BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

7 paź 2016

Fobia czternasta


Szum wiatru wdzierał się do niewielkiego pokoju przez niedomknięte okno, przynosząc ze sobą tchnienie nieco świeższego, rześkiego powietrza. Ciągle nie mogłem zrozumieć jak to się stało, że obudziłem się w tej samej pozycji, w której zasnąłem. Nie wierciłem się w nocy, nie wstawałem zlany potem. Nic mi się nie śniło. Byłem wypoczęty, choć nieco rozleniwiony. Leżałem spokojnie na plecach, zaspanym wzrokiem wpatrując się w sufit nad głową. Otaczała mnie błoga cisza, przerywana jedynie cichutkimi westchnieniami wydobywającymi się spomiędzy delikatnych, lekko zaróżowionych, kobiecych warg.
Założyłem wolną rękę pod głowę i zerknąłem w dół, delikatnie unosząc kąciki ust w górę. Francesca spała sobie słodko pod moim prawym ramieniem wyciągniętym w poprzek łóżka. Nieco skulona, jedną ręką obejmowała mnie na wysokości talii, czoło wspierając o mój bok. Jej ciepły oddech raz po raz owiewał moją skórę, zostawiając na niej przyjemne dreszcze. Pełne, malinowe usta aż się prosiły, bym znowu ich posmakował i jedynie zdrowy rozsądek powstrzymywał mnie przed pocałowaniem szatynki. Nie chciałem jej budzić. Ostatnimi dniami oboje byliśmy wystawieni na działanie wielu nieprzyjemnych bodźców, złych wspomnień, czy nawet zbyt długie, wzajemne towarzystwo. Nie potrafię powiedzieć, które bardziej ucierpiało w przeciągu zaledwie pięciu minionych dni: ja wywlekający sprawę wypadku czy Francesca, którą zmusiłem do wspominania tragicznego w skutkach pożaru z jej dzieciństwa. Byliśmy wykończeni psychicznie, ale także fizycznie. Powiedzmy sobie szczerze, dobry seks był wymagający. A nasz właśnie taki był: cholernie dobry. Nic dziwnego, że potrzebowaliśmy odpoczynku.
Rozejrzałem się niemrawo po pokoju, ziewając szeroko. Zegar zawieszony obok starego telewizora wskazywał już dwunastą w południe. Spaliśmy prawie dziewięć godzin.
Zerknąłem ponownie na Kruś, przechylając głowę na prawą stronę, po czym przymrużyłem lekko oczy, powoli unosząc przedramię w górę. Cały czas oglądając jej spokojną, pogrążoną we śnie twarz, delikatnie musnąłem palcami odkryte ramię kobiety. Miałem wrażenie, że uśmiechnęła się nieznacznie do swoich sennych wizji, ale nie dałbym sobie za to obciąć żadnej części ciała… Opuszkami palców przesunąłem po jej gładkich plecach ku górze, czując, jak dziwna siła ściska moje serce wewnątrz klatki piersiowej. Zawsze wychodziłem z założenia, że w trakcie stosunku najwięcej zależy ode mnie. To, w jaki sposób traktowałem kochankę wpływało tak na mój, jak i na jej orgazm. Żeby było mi dobrze, musiałem dać coś od siebie; i zawsze to robiłem, ale kurwa, tak dobrze jak poprzedniej nocy jeszcze mi nie było.
Przełknąłem cicho, starając się uspokoić własne ciało, ale wspomnienia poprzedniej nocy były jeszcze zbyt żywe, za bardzo plastyczne, bym ot tak mógł wyrzucić je z pamięci. Zsunąłem z siebie kołdrę, bo gorąc uderzający mi do twarzy stał się nie do wytrzymania. Gdy Kruś poruszyła się nieznacznie, mrucząc pod nosem, przeniosłem dłoń na jej włosy.  Czesałem je palcami przez krótką chwilę, raz po raz głaszcząc ją po głowie. Czarne kosmyki, ciągle przesiąknięte moim zapachem i nutką lawendowych perfum przyprawiały mnie o krótkie, przyjemne dreszcze. Złapałem jeden, gruby pukiel w dwa palce i z dziwną fascynacją potarłem go między nimi. Długie, lekko podkręcone włosy Franceski załamywały wesoło światło, wpadające do pokoju. Zakręciłem jednego loka dookoła palca i uśmiechnąłem się półgębkiem.
