawdę tu nie chodzi o seksoholizm, bo to tylko skutek. To że on przestanie chodzić na panienki, nie znaczy, że problem zniknie, ale to oczywiste. Pewnie, nie powinien, ale skoro nie jest pod kontrolą, skoro sobie nie radzi.. ale mimo wszystko jest zmiana w jego zachowania. Tak, przespał się z kobietą z baru, ale się zawahał, chciał, żeby się od niego odczepiła, a to moim zdaniem sukces. Zmiana nastawienia, niechęć, bo to mężatka.. To wszystko pozytywne następstwa terapii. Ale to wciąż leczenia chronicznego bólu brzucha doraźnymi lekami przeciwbólowymi.
    A potem był ten sen, sny.
    Na początku mamy kałuże. Jak po letnim deszczu. Dość sielsko, człowiek sam się do siebie uśmiecha, czytając fragment. Radość, dwójka zakochanych ludzi, rozluźnienie. I potem nagle bum. Po prostu bum. Bum. Myślę, to straszne, bo nie zdążył jej złapać za cholerny kaptur. To niewyobrażalne. I nagle coś zmienia, ja tracę rezon. Zbyszka nie ma na chodniku, jest w samochodzie. Jakiś wypadek, drzewo, brak kogoś, pewnie Jej. I myślę, że to ta prawdopodobna wersja wydarzeń. A potem znowu chodnik, kałuże, deszcz pada, leje. I jest źle, jest przerażająco, boję się i smucę jednocześnie, doceniam w tej chwili jeszcze bardziej Fobię i Twój styl. I chcę krzyknąć razem ze Zbyszkiem: Ewa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewy nie ma już, nie będzie. To rozdzierające, ten ból Zbyszka, który czuję z nim. To jego łzy, które przecież i po moim policzku płynęły. Zbyszek, ten mały, smutny chłopiec, którego należałoby wreszcie przytulić. Rany rozdrapane. I brodzą teraz tak okropnie.
      Mam ochotę powiedzieć: witaj Ewo, miło cię poznać, ale wolałabym w innych okolicznościach. Jak byłaś żywa.
      Masa pracy przed Zbyszkiem.
      Ktoś kiedyś napisał na moim blogu, że nikt dziewięć lat nie cierpi po stracie kogoś bliskiego, że moja bohaterka przesadza. To bzdura, żałoba nie ma wyznaczonego czasu. Trwa do momentu, gdy pogodzimy się ze stratą. Prawda, Zbyszku?

      Franka.
      Franka powinna być ostrożniejsza, może taka bardziej, brakuję mi słowa, myśląca? Przecież musiała zauważyć dwuznaczne zachowanie Grzegorza. Widziała je. Sama porównywała go ze Zbyszkiem, dając nam do zrozumienia, że temu pierwszemu by nie dała, a temu drugiemu z miłą chęcią. Wtedy powinna poszukać im innego psychoterapeuty. Ale to tylko teoria, głupie gadanie. Przecież mówi się: dam radę, jeszcze trochę. Wszystko było przeciwko France. Choroba Kasi, późno godzina, ostatni pacjent. Nie trzeba analizować chorych myśli Grzegorza, jego chęci, jego pożądania, uczucia do kogoś, komu przecież mógł zaufać, kto słuchał i to, że nie robił tego z dobrych chęci i sympatii, tylko dla pieniędzy, nie było istotne. Powstało złudzenie, zbitka myśli i plan spełnienia swoich potrzeb. Brutalny dla Franki, okrutny. I kiedy jest źle, kiedy nie ma nadziei, pojawia się nasz superman w za małych rajtkach, który jest słaby, głodny, zmęczony i zgnębiony. Pojawił się, ale dlaczego? Przeznaczenie, Bóg go pokierował? Sama nie wiem. I jest ta scena, napisana bardzo dobrze. I myślę, że cholernie ciężko się pisało, co? Nie dałabym rady. I zwyciężył, puścił wolno. Bohater, łaskawca, który bierze Frankę za rękę i zabiera ją do siebie, bo chce ją chronić, chce zaufania, a ona mu ufa, bo może nie ma innego wyjścia.
      To nigdy już nie będą relacje psychologa z pacjentem. Mówiłam to po sylwestrze, a teraz Zbyszek uratował ją drugi raz. Poświęcił siebie, całą swoją siłę, a przecież nie miał jej zbyt wiele. Związał się z nią, już na zawsze. Do końca życia pamięta się tych, którzy nas uratowali.
      Dobra robota. Szczególnie ten sen. Ja ogólnie lubię pisać sny, bo można dużo powiedzieć. Poczekam na następny, spokojnie. Nic się nie martw.

      Ann.

      Usuń
  16. Biedny ten Zbychu... Może uda mu się trochę otworzyć przed Franką. Teraz ona chyba też będzie potrzebowała pomocy z jego strony. Może się zakumplują??

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.