BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

16 wrz 2016

Fobia dwunasta


Droga do stolicy zajęła nam tylko dwie godziny. Kiedy Kruś przysnęła na siedzeniu obok mnie, wcisnąłem pedał gazu w podwozie. Silnik mojego Genesisa ryczał donośnie, krztusił się raz na jakiś czas, ale dzielnie znosił moje wymagania. Nie byłem dla niego łaskawy i już niedługo miało się to odbić na mojej kieszeni, ale tamtej nocy byłem zbyt zdenerwowany, by o tym myśleć. Niezdrowo pobudzony, obolały i zmęczony, gnałem przed siebie, pierwszy raz w życiu nie czerpiąc przyjemności z jazdy. Potrzeby auta, o które zazwyczaj dbałem jak o zwierzątko, zeszły więc na drugi plan. Musiałem odreagować, znaleźć się w domu jak najszybciej. Potrzebowałem odpocząć i w końcu coś zjeść. Kiedy opadły ze mnie emocje znowu zrobiłem się okropnie głodny. Teoretycznie mogłem zjechać na pobocze i wygrzebać sobie coś z foliówek, ciągle zamkniętych w bagażniku wozu, jednak nie chciałem budzić Franceski. Skoro udało jej się nieco uspokoić i usnąć, nie miałem zamiaru jej tego odbierać.
Zwolniłem dopiero po wjeździe do Warszawy, pewny, że tym razem żaden fotoradar mnie nie oszczędził. Kwestią sporną pozostawała tylko data, gdy w swojej skrzynce na listy znajdę jakieś pięć mandatów.
Francesca przeciągnęła się niemrawo, gdy kluczyłem po mieście tylko sobie znanymi skrótami. Musiałem się wydostać z terenu zabudowanego, by później ruszyć w kolejne pół godziny drogi wzdłuż Wisły. Na polnych ścieżkach prowadzących do Jabłonnej nie mogłem już tak szaleć, o ile nie chciałem rozwalić sobie podwozia czy kół. A jeszcze nie padło mi aż tak na łeb, żebym z własnej woli miał zniszczyć mojego granatowego skarba.
Nie rozmawialiśmy. Z radia sączyła się delikatna muzyka, opony tarły nieprzerwanie o asfalt, później o piach i żwir, ale między nami panowała cisza. W normalnych warunkach pewnie bym się wkurzył i zażądał od Kruś relacji, wyjaśnień, czegokolwiek. Nie potrafiłem jednak zmusić strun głosowych do współpracy. Miałem wrażenie, że szatynka nadal się mnie boi, a nie potrzebowałem płoszyć jej jeszcze bardziej. Chciałem, by mi zaufała, aby kilkudniowy pobyt w willi nad rzeką stał się dla niej czymś w rodzaju wakacji. Potrzebowała odprężenia, zapomnienia; musiała nabrać energii, tego byłem pewny. Miało być jej miło; nie daj Boże, by poczuła się jak mój więzień czy jakiś ptak zamknięty w klatce. Chciałem jej po prostu pomóc.
Prychnąłem cichutko pod nosem. Nie mam zielonego pojęcia, skąd nagle wzięło się we mnie tyle współczucia dla tej irytującej istoty. Nie potrafiłem wytłumaczyć chęci opieki nad Francescą, ale na samą myśl o tym, że miałaby teraz zostać całkiem sama, robiło mi się niedobrze.
Może to była forma wdzięczności? W końcu dała się pobić i wytargać za włosy, żeby ten wariat zostawił mnie w spokoju. Owszem i tak dostałem po mordzie, ale przynajmniej miałem czas wstać z kolan; zawdzięczałem to tylko i wyłącznie Kruś. Gdyby wtedy nie przyjęła na siebie jego złości, grubas prawdopodobnie skręciłby mi kark nogą od krzesła.
Może chciałem w ten sposób zrekompensować swoje złe zachowanie i fakt, że olewałem Francescę ostatnie dwa tygodnie?
Może myślałem, że obejdzie się bez przeprosin.
A może niepotrzebnie się nad tym zastanawiasz, filozofie jebany.
Pokręciłem delikatnie głową, skręcając w leśną dróżkę. Gdy koła podskoczyły na wystających z ziemi korzeniach sędziwych drzew, Francesca zatrzęsła się delikatnie na swoim miejscu. Z niepokojem przyglądała się mrocznej scenerii za oknem. Zniknęły zabudowania, a jedynym źródłem światła stały się lampy mojego samochodu. Radio przestało grać; z głośników zaczęło sączyć się tylko irytujące rzężenie i piski, więc je wyłączyłem. Natychmiast wnętrze samochodu wypełnił dźwięk łamanych gałązek i plusku błota, gdy koła wpadały w dziury pod leśnym poszyciem. Deszcz ciągle uderzał o karoserię i szyby auta, a wysokie drzewa okalające je z obu stron zdawały się tworzyć bramę, jakby broniły wnętrza lasu. Przejeżdżając po popękanych kamieniach niechcący spłoszyłem jakiegoś zająca; przestraszony szarak przebiegł mi przed kołami i dał nura w pobliskie krzaki, wyrywając z piersi mojej pasażerki ciche westchnienie. Spojrzałem na nią niepewnie. Zaciskała mocno powieki, obejmując się ramionami. Dałbym sobie rękę odciąć, że każdy szmer wywoływał w jej głowie lawinę świeżych wspomnień. Zagryzłem delikatnie wargę. Wiedziałem, jak się czuje i wcale jej nie zazdrościłem.
Zatrzymałem się przed białym murem z pozłacaną bramą. Nie chciałem barować się w środku nocy z wjeżdżaniem na teren posesji, szukaniem kluczyków, szarpaniem mokrego, śliskiego zamka. Od razu zgasiłem silnik, spoglądając na towarzyszkę z głośnym westchnieniem. Trzeba było w końcu otworzyć gębę.
- Jesteśmy na miejscu – powiedziałem cicho, uśmiechając się do niej, gdy w końcu odwróciła ku mnie swoją twarz. Coś ścisnęło moje wnętrzności, kiedy wierzchem dłoni pośpiesznie otarła twarz. Płakała całą drogę z Warszawy do Jabłonnej…
Uniosłem lekko dłoń. Chciałem wytrzeć jej policzek, palcami sprawdzić opuchliznę w kąciku ust, przygarnąć do siebie jej głowę i zamknąć drobne ciało w mocnym uścisku. W porę się opamiętałem. Nie miałem pojęcia, jak odebrałaby tak wylewny gest z mojej strony. Nie było co przesadzać z okazywaniem współczucia.
- Chodź – kiwnąłem na nią głową, wyplątując się z pasów bezpieczeństwa. - Weźmiesz prysznic, zjesz coś i pójdziesz spać. Na pewno jesteś zmęczona – mruknąłem i nie czekając na odpowiedź, wyszedłem na deszcz, zaraz trzaskając drzwiami. Obszedłem auto dookoła i pomogłem Kruś wysiąść, po czym cofnąłem się do bagażnika. Uznałem, że lodówka zapewne świeci pustkami, więc dobrze będzie zabrać ze sobą to, co kupiłem przed wizytą w klinice. Nie zdążyłem tylko powiedzieć, żeby Francesca nie otwierała furtki…
Ocuciło mnie charakterystyczne kliknięcie metalu i skrzypienie zawiasów. Wciągnąłem ze świstem powietrze przez nos, upuściłem wszystkie torby z powrotem do bagażnika i biegiem rzuciłem się w stronę wejścia na posesję.
- Nie wchodź! - Zawołałem, łapiąc Kruś za ramię. Poślizgnąłem się na liściach, odpychając ją w bok. Padłem na ziemię z głuchym łoskotem i jękiem wydobywającym się spomiędzy zaciśniętych ust. Po chwili pięćdziesiąt kilogramów żywej masy docisnęło mnie do podłoża, zaraz atakując moją twarz ciepłym, śmierdzącym jęzorem.
Francesca wrzasnęła przerażona i cofnęła się w tył, plecami wpadając na żelazną bramę. Narobiła tyle hałasu, że tylko odliczałem, aż ktoś nas tu najdzie i zrobi raban za zakłócanie ciszy nocnej. Mimo, że okolica wyglądała na pierwszy rzut oka mało przyjaźnie, dookoła posesji rodziców stało jeszcze kilkanaście podobnych willi, które zamieszkiwali napuszeni bogacze wraz ze swoimi rozpieszczonymi bachorami. Jako nastolatek lubiłem uprzykrzać im życie głośnymi, mocno zakrapianymi libacjami; to jednak nie znaczyło, że miałem ochotę odnawiać stare „znajomości” właśnie w tej chwili.
- Nie krzycz, nie krzycz! - Zawołałem kręcąc głową na boki, byle tylko liżące mnie zwierzę nie dotknęło moich ust swoim pyskiem. - Żyję! To tylko pies – parsknąłem, obejmując czarnego dobermana na wysokości klatki piersiowej. Zacząłem czochrać go po bokach, śmiejąc się jak głupek. Skakał po mnie, warcząc i co chwile podgryzając moje uszy, szyję, koszulkę na piersi. Zawsze tak się witał, bestia niewyżyta.
Blask latarki wbudowanej w telefon Kruś oślepił mnie w ułamku sekundy, bez ostrzeżenia.
- Czyś ty rozum postradał?! - Obrażony krzyk Franceski nieco ostudził mój wesoły nastrój. Przekręciłem głowę w jej stronę i zmarkotniałem w ułamku sekundy. Zrobiło mi się głupio; ja się śmiałem i bawiłem z pupilkiem, ona pewnie odchodziła od zmysłów.
- Jakby skoczył na ciebie, dostałabyś zawału – spróbowałem się wytłumaczyć, podnosząc się do pozycji siedzącej. Mój czworonożny towarzysz w mgnieniu oka uznał to za zabawę w zapasy i oparł mi przednie łapy na barkach, starając się znowu mnie położyć.
- Nie łatwiej mnie było uprzedzić?! - Wrzeszczała dalej. - Jesteś chory na głowę!
Popatrzyłem na nią wymownie, cały czas siłując się z dobermanem.
- Z jakiegoś powodu mnie leczysz – uznałem, spychając psisko na ziemię. Kruś wywróciła oczami z poirytowanym westchnieniem, palcami pocierając skroń. Opuściła rękę z telefonem wzdłuż ciała i zaśmiała się jadowicie. Dygotała z nerwów; na czole wyskoczyła jej niewielka żyłka. Nie była w nastroju do żartów. Podniosłem się powoli na kolana i już miałem wstać, gdy zwierzak znowu powalił mnie na ziemię całym swoim ciężarem. Po raz drugi tej samej nocy poślizgnąłem się na nierównym podłożu i znowu padłem plecami na mokrą ziemię. - Brutus! - skarciłem go przez zęby, po chwili wyłapując kobiecy chichot za swoimi plecami. Uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem; jak widać mój gość nie chował urazy zbyt długo. Popatrzyłem na nią z dołu i niespodziewanie poczułem, jak ulatają ze mnie resztki zdenerwowania. Ufała mi. Za cholerę nie rozumiałem dlaczego, ale czułem, że mi ufa. Czuła się tutaj bezpiecznie.
A ja z nie małym zaskoczeniem zauważyłem, że lubię słuchać jej śmiechu.
- Już dobra, spadaj – rzuciłem do Brutusa, gdy w końcu woda zaczęła przesiąkać mi przez bluzę i jeansy. Odepchnąłem od siebie psi pysk, zaraz czując w dłoni ostre niczym szpilki zęby. W tamtym momencie miarka się przebrała. - Starczy! Siad! - Warknąłem groźnie. Pies ziewnął szeroko i opadł na zad, cały czas drżąc z ekscytacji. Jego obcięty ogon kiwał się śmiesznie na boki, poruszając największymi liśćmi. Posłałem psu poirytowane spojrzenie i w końcu dźwignąłem się na nogi, otrzepując przemoczone spodnie z poprzyklejanych do nich liści i igieł. Jakbym miał prawo oczekiwać, że spadną nie pozostawiając śladu na nowych jeansach.
- Gryzie? - Usłyszałem niepewny głos, gdy przechodziłem obok mojej psycholożki. Zatrzymałem się w pół kroku, zerkając na nią z niezrozumieniem. Patrzyła z delikatnym uśmiechem na podskakującego w miejscu Brutusa i wyłamywała nerwowo palce.
- Nie – powiedziałem spokojnie, uśmiechając się lekko. - Jest po prostu strasznie energiczny. Nie chciałem, żeby cię wywrócił – wzruszyłem ramionami. Francesca spojrzała na mnie z boku i odgarnęła mokre włosy z twarzy. Była mi wdzięczna, a mnie jej wzrok powoli zaczynał osaczać i dusić. Nie czułem się komfortowo. - Kucnij przed nim i wyciągnij rękę, wtedy podejdzie jak cywilizowany pies – rzuciłem, brodą wskazując dobermana. Zaskomlał śmiesznie, wyrywając i z mojej piersi wesoły śmiech. - Ma być spokój – zastrzegłem, grożąc mu palcem, po czym wróciłem do samochodu po zakupy.