Nie przypuszczałem, że moja Wspaniała Pani Psycholog potrafi być tak namiętną i zmysłową kobietą. Gdyby pół roku temu ktoś powiedział mi, że pójdę z tą nieco dystyngowaną panną w garsonce do łóżka, wziąłbym go – kolokwialnie mówiąc – za idiotę. Teraz nie potrafiłem nawet powiedzieć, jak się po tym wszystkim czuję. Nie wiedziałem, czemu ją pocałowałem. Nie mam zielonego pojęcia, skąd do głowy przyszedł mi pomysł uciszania jej w ten sposób; tym bardziej, że odkąd się poznaliśmy uparcie utrzymywałem, iż Kruś nie jest w moim typie. Nie umywała się do moich precyzyjnie wybieranych kochanek; była okrutnie niska, przez co ciągle musiałem się ku niej pochylać, a to nie podobało się mojemu wymęczonemu siatkówką kręgosłupowi. Poza tym miała nieco wystające kości biodrowe i mały na pierwszy rzut oka biust, nie wspominając już o dość ciętym języku. Gdyby zaczepiła mnie w klubie, za cholerę nie zwróciłbym na nią uwagi. Ginęła w tłumie ludzi, stapiała się z nim. Nie miała nic, co przykułoby mój wzrok. Przynajmniej z wierzchu. Była doskonałym przykładem na to, że ocenianie książki po okładce często wychodzi nam na niekorzyść. W końcu poprzedniej nocy te wszystkie „defekty” nie miały dla mnie najmniejszego znaczenia. Całe ciało Franceski było piękne, zgrabne. Jędrne, choć nieduże piersi idealnie pasowały do moich dłoni, gładka, ciepła skóra zniewalała swoim zapachem, a usta… Kurwa, jak ona całowała!
Drgnąłem nieco mocniej, niż bym sobie tego życzył, gdy Kruś przesunęła dłoń po moim torsie. W pierwszej chwili z rozbawieniem obserwowałem jej poczynania, uśmiechając się coraz szerzej. Później zaczęło do mnie docierać, co właśnie się dzieje. Kruś wzięła głęboki oddech, skuliła ramię, którym mnie obejmowała i jeszcze mocniej wtuliła się w mój bok. Jej usta wygięły się w delikatnym uśmiechu i już po chwili pokój znowu spowiła cisza. Zmienił się tylko mój humor.
W mojej głowie zapaliła się ostrzegawcza, czerwona lampka. Francesca się do mnie przytuliła. Pozwoliłem jej na to, ba!, myśmy spędzili ze sobą całą noc, wtuleni w swoje ciała. Pozwoliłem jej przekroczyć niewidzialną granicę; tę niewielką przestrzeń osobistą, której nie naruszał nikt. Nigdy. Zerknąłem na Francescę z góry, mocno zagryzając wargę. Uśmiechała się, była spokojna, ufna, otwarta. Nie bała się mnie.
