BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

30 wrz 2016

Fobia trzynasta

Mały danger: rozdział +18.
Smacznego ;3

~  *  ~


Siedzieliśmy koło siebie na mokrej ziemi, dopóki nie przemokły nam ubrania. Delikatnie obejmowałam szerokie barki Zbyszka ramieniem, dłonią niepewnie głaszcząc jego drżące ciało. Opierał czoło o mój bark ze zmęczeniem, powoli się uspokajając. Czułam jego gorący oddech na wcięciu między szyją, a ramieniem. Słyszałam jak pociąga nosem, krztusi się od świeżych łez napływających mu do oczu. Zimne, słone krople skapywały na moją koszulkę, wsiąkając w nią w mgnieniu oka.
Szum Wisły zdawał się działać na Zbyszka uspokajająco. Nie musiałam nic mówić i byłam za to wdzięczna losowi, bo też pierwszy raz w życiu zabrakło mi języka w gębie. Gdy poznałam Bartmana miałam go za egoistycznego dupka, przekonanego o własnej wielkości i nieomylności. Kiedy zaczęłam z nim pracować, rozmawiać, byłam pewna, że to jego ktoś zranił. Wydawało mi się, że to filmowy przykład głupka kierującego się zasadą „kobieta mnie skrzywdziła, teraz ja będę krzywdził kobiety”. Później dołączyłam do tego rozbrat z najlepszym przyjacielem. Chciałam wierzyć, że to daje mi całkowity obraz problemu, ba!, byłam święcie przekonana, że wiem co siedzi w głowie tego dwumetrowego mięśniaka. Że wiem, jak mu pomóc.
Okazało się, że to ja byłam typowo infantylnym przykładem „wszystkowiedzącej pani psycholog” z amerykańskich filmów. Teraz, siedząc na polance i rozmyślając nad tym wszystkim, czego się dowiedziałam, nie miałam pojęcia co przeoczyłam. Dlaczego wcześniej nie zauważyłam, że pod twardą górą mięśni i za pyskatą gębą kryje się tak wielka, niesłuszna rana.
W okalającej nas ciszy zaczynałam zrzucać winę za to całe nieporozumienie na siebie. Nie wyciągnęłam od Bartmana nic; sam nie wytrzymał i w końcu wybuchł. Nie wierzyłam, by zrobił to z własnych chęci, z potrzeby otrzymania pomocy. Myślałam raczej, że to miejsce, w którym tkwił od trzech dni przypomniało mu tyle ciężkich chwil, aż w końcu jego czara goryczy się przelała. A tkwił tu przeze mnie, bo to mnie chciał ochronić. Koło się zamykało.
Westchnęłam bezgłośnie, kręcąc z politowaniem głową. Byłam gówno wartym psychologiem, skoro nie potrafiłam dojść do tego wszystkiego wcześniej. Teraz sesje dobiegły już końca. Co z tego, że Bartman wyrzucił z siebie to, co zalegało w jego myślach tyle czasu? Jak miałam mu teraz pomóc, skoro byłam pewna, że więcej nie przestąpi progu mojego gabinetu?
- Zaziębisz się – wychrypiał nagle, wstając ociężale z ziemi. Szybko zabrałam rękę z jego ciała i powiodłam za nim spojrzeniem. Przecież wiedziałam, że wcale się o mnie nie martwił. Chciał wytrzeć twarz tak, żebym tego nie widziała. Jakby hektolitry jego łez wcale nie zmoczyły mi bluzki. Pociągnął głośno nosem, wziął głęboki, drżący oddech i podał mi rękę, żebym i ja wstała z mokrej ziemi. Przyjęłam jego pomoc, ciągle nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Powinnam teraz dać mu czas na ułożenie wszystkiego w głowie. Problem polegał na tym, że nie mieliśmy tego czasu...
A może jednak?
Wsiadłam za Zbyszkiem do samochodu. Droga do willi zajęła nam kilka chwil; przebyliśmy ją w całkowitej ciszy. Bartmanowi ciągle trzęsły się dłonie, oddychał ciężko i pociągał nosem. Nie chciał rozmawiać i chwilowo postanowiłam uszanować tę decyzję. W mojej głowie tworzył się jednak misterny plan.
- Gdybym teraz to ja chciała cię gdzieś zabrać – zaczęłam niepewnie, gdy wchodziliśmy do kuchni żeby przygotować obiad. Zbyszek popatrzył na mnie zza ramienia. - Pokazać ci pewne miejsce. Dałbyś mi poprowadzić swoje auto? Pojechałbyś ze mną? - zapytałam niepewnie.
- Jeśli tylko oddalimy się od Warszawy, nie widzę problemu – wychrypiał, z zamrażalnika wyciągając dwie kupne pizze. - Żadna to uczta, ale nie mam siły stać przy garach – westchnął, zerkają na mnie z boku. Uśmiechnęłam się delikatnie, zaplatając dłonie na wysokości nerek.
- Nie ma problemu. Pójdę się przebrać – rzuciłam i nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony pana domu, pomknęłam na piętro. W pośpiechu wpadłam do zajmowanego przeze mnie pokoju. Do kilku toreb spakowałam ubrania, które Zbyszek dał mi pierwszej nocy w Jabłonnej i równo zaścieliłam łóżko. Popatrzyłam krytycznym okiem na swoje dzieło i skinęłam głową. Łatwiejszą część planu miałam odhaczoną. Teraz trzeba było znaleźć sypialnię Bartmana.
Na palcach wyszłam ze swojego tymczasowego pokoju i wychyliłam się nad barierką okalającą schody. Z kuchni nadal dobiegały mnie dźwięki towarzyszące przyrządzaniu obiadu. Zagryzłam delikatnie wargę i obróciłam twarz w drugą stronę. Przede mną rozciągał się korytarz pełen pokoi usytuowanych po obydwu stronach. Jeden z nich był pokojem Zbyszka. Pokojem, do którego nie powinnam wchodzić bez wyraźnego zaproszenia, co dopiero mówić o grzebaniu w szafkach przyjmującego. Musiałam jednak wyposażyć go w jakiekolwiek ubrania, skoro nasza wycieczka miała przedłużyć się o kolejne trzy-cztery dni.
Westchnęłam ciężko i na palcach ruszyłam przed siebie. Delikatnie nacisnęłam klamkę pierwszych drzwi, modląc się, by nie zaskrzypiała. Cóż… Chcieliście kiedykolwiek zachowywać się ciszej od myszy, byle tylko nikt was nie zauważył? Problem w tym, że im ciszej człowiek chce się zachowywać, tym słabiej mu to wychodzi. Im wolniej naciskałam klamki, tym bardziej piszczały; im spokojniej otwierałam kolejne drzwi, tym głośniej klekotały ich zamki, a im mocniej wspinałam się na palce, tym okropniej trzeszczały pode mną panele.
Z walącym ze strachu sercem sprawdziłam w ten sposób pięć pokoi, w żadnym nie znajdując tego, czego szukałam. Pot zaczął skraplać mi się na czole, gdy w końcu dotarłam do ostatniej, drewnianej powłoki. Jeżeli za nią nie krył się pokój Bartmana znaczyło to, że znajdował się on na parterze; wówczas szanse na spenetrowanie go malały do zera.
Położyłam dłoń na srebrnej klamce i zerknęłam w lewo, na przedłużający się korytarz. Nie słyszałam już żadnych dźwięków z kuchni czy nawet salonu, ale wmawiałam sobie, że to z powodu dzielącej mnie od tych pomieszczeń odległości. Wzięłam głęboki oddech i szybko nacisnęłam klamkę, niemal od razu ją puszczając. Czułam się jak złodziej; myszkowałam tam, gdzie nie powinnam. Moje poczucie winy zaczęło rosnąc w zastraszającym tempie. Gdyby Bartman mnie teraz zauważył, cały mój plan wziąłby w łeb, a on pewnie zgotowałby mi nie lada awanturę.
Nie wierzyłam, że mi się uda, a jednak wszystko zaczynało iść po mojej myśli. Drzwi odsunęły się powoli, po cichu, odsłaniając przede mną tajemnice ostatniego z pokoi na piętrze. Zajrzałam do niego niepewnie i uśmiechnęłam się szeroko. Grafitowe ściany otaczały niewielkie pomieszczenie. Po mojej prawej stała wersalka obłożona szarym materiałem; na jej siedzisku porozrzucane były żółte i czarne poduszki. Pod oknem stała wysoka, biała szafka pełna starych książek, atlasów i zeszytów, zapewne pamiętających jeszcze szkołę średnią Bartmana. Na dwóch najwyższych półkach stały puchary, nagrody, wyróżnienia. Na jednym z nich wisiało mnóstwo medali różnego koloru, zaś na samym szczycie szafki leżała zakurzona, lekko sflaczała z braku powietrza piłka do siatkówki. Ten jeden symbol dał mi jednoznaczne potwierdzenie: to musiało być tu! Obróciłam się szybko. Po mojej lewej, naprzeciwko łóżka stało niewielkie, białe biurko z równo ustawionym ekranem telewizora. Obok mieściła się duża szafa, cel moich poszukiwań.
Wyjrzałam zza drzwi, a upewniwszy się, że Zbyszek nie ma zamiaru wchodzić na górę, śmignęłam w kierunku mebla, z kieszeni bluzy wyciągając kolejne dwie torebki. Szybkimi ruchami zgarniałam z półek to, co wydawało mi się najodpowiedniejsze: kilka luźnych koszulek, dwie pary spodni, bieliznę, coś, co mogło zastąpić siatkarzowi piżamę. Mój umysł pracował na najwyższych obrotach, starając się wyłapać najlżejszy szmer poza ramami pokoju i jednocześnie analizując mój plan wywiezienia Bartmana nad morze. Im dłużej jednak zastanawiałam się nad słusznością wyboru, tym większy strach czułam. Serce waliło mi o mostek, a gdy drzwi uchyliły się nieco, o mały włos nie pisnęłam z przerażenia.
- Brutus! - westchnęłam, padając pupą na panele, gdy pies z rozdziawioną paszczą wszedł do pokoju. Podszedł do mnie domagając się pieszczot, ale w tamtym momencie marzyłam tylko o jednym: by jak najszybciej opuścić ten pokój! Zamknęłam niedbale szafę, dźwignęłam się z kolan i zaczepiając palce o obrożę psa, wyszłam z nim na korytarz. Myślałam, że mogę odetchnąć z ulgą.
- Francesca! - głośny krzyk Bartmana sprawił, że podskoczyłam w miejscu. Słyszałam, jak pierwsze stopnie skrzypią pod jego ciężarem. Reszta trwała ułamki sekund: wparowałam do przeznaczonego dla mnie pokoju, rzuciłam torby za łóżko i w mgnieniu oka zmieniłam przemoczone spodnie. Gdy obciągałam na sobie świeżą, zieloną koszulkę, Zbyszek pukał do moich drzwi.
- Tak? - wysapałam z przejęciem, machinalnie poprawiając włosy.
- Chodź, bo ci ostygnie – mruknął, nawet nie zaglądając do środka. Odmruknęłam mu coś i poczekałam, aż znowu usłyszę skrzypienie schodów. Dopiero wówczas wypuściłam wstrzymywane w płucach powietrze przez usta, kręcąc gwałtownie głową dla otrzeźwienia. Brutus leżał na moim łóżku, patrząc na mnie ciekawie. Strzygł uszami i przechylał łeb to na prawą, to na lewą stronę, nie rozumiejąc co się dzieje. Poklepałam go po szyi, po czym wierzchem dłoni otarłam czoło.
- Nigdy więcej – wyszeptałam pod nosem, schodząc do kuchni na obiad.