Odprowadziłam Zbyszka spojrzeniem i opatuliłam się szczelniej jego bluzą. Była ciężka od nadmiaru wody, jaką wchłonął materiał; dawno przestała dawać mi ciepło, ale to był odruch. Mimo wielkich kropel rozbijających się cały czas na moim ciele, obezwładniającego zmęczenia i chłodnego wiatru wywołującego nieprzyjemne dreszcze, przepełniał mnie ogromny spokój. Cieszyłam się, że poszłam za głosem instynktu i dałam się przywieźć  w to miejsce. Nie wiedziałam jeszcze, co mnie tu czeka, ale przynajmniej byłam daleko od tego szaleńca.
Pokręciłam głową, odrzucając nieprzyjemne myśli. Uśmiechnęłam się szerzej i wyciągając przed siebie dłoń, podeszłam do psa. W okalającej mnie ciemności nie mogłam dostrzec wielu szczegółów, ale Brutus był pięknym zwierzęciem. Nie miałam wątpliwości, że Zbyszek miał w szufladzie jego certyfikaty potwierdzające czystość rasy. Miał szeroką, dobrze rozbudowaną klatkę piersiową, a przy tym wąską talię. Silne łapy pozwalały mu na naprawdę wysokie skoki.
- Cześć – mruknęłam, gdy podszedł do mnie w miarę spokojnie i trącił moją rękę nosem. Obwąchał rękaw zbyszkowej bluzy i nagle szczęknął donośnie, niskim głosem, przednimi łapami wskakując na moje kolana. Zaśmiałam się wesoło, ciągle pociągając nosem i zaczęłam drapać jego smukłą szyję. Przycięte uszy strzygły naokoło, gdy raz po raz lizał mnie po policzku. Miał mocną, szeroką głowę i potężny pysk, ale zamiast się go bać, czułam tylko rosnące poczucie bezpieczeństwa. Co prawda nie wierzyłam, by ten pieszczoch mógł zrobić komukolwiek krzywdę, ale ufałam, że jego obecne zachowanie to tylko kwestia dobrego ułożenia.
- Zostaw ją, lizusie przebrzydły – Zbyszek pojawił się koło mnie znienacka, delikatnie odpychając psa nogą, bym mogła wstać. Widząc ile toreb dźwiga, natychmiast poderwałam się z miejsca.
- Daj, pomogę ci.
- Zostaw, otworzysz drzwi.
- Daj spokój, nie będziesz wszystkiego tachał sam – oburzyłam się, chwytając uszy jednej z torebek. Brutus skakał między nami, skutecznie utrudniając wymianę zakupami, ale ja byłam nieugięta. Chciałam mu pomóc, przydać się do czegokolwiek; w jakiś prosty sposób odwdzięczyć się za uratowanie życia.
- To nie jest ciężkie – upierał się Zbyszek. Szarpnęłam lekko torbę w swoją stronę i otworzyłam usta, by zaprotestować, gdy kolejny głos zmroził mi krew w żyłach.
- Kto tu jest?! - Głośny krzyk nie znanego mi mężczyzny poprzedził dziwny trzask i głośne kliknięcie. Przestraszona zrobiłam pół kroku w tył, co Zbyszek skwitował tylko znużonym westchnieniem. Dałabym sobie rękę obciąć, że przewrócił oczami.
- Panie Staszku, niech pan odłoży tę dubeltówkę, bo nas pan powystrzela jak kaczki!
DUBELTÓWKĘ?!
- Bartman Junior?! - Zagrzmiał tamten, powoli idąc w naszym kierunku. Zbyszek zaśmiał się nieco mniej wymuszenie i odłożył torby na mokre liście. - Niech mnie ktoś uszczypnie, bo nie uwierzę! A co ty tu robisz, młokosie? - Zaśmiał się tubalnie, waląc mojego kompana w plecy, gdy ledwie się wyprostował. Uśmiechnęłam się niepewnie, nie zmieniając pozycji. Starszy pan z siwą brodą, kulejący nieco na lewą nogę wywoływał u mnie większy strach, niż Brutus kłapiący szczękami przed moim nosem.
- Sam się dziwię, że tu przyjechałem – westchnął Zbigniew, gdy już skończył się dusić po mocnym uderzeniu mężczyzny.
- Niech no rodzice się dowiedzą!
- Lepiej, żeby nie wiedzieli – ton głosu Zbyszka zmienił się diametralnie. Widać było, że nie zniesie żadnego sprzeciwu. - Nie mam ochoty się z nimi widzieć. Przyjechałem tu odpocząć, a nie naprawiać nieistniejące relacje.
Pan Stanisław potarł dłonią kark i westchnął z rezygnacją, zaraz opierając jakiś długi przedmiot o swoją nogę.
Jezu, czy on naprawdę ma broń?
- Nie powinno być z tym problemu. Państwo Bartmanowie wyjechali wczoraj do Gdańska na jakieś biznesowe spotkania. Mówili, że wrócą za tydzień.
Przyjmujący skinął tylko głową, rozluźniając ramiona.
- Wtedy mnie tu już nie będzie.
- Ile czasu chcesz tu spędzić?
Siatkarz wzruszył ramionami i oparł dłonie na biodrach.
- Myślę, że jakieś trzy dni nam starszą – powiedział obracając głowę przez ramię, by na mnie spojrzeć. Na dźwięk słowa „nam”, starszy mężczyzna drgnął z zaskoczeniem. Zaraz potem powędrował wzrokiem w tym samym kierunku, co Zbyszek i dosłownie otworzył usta ze zdumienia. Czułam, jak moje policzki obejmują czerwone, gorące rumieńce. Uśmiechnęłam się niepewnie, czego w tych ciemnościach zapewne nikt nie zauważył i skinęłam nieznajomemu głową.
- Wpadasz tu sam, bez zapowiedzi. Z kobietą. Zbyszek… - mruknął z podziwem starszy pan. Moja szczęka z łoskotem uderzyła o ziemię, z mojej głowy uleciała umiejętność mówienia. Nie miałam sił by zaprzeczać, niemalże powalona na kolana przypuszczeniami mężczyzny. Zbyszek również drgnął niespokojnie, od razu kręcąc głową.
- Nie, to nie tak…
- Myślałem, że już żadna dama nie dostąpi tego zaszczytu, co panna…
- Staszek – Bartman wszedł mu szybko w słowo, zaciskając dłonie w pięści. Spiął wszystkie mięśnie, niczym pantera gotowa do skoku, choć wyraz jego twarzy nie uległ żadnej zmianie. Ciągle widziałam na niej nieco zakłopotany uśmiech i śmieszną zmarszczkę między brwiami. - To jest moja psychoterapeutka – wyjaśnił po chwili ciszy. Potrząsnęłam gwałtownie głową, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilką usłyszałam. Na jak wiele niespodzianek miałam się jeszcze przygotować?!
- Psycho… terapeutka? - jęknął Stanisław. Wówczas znalazłam siłę, by ruszyć się ze swojego dotychczasowego miejsca. Na wiotkich nogach podeszłam do rozmawiających mężczyzn i wyciągnęłam do sędziwego pana prawą dłoń. Siłą zmuszałam się do patrzenia na swojego rozmówcę, nie na Zbyszka. Wiedziałam, ile kosztowało go to jedno zdanie i byłam z niego tak cholernie dumna!
- Francesca Kruś, bardzo mi miło – powiedziałam cicho.
- Stanisław Markowiak – przedstawił mi się, delikatnie ujmując moje palce. - Stajenny.
- Niech pan odpocznie, dopóki nie wyjedziemy – powiedział Zbyszek, po raz enty biorąc do rąk reklamówki i nie dając mi w ten sposób zapytać o szczegóły. Stajenny? Zbyszek miał konie?
- Dziękuję – mruknął tamten, ciągle zaskoczony.
- Brutus, noga! - Zbyszek zawołał pupila i zaszeleścił torbami, kierując się w stronę dużego domu.
- Może pomogę?
- Nie, nie. Niech pan wraca do łóżka. Przepraszam, że pana obudziliśmy – powiedział siatkarz z uśmiechem, po czym zerknął na mnie znad ramienia. - Chodź. Dość już przemokłaś.
Drgnęłam jak na zawołanie. Pożegnałam się z panem Stanisławem i żwawym krokiem ruszyłam za Zbyszkiem, by zaraz znaleźć się w ciepłym, jasnym holu. Przyjmujący wpuścił psa do środka, zsunął z nóg buty i ociekając wodą, ruszył w tylko sobie znanym kierunku. Podejrzewam, że chciał zostawić torby w kuchni. Ja w tym czasie odkleiłam od siebie przemokniętą do ostatniej nitki bluzę i zawiesiłam ją na drobnym haczyku, buty odstawiając koło wycieraczki. Rozejrzałam się zaciekawiona po wyłożonych jasną, kremową tapetą ścianach. Długa komoda stojąca pod jedną z nich mieściła na swoim blacie kilka ramek ze zdjęciami; nad nią wisiało spore lustro otoczone złotą ramą. Objęłam się nieco szczelniej ramionami i na palcach podeszłam do mebla, z ciekawością oglądając fotki w różnokształtnych, eleganckich ramkach. Na jednej z nich Zbyszek gryzł złoty medal, ubrany w niebieską koszulkę bez ramiączek. Czapkę z daszkiem miał założoną tyłem na przód, ciemne okulary chroniły go przed ostrym słońcem rozświetlającym jego młodą twarz. Uśmiechnęłam się pod nosem, przeskakując spojrzeniem na kolejne zdjęcie. Uśmiechnięte, starsze małżeństwo z pewnością nie przedstawiało rodziców przyjmującego sprzed lat; uznałam, że to jego dziadkowie. Z fotografii biła radość i ciepło, widać było na nim miłość oraz rzadko spotykaną chemię. Uśmiechnęłam się czule; też chciałabym znaleźć kogoś, kto do ostatnich moich dni patrzyłby na mnie w taki sposób.
Ostatnie zdjęcie przedstawiało Bartmana z jakąś dziewczyną. Zaintrygowana chciałam wziąć je do rąk, jednak Zbyszek powracający z kuchni zniweczył moje plany. Zdążyłam tylko zauważyć, że młoda kobieta miała ciemniejszą karnację i krótkie, kręcone, czarne włosy. Sam siatkarz był na tym zdjęciu dużo młodszy, więc w mojej głowie niemal od razu zapaliła się czerwona lampka. Czyżby to była jakaś miłość Zbyszka? Ale skoro nie byli razem, czemu trzymał jej zdjęcie w domu?
- Zjesz coś? - Bartman przemknął koło mnie, bez skrępowania ściągając z pleców przesiąkniętą deszczem koszulkę.
- Nie, nie – wymamrotałam, obracając się do niego plecami. - Już późno. Wzięłabym tylko prysznic, jeśli mogę.
- Jasne. Skorzystasz z łazienki na piętrze? Nie wiem w jakim stanie jest ta tutaj – parsknął, szybkim krokiem wchodząc do jednego z pokoi. Zajrzałam za nim do środka, kompletnie nie wiedząc jak poruszać się po tym domu.
- Nie ma problemu.
- Trzymaj ręcznik, za chwilę przyniosę ci jakieś suche ubrania – westchnął podając mi gruby, puchaty materiał. Wygrzebał jeszcze jedną sztukę z szafki i przerzucił go sobie przez ramię, w mig wychodząc ponownie na przedpokój. - Tam są schody – pokazał mi palcem – skręcisz w lewo, trzecie drzwi.
- O-okay – bąknęłam nieco oszołomiona i ruszyłam we wskazanym przez Bartmana kierunku. Po chwili usłyszałam ciche mruknięcie i uderzanie pazurów o panele. Brutus ruszył za mną powolnym truchtem, gdy nagle Zbyszek złapał go na wysokości klatki piersiowej i podniósł, jakby ważył tyle, co ratlerek. Pies warknął niezadowolony, na ułamek sekundy obnażając kły.
- O nie, Stary. My idziemy tutaj – zarządził jego pan, idąc z dobermanem na rękach w przeciwnym kierunku. - Zmyję z ciebie błoto, to będziesz sobie biegał za Francescą do woli – usłyszałam jeszcze. Później do moich uszu dobiegł dźwięk zamykanych drzwi.
Zaśmiałam się wesoło, kręcąc głową z niedowierzaniem. W przeciągu tych kilku godzin spędzonych ze Zbyszkiem w tak odmiennej dla mnie roli poznałam go chyba lepiej, niż przez niemalże pół roku codziennych sesji.
Wdrapałam się na piętro nie zapalając światła. Głowa ciążyła mi coraz bardziej, a przejmujący chłód mokrych ubrań w końcu stał się tak dokuczliwy, że zaczęłam szczękać zębami. Pocierając dłońmi o ramiona, przeszłam kolejny korytarz bez zwracania uwagi na jego kosztowne, dopracowane szczegóły. Chciałam jak najszybciej znaleźć się pod ciepłą wodą, a potem przytulić twarz do poduszki. Byłam wykończona.