Niedobrze kolego, bardzo niedobrze…
Nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego moje ciało reagowało na jej obecność w ten sposób. Gdy musnęła moją skórę, od razu zapragnąłem więcej. Mózg i wyuczone schematy kazały mi uciekać; wykute z kamienia serce zaczynało lekko postukiwać w mojej piersi. Całe życie słyszałem, że jestem zimnym skurwysynem. Że nie mam uczuć, nie liczę się z innymi. Teraz okazywało się, że chyba jednak umiałem wykrzesać z siebie ludzkie odruchy. Nie byłem tak łatwy do zakwalifikowania, jak uważała większość szufladkujących mnie ludzi. Miałem mętlik w głowie. Choć robiłem to z bólem, musiałem przyznać, że z jednej strony było mi z Kruś niesamowicie dobrze. Zarówno w czasie naszego pobytu w Jabłonnej, gdy funkcjonowaliśmy jak zwykli znajomi jak i ostatniej nocy. Szczerze mówiąc nie pamiętam, kiedy ostatni raz czułem się tak dobrze w łóżku. Zmarszczyłem brwi. Zasadniczo, seks jak seks. Nie odkryłbym Ameryki mówiąc Kurkowi czy Igle, jak dobrze się czułem; jak fajnie było słuchać jej jęków, odkrywać jej ciało i nieco wyładować własne napięcie. Tylko, że to byłby najpłytszy opis minionej nocy, na jaki było mnie stać. Żadna z moich kochanek nie wyzwalała we mnie tyle emocji, nie była tak podniecająca jak Kruś. Chyba jeszcze nigdy nie czułem się w podobny sposób. To nie był seks sam w sobie. Moje ruchy nie były machinalne, wyważone, sprecyzowane. Ani jedno dotknięcie jej ciała nie było przeze mnie zaplanowane. Nie podrywałem jej, nie zachęcałem do siebie, nie próbowałem przekonać. Obezwładniała mnie sprawiając, że zwierzęcy instynkt i prosta potrzeba, którą do tej pory zaspokajałem kiedy naszła mnie na to ochota zmieniły się w coś… Sam nie wiem, pełniejszego? Lepszego? Ona również nie chciała na siłę mnie zadowolić, zaspokoić, zatrzymać przy sobie. Reagowała na każdą moją pieszczotę instynktownie, oddała mi się.     Nie przeleciałem jej dla własnej przyjemności.
Kochaliśmy się...?
Pokręciłem szybko głową, mocno zaciskając powieki. Nie powinno tak być, nie powinienem myśleć w ten sposób. W mojej głowie natychmiast wytworzył się mechanizm obronny. Musiałem wyjść; czułem się tak, jakby ściany niewielkiego pokoju w pensjonacie zaczęły napierać na mnie coraz mocniej i mocniej. Dusiłem się. Nieświadomie zacząłem ciężej oddychać, z trudem starając się wyślizgnąć spod dłoni Franceski. Zaciskając zęby unosiłem się na rękach, przyjmując najdziwaczniejsze pozycje, byle tylko wstać z łóżka i nie obudzić mojego pięknego błędu. Bo nie mogłem zaprzeczyć, że to był błąd.
Nagle Francesca poruszyła się gwałtownie, a ja zamarłem z przerażenia; nie chciałem, żeby zobaczyła mnie w trakcie ucieczki. Kruś westchnęła przeciągle i przekręciła się na drugi bok, ukazując mi odkryte plecy. Poprawiła się na poduszkach, a ja jeszcze dobre trzydzieści sekund trwałem w całkowitym bezruchu, nim wypuściłem powietrze przez usta. Zamknąłem oczy, czując jak moje wnętrzności zaczynają nieprzyjemnie drżeć i policzyłem pod nosem do dziesięciu. Łóżko zaskrzypiało głośno, gdy powoli zsuwałem się na podłogę. Stąpając bosymi stopami po panelach o mały włos nie zabiłem się o krzesło stojące pod ścianą; zakląłem soczyście pod nosem i gryząc nadgarstek z bólu, z niepokojem spojrzałem w stronę łóżka. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, Kruś nawet nie drgnęła. Nie mogłem uwierzyć, jak głęboki sen miała ta kobieta! Poruszając się na palcach, tym razem rozglądając się dookoła dużo uważniej, zebrałem swoje ciuchy z podłogi i ubrałem się nieco niedbale, po czym niepostrzeżenie wymknąłem się z pokoju mojej psychoterapeutki.
Korytarz pensjonatu przywitał mnie zapachem spalonej jajecznicy i dźwiękiem telefonu dzwoniącego na recepcji. Przywarłem plecami do ściany naprzeciwko pokoju Franceski i z głośnym westchnieniem zamknąłem oczy. W mojej głowie toczyła się prawdziwa bitwa. Z jednej strony miałem ochotę udawać, że nic się nie stało. Przejść nad tą jedną nocą do porządku dziennego. Z drugiej całe moje ciało rwało się ku tej filigranowej szatynce, niemal boleśnie dając mi do zrozumienia, że coś takiego, to dziwne mrowienie w każdym zakończeniu nerwowym może się więcej nie powtórzyć.