   Zjedliśmy praktycznie się do siebie nie odzywając. Później oddałem Kruś kluczyki do auta razem ze wszystkimi potrzebnymi dokumentami i bez słowa opadłem na siedzenie obok kierowcy. Nie wiem, czy w normalnych warunkach pozwoliłbym jej prowadzić moje auto. Zazwyczaj nikt nie dotykał mojej kierownicy, nie ważne, w którym samochodzie. To naruszało moje terytorium, przynajmniej z takiego założenia zawsze wychodziłem. Tamtego dnia potrzebowałem jednak chwili dla siebie. Chciałem się wyciszyć.
Powiedziałem wszystko Frnacesce z własnej woli. Nikt mnie do tego nie przymuszał, nikt nie namawiał; ja sam uznałem, że mam dość bezsennych nocy, tkwienia w przeszłości, przeciągania nastoletniego buntu. Nie mogłem jednak powiedzieć, by zrobiło mi się magicznie lekko na duszy. Wręcz przeciwnie, bolała mnie każda najmniejsza komórka ciała. Cholernie bolała.
Wyjechaliśmy na trasę. Nie miałem pojęcia, gdzie Francesca ma zamiar dojechać z połową baku, ale nie pytałem. Byłem otumaniony; czułem się tak, jakbym dostał obuchem przez łeb. Beznamiętnie wpatrywałem się w sunący za oknem obraz, wspierając brodę na dłoni. Delikatnie dźwięki muzyki klasycznej, tak znienawidzonej przeze mnie, sączyły się z głośników wewnątrz auta. Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje; podobno słuchanie Bacha i jemu podobnych wspomagało koncentrację, ludzie się przy tym uczyli. Mnie to wkurzało. Nie miałem jednak siły, by zaprotestować. Odkąd tylko posadziłem tyłek w ciepłym wnętrzu auta, powieki zaczęły ciążyć mi coraz bardziej i bardziej. Walczyłem ze snem, bo chciałem wszystko sobie poukładać w głowie. Z jednej strony chciałem z Franceską porozmawiać, dać jej pole do psychologicznego popisu. Z drugiej za nic nie wiedziałem, jak przerwać rosnącą między nami ciszę. Czułem, że im dłużej milczę, tym większy mur buduję dookoła siebie; mur, którego Kruś nie będzie w stanie przeskoczyć. Lata temu ledwie dwie osoby były w stanie walić w niego głową na tyle długo, bym w końcu ponownie się przed nimi otworzył. To jednak wymagało mnóstwa samozaparcia; czemu niby Francesca miałaby wypruwać z siebie flaki, żebym łaskawie na nią spojrzał?
Jak na ironię, ciągle nie potrafiłem zapomnieć widoku jej ciała. Jeszcze nigdy obraz nagiej kobiety nie kołatał mi się tak długo po głowie. Nie miałem zielonego pojęcia, co się ze mną dzieje. Wspomnienie Ewki mieszało mi się przed oczami z tym, co czułem widząc Kruś pod prysznicem, niemal przyprawiając mnie o oczopląs. W końcu zrobiło mi się niedobrze. Objąłem się ramionami, zsuwając się nieco po fotelu pasażera i mocno zamknąłem powieki. Czułem na sobie wzrok Kruś, ale nie potrafiłem jej nic powiedzieć, jakkolwiek zareagować. Byłem zmęczony. Słaby. Tak kurewsko słaby…
Gdy otworzyłem oczy, za oknem panował mrok. Pojedyncze auta mijały nas szybko, oślepiając blaskiem świateł. Nie miałem pojęcia, gdzie byliśmy. Kręgosłup ścierpł mi od tkwienia w tej samej pozycji przez dłuższy czas. Jęknąłem cicho, czując jak spięte mam mięśnie i pocierając dłońmi zaspaną twarz, usiadłem normalnie w fotelu.
- Długo spałem? - wychrypiałem, zaraz ziewając szeroko. Francesca podskoczyła na swoim miejscu, po czym posłała mi słaby uśmiech. Była już znużona podróżą.
- Trzy godziny, lekką ręką – oznajmiła spokojnie. Poruszyłem z zaskoczeniem brwiami i pokręciłem głową na boki. Kręgi w mojej szyi powskakiwały na odpowiednie miejsca z głośnym chrobotem.
- Gdzie ty mnie wywozisz?
- Zaraz będziemy na miejscu – odparła, siląc się na obojętny ton. Widziałem, jak zaciska palce na kierownicy i zmarszczyłem brwi. Zazwyczaj nie zachowywała się tak nerwowo w mojej obecności. Kątem oka zerknąłem na zegarek; elektryczna tarcza wskazywała wpół do ósmej. Pokręciłem z niedowierzaniem głową i odwróciłem się ku oknu. Uznałem, że Kruś spina się tak z powodu długiego siedzenia za kółkiem i zignorowałem jej dziwne zachowanie. Mógłbym jednak przysiąc, że mimo szumu jaki rozchodził się po kabinie przez dźwięk sunących po drodze kół, do moich uszu dotarło przyśpieszone bicie jej serca, gdy tylko minęliśmy wjazd do miasta.