- Zostań tu – powtórzyłem twardo, nogą wpychając Brutusa do wnętrza łazienki. Nie chciałem, żeby zaświnił mi mieszkanie zostawiając wszędzie błotniste odciski łap. Warknął na mnie, a gdy w końcu zamknąłem za sobą drzwi, zaczął wściekle ujadać. Chwilami był gorszy od niejednego, rozpuszczonego bachora. Moją głowę rozsadzał pulsujący, ostry ból. Ucisnąłem palcami skroń i uderzyłem pięścią wolnej ręki w drewnianą powłokę. - Cicho bądź, jest środek nocy! - Warknąłem do psa. - Uwal się, zaraz przyjdę.
Westchnąłem ciężko i potarłem dłonią spięty kark. Mnie również przydałby się gorący prysznic. Nawet mimo faktu, że wizja moczenia odrapanego ze skóry kręgosłupa przyprawiała mnie o nieprzyjemne dreszcze.
Walcząc z własnym zmęczeniem wbiegłem na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Ciemność okalała prawie cały hol. Słabe światło sączyło się tylko zza niedomkniętych, łazienkowych drzwi razem z dźwiękiem spadającej z deszczownicy wody. Uśmiechnąłem się mimowolnie, ruszając w drugą stronę.
Pokój Anety przywitał mnie tym samym ładem i spokojem, co zawsze. Nie zmieniałem tutaj nic, żeby po powrocie do domu nie czuła się tak, jakbym naruszał jej prywatność. Co prawda odkąd wyszła za mąż bywała tu raz, dwa razy w roku. Wielokrotnie powtarzała mi, że mogę przerobić to niewielkie pomieszczenie na jakiś gabinet, może pokój dla wybranki, ale ja nie miałem serca odzierać Anki z tej namiastki rodzinnego ciepła. Nadal trzymała tu część swoich bibelotów, medale i dyplomy ze szkolnych olimpiad lekkoatletycznych. Na ścianach cały czas wisiały zdjęcia pół nagich aktorów, a łóżko zasłane było jej ukochanym, różowym kocem. Białe meble nosiły na sobie znak czasu, ale wiedziałem, jak je uwielbia. Nie chciałem czegokolwiek tu zmieniać, a co dopiero usuwać, niszczyć. Poza tym, co miałbym zrobić z taką przestrzenią? Pokój może i był mały, ale ja też nie bywałem w Jabłonnej zbyt często. Z kolei na mój ślub się nie zanosiło.
Kucnąłem przed porysowaną komodą i otworzyłem jedną z szuflad, szukając czegoś, co mogłoby zastąpić Francesce piżamę i jakiekolwiek ubrania na kolejne dwa dni. Podejrzewałem, że i tak pojedzie do marketu żeby zaopatrzyć się w coś własnego, ale dopóki tego nie zrobiła, musiałem jej wszystko zapewnić. Wyciągnąłem z półki rozciągnięte, szare dresy i luźną, granatową koszulkę. Jeśli dobrze pamiętałem, to była kiedyś moją własnością, dopóki Aneta nie postanowiła jej sobie przywłaszczyć. Wziąłem jeszcze kilka T-shirtów, zielone spodnie i obładowany całym dobytkiem, wyszedłem z pokoju z nostalgicznym uśmiechem.
Tęskniłem za nią. Bardzo.
Ruszyłem w stronę uchylonych drzwi, zza których wydobywała się teraz także para. Kruś ewidentnie postanowiła zrobić z mojej łazienki saunę. Pokręciłem z dezaprobatą głową i już otwierałem usta, by rzucić jakimś kąśliwym komentarzem, gdy nagle mój mózg zapomniał jak kontroluje się słowa. Stałem w progu łazienki z rozchylonymi ustami, nie mogąc poruszyć się w żadną ze stron. Było mi diabelnie gorąco, co zaraz zrzuciłem na karb panującej w pomieszczeniu temperatury. Nie tłumaczyło to jednak dlaczego nagle poczułem ten charakterystyczny skurcz w żołądku i zarazem dziwne mrowienie, obejmujące mój zesztywniały kark.
Przecież nie pierwszy raz w życiu widzisz nagą kobietę, do jasnej cholery!, usłyszałem w głowie własny, poirytowany głos. A mimo to… coś sprawiało, że nie umiałem odzyskać fasonu.
Nie mogłem oderwać wzroku od zaparowanego szkła otaczającego kabinę prysznica. Długie, czarne włosy Franceski sięgały niemal jej zgrabnych, zaokrąglonych pośladków, gdy odchylała głowę w tył żeby je opłukać. Bez problemu mogłem dostrzec kształt jej ciała; głębokie wcięcie w talii przyjemnie odznaczało się na tle nieco wystających kości biodrowych kobiety. Była szczupła, ale wysportowana. Długimi palcami rozczesywała mokre włosy, przestępując z nogi na nogę, żeby ciepła woda mogła objąć całą jej sylwetkę.
Nie rozumiałem dlaczego chowa się pod garsonkami, koszulami z kołnierzykiem podpiętymi pod samą brodę, marynarkami i długimi spódnicami skracającymi jej nogi. Nie mogłem pojąć, dlaczego tak seksowna kobieta nie korzystała z własnego uroku. Mimowolnie przypomniałem sobie o naszym spotkaniu w sylwestrową noc. Wtedy też nie mogłem oderwać od niej spojrzenia, choć… chyba nie powinienem porównywać tych dwóch zdarzeń.
Przełknąłem głośno ślinę. Czułem w podbrzuszu charakterystyczne mrowienie i zacisnąłem mocno usta w wąską linię. Kręciła ponętnie biodrami, nucąc sobie coś pod nosem, zupełnie nie świadoma mojej obecności. Miałem ochotę odgryźć sobie język ze złości! Kurwa, była piękna…
Drgnąłem niespokojnie, gdy odwróciła się w moją stronę. Instynktownie schowałem się za skrzydłem drzwi, wstrzymując oddech na długie sekundy. Jakby Kruś mogła mnie usłyszeć przez szum nieustannie płynącej wody. Zamknąłem mocno oczy i w myślach policzyłem do dziesięciu. Dzwoniło mi w uszach i tym razem nie miało to związku z kroplami rozbijającymi się o brodzik prysznica. Nie miałem pojęcia, co się ze mną dzieje. Z jednej strony byłem zafascynowany tym, co zobaczyłem; z drugiej za nic nie chciałem sięgać po więcej. Jakbym podświadomie czuł jakieś obawy, pierwszy raz w życiu…
Wypuściłem powietrze przez usta, osłoniłem oczy dłonią i bez słowa wszedłem na palcach do łazienki. Na stojącym przy umywalce krzesełku położyłem stertę ubrań, po czym znowu wymknąłem się na przedpokój. Dałem sobie jeszcze chwilkę, w końcu pukając donośnie w otwarte drzwi. Jak na zawołanie woda przestała spływać z deszczownicy, a drzwi kabiny rozsunęły się z charakterystycznym szumem.
- Tak?
- Położyłem ci ubrania na krześle – mruknąłem, uparcie wpatrując się w ciemność przed sobą.
- Och. Dziękuję.
Przełknąłem głośno ślinę. Obraz nagiej Franceski za cholerę nie chciał opuścić mojej głowy.
- Zejdź na dół, jak skończysz – wymamrotałem, po czym zamknąłem drzwi i szybkim krokiem zszedłem na parter. Kręciło mi się w głowie, gdy wchodziłem do pomieszczenia, w którym zamknąłem swojego psa. Pupil przywitał mnie otworzeniem oczu i zamerdaniem resztką ogona, leżąc na kremowym ręczniku.
- Kurwa, Brutus! - Syknąłem, wyciągając spod niego materiał. Jasna frota bez problemu wciągnęła błoto, jakim był umorusany. Westchnąłem ciężko i rzuciłem ręcznik do kosza na brudy, zaraz biorąc się pod boki. - Przynajmniej nie wytarłeś tego w łóżko – westchnąłem. Machnąłem z rezygnacją ręką, pstrykając palcami. - Myjemy się. Raz, raz!
Nie lubił tego, obrzydliwie nie lubił. Wziąłem go pod przednie łapy i nie zważając na obnażone kły, wciągnąłem do wanny. Kłapnął mi kilka razy przed nosem, tym razem nie spotykając się z naganą z mojej strony. W tamtej chwili miałem większe problemy. Kruś była moim gościem przez najbliższe kilkadziesiąt godzin. Za cel postawiłem sobie otoczenie jej bezpieczeństwem. Natomiast teraz nie miałem zielonego pojęcia, w jaki sposób mam patrzeć na nią bez przypominania sobie jej idealne wykrojonego, mokrego ciała.