Jęk wydobywający się z mojej piersi zgrał się z burczeniem w brzuchu. W mgnieniu oka mój mózg zajęła kolejna prymitywna, ale jakże niezbędna do przeżycia potrzeba – zaspokojenie głodu. Żołądek skręcał mi się w bolesnych spazmach przypominając mi, że położyłem się bez kolacji. Przełknąłem napływającą do ust ślinę i zaraz wykrzywiłem usta w grymasie. Teoretycznie na parterze pensjonatu mieściła się stołówka, ale biorąc pod uwagę fakt, że ja i Francesca byliśmy tu chyba jedynymi gośćmi, grubo przed sezonem, nie miałem ochoty korzystać z jej usług. Poza tym drażniący zapach spalenizny wcale nie działał zachęcająco.
Wywróciłem oczami i wsunąłem się po cichu do swojego pokoju, jakby Kruś nadal mogła mnie usłyszeć. Chciałem wziąć szybki prysznic i skoczyć do sklepu po coś zjadliwego, potem porozmawiać z Francescą. Miałem nadzieję, że świeże powietrze pozwoli mi zebrać myśli i znaleźć wyjście z gówna, w jakie chyba się wpakowałem.

Westchnęłam głęboko i przetoczyłam się na plecy, by zaraz wyciągnąć w górę ramiona i przeciągnąć się mocno z pomrukiem zadowolenia. Moje ciało wygięło się w lekko łuk, mięśnie stężały na krótką chwilę, zaś powietrze pozostało w płucach. Po kilku sekundach opadłam na poduszki i uśmiechnęłam się lekko. Zerknęłam w bok, na miejsce, gdzie ciągle powinien leżeć Bartman i zaraz przesunęłam po pustym materacu dłonią. Zmarszczyłam z dezaprobatą brwi, ale zaraz przez moją głowę przemknęła myśl, że Zbyszek pewnie zamknął się w łazience. Niespodziewanie szelest pościeli przypomniał mi wydarzenia minionej nocy; na moje policzki natychmiast wstąpiły obfite rumieńce, całe ciało objął dziwny, choć przyjemny dreszcz.
Zagryzłam mocno wargę, przenosząc swoje spojrzenie na sufit nad głową. Miałam wrażenie, że zapach Zbyszka ciągle unosi się w powietrzu; przesiąknęła nim pościel, moja skóra, włosy. Przez materiał chłodnej kołdry dotknęłam swojego brzucha, momentalnie zaciskając dłoń w pięść i zamykając oczy. Oddech przyśpieszył mi niezdrowo; miałam wrażenie, że świat wiruje dookoła mnie. Ciągle czułam na sobie jego dłonie, usta, ponętne spojrzenie. Byłam pewna, że te zamglone, zielone oczy z nienaturalnie rozszerzonymi źrenicami będą mi się śniły po nocach. Przełknęłam głośno i powoli otworzyłam powieki, starając się uspokoić własne ciało. Nadal nie rozumiałam siły, z jaką Bartman na mnie działał; czy moje zachowanie było słuszną odpowiedzią na jego pieszczoty, czy raczej mój mózg poddał się sugestiom Kaśki i w końcu uwierzyłam, że Zbyszek jest w stanie dostrzec we mnie kogoś poza swoim terapeutą?
Ciągle czując nienaturalny gorąc na twarzy, gwałtownym ruchem obróciłam się za siebie. Byłam niemal pewna, że Bartman stoi w progu łazienki i patrzy na mnie z góry, mając przy tym niezły ubaw.
Opanuj się, Francesca.