Modliłam się w duchu, żeby nie zauważył. Chciałam go jakoś naprowadzić na swój plan, ale skubany usnął, odbierając mi tę możliwość. Nie miałam czasu się tłumaczyć. Teraz jak głupia łudziłam się, że nie spostrzegł zielonej tabliczki z napisem „Władysławowo”, choć patrzył prosto na nią dosłownie kilka sekund temu.
- Co ty wyrabiasz? - zapytał zaskoczony, ciągle wpatrując się w przestrzeń za oknem. Uśmiechnęłam się nerwowo; postanowiłam na niego nie patrzeć, żeby dodać sobie odwagi. - Odebrało ci rozum? - warknął gardłowo, zanim zdążyłam choćby zastanowić się nad odpowiedzią. Dygotał ze złości; roztaczał dookoła siebie tak wrogą aurę, że zapragnęłam zjechać na pobocze, wysiąść z auta i na pieszo wrócić do Rzeszowa.
- Zbyszek…
- Zawracaj – wypluł z jadem. Kości w jego dłoniach zatrzeszczały nieprzyjemnie, kiedy zacisnął je w pięści. Dyszał ciężko, mocno zaciskając powieki.
- Posłuchaj mnie…
- Zawróć!
- Uspokój się – mruknęłam ostrzegawczo. Musiałam go utemperować, nim rozhulał się na dobre. Posłał mi mordercze spojrzenie, zgrzytając zębami z wściekłości.
- Jakim, kurwa, prawem mnie tu przywiozłaś? - wysyczał.
- Wiedziałam, że tak zareagujesz…
- I z własnej woli wystawiłaś się na mój gniew, tak?! - ryknął, nie do końca wiedziałam: z rozpaczą czy z rozbawieniem. Dreszcz przebiegł mi po skórze.
- Nie boję się ciebie – skłamałam bez mrugnięcia okiem – za to chcę ci pomóc.
- To nazywasz pomocą?!
- Jeżeli zaraz się nie uspokoisz, wypieprzę cię z auta – warknęłam przez zęby, zaskakując samą siebie. Zacisnęłam szczęki i utkwiłam wzrok w drodze przed sobą, palcami bębniąc o kierownicę. Mógł być zły, rozżalony; nie miał jednak prawa skakać mi po głowie i okazywać swojej wyższości, której notabene wcale nie posiadał.
Przez chwilę jechaliśmy w ciszy. Zbyszek dyszał ciężko ze złości, ale miałam wrażenie, że nieco się opanował. W spokoju wjechałam w głąb miasta, później skręciłam w jedną z wąskich uliczek. Do sezonu wakacyjnego było nam jeszcze daleko, miałam jednak nadzieję, że uda mi się znaleźć nocleg na kilka dni.
- Posłuchaj – spróbowałam jeszcze raz, gdy silnik samochodu w końcu przestał pracować. - Wiem, że się wściekasz. Rozumiem twoją reakcję, ale uznałam, że tylko w ten sposób dam nam więcej czasu na rozmowę.
- Wystarczyło poprosić o przedłużenie sesji.
- Od ponad dwóch tygodni twoja stopa nie przestąpiła progu mojej kliniki. Miałam uwierzyć ci na słowo, że przyjdziesz do mnie na rozmowę, skoro moja umowa podpisana z Pankiem wygasła? - prychnęłam, patrząc na niego z politowaniem. Aż tak naiwna nie byłam.
- To ciągle nie upoważnia cię do..
- Zbyszek – weszłam mu w słowo, zamaszyście odpinając pas bezpieczeństwa. - Prosiłeś mnie trzy dni temu, żebym ci zaufała. Prawda? - spojrzałam na niego. Nie zamierzałam odpuścić. - Chciałeś mi pomóc. Teraz ja chcę pomóc tobie. Zaufaj mi – poprosiłam cicho, patrząc prosto w zielone oczy siatkarza. Bartman ściągnął usta w wąską linijkę i nagle wypuścił ze świstem powietrze przez usta, padając plecami na oparcie fotela. Uśmiechnęłam się nikle i wyszłam z auta; obeszłam je dookoła i szarpnęłam za drzwiczki po stronie pasażera. - Terapia szokowa działa niekiedy cuda.
- Daj mi spokój – syknął, mocno zamykając oczy. Ewidentnie nie zamierzał ruszać się ze swojego miejsca.
- Zapytam, czy mają wolne pokoje.
- Ty naprawdę sądzisz, że tu zostanę? - prychnął lekceważąco. Przypominał mi nastolatka, tupiącego ze złości nogą.
- Tak – przyznałam, po czym ruszyłam w kierunku pensjonatu. Nie powiem, żeby jego właściciel przyjął mnie z otwartymi ramionami. Raczej nie podobało mu się, że ktoś bez uprzedzenia życzy sobie od niego dwa pojedyncze pokoje, w środku tygodnia, praktycznie w nocy. Na całe szczęście był takim typem człowieka, na którego działały pieniądze, nie prośby. Po opłaceniu trzech dób hotelowych z góry, otrzymałam od niego dwa kluczyki do usytuowanych naprzeciwko siebie pokoi i sztuczny uśmiech na dobry pobyt.
Wróciłam na dwór po Zbyszka i zapakowane do bagażnika torby z ciuchami. Gdy Bartman zobaczył, że myszkowałam mu po szafkach, poczerwieniał gwałtownie na twarzy, potem pobladł i zaraz znowu zrobił się czerwony. Nie odezwał się jednak ani słowem. Wyszarpnął mi z dłoni dwie reklamówki i klucz z doprawionym numerkiem szesnaście, po czym mamrocząc pod nosem udał się w stronę budynku. Odprowadziłam go spojrzeniem, ponownie gramoląc się za kierownicę granatowego Hyundaia. Przeparkowałam wóz pod wiatę, zebrałam swoje rzeczy i ruszyłam w stronę przeznaczonego dla mnie pokoju. Słyszałam, jak Zbyszek rozbija się za drzwiami naprzeciwko, głośno puszczając muzykę. Był zły. Wiedziałam, że wyprowadzę go z równowagi. Miałam jednak nadzieję, że kiedy prześpi się z moim pomysłem, choć troszkę ochłonie.
Pokręciłam lekko głową i weszłam do pokoju. Słabe światło natychmiast zalało niewielkie pomieszczenie. Naprzeciwko łóżka stał mały stolik; w róg pomieszczenia wciśnięta była niska szafka, na której ustawiono telewizor. Rzuciłam torby pod stół i z automatu włączyłam wiadomości, wyglądając przez okno. W oddali widziałam migoczącą wodę Bałtyku. Uśmiechnęłam się pod nosem; nigdy nie byłam o tej porze roku nad morzem. Byłam ciekawa, jak wygląda teraz wybrzeże. Z westchnieniem zaciągnęłam żaluzje i zrzuciłam z pleców cienką kurtkę. Chciałam już tylko skorzystać z łazienki i wtulić twarz w poduszkę. Cztery godziny podróży w niemalże całkowitej ciszy mocno mnie znużyły.
Niestety, mój pacjent miał zdecydowanie inne plany. Gdy drzwi prowadzące do mojego pokoju otworzyły się z rozmachem, z mojej piersi wydobył się cichy, krótki pisk przerażenia. Bartman stanął w progu jak gdyby nigdy nic, ciskając we mnie gromy spojrzeniem. Natychmiast przybrałam wojowniczą postawę; nie miałam siły dalej się z nim sprzeczać! Otworzyłam usta, chcąc go wygnać ze swojego pokoju, gdy nagle sam zaczął mówić.
- Oszaleję, jeśli będę musiał siedzieć sam w tym pokoju – wydusił z trudem. Zamrugałam z zaskoczeniem i od razu zamknęłam buzię.
- Spacer? - zaproponowałam bez namysłu. Zbyszek wypuścił powietrze przez usta i pokiwał mi głową.
- Tak – szepnął tylko.