Zawinęłam włosy w ręcznik i przejrzałam się w lustrze. Z mojej twarzy zniknął rozmazany makijaż, a za sprawą ciepłej wody, na policzki wróciły mi rumieńce. Z kącika ust zniknął brzydki zakrzep krwi, a niewielka opuchlizna wyglądała jak tworzący się tam zajad. Nie było źle, wystarczyło tylko użyć pudru…
Przymknęłam oczy, zwieszając głowę między rozstawionymi szeroko ramionami. Znowu zrobiło mi się niedobrze. Nie wiedziałam, czy byłam tak ślepa, tak głupia, czy może tak bardzo nie nadawałam się na zbawcę świata, w którego usilnie starałam się bawić? Powinnam była wyczuć, że coś jest nie tak z Grzegorzem. Tymczasem to Kaśka w kółko mnie przed nim ostrzegała, a ja bagatelizowałam sprawę. Nie wierzyłam, by ta ciepła klucha była w stanie skrzywdzić choćby muchę.
Prychnęłam z rozgoryczeniem. Muchy by nie tknął, a jakże! Za to z wielką satysfakcją złamałby Zbyszkowi kręgosłup, chwilę później dobierając mi się do majtek.
Żołądek podszedł mi do gardła. Nie mając czym wymiotować zaniosłam się tylko i jak na kobietę przystało, splunęłam śliną do umywalki. Kręciło mi się w głowie. Czułam, jak miękną mi kolana, więc żeby nie przysporzyć sobie dodatkowych problemów, powoli kucnęłam przed szafką. Palce zaciskałam kurczowo na śliskiej krawędzi umywalki. Pod zamkniętymi powiekami nadal widziałam wielobarwne iskry, okrutnie potęgujące ból pod czaszką. Zwiesiłam głowę, biorąc głębokie wdechy i starając się kontrolować powietrze w płucach, spokojnie policzyłam do dziesięciu. Potem zrobiłam to jeszcze raz. Trzeci i kolejny.
Nie wiem, ile czasu spędziłam w ten sposób. Wysoka temperatura utrzymująca się w pomieszczeniu po moim prysznicu zdążyła spaść; zrobiło mi się chłodno, więc w końcu dźwignęłam się na nogi i na fioletową bokserkę założyłam jeszcze jedną, nieco rozciągniętą pod szyją bluzkę z krótkim rękawkiem. Pasek o wiele za luźnych dresów ściągnęłam na biodrze w mały supeł, który obwiązałam gumką do włosów. Poczułam się niesamowicie znużona, a wypadało jeszcze zapytać, gdzie mogę się położyć. Może Zbyszek potrzebował pomocy z ogarnięciem pościeli czy... czegokolwiek? Chciałam zająć czymś ręce, żeby i myśli w końcu odpłynęły w niebyt. Nalana twarz Grześka z tym przerażającym uśmiechem wykrzywiającym mu usta prześladowała mnie przy każdym zamknięciu oczu.
Kurczowo trzymając się poręczy, powolutku zeszłam ze schodów, niemal zsuwając się ze stopnia na stopień. Trzymając pod pachą resztę ubrań, w jakie zaopatrzył mnie Bartman, udałam się na poszukiwanie czegoś w rodzaju salonu. W tak dużym domu musiał mieć przecież choć jeden reprezentacyjny pokój, do którego bez obaw mogłam wejść. Nie chciałam naruszać jego prywatności i lokować się w jego pokoju czy pomieszczeniu całkowicie nie przeznaczonym dla widoku obcych oczu. Musiałam przyznać, byłam nieco zagubiona.
Wyszłam na główny korytarz i jeszcze raz rozejrzałam się dookoła. Zagryzając wargę przypomniałam sobie o zdjęciu Zbyszka z tajemniczą dziewczyną. Już miałam do niego podejść, dokładnie je obejrzeć, gdy głośny, tubalny śmiech pana domu zwrócił mnie w zupełnie innym kierunku. Kierując się głosem siatkarza i pluskiem wody, odnalazłam drugą łazienkę, w której urzędował z psem. Wychyliłam się nieco zza węgła, nie umiejąc zwalczyć babskiej ciekawości.
Przez szparę między framugą, a niedomkniętymi drzwiami, ujrzałam najpierw szeroką wannę wyłożoną szarym kamieniem. W jej wnętrzu stał niezadowolony, dygoczący Brutus z czapą z piany na głowie. Zbyszek drapał energicznie jego boki, starając się zmyć z psa zaschnięte błoto.
- Widzisz jak fajnie? Masz masaż – mruknął, pstrykając pupila w nos. Doberman kichnął śmiesznie, zaraz posyłając swojemu właścicielowi obrażone spojrzenie. Osłoniłam usta dłonią, byle się nie roześmiać. - Ta, wiem. Pan cię umył. Tragedia.
Wychyliłam się nieco mocniej zza drzwi i na ułamek sekundy zamarłam w bezruchu. Zbyszek klęczał przed wanną ubrany tylko w szerokie, luźne spodnie. Po jego nagim, umięśnionym torsie ciągle spływała woda; ciężko było mi stwierdzić, czy to Brutus go ochlapał czy nie wytarł się dokładnie po prysznicu. Jednak z całą pewnością mogłam przyznać w duchu jedno: był przystojny. Obrzydliwie przystojny…
Uciekłam do kuchni, gdy gorąc uderzył mnie w twarz. Przełknęłam głośno ślinę, nalewając sobie do wysokiej szklanki wody z kranu, po czym wypiłam ją duszkiem.
- Wszystko w porządku? - Usłyszałam za plecami i aż podskoczyłam w miejscu. Oczywiście, musiałam się popluć. Otarłam nadgarstkiem brodę i spojrzałam na zdziwionego Bartmana. Obciągał na sobie szarą koszulkę, kompletnie nie świadomy tego, że przed chwilą gapiłam się na niego z ukrycia.
- Mhm – wymamrotałam, potakując szybko głową. Modliłam się, by nie zauważył moich rumieńców. Ja zaś nie byłam w stanie nie zwrócić uwagi na to, że Bartman zachowywał się w dziwny sposób. Był mocno zdystansowany, uciekały mu myśli. Ilekroć otwierał usta, by coś powiedzieć, zaraz zamykał je z powrotem. Kilka długich minut staliśmy w ciszy, patrząc na siebie z dziwnym napięciem.
- Pewnie chcesz się położyć? - Zapytał w końcu, uciekając ode mnie spojrzeniem.
- Tak, chętnie – wyszeptałam, spuszczając głowę. Dziwnie się czułam.
- Chodź – machnął na mnie ręką. Dopiłam wodę ze szklanki, odstawiłam ją do zlewu i poszłam za panem domu. Ponownie weszliśmy na piętro. Zbyszek otworzył mi jedne z pierwszych drzwi i zapalił lampkę stojącą na stoliku, zaraz przy wejściu. Moim oczom ukazała się dość duża sypialnia z małżeńskim łóżkiem. Zielone ściany ozdobione srebrnymi dodatkami i meblami z ciemnego drewna sprawiały, że czułam się tam jak w jakiejś komnacie. Koło drzwi stała niewielka kanapa, stolik do kawy; pod ścianą mieścił się mały barek. Szerokie łóżko było zasłane ciężką kapą, na której ktoś misternie poukładał srebrno-szare poduszki. Przytłumione światło dodawało temu pokojowi nikłego ciepła. Normalnie pewnie tylko bym się wzdrygnęła. Teraz jednak poczułam, jak jakaś nieznana mi dotąd siła ciągnie moje ciało w dół.
- Dziękuję – mruknęłam słabym głosem, ubrania odkładając na krzesło stojące w nogach łóżka.
- Jakby co, to wołaj.
- Mhm – mruknęłam znowu, gramoląc się pod kołdrę. Przyjemne ciepło otuliło moje zmęczone, nieco poobijane ciało. - Zbyszek? - zawróciłam go, siadając na materacu, gdy już był za drzwiami.
- Tak?
Zagryzłam wargę. Wstydziłam się o to prosić, ale mój strach wygrał z poczuciem godności.
- Zostaniesz ze mną? Proszę.