Potarłam czoło palcami i przytrzymałam kołdrę przy piersi. Zaczynałam wariować, czy zawsze tak miałam? Wzięłam głęboki oddech, by dodać sobie odwagi i powoli wstałam z łóżka, starając się zachowywać jak najciszej. Zebrałam z ziemi swoją piżamę i szybkim krokiem podskoczyłam do stolika, gdzie położyłam torbę z ubraniami. Jeszcze nigdy w życiu tak szybko nie zapinałam stanika. Z dużo większym spokojem narzuciłam na bieliznę nieco za dużą, delikatnie różową koszulę i utkwiłam spojrzenie w drzwiach łazienki. Było jakoś za cicho. Zagryzając nerwowo wargę wyłamałam kilka palców, by po chwili zapukać delikatnie w powłokę z ciemnego drewna. Kiedy odpowiedziała mi cisza, zrobiłam to jeszcze raz, tym razem mocniej, bardziej zdecydowanie. Nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi po raz drugi, mocnym ruchem szarpnęłam za klamkę. Moim oczom ukazało się małe, schludne pomieszczenie wyłożone zielono-białymi kafelkami. Przez niewielkie okienko pod sufitem wpadała wystarczająca ilość światła, by nie musieć korzystać ze sztucznego oświetlenia. Co jednak ważniejsze, pomieszczenie świeciło pustkami.
Nie do końca panując nad tym odruchem, otworzyłam usta ze zdumienia. Obróciłam się na pięcie i rozejrzałam się po pokoju. Na podłodze brakowało ubrań Bartmana, nigdzie nie widziałam jego komórki, do stolika nie przywoływała mnie żadna karteczka. Uciekł, przemknęło mi przez myśl. Wymknął się, stchórzył, wyszedł bez słowa.
Zamknęłam usta, czerwieniejąc jak piwonia ze złości. W pierwszym odruchu zapragnęłam wparować do pokoju naprzeciwko i zrobić Bartmanowi burę, ale moje poczucie godności kazało mi zostać na miejscu. Bądź ponad to, powtarzałam jak mantrę, zamaszystym ruchem zamykając za sobą drzwi łazienki. Mamrocząc pod nosem, wyprowadzona z równowagi, niemal zdarłam z siebie luźną koszulę i bieliznę, po czym wskoczyłam pod prysznic. Ledwie pierwsze krople wody dotknęły mojej rozgrzanej skóry, z mojego gardła wydostał się głośny pisk. Poirytowana, może nieco rozżalona nie pomyślałam, że dobrze byłoby poczekać, aż z rur spłynie zimna woda. Ten drobny atak na moją osobę miał jednak swoje plusy; momentalnie odgoniłam od siebie resztki snu, a złość na Bartmana zastąpiłam złorzeczeniem w kierunku baterii prysznica.
Po długich dwóch minutach diabelskie urządzenie uraczyło mnie w końcu pierwszym, cieplejszym strumieniem wody. Z westchnieniem ulgi wsunęłam się głębiej do kabiny, zmoczyłam włosy, wystawiłam do drobnych kropli zmęczoną twarz. Czułam, jak moje mięśnie powolutku się rozluźniają, a unosząca się dookoła mnie para koi moje nerwy. Lubiłam brać gorące prysznice; pamiętam jak babcia krzyczała na mnie lata temu, że jej łazienka nie jest sauną. Uśmiechnęłam się do swoich wspomnień, na krótką chwilę zapominając o Bartmanie. Gorąca woda zostawiała na moim ciele czerwone plamy, praktycznie nie różniące się barwą od malinek, które miałam na brzuchu.
Zmarkotniałam jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przesunęłam palcem po swojej napiętej skórze, licząc pod nosem pamiątki po siatkarzu zupełnie tak, jakbym odliczała owce przed snem. Jedna nad lewą piersią, druga na wysokości pępka. Trzecia, drobniejsza i ledwie widoczna na moim kościstym, brzydko wystającym biodrze, a czwarta, chyba największa i najbardziej fioletowa w tym miejscu, gdzie zazwyczaj zaczynała się granica bielizny. Znowu zrobiło mi się piekielnie gorąco i wcale nie było to spowodowane temperaturą wody. Mogłam dać sobie obciąć rękę, że kolejny purpurowy ślad widniał na mojej szyi.