Szum morza działał na mnie zaskakująco dobrze. Zniknął ból głowy, irytujące myśli zaczęły łagodnie układać się w mojej głowie, a ból żołądka stał się tylko nieprzyjemnym wspomnieniem. Spacerowaliśmy wzdłuż wydm, żeby nie odczuwać tak mocno chłodnego wiatru wdzierającego się pod kurtki. Wymienialiśmy drobne uwagi, rozmawialiśmy o błahostkach, nie patrzyliśmy na siebie. Piasek skrzypiał śmiesznie pod moimi butami.
Mimo przejmującego zimna, pogoda sprzyjała spacerom. Na niebie nie było ani jednej chmurki; drobne gwiazdy skrzyły się na nocnym sklepieniu jak drobne iskry. Trawy porastające wydmy szeleściły cicho. Rześkie powietrze orzeźwiało umysł. Gdzieś przed nami majaczyła grupka młodych ludzi, dobiegały do nas przytłumione dźwięki muzyki. W pobliżu zapewne rozkręcała się jakaś impreza.
- Chyba nie ma sensu iść dalej – Francesca pociągnęła nosem. Stanąłem w pół kroku i spojrzałem na nią z niezrozumieniem. - Tam jest dzika plaża – mruknęła, brodą wskazując wysoki klif. Zerknąłem tam od niechcenia; więcej mojej uwagi przykuwała sylwetka Kruś. Pocierała z zimna ramiona. Szczękała cicho zębami i nawet pomimo ciemności, jakie nas otaczały mogłem zauważyć, że ma czerwony od zimna nos. Obejrzałem się dookoła, próbując zlokalizować źródło śmiechów i dudniących basów. Na plaży stał nieduży, drewniany bar.
- Idź tam, może mają jakąś herbatę – mruknąłem spokojnie. Francesca posłała mi niepewne spojrzenie, ale jedynie skinęła mi głową. Odprowadziłem ją spojrzeniem, po czym wszedłem na wydmy, klnąc pod nosem, gdy moje spodnie co rusz zaczepiały się o krzaki i chwasty. Czekało nas dobre dwadzieścia minut drogi powrotnej. Oboje byliśmy zmęczeni podróżą, a brodzenie w sypkim piasku było dość ciężkie na dłuższą metę. Warto było usiąść choć na krótką chwilę i uspokoić tętno. Zwłaszcza mnie by się to przydało; musiałem się wyciszyć do końca.
Z trudem znalazłem kilka suchych gałęzi i wróciłem na plażę. Rzuciłem je niedbale na piach akurat w momencie, gdy Kruś wyciągała do mnie dłoń z plastikowym, parującym kubkiem.
- Co robisz? - zapytała cicho.
- Siadaj, zaraz będzie trochę cieplej – westchnąłem. Podpaliłem zapalniczką kilka zeschłych liści i po chwili ogień zaczął lizać spróchniałe drewno. - Starczy na jakieś dziesięć minut, złapiemy oddech.
Opadłem ciężko na piasek, blisko drwa i odetchnąłem z ulgą. Przyjemne ciepło przebijało się przez materiał mojej kurtki, zaraz rozgrzewając wychłodzone ciało ukryte pod jej połami. Dmuchnąłem w zmarznięte dłonie i przeniosłem swój wzrok na Kruś i z kpiną uniosłem jedną brew w górę. Patrzyła na ledwo tlące się ognisko jakby ktoś odebrał jej władzę nad własnym ciałem. 
- Co robisz? Siadaj.
Przełknęła głośno, obeszła konstrukcję patyków i gałęzi dookoła, nie spuszczając z niej oka i w końcu usiadła pod wydmą, podkulając pod siebie nogi. Obserwowałem ją ze swojego miejsca, nie mogąc zrozumieć zmiany w jej zachowaniu. Była spłoszona, uśmiechała się nerwowo i przestała zwracać uwagę na otoczenie.
- Dobra, co ci jest? - mruknąłem, gdy oparzyła się gorącą herbatą w język.
- N-nie rozumiem – wydukała, śmiejąc się nerwowo.
- Zachowujesz się jakbyś zobaczyła…
- Możesz odsunąć się od ognia? - zapytała nagle słabym głosem, wchodząc mi w pół zdania. Popatrzyłem na nią zaskoczony, prostując się gwałtownie.
Jakiego ognia, do ciężkiej cholery? Te kije ledwie się palą!
- Przecież…
- Odsuń się, proszę – szepnęła, mocno zaciskając powieki. Już miałem się podnieść z ziemi, gdy nagle kolorowa lampka zamigotała mi w głowie. Coś było nie tak…
- Dlaczego?
- Słucham?
- Czemu mam się odsunąć od ogniska? Jest zimno.
- Masz herbatę – wydukała. Uniosłem znacząco brew w górę. - Nie przesadzaj, nie ma mrozu – ofuknęła mnie zaraz. Uśmiechnąłem się ironicznie. Tego jeszcze nie grali! Z premedytacją przesunąłem dłonią nad niskim płomieniem. Kruś o mało nie udusiła się własną śliną, gdy ogień liznął opieszale moją skórę.
- Zbyszek! - wydusiła z trudem, nie umiejąc jednocześnie postawić na swoim i nie okazać mi słabości.
- Ty się boisz ognia – zauważyłem z niedowierzaniem.
- Ja…
- Przestań, przecież to się ledwie tli! - zaśmiałem się.
- Mnie to nie bawi – jęknęła. - Odejdź od tego, proszę cię.
- Czemu się boisz?
- Nie powinno cię to obchodzić – syknęła przez pierwsze łzy.
Powinienem był odpuścić. Odsunąć się od tej durnej kupy chrustu i dać jej spokój. Ciągle jednak byłem zły za to, że mnie tu przywlokła; świeżo rozdrapana rana sprzed dziewięciu lat nadal broczyła krwią. Byłem wkurzony i sam nie wiedziałem, bardziej na siebie czy na Kruś. Niestety, w tamtym momencie nie miałem zamiaru odpuścić. Byłem za bardzo rozgoryczony, żeby po prostu jej posłuchać.
- Więc tobie nie powinno to przeszkadzać – wzruszyłem ramionami, przesuwając rękę nad ogniskiem. Przyjemne ciepło otaczało moją dłoń, za to Francescą wstrząsały coraz mocniejsze dreszcze.
- Czemu to robisz? - zapytała słabo.
- Terapia szokowa czasami działa cuda – przedrzeźniałem ją, nim zdążyłem ugryźć się w jęzor. Kruś otworzyła z zaskoczeniem usta, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszała. Długą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy; żadne nie miało zamiaru odpuścić temu drugiemu. Oboje byliśmy źli, wyprowadzeni z równowagi, zmęczeni. Niestety, pech chciał, że w tej sytuacji to ja miałem przewagę. To nie ja trzęsłem się ze strachu, ale za to umiejętnie prowokowałem te odruchy u pani psycholog. Droczyłem się z nią chwilę, aż w końcu odwróciła wzrok i zamknęła energicznie oczy.
- Pamiętasz zdjęcie chłopaka stojące na półce w moim gabinecie? - odezwała się w końcu. Powoli przytaknąłem jej głową, zabierając rękę znad paleniska. Dostałem, czego chciałem. - Mój brat, Piotrek, był strażakiem. Tak samo jak tata – uśmiechnęła się słabo. Oczy miała zamknięte; wyglądała tak, jakby wspominała coś naprawdę przyjemnego. - Gdy miałam trzynaście lat w naszym domu, w środku nocy wybuchł pożar. Akurat remontowaliśmy kuchnię; podobno poszła iskra z instalacji elektrycznej. Kiedy się obudziliśmy, mogliśmy już ratować tylko siebie nawzajem. Wszystko zajęło się ogniem, cały dobytek niknął w oczach. Rodzice wydostali się bez problemu, mój brat wyskoczył przez okno na dach garażu i jakoś ześlizgnął się na dół. Ja nie miałam jak wyjść. Miałam pokój na piętrze, bałam się wysokości i nie byłam tak sprawna, jak Piotrek. Gdy otworzyłam drzwi, belka ze stropu zagrodziła mi wyjście. Spanikowana uciekłam w głąb pokoju, za nic nie chcąc się ruszyć. Wszystko zajmowało się ogniem w zastraszającym tempie, a ja z płaczem wciskałam się pod kołdrę na łóżku – westchnęła przeciągle, niechętnie otwierając oczy. Z trudem walczyła ze łzami. - Mama krzyczała, żebym wytrzymała, że straż pożarna niedługo przyjedzie i mi pomoże. Problem w tym, że wezwała ich za późno. Wszystko działo się za późno. Dom powoli zaczął się walić, przepalone belki spadały z sufitu zawalając schody i przedpokój. Ogień trawił wszystko na swojej drodze, powoli wślizgując się do mojego pokoju. Z przerażeniem patrzyłam, jak pożera ściany mojego małego królestwa zostawiając na nich czarne plamy; jak niszczy ukochanego pluszaka, z piskiem spala szkolne podręczniki i ulubione książki. Sparaliżowana strachem, nie umiałam o siebie zadbać. Nie mogłam zrobić kompletnie nic. Zaczęłam się dusić od ciężkiego, gryzącego dymu, gdy do mojego pokoju wpadł tata. Na piżamę narzucił kurtkę strażacką, na głowę niedbale nałożył kask. Nie miał odpowiednich spodni, obuwia, rękawiczek. Wpadł do domu niczym bohater z amerykańskich filmów akcji, byle tylko mnie stamtąd wyciągnąć. Bez słowa wziął mnie na ręce. Chciał ze mną wyjść tą samą drogą, ale dach runął mu pod nogi, niewiele ponad metr przed twarzą. Zostaliśmy odcięci, bez możliwości ucieczki. Nie dalibyśmy rady przedostać się pomiędzy gruzami i płonącymi meblami. Nie można było otworzyć okna, bo wytworzyłby się cug. Wszystko by wybuchło.
Wiatr szumiał mi w uszach, gdy zamilkła. Może to było tylko moje wrażenie, ale dałbym sobie rękę obciąć, że stała się jeszcze mniejsza. Jeszcze bardziej krucha.
- Pamiętam, że tata rozmawiał przez krótkofalówkę z kolegami – powiedziała po dłuższej chwili. - Nie wiedziałam co robi, gdy zakładał mi swoją kurtkę na ramiona. Zapiął mnie pod samą brodę powtarzając, że jestem jego oczkiem w głowie. Świat wirował mi w głowie, gdy nakładał mi na nią o wiele za duży kask. Kasłał, stawiając mnie na parapecie. Podświadomie wiedziałam, o czym myśli. Do tej pory nie wiem, czemu nie zaprotestowałam. Może byłam zbyt mała, by zrozumieć na jakie niebezpieczeństwo faktycznie się naraża, a może za mocno otumanił mnie czad. Nie odezwałam się słowem, gdy ostatni raz mówił mi, że mnie kocha. Zbił łokciem szybę i wypchnął mnie przez okno. Strażacy złapali mnie w rozciągniętą pod oknem trampolinę. Za mną z okna wyskoczył słup ognia, coś na parterze wybuchło z hukiem, dom zaczął się sypać. Potem usłyszałam rozpaczliwy krzyk mamy. Nie zdążyła zatrzymać mojego brata. Piotrek wpadł do środka, żeby wyciągnąć ojca. Żaden z nich nigdy nie wrócił – załkała cicho. Wierzchem dłoni otarła pojedyncze łzy i pociągnęła głośno nosem, kuląc się na ziemi. Poczułem się jak ostatni gnój. - Zginęli oboje, chcąc uratować mnie - szepnęła słabym głosem.