Wyprostowałem się gwałtownie, nie zważając na ból w plecach. Przez krótką chwilę myślałem, że Francesca sobie ze mnie żartuje. Gdy jednak przyjrzałem się jej zgarbionej sylwetce, temu jak wyłamuje palce i ucieka ode mnie spojrzeniem zrozumiałem, że się boi. Była w obcym miejscu. W wielkim, pustym domu. Zaraz po tym, jak jej pacjent próbował nas oboje pozbawić życia.
Zmusiłem usta do wygięcia się w uśmiech.
- Przyniosę sobie koc – oznajmiłem spokojnie, w drzwiach mijając się z Brutusem. Poszedłem do swojej sypialni, wziąłem pod pachę poduszkę i coś do okrycia, po czym wróciłem do tymczasowego pokoju Kruś. Mnie również powieki zaczynały ciążyć niczym zrobione z ołowiu.
- Brutus! - Syknąłem szeptem, gdy moje spojrzenie zlokalizowało tego pieprzonego lizusa. Kulił się pod nogami Franceski, zakładając na siebie przednie łapy. Patrzył na mnie z upartością godną tylko i wyłącznie rasowego dobermana, po czym oparł pysk na biodrze brunetki. Rzuciłem swoją pościel na kanapę i wywróciłem teatralnie oczami. - Jesteś uparty jak osioł – mruknąłem, podchodząc do łóżka. Zachciało mi się śmiać; nie mogłem uwierzyć, że Francesca tak szybko zapadła w sen. - Dobra, nie zrzucę cię – fuknąłem, gdy doberman zaczął mruczeć, nie spuszczając ze mnie spojrzenia swoich czekoladowych oczu. Po raz kolejny omiotłem wzrokiem sufit. Wsunąłem dłonie w kieszenie spodni i przechyliłem głowę na bok, wpatrując się w spokojną twarz Kruś. Mokre po kąpieli włosy miała rozrzucone na poduszce. Nie pofatygowała się nawet, żeby zdjąć te ozdobne; po prostu zsunęła je w róg łóżka i zawinęła się w pościel.
Przed oczami ciągle miałem jej nagie ciało otoczone tylko parą z gorącej wody. Robiło mi się gorąco, by zaraz wzdłuż mojego kręgosłupa mógł przebiec zimny dreszcz. Tak strasznie byłem jej ciekawy, a jednocześnie tak mocno bałem się do niej zbliżyć. Nie panując nad własnym odruchem, wyciągnąłem dłoń ku jej twarzy i opuszkami pogłaskałem ją po policzku. Była spokojna, bezbronna, tak bardzo krucha. Oddychała lekko przez rozchylone, jasne usta. Byłem ciekawy jak smakuje, tak cholernie ciekawy...
Weź się ogarnij!
Pokręciłem głową, wymyślając na siebie pod nosem. Gdyby kiedyś się dowiedziała, że przez sen dotykałem jej twarzy, chyba pozbawiłaby mnie przyrodzenia. To nie miało racji bytu. Nie byłem z jej ligi. Poklepałem Brutusa po głowie z ciężkim westchnieniem, wróciłem na kanapę i po chwili sam przekraczałem granicę między światem rzeczywistym, a snem.
Spałem do południa. Kruś obudziła się dopiero o szesnastej. Zjedliśmy razem obiad i wypiliśmy po dwie lampki wina, po którym znowu zasnęła. Była naprawdę wykończona. Ciemne cienie nie znikały spod jej oczu, a początkowo mała opuchlizna na jej buzi zaczęła stopniowo rosnąć. Nie chciała rozmawiać o tym, co się stało, a ja tę decyzję szanowałem. Nie miałem zamiaru umilać jej czasu i wymyślać zabaw na popołudnie. Skoro chciała spać, stąpałem na paluszkach byle jej tego nie odebrać. Jednocześnie kręcąc się samotnie po domu, gryzłem się z własnymi myślami. Nie dość, że obolałe plecy nie pozwalały mi spokojnie spać, to moje koszmarowe sensacje wcale nie chciały zniknąć. Byłem bliski popadnięcia w obłęd. Chciałem Francesce powiedzieć prawdę, w końcu przyznać się do tego, co zrobiłem, ale jednocześnie nie miałem serca obarczać jej teraz swoimi problemami. Nie wiedziałem, co robić.
Ostatniego dnia naszego pobytu w Jabłonnej w końcu przestał padać deszcz. Znużony ciągłym siedzeniem w willi wyszedłem z Brutusem na spacer do stajni. Przywitało mnie radosne rżenie i uderzanie kopyt o drzwi boksu. Zdrowa, kara sierść ogiera błyszczała w popołudniowym słońcu, gdy wystawiał do mnie długą, umięśnioną szyję. Wyprowadzając go z boksu miałem tylko nadzieję, że się nie zabiję.
Zeus tak naprawdę był koniem mojej matki, ale jeśli już jeździłem wierzchem, to tylko na nim. Nauczył mnie podstaw, poza tym jak na ogiera był najspokojniejszym stworzeniem, jakie dane było mi widzieć. Dharma stojąca w boksie obok była niczym diabeł wcielony. Zwłaszcza teraz, gdy koło niej kręcił się srokaty źrebak.
Nie byłem nie wiadomo jakim zawodowcem. Raczej klepałem siodło i z braku laku skakałem niewielkie przeszkody. Nigdy nie potrzebowałem uczyć się więcej, bo treningi siatkówki zabierały mi cały wolny czas. Gdy jednak chciałem odetchnąć, taka forma rozrywki była idealna.
Wyczyściłem konia, okiełznałem go, nałożyłem na grzbiet siodło i wyszedłem z nim na niewielką ujeżdżalnię. Rodzice mieli naprawdę pokaźny teren dookoła posesji. Ogród, dwa domy, kawałek lasu, stajnia oraz padok. Było czym się pochwalić.
Jeździłem spokojnie dookoła ogrodzenia, od czasu do czasu przeskakując nad odłamanymi przez burzę gałęziami drzew. Na początku nie wiedziałem jak się trzymać, żeby nie zlecieć na twarz. Siodło było za śliskie, chód Zeusa za bardzo wybijający, a wodze zdecydowanie za długie, żeby się w nie nie zaplątać. Na szczęście wystarczyło mi przypomnieć sobie kilka podstaw, parę trików i po chwili Zeus galopował po obwodzie koła, sapiąc przez rozszerzone chrapy.
- Więc jednak nie oszalałam – usłyszałem za plecami spokojny, nieco rozespany głos. Spojrzałem przez ramię, ściągając wodze. Koń przeszedł spokojnie do kłusa, wysoko podnosząc nogi. Czułem, jak jego umięśnione ciało pracuje pomiędzy moimi nogami. Rozejrzałem się z niezrozumieniem, klepiąc zwierzę po szyi i uśmiechnąłem się szeroko, gdy za białą barierką dostrzegłem równie promienną Kruś. Na plecy naciągała cienki koc; mój pies siedział wiernie u jej nogi, jakby znał ją od szczeniaka. - Usłyszałam rżenie i byłam pewna, że mi się przyśniło.
- Przecież Staszek mówił ci, że jest stajennym – zaśmiałem się, kierując Zeusa w jej stronę. Usiadłem w siodle i delikatnie pociągnąłem wodze. Koń bez zbędnych perturbacji przeszedł do stępa i kiwając głową dla rozluźnienia, podszedł do ogrodzenia.
- Co nie znaczy, że mu uwierzyłam – odpowiedziała Francesca, palcami muskając chrapy zwierzęcia. - Długo jeździsz?
- Bo ja wiem – wzruszyłem ramionami. - Matka mnie uczyła, gdy jeszcze byłem w gimnazjum. Coś tam umiem, ale raczej nie pokazuję się publicznie w siodle.
- A nie powinieneś mieć na głowie kasku?
- Martwisz się o mnie? - Wytknąłem jej język, kręcąc się w kółko z Zeusem. Miał zdecydowanie za dużo energii, żeby długo stać w miejscu. Francesca zaśmiała się wesoło i podparła łokcie na barierce, brodę kładąc na otwartej dłoni.
- Piękny koń.
- Nie zaprzeczę – powiedziałem, wypinając pierś przed siebie. Kruś wywróciła oczami. - Chcesz się przejechać?
- Żebym się zabiła przy pierwszym jego kroku?
- Daj mu prowadzić. To profesor, nie zrobi ci krzywdy – powiedziałem, zsuwając się z siodła. Złapałem za ogłowie i przytrzymałem Zeusa w miejscu, choć wcale mu się to nie podobało. - Chodź, to fajne.
- Jak zlecę, będziesz mnie miał na sumieniu – mruknęła, z wesołym uśmiechem przechodząc pod barierką. Zaśmiałem się tylko, podstawiając dziewczynie krzesło.
- Lewa noga w strzemię – poinstruowałem ją. - Złap się za przedni i tylny łęk… I odbij się w górę! Super – wyszczerzyłem się. Przełożyłem wodze za karkiem konia i podałem je mojej psycholożce. - Lekcja pierwsza: jak wsiąść na konia, zaliczona.
- Tak, nabijaj się ze mnie dalej – ofuknęła mnie, łapiąc wodze jakby to były lejce. Złapałem ją delikatnie za dłonie, umiejętnie ignorując uczucie dziwnego mrowienia, kiedy moja skóra zetknęła się z jej.
- W ten sposób – mruknąłem, zaciskając jej drobne palce w coś na kształt piąstki. Zarumieniła się delikatnie.
- O-okay – wyjąkała, prostując się w siodle. - A jak się go rusza?
- To nie auto – parsknąłem donośnie. Zeus zawtórował mi donośnym parsknięciem, strzygąc uszami na wszystkie strony.
- To nie jest zabawne, zaczynam się bać.
- Czego?
- Wysoki jest…
- Raczej przeciętny – wzruszyłem ramionami.
- Przypominam ci, że mam ledwie metr sześćdziesiąt wzrostu, siatkarzyku od siedmiu boleści.
- Mogła pani urosnąć większą, Wspaniała Pani Psycholog – wytknąłem jej język.
- Wybacz, ale jak Pan Bóg rozdawał wzrost i mądrość, to stałam w kolejce po to drugie – odgryzła mi się z tryumfalną miną. Na ułamek sekundy zacisnąłem usta.
- Ej! - Fuknąłem, klepiąc ją z otwartej dłoni w łydkę. Zeus zareagował niemal natychmiast, zaczynając swój taniec dookoła mnie. Francesca sapnęła z przerażeniem, łapiąc się za jego grzywę i całkowicie puszczając wodze. W ostatniej chwili przytrzymałem go przy sobie. - Nigdy, przenigdy nie puszczaj wodzy – mruknąłem, oddając je Kruś. - To twoja jedyna kontrola nad koniem.
- Mówiłeś, że nic mi nie zrobi.
- Bo nie zrobi, zbyt gwałtownie zareagowałaś.
- To co mam robić? - westchnęła ze strachem. Złapałem ją za kostkę i ustawiłem jej nogę w strzemieniu.
- Dociskasz go z dwóch stron i ruszasz. Trzymaj wodze tak, jak ci pokazałem. Jeśli chcesz skręcić, delikatnie zapulsuj odpowiednią wodzą. Jak chcesz szybciej, usiądź w siodle i wypchnij go biodrami.
- Co mam zrobić? - Sapnęła, marszcząc czoło z nadmiaru informacji. Uśmiechnąłem się szelmowsko pod nosem, drapiąc Zeusa po policzku.
- Wypchnij go biodrami – powtórzyłem najspokojniej na świecie. - Tak, jakbyś ujeżdżała faceta, nie konia.
Francesca zalała się krwistoczerwonym rumieńcem, ze świstem wciągnęła powietrze w płuca i spięła ramiona, najpierw patrząc na mnie z niedowierzaniem, potem osłaniając twarz kurtyną ciemnych włosów. Ugryzłem się boleśnie w język, byle nie roześmiać się na całe gardło. Ja pieprzę, urocza była z tymi buraczanymi policzkami!
- Jedź – poleciłem, klepiąc delikatnie zad Zeusa. Koń ruszył powoli, żując wędzidło. Podszedłem do barierki i oparłem się o nią ramieniem, uważnie obserwując każdy ruch Franceski. Powinna była zostać amazonką. Pięknie prezentowała się na karym koniu. Drobna kobieta panująca nad takim stworzeniem przyciągała wzrok. Długie, lekko poskręcane włosy falowały jej na wietrze. Brakowało tylko sukni z XVII wieku i mógłbym ją pomylić z jakąś hrabiną.
- Widzisz, Brutus? - Mruknąłem, z kieszeni spodni wyciągając papierosy. - Kobiety powinny jeździć konno. Piękny widok, a i nauka nie idzie w las – parsknąłem podpalając fajkę. - Spróbuj szybciej! - zawołałem, gdy z moich ust wydostała się pierwsza porcja dymu. Francesca wytknęła czubek języka w skupieniu i spróbowała zrobić to, co jej tłumaczyłem, ale tylko oklepała siodło. - Jezu, co ty robisz?
- Chcę go popchnąć.
- Zgraj się z nim. Mówiłem, jak z mężczyzną. Jeśli tak ujeżdżasz swojego faceta, to szczerze biedakowi współczuję.
- Zaraz zejdę i dam ci w mordę – syknęła ze złością. Parsknąłem śmiechem, gdy w końcu obdarzyła mnie poirytowanym spojrzeniem. Od kiedy ja się czułem przy niej tak swobodnie, do cholery? - Ty palisz?
Zamarłem. W zastanowieniu włożyłem papierosa między wargi, zaciągnąłem się, a potem powoli wydmuchałem szarawą stróżkę dymu. Myśli przelatywały mi przed oczami z prędkością światła.
- Okazjonalnie – powiedziałem powoli, po czym uśmiechnąłem się do niej słodko. - Nie musisz o tym wspominać w raporcie dla Panka.
- Jak przestaniesz mi mówić o ujeżdżaniu, to nie wspomnę – mruknęła, ciągle się rumieniąc. Wywróciłem oczami, nie odzywając się już ani słowem. Kruś jeszcze kilka razy obiła pośladkami twardą skórę, ale w końcu koń ruszył kłusem, rozsypując pod kopytami sterty zalegających po zimie igieł. Przyglądałem się im z rosnącym uśmiechem na ustach. Zeus bez problemu wyczuł swojego nowego jeźdźca; wiedział, jak pokierować moim gościem, żeby za bardzo się nie przemęczyć. Sprawdzał ją, gdy próbowała dać mu następną komendę, a kiedy odpuszczała: parskał gwałtownie. Zupełnie jakby się z niej śmiał.
Kruś czuła się już lepiej, to było widać gołym okiem. Na jej policzki wróciły kolory, opuchlizna nieco zmalała, spod powiek zniknęły sińce. Pokaleczona dłoń ładnie się goiła, a ona sama zdawała się odzyskać wewnętrzny spokój. Była pełną życia, młodą kobietą.
- Mam dla ciebie propozycję na spędzenie popołudnia – powiedziałem niepewnie, gdy zsuwała się z grzbietu spoconego Zeusa dobrą godzinę później.
- Jaką? - Wysapała z zadowoleniem. Podobało jej się; byłem ciekaw, czy po powrocie do Rzeszowa zapisze się na jakieś lekcje, tak jak się zarzekała.
- Zawiozę cię gdzieś. Fajne, spokojne miejsce. Kiedyś często tam chodziłem. Dasz się porwać?
- Przecież już dałam – zachichotała. - Daj mi tylko doprowadzić się do porządku – poprosiła. Pocałowała Zeusa w nos, a potem klepnęła się w udo i wołając za sobą Brutusa, pobiegła w stronę domu. Odprowadziłem ją wzrokiem, klepiąc szyję karego.
- Pierwszy raz ją tu przywiozłem, a już ma całą naszą trójkę w garści – westchnąłem. Zeus szturchnął mnie pyskiem w bark. - Co te baby z nami robią, co?