Pokręciłam szybko głową, byle odegnać od siebie przytłaczające wspomnienia i szybko zaczęłam spłukiwać swoje ciało z piany. Jak na złość, moim oczom ukazały się wówczas kolejne, nieco przekrwione ślady. Na wewnętrznej stronie ud miałam odcisk całego uzębienia Bartmana i nie miałam pojęcia czy mnie to obrzydza, czy podnieca. Prychnęłam pod nosem. Gdyby tak Kaśka mnie teraz zobaczyła, pewnie kazałaby mi iść na policję i zgłosić gwałt. Tak wyglądałam, jak sponiewierana. Problem polegał na tym, że moje wnętrze drżało przyjemnie wraz z każdym widmem minionej nocy, po mojej skórze ślizgały się dreszcze o nie znanym mi źródle, kręciło mi się w głowie, a w brzuchu podrywało się do lotu stado motyli.
Wyczerpana opadłam plecami na ścianę, pozwalając, by woda spływała mi potwarzy, klatce piersiowej, brzuchu. Czy dobrze zrobiłam? Dałam mu się jak na tacy, zrobił ze mną co chciał. Jeszcze wczoraj byłam na niego wściekła za to, jak potraktował moją psychikę w czasie spaceru po plaży. Nie chciałam nawet na niego patrzeć, a wystarczył jeden jego ruch, bym zapomniała o Bożym świecie. Powinnam była strzelić mu w pysk już po pierwszym pocałunku, ale byłam tak oszołomiona jego ciepłem, smakiem, bliskością… Chyba bym nie przesadziła twierdząc, że postradałam wówczas zmysły.
W mojej głowie walczyły ze sobą sprzeczne uczucia. Z jednej strony miałam świadomość, że powinnam brzydzić się samej siebie. Przespałam się ze swoim pacjentem. Byłym, ale jednak pacjentem. Nie stawiałam żadnego oporu, ba!, ja go prosiłam o więcej. Ale przecież właśnie tego chciałam, gdzieś tam w głębi. W zakamarkach myśli, do których zazwyczaj nie sięgałam z powodu braku odwagi. Podobał mi się, choć chyba nie powiedziałabym tego na głos. Pragnęłam go, chociaż nie umiałam się do tego przyznać nawet przed samą sobą. A może to Bartman tak na mnie działał? Może budził tę część mojego jestestwa, z której nie do końca zdawałam sobie sprawę?
Może, może, może. Mnóstwo niepewności, wiele pytań, zwykłe gdybanie. Nie miałam żadnych podstaw, ani jednego dobrego argumentu, aby usprawiedliwić swoje zachowanie. Złamałam swoje najważniejsze zasady. Grzesiek miał rację, byłam hipokrytką. Jedynym, co odrobinę przyćmiewało gorzki posmak w moich ustach, spowodowany rosnącym kacem moralnym był prosty fakt, iż poprzedniej nocy czułam się… Sama nie jestem pewna jak, świetnie? Bosko? Cóż, zdecydowanie za dobrze jak na noc spędzoną z mężczyzną, o którym nie powinnam nawet pomyśleć.
Odetchnęłam ciężko. Cóż, stało się. Nie potrafiłam cofać czasu, a nawet gdyby ta umiejętność była mi znana to obawiam się, że postąpiłabym dokładnie tak samo. Pytanie tylko, jak miałam się teraz zachowywać? Wziąć Bartmana na rozmowę i kontynuować sesje jak gdyby nigdy nic, przejść nad tym do porządku dziennego? Udawać, że nic się nie stało? A może zacząć robić Zbyszkowi wyrzuty za to, że uciekł z samego rana? W pierwszej chwili pomyślałam nawet, żeby wziąć winę na siebie i przeprosić Bartmana, ale zaraz ugryzłam się boleśnie w język, jakby za karę. Przecież to on się na mnie rzucił!