Przegiąłem.
Patrzyłem na nią długą chwilę, znowu czując dziwne mrowienie na karku. Znowu miałem ochotę zetrzeć jej łzy z twarzy, przytulić ją do siebie, uspokoić. Z trudem usiedziałem na swoim miejscu. Gdybym pozwolił sobie na jakąkolwiek czułość w stosunku do Kruś, wyszedłbym na debila. Przecież to ja ją do tego zmusiłem. Ja przywołałem te wspomnienia. Ja wywołałem łzy, mniej lub bardziej świadomie. Zrobiło mi się głupio jak jeszcze nigdy wcześniej. Chyba pierwszy raz w życiu zrozumiałem, co znaczy chcieć zapaść się pod ziemię. Nagle Francesca popatrzyła z obrzydzeniem na naszą imitację ogniska i mocno objęła nogi ramionami, podciągając kolana pod brodę.
- Ogień to zabójca. Niszczy wszystko, co napotka, nie oszczędza nikogo ani niczego. Ciepło, jakie roztacza to tylko wabik – wychrypiała. Wyglądała jak obłąkana, aż po ciele przemknął mi lodowaty dreszcz. Gwałtownie potrząsnąłem głową, żeby się ocucić. Z trudem podniosłem się na nogi i podszedłem do jej skulonej sylwetki.
- Trzęsiesz się – szepnąłem. Wyciągnąłem do Kruś rękę, ale nim jej dotknąłem, wzdrygnęła się gwałtownie. Odchyliła się w bok, zaraz podskoczyła na równe nogi i posłała mi pełne nienawiści spojrzenie. Po kilku sekundach objęła się ramionami i z zaciętym wyrazem twarzy sama ruszyła w kierunku pensjonatu.
Usiadłem na zimnym piasku, od niechcenia zasypując tlące się drewno piaskiem. Nie miałem zamiaru jej gonić, prosić, by mnie wysłuchała. Dostałbym tylko w mordę; Francesca musiała mieć teraz odrobinę czasu dla siebie. Poza tym, co miałbym jej powiedzieć? Że jestem głupim, egoistycznym durniem? Przecież już to wiedziała.
Powinienem był się zamknąć. Odpuścić. Choć raz użyć mózgu zamiast myśleć podrażnionym ego, ugodzoną dumą.
Najpierw ranisz, potem myślisz. Jak zwykle. Moja podświadomość lekceważąco wzruszyła ramionami.
Prychnąłem nerwowo pod nosem, wpatrując się w czarną wodę w oddali. Byłem idiotą.
Cały następny dzień nie mogłem się z nią porozumieć. Unikała mnie, udawała, że nie ma jej w pokoju. Raz czy dwa widziałem ją w altance za pensjonatem, ale gdy schodziłem na dwór, żeby z nią porozmawiać, znikała mi z pola widzenia. Umykała do sklepu, wchodziła do budynku tylnymi drzwiami. Mijaliśmy się raz za razem, aż w końcu dałem za wygraną. Siedziałem grzecznie w pokoju myśląc, że przyjdzie zrobić mi jeden z tych swoich psychologicznych wykładów. Nie przyszła. Nieco przestraszony, w pewnym momencie poszedłem sprawdzić, czy nie gwizdnęła mi auta. Granatowy Genesis stał jednak grzecznie pod wiatą, osłonięty od deszczu. Tak, jak go zaparkowała.
Wyrzuty sumienia nie dawały mi normalnie funkcjonować. Teraz, gdy na spokojnie analizowałem poprzedni wieczór nie miałem pojęcia, czemu tak mocno nastawałem na Kruś. Może uznałem, że między nami powinna zafunkcjonować zasada „szczerość za szczerość”? A może byłem tak bardzo rozdarty, że nie umiałem zapanować nad nowymi, nie znanymi mi dotąd emocjami?
Całe popołudnie spędziłem w łóżku, całkowicie bez sensu skacząc z programu na program w telewizji. Nie mogłem się na niczym skupić; poczucie winy trawiło mnie od środka. Zawsze machałem na wszystko i wszystkich ręką. Zawsze postępowałem tak, by to mnie było wygodnie. W końcu przełożyło się to na kontakty z ludźmi, na których mi zależało. Wkurwiałem Ignaczaka i Szakalskiego. Doprowadzałem do białej gorączki Achrema czy Kurka. Zraniłem Kruś. Nie mogłem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz komuś pomogłem, kogo obdarzyłem dobrym słowem czy zwykłym uśmiechem. Od lat świat kręcił się wokoło Zbigniewa Bartmana; tak przynajmniej twierdziłem. Tak było mi wygodniej. Teraz nie mogłem pozbyć się gorzkiego posmaku z języka.
- Okurwieję – warknąłem pod nosem i z rozmachem wyłączyłem telewizor. Zgrzytając zębami wypadłem na korytarz, ale gdy miałem zapukać do jej drzwi, znowu dopadły mnie wątpliwości. Zastygłem z dłonią zawieszoną przed drewnianą powłoką i westchnąłem ciężko. Dlaczego postępowanie właściwie było tak cholernie irytujące?! Pokręciłem gwałtownie głową, nim myśl o zrezygnowaniu z przeprosin zagościłaby w mojej głowie na stałe i delikatnie zapukałem do drzwi pokoju numer dwadzieścia. Długą chwilę odpowiadała mi jedynie cisza. Wiedziałem jednak, że Kruś jest w środku; słyszałem, jak wychodzi z łazienki. Zagryzłem wargę i zapukałem jeszcze raz.
- Tak? - jej słaby głos wywołał dziwne dreszcze na moich plecach. Odetchnąłem ciężko i powoli wsunąłem się do pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Pomieszczenie praktycznie niczym nie różniło się od tego zajmowanego przeze mnie. - Czego chcesz? - usłyszałem ostry, chłodny ton i od razu przeniosłem spojrzenie na kobietę. Ubrana w cienką, bordową bluzkę na ramiączka i szare, dresowe szorty patrzyła na mnie spod byka.
- Porozmawiać.
- Dość się wczoraj nagadaliśmy – warknęła, odwracając się do mnie tyłem. Schyliła się do jednej z toreb, niepostrzeżenie wciskając do niej swoją bieliznę. Jej smukłe, odkryte nogi sprawiły, że krew nieco szybciej przepłynęła mi przez żyły.
- Posłuchaj – zamknąłem oczy, nim zdążyłbym pomyśleć o czymś nieodpowiednim. - Nie powinienem był…
- Jak mogłeś mnie tak naciskać? - syknęła, nie dając mi skończyć. - Jakim prawem rozdrapałeś moje rany?
- Zasadniczo mogłaś mi nic nie mówić… - uśmiechnąłem się głupkowato, ciągle starając się wybrnąć z sytuacji.
- Wtedy nie odsunąłbyś się od ognia – jęknęła. W jej szarych oczach zabłyszczały pierwsze łzy. - Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo się boję najmniejszego płomyczka. Prosiłam cię, tak strasznie cię prosiłam! Wystarczyło odsunąć się ze trzy, cztery kroki od tego cholernego ogniska! To naprawdę było tak wiele?!
- Nie wiedziałem, że…
- Nie wiedziałeś?! - krzyknęła, wyrzucając ramiona w bok. - Prawie się przy tobie rozbeczałam! Byłam gotowa siłą odciągnąć się od tego drewna, bylebyś w końcu stanął na bezpieczną odległość, a ty mi mówisz, że nie wiedziałeś?!
- A skąd miałem…
- Robiłeś to celowo! - jeszcze bardziej podniosła głos, ciągle nie pozwalając mi dojść do słowa. Znowu poczułem, jak adrenalina pulsuje mi w żyłach. Nie tolerowałem, gdy ktoś usilnie mnie uciszał. Jeżeli mieliśmy rozmawiać, to konstruktywnie. Nie miałem ochoty słuchać jednostronnego monologu, a na taki się właśnie zanosiło. - Z premedytacją przekładałeś rękę nad ogniem! Aż tak cię bawiła moja reakcja?! Tak strasznie cię bawi strach innych osób?!
- O czym ty mówisz, do cholery?! Nic takiego mnie nie…
- Cieszy cię, kiedy to nie ty cierpisz, tak?! - wybuchła, nieświadomie przekraczając pewne granice. - Bo przecież wielki Pan Bartman tyle razy dostał po dupie od życia, że teraz musi się wyżywać na innych!
- Nie wyżywałem się na tobie! - krzyknąłem, podchodząc do niej żwawym krokiem. Jej słowa bolały mnie mocniej, niż przypuszczałem. Nigdy nikogo nie chciałem skrzywdzić, choć było to wpisane w styl życia, jaki przybrałem. Na pewno nie robiłem tego jednak z premedytacją i dla własnej uciechy!
- Miałeś radochę z przygniatania mnie do ziemi? - wysyczała mi prosto w twarz. Zapach jej ciała zmieszany z wonią żelu pod prysznic i jej ciepłym oddechem owiały moją twarz. Zrobiło mi się przyjemnie gorąco.
- Przestań – wycedziłem przez zaciśnięte szczęki. Sam już jednak nie wiedziałem: kazałem jej się zamknąć, czy odsunąć.
- Wyjdź stąd.
- Wysłuchasz mnie, a potem…
- Słuchałam cię wczoraj i więcej nie zamierzam! Myślałam, że choć trochę się zmienisz, złagodniejesz. Wydawało mi się, że do ciebie trafiłam, ale najwyraźniej jestem za słaba w tym, co robię, żeby naprawić takiego wariata jak ty – zawołała przez łzy. Mówiła do mnie coraz szybciej, coraz głośniej, raz po raz każąc mi wyjść, ale ja już jej nie słuchałem. Było mi zimno i gorąco na zmianę; czułem gotujący się we mnie gniew, by zaraz poczuć to dręczące mnie mrowienie na karku. W końcu pokręciłem głową, wsunąłem palce we włosy i odwróciłem się plecami do Kruś. Wtedy zaczęła jazgotać jeszcze głośniej i natarczywiej. Nawet nie zdążyłem je powiedzieć, że mi przykro! Za cholerę nie mogłem przerwać jej słowotoku!
Spojrzałem na nią przez ramię. Jeśli naprawdę chciałem ją przeprosić, musiałem ją jakoś przymknąć. W tamtym momencie tylko jeden sposób wydał mi się odpowiedni.
Podskoczyłem do Franceski w dwóch krokach i bez ostrzeżenia zamknąłem jej szyję między dłońmi, delikatnie. Zrobiłem coś, na co miałem ochotę od dobrych pięciu dni. Odkąd zobaczyłem ją nagą w swoim mieszkaniu. Moje usta delikatnie obejmowały jej wargi; miękkie, pełne, słodkie. Fala gorąca rozlała się po całym moim ciele; pod kciukami czułem, jak bardzo przyśpieszyło jej tętno. W pokoju w końcu zapanowała błoga cisza.
Odsunąłem się od niej powoli, niechętnie, ponownie nabierając powietrze w płuca. Wielkie, szaro-zielone oczy wpatrywały się we mnie z przerażeniem i zaskoczeniem, gdy jedną dłoń przesunąłem na policzek Franceski. Serce waliło mi boleśnie o mostek; z trudem walczyłem z samym sobą, by w końcu powiedzieć to jedno, magiczne słowo. Zupełnie nie świadomy jak ten jeden pocałunek wpłynie na resztę mojego wieczoru, jeśli nie całego życia…