Przez otwarte okno do samochodu wpadało rześkie powietrze. Wystawiałam twarz do ciepłego słońca, z zachwytem przyjmując jego pierwsze, wiosenne promienie. Zbyszek prowadził, nie zaszczycając mnie żadnym słowem. Wyglądał na skupionego, więc uznałam, że zapewne próbuje przypomnieć sobie drogę. W końcu sam mówił, że od lat nie był w tym tajemniczym miejscu.
Nasza podróż trwała może dwadzieścia minut. Bartman z trudem zaparkował na niewielkim zboczu, pomiędzy drzewami, po czym zgasił silnik. Przez przednią szybę widziałam błyskającą w oddali wodę.
- To tu – oznajmił słabym głosem i wysiadł z samochodu. Nie czekając na jego pomoc zrobiłam to samo, nie mogąc opanować zachwytu nad niewielką polanką. Teraz ziemia była przemoczona, a na poszyciu zalegało mnóstwo zeszłorocznych igieł, zgniecionych i zgniłych pod warstwą śniegu. Wyobrażałam sobie jednak, jak to miejsce wygląda latem. Skąpane w słońcu, ze śpiewem ptaków dookoła i delikatną bryzą zawiewającą od Wisły. Z daleka od ulicy, zabudowań, ludzi. Było tu cicho i niezwykle przytulnie. Nie mogłam się nadziwić, że tak urokliwe miejsce ostało się w dzielnicy zagarniających wszystko bogaczy, tak blisko metropolii, jaką była Warszawa.
- Jak tu pięknie… - szepnęłam z zachwytem.
- Bywało lepiej – westchnął Zbyszek. - Trzeba by powyrywać chwasty…
- Co ty taki markotny? - Zapytałam, opierając się o auto siatkarza plecami. Bartman bawił się nerwowo zapalniczką, nie zwracając na mnie uwagi. Jego ramiona unosiły się szybko od gwałtownych, ciężkich wdechów. - Ej, co ci jest? Rano zachowywałeś się zupełnie inaczej.
- Zabiłem człowieka – wydusił nagle, z trudem, podnosząc wzrok na płynącą przed nami Wisłę. Zastygłam w bezruchu. Zbyszek był blady, usta miał zaciśnięte w wąską linię, bicepsy mocno, boleśnie napięte.
Zaśmiałam się nerwowo. Przecież to niemożliwe.
- Proszę cię, to nie jest śmieszne – pokręciłam z politowaniem głową. - Takie żarty są niesmaczne, wiesz? Prawie ci uwierzyłam.
Zaśmiał się ze smutkiem, spuszczając wzrok.
- To nie jest żart, Francesca – wyszeptał. Otworzyłam z przerażeniem oczy; podniósł brodę do góry i spojrzał mi prosto w oczy. - Mam ludzkie życie na sumieniu – powoli cedził słowa. Ważył je na języku, jakby chciał, żebym bardzo dobrze go zrozumiała, nic nie przeoczyła. Łzy błyszczały w jego oczach, a mnie zaczynało brakować tlenu. Był tak obrzydliwie szczery, aż mnie zemdliło! Mój oddech stał się ciężki, wszystkie wspomnienia sprzed trzech dni wróciły do mnie niczym bumerang. Nie miałam pojęcia, gdzie uciekać, jak się ukryć. W mojej głowie rozgorzała gonitwa myśli. Po co mnie tu przywiózł? Mnie też chciał wykończyć? To był jakiś jego cmentarz, tu mnie chciał zostawić?
- Nie bój się – mruknął z rozpaczą.
- Nie… - parsknęłam nerwowym, skrzekliwym śmiechem. - Nie bój się?! Trzy dni temu o mało nie straciłam życia, ty mi teraz mówisz, że zabiłeś człowieka, wywiozłeś mnie na jakieś zadupie, a ja mam się ciebie nie bać?! - Piszczałam w panice.
Zbyszek przymknął oczy. Zagryzł mocno wargę i pokręcił głową zrezygnowany, bez sił. Zaśmiał się gorzko, rzucając jakiś patyk w bok, po czym odwrócił ode mnie wzrok. Zaskoczył mnie tym. Nie był rządny krwi, ale… smutny. Przybity. Przerażony…
- Kogo? - Zapytałam zduszonym głosem, starając się dojrzeć jego twarz. Zerknął na mnie z boku i wzruszył ramionami.
- Moją dziewczynę – powiedział, uśmiechając się krzywo. Mój mózg z prędkością światła przeszukiwał odpowiednie szufladki. Dziewczyna, zdjęcie na komodzie, czy to mogła być ona? - Przyjeżdżaliśmy tu – mruknął z nostalgią, brodą wskazując mi rzekę. - To było nasze miejsce, nikt o nim nie wiedział. Spędzaliśmy tu razem wakacje. Opalaliśmy się, kąpaliśmy. Kochaliśmy się – powiedział miękko. Nagle to słowo nabrało w ustach Zbyszka zupełnie innego znaczenia. To nie był twardo wypowiedziany seks bez uczuć. Kochali się. On ją kochał.
Rozluźniłam ramiona. Przypomniałam sobie nasze pierwsze zajęcia w restauracji, grę w skojarzenia. Jego składanka miłość-ból rozdzwoniła mi się w uszach. Czyżby o tym wtedy mówił? O tej dziewczynie? Mój umysł momentalnie się rozjaśnił, krew rozprowadzała adrenalinę po całym moim ciele. Czy on się właśnie przede mną otwierał…?
- Dlaczego? Jak…? - Zapytałam cicho, jakbym bała się go spłoszyć. Broda mu zadrżała.
- Miałem dziewiętnaście lat, Ona dwadzieścia trzy. Jechaliśmy do Władysławowa…


- Weź szybciej! - Ewa skakała z niecierpliwości na siedzeniu pasażera, uparcie wpatrując się w przednią szybę wozu.
- Jadę sto dwadzieścia na godzinę, księżniczko. Szybciej nie mogę – zaśmiałem się.
- Ale ja już chcę na plażę! - Wydęła śmiesznie dolną wargę. Nie wytrzymałem i uszczypnąłem ją w odsłonięte ramię.
- Cały czas mi powtarzasz, że mam być cierpliwy. Czekaj i pracuj nad sobą, to cię wezmą do kadry. Daj ojcu czas, to cię w końcu pochwali. Wytłumacz Kubiakowi swoją decyzję jeszcze raz, to w reszcie zrozumie – przedrzeźniałem jej głos. - Teraz ty się wykaż odrobiną cierpliwości, co?
- Cierpliwość jest nudna! - Zawołała, wyrzucając ramiona w górę. Miała cudowny humor, ale ja także taki miałem. W końcu mogliśmy się sobą nacieszyć, były wakacje. Była cała moja przez najbliższe dwa tygodnie. Niczego więcej nie potrzebowałem. - Z resztą, od kiedy ty mnie słuchasz, co?
- Jesteś starsza ode mnie, to ty powinnaś być mądrzejsza.
- Nie wypominaj mi wieku!
- Ewka, nie przyśpieszę – powiedziałem ze śmiechem. Założyła ręce na ramiona, obrażona, kładąc stopy na desce rozdzielczej. - Ej. No, już, nie bocz się – zaśmiałem się, dźgając ją palcem pod żebra.
- Spadaj.
- Kociaczku – wymruczałem. - Po pierwsze, nogi z deski – powiedziałem, klepiąc ją w kolano. Niechętnie spełniła moją prośbę. - Po drugie… - Objąłem ją ramieniem za kark i przyciągnąłem do siebie, zbaczając nieco ze swojego pasa. - Nie ładnie się tak złościć na swojego faceta, wiesz? - Zapytałem, nadgryzając jej ucho. Odgoniła się ode mnie jak od natrętnej muchy.
- Chciałbyś. Nie ma seksu do odwołania, nie lubię cię już.
- Seksem chcesz handlować?! - Zawołałem, udając wzburzenie. Ewa posłała mi ponętne spojrzenie i przelotnie musnęła moje usta.
- Przekonać cię – szepnęła, po czym puściła mi oczko. - Patrz na drogę, bo w końcu wypadek spowodujesz.
- Skoro się boisz, to czemu każesz mi przyśpieszyć?
- Bo masz pusto przed sobą?
- Jezu, jaka ty uparta jesteś!
- Za to mnie kochasz. Co nie, Zuzu? - Zapytała przekornie. Westchnąłem z rezygnacją. Gdy tak do mnie mówiła, miała wszystko. Tym razem byłem jednak nieugięty. Sto dwadzieścia to i tak było dużo. Nie potrzebowałem kusić losu jeszcze bardziej.
Po kolejnej minucie ciszy Ewa pogłośniła radio na cały regulator. Włączyła jakąś rockową stację i zaczęła „śpiewać” razem z wokalistą, zarzucając przy tym krótkimi blond włosami. Patrzyłem na nią kątem oka udając zniesmaczenie, ale w końcu nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać. Widząc to, dziewczyna zaczęła jeszcze głośniej skrzeczeć, dusząc się przy tym od śmiechu. Odpięła pas, podwinęła nogi pod siebie i zaczęła grać dłońmi na desce rozdzielczej wozu mojego ojca, jakby to była perkusja. Po krótkiej chwili jej szalony nastrój udzielił się i mnie; darłem się, rzucałem głową na boki, śmiałem się do rozpuku.
Przytuliła się do mnie, zdyszana i zapłakana od ciągłego chichotu. Klimat muzyki zmienił się na krótką chwilę. Spokojna ballada przyjemnie łagodziła nasze obolałe uszy.
- Kocham cię, wiesz? - Wychrypiała, całując moje ramię. Przyjemny dreszcz objął moje ciało.
- Tak, księżniczko. I wiesz co?
- Hmm?
Zerknąłem na nią, wcześniej upewniając się, że nie zjadę z pasa.
- Ja ciebie kocham bardziej – szepnąłem z uśmiechem. Ewa pokazała mi rząd swoich białych zębów i podniosła się lekko, sięgając moich ust. Jedną dłonią puściłem kierownicę, łapiąc blondynkę za podbródek. Smakowała słońcem, malinami i ciepłem, które tak bardzo w niej uwielbiałem. Byłem najszczęśliwszym facetem na świecie, mając ją u swojego boku. Chwilami ciągle nie mogłem uwierzyć, że dała mi się namówić na randkę trzy lata wstecz. Skamlałem miesiąc, zanim w końcu się zgodziła.
Odsunęła się ode mnie równocześnie z rozdzierającym powietrze dźwiękiem klaksonu. Mały, odrapany, zielony wan wyjechał mi na czołowe. To były sekundy, może nawet mniej. Ewa z piskiem opadła na swoje siedzenie, zapierając się szeroko rozłożonymi ramionami o drzwi i mój fotel. Złapałem oburącz kierownicę i z automatu wdepnąłem w hamulec. Koła zapiszczały, trąc o rozgrzany asfalt, ale wóz się nie zatrzymał. Zakląłem pod nosem i w ostatniej chwili uciekłem z drogi. I najprawdopodobniej to był największy błąd w moim życiu…
- Zawinęliśmy się dookoła drzewa – wykrztusił z trudem. Stałam obok Zbyszka z rozdziawionymi ustami i pierwszy raz w życiu nie miałam pojęcia, jak się zachować. Bartman… płakał. Nie, nie, on… on wył z bólu, jakby ktoś właśnie odzierał go ze skóry; oddychał przez zaciśnięte zęby, jego słowa stawały się szybkie, chaotyczne, coraz bardziej pozbawione sensu. Gubiłam się w nich, topiłam rozpaczliwie wychylając głowę nad powierzchnię. - Zginęła na miejscu, nie przeżyła – wystękał. Nagle kolana mu zadrżały i nim zdążyłam do niego podejść, osunął się po drzwiach samochodu na ziemię, szarpiąc się za włosy. - Wbiła się w drzewo, nie było czego ratować – wysyczał. Płytkie oddechy ze świstem przechodziły mu przez zaciśnięte szczęki, a ja stałam oniemiała w miejscu, nie umiejąc zareagować. Nie wiedziałam, co będzie właściwe, odpowiednie. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tyle bólu, rozpaczy, żalu i nienawiści w jednym człowieku. Nigdy.
Nagle Zbyszek zawył jak ranione zwierzę, chowając pół twarzy w dłoniach. Poczułam, jak pęka mi serce. Wyglądał tragicznie.
- To ja powinienem wtedy zginąć! Ja, nie Ona! - Wył, krztusząc się łzami i łapczywie nabieranym powietrzem. Nie panował nad sobą. - To wszystko była moja wina, przeze mnie nie żyje, zabiłem Ją!
- Nie – drgnęłam na dźwięk jego słów i żwawym krokiem podeszłam do trzęsącej się kupki dwumetrowego nieszczęścia. - Nie, Zbyszek. To był wypadek.
Pokręcił gwałtownie głową.
- Mogłem jechać wolniej, patrzeć na drogę, nie wydurniać się – zawołał, zaraz zanosząc się kaszlem. - Mogłem Jej kazać zapiąć pas, wszystko mogłem, a nie zrobiłem nic! Zabiłem Ją, zabiłem moją Ewkę.
Porażona jego słowami, w końcu ujęłam jego twarz w dłonie. Chciałam podnieść ku górze jego głowę, zmusić, by na mnie spojrzał, jednak nadaremnie.
- Zbyszku, nie ty spowodowałeś ten wypadek. Słyszysz? Zareagowałeś jak każdy, uciekając z drogi przed czołowym zderzeniem…
- Mogłem jechać wolniej! – Upierał się cały czas, dosłownie rwąc włosy z głowy.
- To by nic nie zmieniło! - Powiedziałam głośniej. Za wszelką cenę chciałam dotrzeć do jego głosu rozsądku. O ile w ogóle miał coś takiego…
- To ja powinienem nie żyć…
- Nie mów tak! - Skarciłam go. Miałam wrażenie, że nieco się uspokoił, ale okazało się, że stan otępienia jest dużo gorszy niż rozpacz, którą zaprezentował mi przed chwilą.
- Zabiłem Ją – wyszlochał. - Zabiłem człowieka.
- Zbyszek… - szepnęłam zaskoczona, gdy nagle jego głowa opadła na moje ramię. Łkał jak małe dziecko, mocno zaciskając powieki. Niepewnie objęłam jego ramiona, próbując go uspokoić, ale bezskutecznie. Niczym mantrę powtarzał, że jest winny, biorąc całą odpowiedzialność za wypadek sprzed dziewięciu lat na siebie. W kółko mówiąc, że zabił. Za nic nie dając sobie przetłumaczyć, że nie miał na to żadnego wpływu.