Wyszłam z łazienki po dobrych czterdziestu minutach. Razem ze mną z pomieszczenia wydostały się kłęby białej pary. Przewiązałam hotelowy szlafrok cienkim paskiem, poprawiłam ręcznik na włosach i ciągle zamyślona, ruszyłam w stronę okna.
- Siema – usłyszałam obok siebie, momentalnie podskakując w miejscu i piszcząc ile tchu. Przyłożyłam dłoń do mostka i obróciłam się w stronę napastnika, wzdychając głośno z ulgą na widok Bartmana z kajzerką w zębach. Patrzył na mnie jak na wariatkę, zastygły w bezruchu nad dwiema torbami zakupów.
- Chcesz mnie doprowadzić do zawału? - wysapałam z przerażeniem, wspierając się jedną ręką o wąski parapet. Zbyszek wzruszył tylko ramionami i ponownie zaczął grzebać w foliówkach, na niewielki stolik wypakowując kolejne produkty spożywcze. - Myślałam, że zwiałeś – mruknęłam, szybko odwracając od niego wzrok. Nie miałam pojęcia, czemu to powiedziałam ani dlaczego w moim głosie dało się słyszeć tyle żalu i jadu jednocześnie. Wcale nie chciałam tak załatwić tej sprawy. Zdążyłam jednak powiedzieć to, co mi ślina na język przyniosła; mogłam się tylko modlić, żeby Bartman nie potraktował tego jak zniewagi i nie wybuchnął. Uparcie wpatrywałam się w smutny obraz za oknem, choć zielone oczy siatkarza zdawały się wypalać dziury w moim ciele.

Przeniosłem na nią nieco zdumione spojrzenie, by po chwili westchnąć cicho. Odgryzłem spory kawałek kajzerki i z braku innych możliwości odłożyłem jej resztkę na zafoliowaną paczkę masła. Wyjmując jedzenie z toreb, co jakiś czas zerkałem w stronę Franceski. Opatulona cienkim, żółtym szlafrokiem, z nieco wytartym, niebieskim ręcznikiem w babcine kwiatki na głowie ciągle wydawała mi się jedną z najseksowniejszych kobiet, z jakimi miałem okazję obcować. Wlepiała wzrok w szarą scenerię za oknem, jakby między brudnymi budynkami naprawdę zobaczyła coś ciekawego, a ja w spokoju starałem się przełknąć suchy chleb.
- Musiałem wyjść po coś na śniadanie – wydukałem w końcu, zgrywając się z nerwowym bębnieniem jej paznokci o parapet. - Byłem pewien, że zdążę zanim wstaniesz – dodałem, gdy przeniosła na mnie spojrzenie swoich szaro-niebieskich oczu. Jeszcze raz wzruszyłem niezobowiązująco ramionami, bardziej z potrzeby chwili niż z chęci sprowokowania Franceski.
Chciałem uciec. Po mojej głowie kołatał się nawet plan, by zabrać kluczyki do samochodu i po prostu wrócić do Rzeszowa, Kruś zostawiając na stoliku bilet na pociąg. Myśl ta jednak szybko została wyparta przez poczucie jakiegokolwiek obowiązku. Dobra, zostałem tu przywieziony wbrew własnej woli i teoretycznie mógłbym się zasłonić chęcią powrotu do domu za kierownicą własnego auta, w ciszy i spokoju. Nie wspominając o tym, że rozmowa z Francescą na temat naszego stosunku była dla mnie dość… niekomfortowa. Problem w tym, że cały świat łącznie z Panią Psycholog Wspaniałą, odebrałby to jako ucieczkę, a ja miałem dość uciekania.
- Dawno przyszedłeś? - zapytała cicho, wyłamując przy tym palce. Dobrze było wiedzieć, że nie tylko ja czułem się zakłopotany.
- Pięć minut temu? - mruknąłem od niechcenia, otwierając mały słoik nutelli. Rozerwałem nadgryzioną kajzerkę dłońmi i plastikowym nożem nałożyłem sobie grubą warstwę kremu na pieczywo.