- Przyszedłem tu, żeby cię przeprosić. Nie słuchać twoich wrzasków bez pokrycia – wydyszał z dziwnym błyskiem w oku. Oddychał nieco ciężej, choć skrupulatnie starał się to ukryć. Jego prawa dłoń błądziła między moją szyją, a policzkiem. Ciepłymi palcami cały czas muskał moją skórę, nie dając ukojenia. Stał przy mnie ograniczając ruchy, odbierając jakąkolwiek swobodę. Nie wiedziałam, czy nie chce dać mi uciec, czy boi się policzka z mojej strony; cokolwiek by to nie było, ja i tak nie byłam w stanie drgnąć.
Ciągle nie wierzyłam, że to zrobił. Serce biło mi w piersi niczym młotem. Patrzyłam na twarz Zbyszka z przerażeniem i uwielbieniem jednocześnie. Nie mogłam się poruszyć, nie potrafiłam się odezwać, ale byłam pewna, że z mojego ciała można czytać niczym z otwartej księgi. W niemy sposób błagałam, by zrobił to jeszcze raz. Z lekko rozchylonymi ustami wodziłam wzrokiem po jego twarzy, z trudem rejestrując słowa siatkarza. Nie docierał do mnie ich głębszy sens; chciałam tylko, by dotknął moich ust. By pocałował mnie tak, jak przed chwilą; później jeszcze raz, mocniej, zachłanniej. Dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa.
Pragnęłam go. Samo to było nie na miejscu, bo nie powinnam w ogóle myśleć o Zbyszku w takich kryteriach. Pragnęłam go jednak w tak rozpaczliwy i obłąkany sposób, że mnie samą to przerażało.
- Nie powinienem był się tak zachowywać, to nie była moja sprawa – powiedział cicho, niespodziewanie zwracając na siebie moją uwagę. Zatrzepotałam rzęsami, poruszając przy tym ustami niczym ryba wyjęta z wody. - Nie miałem prawa oczekiwać, że wyjawisz mi tak głęboką ranę. Sam wiem, ile czasu potrzebowałem, by się przed tobą otworzyć, a od ciebie wymagałem zrobienia tego w kilka minut. Błędnie uznałem, że skoro ja tobie zaufałem, ty musisz zaufać mi – spąsowiał na chwilę. - Zachowałem się jak szczeniak, nie chciałem. Przepraszam – powtórzył, nie wiem który to już raz. Teraz jednak ledwie go usłyszałam. Zdawało mi się, że traci panowanie nad oddechem, nad swoim ciałem. Jego dłoń już nie sprawdzała, jak daleko może się posunąć; Zbyszek obejmował mój policzek bez jakichkolwiek zahamowań, wygłodniałym wzrokiem lustrując moją sylwetkę. Garbił się niemiłosiernie, nie chcąc górować nade mną zbyt mocno. Wiedziałam, że był dużo wyższy, ale dopiero teraz, gdy stał tak blisko mnie, różnica wzrostu stała się porażająca. Sięgałam mu ledwie do ramienia; naprawdę musiał się nagimnastykować, by niemal stykać się ze mną czołem. Przestępował nerwowo z nogi na nogę, raz po raz przełykając ślinę.
- I tylko tyle? - wyszeptałam z trudem. Wyschło mi gardło, struny głosowe odmówiły posłuszeństwa. Wydawało mi się, że zamiast mówić skrzeczę w jakiś głupkowaty sposób. Było mi gorąco, topiłam się, traciłam grunt pod nogami i tylko czekałam, aż on mnie złapie. Mocno do siebie przygarnie i zrobi ze mną, co będzie chciał, nie wypuści.
- To znaczy? - zapytał zdziwiony. Odchrząknęłam niepewnie.
- Tylko za to chcesz mnie przeprosić? - z trudem zmusiłam się do nieco bardziej buntowniczego tonu. Mój mózg za nic nie chciał się zgodzić z rozszalałym, pobudzonym libido i tłukącym się o żebra sercem. Jakby nie patrzeć, Bartman nie powinien był się do mnie zbliżać w ten sposób. Uciszanie mnie pocałunkiem, jakkolwiek słodki by on nie był, było niegrzeczne, nietaktowne i nie na miejscu zważywszy na łączące nas relacje. Czysto zawodowe stosunki.
Relacje, które chciałam zmienić, ale bałam się reakcji otoczenia.
Relacje, które właśnie upadały niczym domek z kart.
- Jest coś jeszcze? - wymruczał, zakładając mi pasemko włosów za ucho. Przełknęłam głośno ślinę, piszcząc w myślach ile tylko miałam tchu. Pierwszy raz w życiu jakikolwiek mężczyzna działał na mnie w ten sposób zwykłym dotykiem. Miałam ochotę pchnąć go na łóżko, zwymyślać od góry do dołu za jego bezczelność i podać mu się jak na tacy jednocześnie. Z trudem przełknęłam lekkie westchnienie. Drżałam na całym ciele, nie mając pojęcia co robić. Ten mężczyzna działał na mnie mocniej niż cała butelka wina!
Ogarnij się!
Zamknęłam oczy i prychnęłam nerwowym śmiechem, jakbym chciała sobie dodać odwagi. Cichy głosik z tyłu głowy próbował dotrzeć do mojego zdrowego rozsądku. Nie powinnam mu na to pozwolić; powinien dostać w twarz i wylecieć z hukiem za drzwi. Nie byliśmy parą, nie wierzyłam, byśmy kiedykolwiek mieli nią być. Ja nie zmieniałam facetów jak rękawiczki i nie szukałam przygodnych romansów; on nie miał ochoty się ustatkować, ale Boże drogi!, był tak obezwładniający...
- Pocałowałeś mnie – wydusiłam z trudem. Przechylił głowę na lewe ramię i mocniej objął moją buzię dłonią. Drugą rękę oparł na wcięciu talii i pochylił się mocno, owiewając moją twarz ciepłym oddechem zmieszanym z zapachem wody kolońskiej. Przymknęłam nieco powieki.
- Za to jakoś nie mam ochoty cię przepraszać – wyszeptał, po czym dał opaść swoim wargom prosto na moje. W tamtym momencie wszystkie otaczające mnie mury runęły. Chciałam tylko jednego: żeby nie przestawał. Już nigdy.
Zamknęłam mocno oczy i jęknęłam mu bezwstydnie w usta, delikatnie rozchylając swoje. Zbyszek sapnął ciężko w odpowiedzi, gorącym oddechem pieszcząc mój policzek. Jego lewa dłoń dołączyła do prawej, zamykając moją twarz w delikatnym, aczkolwiek stanowczym uścisku. Oparłam ręce na jego torsie, gniotąc mu nieco koszulkę. Przyszpilił mnie do ściany, podgryzając nerwowo moje wargi. Ssał je, pieścił, badał moje usta językiem; jakby chciał mnie rozruszać, pokazać, jak to się robi. Przekonać, że to co się dzieje nie jest złe.
Przestałam myśleć.
Przechyliłam nieco głowę i zarzuciłam Bartmanowi ramiona na szyję, jedną dłoń wplątując w jego krótko przystrzyżone włosy. Zaskoczony, mruknął cicho i puścił moją twarz. Nie przerywając pocałunku schylił się na nogach, złapał mnie pod kolanami i bez ostrzeżenia podrzucił w górę, stając między moimi udami. Całe moje ciało zadrżało z oczekiwania, gdy dociskał mnie do zimnej ściany, niwelując dzielącą nas odległość do zera. Instynktownie objęłam go nogami w pasie, przyciągając go do siebie jeszcze mocniej, bliżej, bardziej. Trzymał mnie mocno pod udami, coraz zachłanniej wpijając się w moje wargi. Nikt do tej pory nie całował mnie w ten sposób. Nie czułam ani grama skrępowania, za to rosnące pragnienie niemal rozsadzało mnie od środka. Chciałam go już, teraz, zaraz!
Niespodziewanie Zbyszek oderwał się od moich ust, składając drobny pocałunek na żuchwie, później pod uchem i niżej. Nieśmiało rozchyliłam powieki; pokój wirował przed moimi oczami we wszystkie strony. Nagle Zbyszek wsunął palce pod luźne, piżamowe szorty, które miałam na sobie i wyzywająco zacisnął dłonie na moich pośladkach, dociskając moje ciało do swojego brzucha. Czułam jego podniecenie, raz po raz drżąc na całym ciele. Całował mnie delikatnie wzdłuż linii żuchwy, pod uchem, brodą, w końcu nadgryzając skórę nad obojczykiem. Budował napięcie, rozbrajał mnie; sprawiał, że oddawałam się każdemu jego ruchowi bez mrugnięcia okiem.
Oblizałam spierzchnięte wargi i spróbowałam przełknąć. Nie zamierzałam czekać, aż zrobi wszystko sam. Przesunęłam dłońmi po jego umięśnionych ramionach i delikatnie wsunęłam je pod jego koszulkę na plecach. Drgnął niemal od razu, mrucząc coś pod nosem i prostując się szybko, jakby chciał uciec przed moim dotykiem. Wystraszyłam się, że przypadkowo podrażniłam jego wciąż poobijane plecy; zastygłam w bezruchu, czekając na jakikolwiek gest ze strony siatkarza. Z trudem przełknęłam głośne westchnienie, dłońmi obejmując szyję Bartmana. Oddech miałam płytki i nierówny, moje policzki błyszczały czerwienią, a on patrzył na mnie z zachwytem, drażniąc palcami napiętą skórę. Jeżeli tak wyglądała tylko jego gra wstępna…
- Masz zimne ręce – wychrypiał, gdy powoli wyciągałam jego bluzkę ze spodni. Zerknęłam na niego spod wachlarza czarnych rzęs. Krew pulsowała mi w żyłach, dzwoniła w uszach, a utkwiony we mnie wzrok Bartmana tylko potęgował uczucie gorąca. Gęsta zieleń jego tęczówek zdawała się obejmować mnie całą. Oplatała mnie niczym bluszcz, tuliła, dusiła nie dając żadnej możliwości ucieczki. Tylko czy ja rzeczywiście chciałam uciekać…?
- Więc mnie rozgrzej – szepnęłam mu prosto w usta, muskając je przy każdym wypowiedzianym słowie. Dłonią głaskałam go nieśmiało po policzku; ciągle trzęsły mi się palce. Dwudniowy zarost Bartmana delikatnie kłuł moją skórę. Przez ułamek sekundy widziałam w jego spojrzeniu ogromne zaskoczenie; chyba nie spodziewał się podobnych słów właśnie ode mnie, ba!, ja sama się ich nie spodziewałam.
Usłyszałam zduszony, mrukliwy śmiech Zbyszka i nagle po mojej skórze prześlizgnął się chłodniejszy podmuch powietrza. Całując mnie po szyi, powoli odstawił mnie na ziemię, wielkimi dłońmi sunąc przez uda, biodra i talię aż po nieskrępowane niczym piersi. Patrząc mi w oczy z iskrą czystego, nie zmąconego niczym pożądania, powoli zdjął z siebie koszulkę. Moim oczom ukazała się szeroka, umięśniona klatka piersiowa Bartmana ozdobiona kilkoma długimi, o ton jaśniejszymi bliznami. Oddychał spokojnie, świadomy tego jak mocno na mnie działa. Aż się prosił, żeby go dotknąć… Rzucił ubranie niedbale na podłogę, delikatnie napinając barki i ramiona. Nabrałam głośno powietrze przez usta i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, pochyliłam się w jego stronę, delikatnie całując jego pierś.
Westchnął cicho, dłonią przytulając do siebie moją głowę. Jego ciało pokryła gęsia skórka. Delikatnie złapał mnie za ramiona, po czym przyłożył policzek do mojej skroni. Zaciągał się moim zapachem, a ja zostawiałam na jego ciele mokre ślady, wyznaczając na nim własną ścieżkę. Przesunął ustami po mojej skroni, skulił się i zaraz znowu odnalazł moje usta, łącząc je w namiętnym pocałunku. Jego język odbierał mi oddech. Zrobił się zachłanniejszy, mocniej trzymał moje zwiotczałe z przyjemności ciało. Zęby uderzyły o siebie w nocnej ciszy, gdy nagle zrobił krok w przód.
W kilka sekund przemierzyliśmy drogę do łóżka, nie odrywając się od siebie choćby na chwilę. Rzucił mnie na materac, lądując na mnie całym swoim ciężarem ledwie sekundę później. Podpierał się na przedramieniu, wolną ręką sunąc po mojej nodze w górę, przez talię, żebra, by w końcu wsunąć ją pod moje plecy. Przedłużał wszystko w nieskończoność, jakby dręczenie mnie miało mu przynieść najwięcej satysfakcji.
Rozkoszne dreszcze obejmowały całe moje ciało, gdy całował każdy milimetr mojego dekoltu. Ocierał się o mnie, skrupulatnie robiąc malinkę tuż nad piersią. Koszulka piżamy podwinęła mi się nieco ku górze. Zimna klamra skórzanego paska wbijała mi się w brzuch, w niemal bolesny sposób kontrastując z moim rozgrzanym ciałem. Kręciło mi się przyjemnie w głowie. Zbyszek doprowadzał mnie do białej gorączki pieszcząc, szepcząc mi do ucha, zostawiając na moim ciele mokre ślady. Rozpływałam się pod każdym muśnięciem jego palców, ust, pod każdym kąśnięciem jego zachłannych, białych zębów. Jego ciepłe wargi delikatnie muskały skórę na moim brzuchu, gdy rozcapierzoną dłonią sunął wzdłuż mojego ciała, zatrzymując się na wysokości biodra. Obsypywał moje ciało kolejnymi malinkami, masował piersi, całował usta, płatek ucha… a potem zaczynał całe przedstawienie od nowa, dręcząc mnie niemiłosiernie. Mogłam skamleć, piszczeć, warczeć na niego: nie dawało to żadnych rezultatów. Bawił się mną jak chciał.
- Zbyszek – jęknęłam w końcu, mocno zaciskając powieki, gnąc się na wszystkie możliwe strony. Odsunął się ode mnie delikatnie; jego gorący oddech ciągle muskał moje rozpalone ciało, wywołując gęsią skórkę w miejscach, które wcześniej naznaczył językiem. Oddychał płytko; na jego twarz wstąpiły ledwie widoczne, delikatne rumieńce. Uśmiechnął się do mnie w ten rozbrajający sposób i nagle nachylił nad moją twarzą, lędźwiami dociskając mnie do materaca łóżka. Był bezwstydny, świadomy pikanterii jaką roztaczał, pozostając przy tym niesamowicie podniecającym, chwilami wręcz subtelnym. Był lawiną kontrastów. Pisnęłam cicho; krew spłynęła mi gwałtownie do podbrzusza, jednocześnie wywołując na twarzy obfite rumieńce. Czułam, jak opuszkiem palca Bartman sunie po mojej wrażliwej skórze, coraz niżej i niżej, i niżej…
- Tak? - seksowny, zachrypnięty baryton przyjemnie podrażnił mi uszy. Zbyszek trącił mój policzek nosem, przymykając powieki, ciągle uśmiechnięty w ten niemożliwie przystojny sposób.
- Proszę – szepnęłam słabym głosem korzystając z tego, że akurat na mnie nie patrzy. Uniósł się na rękach, śmiejąc się mrukliwie pod nosem, a ja czując falę zażenowania, mocno zacisnęłam powieki. Obnażył mnie ze wszystkiego: ubrań, wspomnień, murów, którymi się otoczyłam. Chyba nie mogłam go jednak winić, bo sama mu na to pozwoliłam. Co gorsza, prosiłam o więcej.
Nie patrzyłam na niego dopóki nie wszedł we mnie z cichym jękiem. Złapał w zęby moją wargę i pociągnął ją ku sobie, poruszając się powoli, rytmicznie, doprowadzając mnie do szaleństwa.
Było mi dobrze. Było mi tak cholernie, nieprzyzwoicie dobrze.
Nie wiedziałam co zrobić z rękoma, za nic nie umiejąc znieść ilości doznań jakie mi serwował. Szarpałam go za włosy, gniotłam pościel w dłoniach. Krew śpiewała mi w żyłach. Kołysaliśmy się w przód i w tył, w jego rytmie, coraz bardziej chaotycznym. Oddychał płytko, głośno, nawet na sekundkę nie spuszczając mnie z oka, a ja czułam się coraz lepiej. Brudniej w ten najbardziej nieprzyzwoity sposób, ale jednak lepiej.
Reszta działa się w upływie zaledwie kilkunastu sekund. Tyle wystarczyło, bym poczuła się najseksowniejszą, najpiękniejszą kobietą na świecie. Kościste biodra i małe piersi, nad którymi tak strasznie ubolewałam widząc swoje odbicie w lustrze przestały mieć znaczenie. Rozchyliłam lekko usta, wyginając drżące ciało w łuk, a gdy pierwsze fale gorąca objęły moje mięśnie, wieczorną ciszę przerwał mój cichy, długi jęk. 
Zbyszek zaplótł razem palce naszych dłoni. Poruszył się we mnie jeszcze kilka razy, dużo mocniej niż wcześniej, niemal boleśnie. Chwilę potem jego ciche, zduszone „Francesca!” wysyczane mi wprost do ucha sprawiło, że moim ciałem po raz ostatni wstrząsnął rozkoszny dreszcz. Bartman zaś opadł na mnie całym ciałem, jeszcze kilkakrotnie szepcząc moje imię; kilka prostych liter, które w tamtej chwili układały się w najpiękniejsze słowa, jakie kiedykolwiek od niego usłyszałam.