~  *  ~


No jestem. Mam nadzieję, że się rozdział podobał. Akcja idzie do przodu, atmosfera zaczyna gęstnieć. Zarówno Zbyszek jak i Francesca wychodzą poza ramy swoich roli. Robią i myślą rzeczy, których nie powinni. Jaki będzie efekt, czas pokaże.
Mała podpowiedź z mojej strony: dlaczego w ogóle Zbyszek zabrał Fran do Jabłonnej? Bo wie z autopsji, jak Kruś czuje się po ataku Grześka i doskonale zdaje sobie sprawę, że zostawienie jej samej byłoby najgorszym pomysłem. Bo kiedy on nagle został sam, stało się z nim to, co się stało.
Czemu Franka daje się porwać? Bo jest przerażona. W takich sytuacjach nie myśli się o tym, czy ufa się danej osobie czy nie, czy się ją zna, lubi, podziwia. We krwi buzuje adrenalina. Jedyne o czym jesteś w stanie myśleć to ucieczka, a jeśli ktoś ci w niej pomaga - po prostu z tego korzystasz.
Dlaczego Zibi w końcu pęka i mówi jej o wypadku sprzed lat? Bo nie może znieść sennych mar kłębiących mu się w głowie, widoku krwi pod zamkniętymi powiekami. Bo ma nadzieję, że Francesca jako psycholog dokona jednak cudu i pomoże mu się pozbyć tych wspomnień.

Przepraszam, że ciągle nie ma mnie na waszych blogach, ale niestety czeka mnie jeszcze jeden termin egzaminu. I gdyby nie to, że już obiecałam dodać dzisiaj "dwunastkę", a bardzo nie lubię być niesłowna, to nawet tutaj bym nie zajrzała. Przysięgam, że od wtorku zacznę nadrabiać, przysięgam.

Teraz ważne sprawy, nowości i niespodzianki, o których uprzedzałam w poprzednim poście ;)
Pierwsza: opowiadanie zyskało nową betę, z czego się niezmiernie cieszę (i mam nadzieję, że ona też). Od tej pory za sprawdzanie wszelkich moich potknięć słownych odpowiada Annie ;)
Druga: w związku ze zmianą wymienioną w punkcie powyżej, Fobia 13 pojawi się jeszcze według starego planu (tj. 30.09.), a później spróbuję dodawać rozdziały co tydzień ;) Będziecie musieli się sprężyć z dodawaniem komentarzy :P ale wierzę, że ta zmiana Wam się spodoba! :D
Trzecia miała być ankieta, ale... jednak sama sobie rozwiązałam sprawę, którą chciałam w niej poruszyć, więc zrezygnowałam z tego pomysłu ;)

Do zobaczenia za 2 tygodnie, pyszczki!

14 komentarzy:

  1. warto było czekać, wydrukowałam sobie ten rozdział, usiadłam przy oknie, promienie słońca ogrzewały moją twarz, a ja delektowałam się treścią rozdziału. Oczami wyobraźni widziałam las, mokre liście, biegnącego psa.... szlochającego Zbyszka, który się w końcu otwiera - piszesz tak obrazowo, że sceny same stają czytelnikowi przed oczami , ja czytam i zarazem "oglądam film". dziękuję Ema

    OdpowiedzUsuń
  2. O matko kochana jaki rozkroku akcji. Dobrze, że Zbyszek zabrał Francesce z Warszawy. Według mnie to był świetny pomysł. Widać, że zdala od tego wszystkiego szybciej dojdzie do siebie. Cieszę się również, że Bartman w końcu otworzył się przed nią i opowiedział jej o wszystkim. Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę dużo dużo weny 😘

    OdpowiedzUsuń
  3. 30 września to moje urodziny! :D mam nadzieje że nie będę przez Ciebie płakać :D świetny, wspaniały, cudowny aż mi brak słów. Te 2 tygodnie to wieczność! :D ale wiem że warto czekać :)
    PS. Uwielbiam Brutusa ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow... Tylko tyle jestem w stanie napisać. To jest coś niezwykłego. Emocje są tak genialnie opisane że z automatu popadam w melancholię. Uwielbiam takie opowiadania. Bardzo dobrze że Zbyszek w końcu powiedział prawdę Fran. Mam nadzieję że pomoże mu ona z jego problemami. Czekam z niecierpliwością na kolejny. Rozdziały co tydzień to jest zajebisty pomysł. Lubię to. ��

    OdpowiedzUsuń
  5. Powiem tak! Ty zawsze zrobisz wszystko, aby mnie zaciekawić. Znowu 10/10! Nareszcie Zbyszek wszystko wyznał, to musiało być straszne. Nie chciałabym być wtedy na jego miejscu. Czekam na fobię Franki. Ten rozdział jest świetny! Po zakończeniu tego opowiadania ogłaszam, że sobie je wydrukuję i będę czytała od nowa i zawsze, kiedy tylko będę miała ochotę (chyba, że mi tuszu braknie albo nie dostanę zgody) :D Weny! Pozdrawiam ;* ps. Rozdziały, co tydzień to jest to na, co czekałam od momentu, w którym zaczęłam czytać to opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. dzisiaj krótko, bo mam jeszcze trochę na głowie, ale chciałam to przeczytać. wszystko fajnie, pięknie. cieszę się jak diabli z tego, że myślą to, czego nie powinni. ale naprawdę martwię się o Zbyszka, ponieważ jego poczucie winy i te koszmary nie prowadzą do niczego dobrego. chyba Fran się nie spodziewała aż takiego wyznania. lubię to uczucie po czytaniu Fobii ♥ taki zaparty dech i ból głowy od nawarstwiających się pytań. mam ich jeszcze trochę, ale poczekam cierpliwie aż je rozwiejesz ♥