~  *  ~


Na początek: przepraszam. Zmaściłam, zmaściłam strasznie, wiem. Możecie mi tylko uwierzyć na słowo, że nadrobiłam wszystkie Wasze blogi, rozdziały, tylko na komentowanie zabrakło mi czasu, Trochę ze mnie hipokrytes, bo sama liczę na duży odzew pod każdą notką, a co robię u Was? Meh, szkoda słów. Przepraszam jeszcze raz :c Mam lekkiego kaca po wczorajszej urodzinowej imprezie mojej siostry, dlatego wybaczcie, jeśli powypisuję w komentarzach dla Was jakieś głupotki... ale zaraz to wszystko poogarniam ;*

Jeśli chodzi o rozdział? Cóż ja mogę rzec... Chciałabym Wam pomóc, ale pod ostatnim rozdziałem dostało mi się po głowie za pisanie podpowiedzi, więc męczcie się sami z analizą :P Macie o tyle łatwiej, że druga połowa rozdziału nie wymaga aż tak wnikliwej interpretacji. W końcu do niektórych rzeczy nie potrzeba słów, czyż nie? :>

WAŻNE! PROSZĘ, PRZECZYTAJ :)
I jednak ankieta się pojawiła (lewa strona bloga, pod menu). Jednak ktoś (nie będę wytykać palcem, bo i tak wie, że to o nią chodzi :P) mi zrobił taki mętlik w głowie, że wystarczy mi zobaczyć jedno zdjęcie w necie i mam pierdyliadrd pomysłów na minutę xD.
    Jak widzicie, ankieta dotyczy tego, jakie opowiadanie chcielibyście przeczytać po zakończeniu Fobii. Od razu uprzedzam, że wynik tego "głosowania" nie będzie dla mnie wiążący, bo nie nawykłam do dyskutowania z weną - ale pomyślałam, że może w taki sposób dam radę dokonać wyboru ;). Także wszystko się może zdarzyć, więc zachęcam do klikania.
    Żebyście mieli większy obraz całokształtu: opowiadanie o Wronie przyszło mi na myśl w tym samym czasie, co blog, którego właśnie czytacie. Opowiadanie o Kurku - z miesiąc temu? Także to pierwsze jest na pewno o wiele bardziej rozbudowane w mojej głowie, mam praktycznie cały scenariusz i nic tylko pisać. Drugie - mam w zasadzie tylko zarys, kilka sytuacji, prawdopodobnie byłoby to pisanie na spontanie, trochę "na wariata" (ale nikt nie powiedział, że to się nie uda xd). Do obu tekstów mam napisany epilog (co jest dla mnie bardzo ważne w tworzeniu). Opowiadanie o Wronie będzie kolejnym dość ciężkim, będzie mi się je trudno pisało, będzie to moje pierwsze tak bliskie spotkanie z thrillerem, dramatem. Przez to jak podejrzewam, w odbiorze też nie będzie takie prościutkie, ale wy przecież lubicie trudne teksty, skoro czytacie Fobie ♥. Tekst o Bartku? Romans. Typowy. Dość lekki, przyjemny, w planach mam wpleść w niego odrobinę komedii, choć dobra w tym nie jestem :P. Osobiście ostatnio bliżej mi jednak do opowiadania o Bartku, bo z chęcią bym odpoczęła w trakcie pisania... Ja mam ciężki orzech do zgryzienia - co Wy byście wybrali? :) Czekam na głosy ;*

Przypominam: Fobia czternasta pojawi się 07.10.

13 komentarzy:

  1. Jezu aż się popłakałam
    Cudowny rozdział ����

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekałam na Niego cały dzień! :D ale warto było ♥ cudowny i wspaniały! Płakałam przy nim co prawda, ale końcówka wynagradza wszystko, aż chce się napisać: nareszcie! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniały rozdział, nie mogę się doczekać następnego😍💖

    OdpowiedzUsuń
  4. Hejo :*
    Dziękuje za ten rozdział ! Po 12 godzinach matmy w tym tygodniu mam wszystkiego dosyć, a tutaj mogłam choć na chwilę ( no ponad godzinka odpoczynku :D ) się zrelaksować :).
    Aż się popłakałam w pierwszej części, jesteś jedną z nielicznych osób (przynajmniej w tych opowiadaniach, które czytałam), które mają ten dar, mają te "magiczne palce", że czytelnik na 100 % wczuwa się w sytuacje. Normalnie czułam każde ciarki, każde uczucie jakie opisałaś ! BOSKIE ! < 3

    Nie wiem czy już Ci mówiłam, ale za każdym przeczytanym Twoim rozdziałem, czuje przypływ weny :D

    Pozdrawiam, buziole Dooma :).

    OdpowiedzUsuń
  5. Kocham ten rozdział❕ 👏 A co do kolejnego opowiadania to także wybrałabym Kurka ☺ Do następnego! 🙌

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow... no to poszaleli.. ale spodziewałam się tego, po tej akcji, kiedy Batrman obejrzał sobie Frankę pod prysznicem :) Widać było od pewnego czasu, że pociągają się na wzajem fizycznie. ale nie wyczuwam tu żadnego love story... może tylko sex dla przyjemności?? :D
    super rozdział :) Cieszę się niezmiernie, że następny już za tydzień :)

    OdpowiedzUsuń
  7. No to się działo. Powiem Ci, że takiego obrotu spraw to się nie spodziewałam, chyba z resztą jak każdy. Ciekawe tylko jak to teraz między nimi będzie po tym wszystkim. Czekam na kolejny z niecierpliwością.

    OdpowiedzUsuń
  8. Po ostatnim rozdziale, gdy w całości poznaliśmy tajemnicę Zbyszka, pomyślałam sobie, że czas na Franceskę. I oto proszę, jest. Kolejna trauma, kolejna fobia. Zastanawiam się jakie piętno ta tragedia odcisnąć mogła na relacji Francji z matką. Dotąd bardzo oszczędnie zaznaczasz obecność rodziny Pani Psycholog. Najbardziej wyrazista wydaje się babcia i jej energiczny temperament. Ale mam niejasne przeczucie, że coś jeszcze czai się w cieniu. Zobaczymy.
    Uwielbiam plażę poza sezonem, przeniosłaś mnie tam w mgnieniu oka. Nie przeszkadza mi zimno czy wiatr. Morze uspokaja i koryguje perspektywę. Łatwiej się oddycha. Może by się i udało w przypadku Zbyszka, ale postanowiłaś nadal dolewać oliwy do hmm ognia. Nie ma spokoju. Jest szkwał. Nie mogę się doczekać jak będzie wyglądało przebudzenie, otrzeźwienie, otrząśnięcie, jakby tego nie nazwać. Czy nastąpi zaraz następnego ranka? Będzie obustronne? Ktoś poczuje się wykorzystany bądź skrzywdzony? Pytajniki, pytajniki.
    Podziwiam, czekam, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fak damnit! Autokorekta. Franki oczywiście. Żadnej Francji.😕

      Usuń
  9. Siedze, wpatruje się w miejsce na komentarz i jestem tak zszokowana, że nie wiem co napisać. Tym co tworzysz po prostu mnie oczarowujesz. Masz talent i to tak wielki, że dziwie się iż nie jesteś jeszcze pisarką. To jak przedstawiasz wydarzenia, rozmowy, seks to wszystko jest takie prawdziwe, ludzkie. Nie ma przesłodzonych lub zbytnio brutalnych fragmentów. Wszystko jest idealnie rzeczywiste, normalne. Dlatego uwielbiam to opowiadanie, uwielbiam twój styl i chciałabym kiedyś być w pisaniu na twoim poziomie. Pisze całkowicie szczerze. Nie lubię słodzić, podlizywać się i wchodzić komuś w dupe. Tutaj jednak musze napisać to co czuje bo ten rozdział a właściwie każdy rozdział doszczętnie mnie niszczy, szokuje i fascynuje. Boje się końca tej historii, tego co się stanie. To co piszesz jest dojrzałe, nie trafi do wszystkich, trzeba być na odpowiednim etapie emocjonalnym aby to wszystko pojąć. Nie piszesz tu o romantycznych randkach o zachodzie słońca, o całuskach fanki z idolem. Myśle, że właśnie tym się w blogowym świecie wyróżniasz. Twoja twórczość nie jest +13. Dobra koniec tych zachwytów.
    Co do samego rozdziału mogę powiedzieć, że świetny. Wreszcie poznaliśmy fobie Franki a na to czekałam. Doczekałam się co mnie bardzo cieszy. Teraz jednak jakoś te swoje fobie Zbychu i psycholog muszą zwalczyć, chociaż spróbować sobie pomóc. Jestem bardzooooo ciekawa co wymyśliłaś dla nich dalej. Czekam na kolejny rozdział a wiadomość, że będzie szybciej niż zwykle rozdziały były to najlepsza z możliwych wiadomości.

    OdpowiedzUsuń
  10. "Zostań" ♥ Uwielbiam tę piosenkę, chociaż wprawia mnie w nostalgiczny nastrój. Drugi utwór też ładnie się wpasował. Tyle o playliście, teraz przejdę do rozdziału :)
    Ileż tu emocji przeróżnych się nagromadziło, aż przyprawiają o zawrót głowy! ;) Francesca chyba ocenia siebie zbyt surowo. Nie jest alfą i omegą, ma prawo błądzić, a Zbyszek jest wyjątkowo trudnym przypadkiem i niełatwo było go rozgryźć. Maskowanie prawdziwych uczuć opanował do perfekcji, a jego niechęć do podjęcia terapii jeszcze bardziej komplikowała sprawę. Te spotkania jednak w pewnym sensie mu pomogły. Gdyby nie one, nadal tkwiłby w tym samym martwym punkcie, ale to on sam musiał zrozumieć, że tłumienie w sobie wszystkiego mu szkodzi. Obecność i wsparcie Kruś były tylko "czynnikiem wyzwalającym".
    "Każdy ma fobie". Ten tytuł nigdy nie dźwięczał bardziej donośnie. Okazuje się, że również i w życiu Fran wydarzyło się coś, co pozostawiło w niej trwały ślad. Że jest coś, czego się boi. Opowiadając swoją historię na pewno stała się w oczach Bartmana bardziej ludzka. Przestał postrzegać ją jako mądrzącą się panią psycholog, która nie ma o niczym pojęcia i wie tylko tyle, ile przeczytała w książkach do psychologii. On chyba zawsze uważał, że Fran go nie rozumie i nigdy nie będzie w stanie zrozumieć, bo nie wie, jak to jest stracić kogoś bliskiego, w dodatku w tak dramatycznych okolicznościach. Przez cały czas był skupiony na sobie i swoim cierpieniu, nie dostrzegając tak wiele rzeczy wokół. Można powiedzieć, że oboje źle ocenili siebie nawzajem.
    Fran miała prawo wściec się na Zbyszka, bo początkowo potraktował jej lęk przed ogniem w obcesowy i lekceważący sposób. Niby nieświadomie, ale w ten sposób zmusił ją do ujawnienia czegoś, o czym nie chciała mówić.
    W kontekście ostatniej sceny mam takie same obawy jak Otfilulu. Jak to wszystko będzie wyglądać? Czy będą potrafili spojrzeć sobie w twarz?
    A co do ankiety, to przyznam, ze jestem lekko zaskoczona jej dotychczasowymi wynikami, bo sądziłam, że Wrona jako bohater fanfictions nadal cieszy się niesłabnącą popularnością i sympatią (w sumie jak niegdyś Bartman), ale widocznie trendy się zmieniają ;) W każdym razie będę, niezależnie od tego jaką decyzję podejmiesz, jednocześnie nie ukrywając, że jestem ciekawa Twojego Bartka.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Kochaaam! ❤️❤️❤️ Świetne! Od początku nie mogłam się doczekać, kiedy Zibi z Fran się do siebie zbliżą i wyjawią sobie wszystkie tajemnice i sekrety ❤️ W niedługim czasie zapraszam do siebie, gdzie wkrótce pojawi się 6 rozdział ;) Buziaki, rebelliious ;**

    OdpowiedzUsuń
  12. Na początku chciałam Cię bardzo, ale to bardzo przeprosić za nieobecności z komentarzami pod ostatnimi rozdziałami. Całkowicie brakuje mi czasu, szczególnie teraz, kiedy rozpoczął się rok akademicki, bardzo ważny, bo stawia mnie przed trudnym wyborem tematu pracy licencjackiej, co jest teraz dla mnie najważniejsze. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. :)
    No proszę. I w końcu dowiadujemy się o tych jakże dramatycznych przejściach naszej głównej bohaterki. Bardzo chciałam się dowiedzieć o tum jej strachu do ognia, skąd to się wzięło. Jednak nie sądziłam,że Zbyszek wyciągnie to z niej niemal siłą. I w ogóle nie dziwi mnie jej reakcja! Ona go prosiła, a on niemal na złość czerpał z tego jakąś przyjemność. Nie mniej jednak, okazało się, że to kolejny przełom w ich relacji. :)
    Spodziewałam się takiego obrotu spraw. Wiedziałam, że prędzej czy później dojdzie miedzy nimi do zbliżenia. Tym bardziej, kiedy razem wyjechali do domu rodzinnego Zbyszka. Szczerze mówiąc cieszy mnie taki obrót spraw. Jednak mam wrażenie, że tak miło i kolorowo nie będzie. :)
    Z niecierpliwością czekam na kolejny! :)

    Pozdrawiam serdecznie! ❤

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.