    ściskam i czekam, ret

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj!
    Zjawiam się szybko, na chwilę przed betowaniem kolejnego rozdziału Fobii. Na wstępie chciałabym podziękować za wyróżnienie mnie jako autorki i poproszenie mnie o to, żebym to robiła. Chciałabym też podziękować, że i ja mogłam się do Ciebie zwrócić z podobną prośbą, bo dla ta beta to zbawienie.
    Weszłam chyba na inny poziom odczuwania emocji i tego opowiadania. Chociaż nie jestem autorem treści, to nie są moje pomysły, ja tylko czasem poprawię literówkę czy szyk, to traktuję tutaj wszystko dość personalnie, martwię o odbiór, o opinie, o liczbę komentarzy. Od kiedy mam prawie całe Fobie na dysku, czytam, poprawiam, czuję bardzo dużo istotnych emocji do tego opowiadania i chyba rozumiem jeszcze więcej. Jest mi tu jakoś lepiej i łatwiej. Jest bardziej domowo i bardziej doceniam to wszystko, co napisałaś.
    Cieszę się, że mogę Ci jakoś towarzyszyć, wspierać, pomagać w tym wszystkim. To duże wyróżnienie dla mnie jako autorki, czytelniczka i człowieka.
    Martwiłaś się, że nie zniknę jako komentująca. Obiecałam, że tak nie będzie i nie jest. Dlatego przybywam, ale już z chłodniejszą głową i myślę, że tak będzie lepiej, mniej chaotycznie. Wciąż mamy tyle emocji, tyle wyjaśnień, ale one nie naskakują na mnie, nie przytłaczają. Czytając widziałam filmowe sceny. Piękne otoczenie, odrobinę wciąż szare, budzące się do życia. Nasza para też jest ospała, zmęczona, bo w ostatnim czasie przeżyli wiele, bardzo dużo. Jabłonna jako rajska wieś, piękny dom, piękny pies, piękne konie i stajnia. Naprawdę chciałabym tam być, oddychać tych powietrze i odpocząć. Marzy mi się, żeby siąść na progu tego domu z książką w ręce (lub laptopem, żeby czytać Fobię), opatulona w jakiś sweter z mojej kolekcji, wielki i szeroki. Schować się w tym cieple, w tym wiosennym słońcu i w tej nadziei.
    Tak jak Zbyszek chciał schować w tym Frankę. Myślę, że nie ma co analizować powodów, dla których ją wywiózł do domu, do miejsca, którego on się boi, którego nie lubi, które męczy od tylu lat. To był odruch serca, coś bezwarunkowego. Musiał to zrobić, bo sam chciał uciec, bo nie chciał płakać w poduszkę? A jak miał ją zostawić? Samą i przerażoną. Nie chciał być sam, bo przeżyli coś razem, coś strasznego i razem jest po prostu raźniej. Już po Sylwestrze powiedziałam, powtórzę to kolejny raz, że przez pomoc, tę poza pracą, związali się ze sobą, weszli w dziwną relację, której chyba nie da się kontrolować. Działają instynktownie. Zbyszek zabrał ją w miejsce, którego ja osobiście nie umiem określić. Czy to jego centrum bezpieczeństwa? Nie, chyba nie. Może chciał to wszystko zakończyć, bo ileż można wojować ze światem stępionym nożem? Chciał pęknąć, dlatego zabrał ją w tamto miejsce. To jest efekt terapii, to jest praca wykonana przez Kruś i należą się jej gratulację. Stopiło lód, zburzyła mur i Zbyszek nabrał pewności, że czas o tym porozmawiać... Nie chciał gadać o tym z Krzyśkiem, z kolegami. Reagował agresywnie na każde wspomnienie. Gdyby Franka nie zmusiła do celibatu, Zbyszek nigdy nie miałby koszmarów. Nie byłby zmęczony i udręczony, nie zawędrowałby na granicę i stanąłby nad przepaścią. Gdyby nie to, to Franka nigdy nie poznałaby prawdy i nie mogłaby mu pomóc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczynam też inaczej myśleć o France. Odbierałam ją jako taką, no nie wiem, przerysowaną, chwilami śmieszną Panią Psycholog Wspaniałą. A teraz ja zaczynam dostrzegać, że ona jest tak samo dobrym psychologiem jak moja Anastazja. Teoretyk, duża wiedza i jednocześnie duża pewność co do tego, że jest się nieomylnym. To je zgubiło, boleśnie. Tylko, że Franka swoim niedopatrzeniem mogła pozbawić siebie i Zbyszka życia. Nie potrafiła na czas sprowokować Bartmana do rozmowy. Nie uporała się ze sobą, nie dała rady…
      Poznajemy też brutalną prawdę o Zbyszku, na którą przecież tak czekałyśmy, której mogłyśmy się domyślić. Smutne to wszystko, bardzo. Ciężkie i nie można dziwić się Zbyszkowi, że cierpi. Trudno jest się z tym pogodzić, uzmysłowić sobie, że to przeszłość, że to nie jego wina, że należy się z tego podnieść. I od tego jest terapia. Rozmowa i pokonanie tych demonów.
      Między Zbyszkiem a Franią wciąż nie ma miłości. Jest pożądanie, wywołane przez biologię i samotność. Jest też wsparcie, którym obdarza się dwójka ludzi po przejściach, bo oboje wiedzą, jak to jest.
      Dlatego sądzę, że przez to wszystko, przez atmosferę, przez tło, konie, emocje, rozdział jest piękny. Tak po ludzku.
      Dobra robota.
      Pozdrówki.

      A! Powodzenia i trzymam kciuki, żeby się wszystko się udało.



      Do dupy to przedzieliłam.

      Usuń
  8. Hejo :*
    Z góry przepraszam, od dobrych 3 dni jestem chora, mam gorączkę i niedawno co wstałam :P. Postaram się jakoś ładnie i czytelnie skomentować :D

    Warto było czekać, oj warto ! Genialnie opisane ! Cały rozdział miałam przed oczami jakby to dzialo się przede mną. Masz taką moc pisania, że to co piszesz wydaje się realistyczne ( no i masz wyjątkowy dar, że po każdym Twoim rozdziale mam ochotę pisać u siebie :P)
    Dzieje się dużo i jest coraz ciekawiej.
    Dzisiejszy rozdzial skradła psinka ! Uwielbiam psy, a takiego dobermana chciałabym mieć :)
    Już się nie moge doczekać kolejnego wpisu:)
    Pozdrawiam, ściskam wirtualnie i powodzenia na egzaminie :)
    Dooma :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Kurczę no, niepotrzebnie tyle podpowiedzi w posłowiu, bo całą przyjemność interpretacji zabierasz! ;) Rozumiem, że zależy Ci, żebyśmy rozumiały to opowiadanie tak jak Ty je rozumiesz, ale pozwól trochę pomyśleć, w końcu o to tutaj chodzi, prawda? :) I oczywiście nie odbieraj moich słów w kategoriach jakiegoś zarzutu/ataku, ja po prostu zapisuję swoje spostrzeżenie :)
    Zbyszek zasługuje na pochwałę. Nie tylko z powodu swojego bohaterskiego wyczynu, ale szczególnie dlatego, że wreszcie pozwolił, by jego lęki i fobie ujrzały światło dzienne. Od dawna było oczywiste, że Bartman egocentryk, cham i ignorant to przede wszystkim fasada i pancerz ochronny, ale teraz wszystko stało się jeszcze bardziej wyraziste. Zbyszek przeżył osobisty dramat, przez dziewięć lat żył w przekonaniu, że ma krew na rękach, że jest winny. Nic dziwnego, że czuł do siebie odrazę i nie potrafił patrzeć na siebie w lustrze. Próbował znaleźć ujście dla swoich emocji, ale nic nie pomagało, destrukcyjne myśli i koszmary ciągle powracały. To niby tylko fikcja literacka, ale piszesz tak, że uczucia bohatera są niesamowicie namacalne i autentyczne, a poza tym w trakcie czytania automatycznie przypominam sobie sytuację z Arkiem Gołasiem, bratem Otylii Jędrzejczak, czy synkiem Filipa Chajzera. Ludzki błąd, chwila nieuwagi, ale konsekwencje odczuwa się już zawsze. Można sobie tylko wyobrażać, jak trudno funkcjonuje się ze świadomością, że pasażer zginął, podczas gdy samemu się ocalało. Nie wiem czy można zupełnie odrzucić poczucie winy, moim zdaniem to chyba niemożliwe. Zbyszek nigdy nie pozbędzie się wspomnień, ale może nauczyć się z nimi żyć, w pewnym sensie je oswoić. Wierzę, że uda mu się to z pomocą Kruś, której cierpliwość i odpowiednie podejście sprawiły, że postanowił się przed nią otworzyć.
    Pozdrawiam i do zobaczenia za dwa tygodnie. A pomysłowi cotygodniowych spotkań z Fobiami przyklaskuję z całą mocą :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Stuprocentowo zgadzam się z Selene. Zaufaj bardziej swoim czytelniczkom, to opowiadanie jest na tyle wielowarstwowe, że nie zabłądzi tu nikt, kto nie będzie chciał się nad nim zastanowić, przemyśleć zachowań i motywacji bohaterów, szukać rozwiązań i analogii do własnych doświadczeń. Podpowiedzi nie są wymagane, daj się nam pocieszyć samodzielną interpretacją wydarzeń. W końcu masz tu na podorędziu mistrzynie w tym fachu, z Selene na czele.
    Zasadniczo mój komentarz to chyba będzie seria zgodności. Brakowało mi dobrego określenia na ten rozdział, ale Annie Kannie użyła porównania do filmowych scen, i nic mądrzejszego nie wymyślę, bo to jest dokładnie to. Zasługa Twoich świetnych opisów, kiedy podczas czytania w głowie wyświetlają się plastyczne, namacalne obrazki, prawie kadry. Mam wrażenie, że znam samotnię Bartmanów, mimo, że nigdy tam nie byłam. Nawet drogi prowadzące do Jabłonnej wydają mi się znajome, szczególnie te gruntowe.
    Muzyczny wybór do ostatniej odsłony jest dla mnie bardzo osobisty, Storm to historia sama w sobie. Zbyszkowi bardzo współczuję, na jego cierpienie przez tę piosenkę nałożyła się siatka moich skojarzeń. Dotychczas uważałam, że uciekł przed poczuciem winy w płytkie, samolubne życie. Teraz myślę, że utknął pod powierzchnią zupełnie zagubiony i wciągany wgłąb wyrzutami sumienia, tęsknotą i żałobą. Przekonany, że ta największa, jedyna miłość już była a on ją zabił. Nie dlatego że prowadził samochód, ale dlatego że przeżył, a przecież prawdziwi kochankowie żyją i odchodzą razem.
    Nie wiem czy Fran uda się mu pomóc. Tak długo jak Zbyszek będzie przekonany, że nieistniejącym lekarstwem na ciemność może być jedynie szczęśliwa przeszłość, Francesca będzie bezradna. A pytanie: How long have I been in this storm? będzie wiecznie aktualne.
    Pozdrawiam i bardzo czekam na dalej.

    OdpowiedzUsuń
  11. no brawa dla Zbycha, że w końcu udało mu się wydusić z siebie prawdę... Teraz pewnie będzie mu łatwiej a i France... Fajnie, że się tak ładnie nią zajął no i chyba mu się spodobała fizycznie. Wiem, ze nie ma tam uczucia między nimi ale może jakiś romansik?? :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Matko boska!!! co ty robisz ze mną to ja nie wiem
    kocham to opowiadanie! kocham to jak pięknie wszystko przedstawiasz, że ja widze każdy fragment, każda rzecz dokladnie przed oczami
    po pierwsze scena zlazienką, ahhh szkoda, że Bartman tam nie wparował i nie przytulił Fran, że nie zdecydował się na jakiś ruch z nią, wiem, wiem u nich to nie miłość już mówiłaś ale jednak licze na zbliżenie
    bardzo się ciesze, że Zbyniu sie otworzył, że powiedział to co miał powiedzieć, teraz myśle, że będzie już tylko lepeij, jasne nie bedzie dobrze od początku ale zcedydowanie idzie w dobrym kierunku
    jestem mega ciekawa czy Kruś da rade i jakoś go wyciągnie z tego, myśle, że to bedzie najturdniejsze zadanie jakie przed sobą ma
    wyczekuje już nastepnego, buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  13. Wybacz, że pojawiam się dopiero teraz, ale jestem aktualnie w fazie przeprowadzki i sama nie wiem w co włożyć ręce. Ale już się reflektuję!
    Ten rozdział mnie naprawdę rozłożył. Fundujesz nam w nim naprawdę ogromną dawkę emocji jak i wyjaśnień. Fran potrzebowała takie azylu i wyciszenia po sprawie z Grzegorzem, więc fajnie, że Bartman się tak szarpnął. Jednocześnie świadczy to o tym, iż pod tą twardą skorupą, jest naprawdę normalny facet. Swoją drogą, jego opowieść była bardzo poruszająca. Przeszedł piekło. Bo otrzymał chyba największą karę z możliwych za swój błąd. Żyje ze świadomością, że Ewy nie ma u jego boku i już nigdy jej nie będzie. To normalne, że się obwinia i tłumi w sobie ten cały ból. Takim ludziom ciężko jest pomóc, ale liczę, że Francesca go z tego wyciągnie. Kto jak nie ona?

    Ściskam♥

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.