- Nie musiałeś…
- Mieliśmy przymierać głodem? - zapytałem z uśmiechem. Szelest rozrywanej paczki z serem podrażnił mi uszy. Miałem wrażenie, że każdy mój ruch jest sztywny i wyuczony, a napięte mięśnie za moment pękną mi pod skórą. Nagle Francesca westchnęła ciężko i pocierając palcami czoło, ruszyła powoli w moim kierunku.
- Posłuchaj, ja… powinnam była z tobą rozmawiać, a nie… - przewróciła z zakłopotaniem oczami, a ja cudem zmusiłem się do powściągnięcia uśmiechu. - Chodzi mi o to, że przyjechaliśmy tu, by ci pomóc. Miałam przedłużyć sesję, a nie całować się z tobą, czy…
Zerknąłem na nią z ukosa i uniosłem kąciki ust ku górze. Zarumieniła się uroczo, zaraz odwracając ode mnie głowę. Gryzła nerwowo paznokieć, drżały jej ręce. Naprawdę nie potrafiła rozmawiać o seksie z facetem, któremu nie całe dziesięć godzin temu oddała wszystko?
- Zachowałam się nieprofesjonalnie, przepraszam – wydusiła w końcu, mocno zaciskając powieki. Nie wytrzymałem; z mojej piersi wydobył się krótki, wesoły śmiech. Pokręciłem z rozbawieniem głową i położyłem na plastikowym talerzyku dwie kanapki.
- Nie masz za co, i tak miałaś niewiele do powiedzenia – zażartowałem, gryząc się mocno w język. Kruś ściągnęła z zaskoczenia brwi i popatrzyła na mnie podejrzliwie.
- Słucham?
- Smacznego – odmruknąłem, podając jej śniadanie w wyciągniętej dłoni. Mierzyła mnie jeszcze chwilę mało przychylnym spojrzeniem, by w końcu wziąć niepewnie talerzyk z kanapkami. Nie czekając na jakąkolwiek reakcję z jej strony parsknąłem śmiechem pod nosem i opadłem ciężko na łóżko, biorąc się za swoje śniadanie. Długą chwilę jedliśmy w ciszy, za wszelką cenę starając się na siebie nie patrzeć. Zazwyczaj nie miałem problemu z tym, by ignorować ludzi. Z kolei kiedy spędzałem czas w towarzystwie przyjaciół, otaczająca nas cisza wcale nie była czymś złym. Nie bez kozery mówi się, że trzeba również umieć milczeć między sobą. Na różnych zgrupowaniach czy w trakcie meczów wyjazdowych zazwyczaj wystarczała mi obecność chłopaków; nie potrzebowaliśmy gadać całymi godzinami, plotkować bez większej potrzeby jak to robiły baby. Teraz jednak, w obecności milczącej i zafrasowanej Franceski wcale nie czułem się przyjemnie. Kumulująca się między nami cisza w końcu zaczęła mi ciążyć, powoli odbierając apetyt i wzmagając napięcie. Zaczynałem się denerwować.
- Kanapki z nutellą, co? - powiedziała nagle, uśmiechając się nieśmiało.
- Hm? - bąknąłem wytrącony z pantałyku, mozolnie przeżuwając kolejny kęs śniadania. Francesca uśmiechnęła się nieco odważniej i przestąpiła z nogi na nogę, odkładając talerzyk na parapet.
- Pamiętam, jak mówiłeś, że jesz na śniadanie tylko tosty z nutellą – zaśmiała się, znowu wyglądając przez okno. Miała nieobecny wzrok, a ja naprawdę nie mogłem przestać się w nią wpatrywać. Dlaczego zapamiętała akurat tę informację, pozornie niewiele wartą?
Nie odpowiedziałem jej, bo też nie znalazłem słów, które byłyby odpowiednie. Między nami zaczął wyrastać niewidzialny mur; czułem się w towarzystwie Kruś coraz gorzej i gorzej.
Nasz posiłek dobiegł końca; na stole walały się puste paczki po produktach spożywczych, foliowe torebki szeleściły w denerwujący sposób, poruszane delikatnymi podmuchami wiatru. Francesca ciągle stała pod ścianą, skubiąc pasek szlafroka, ja kręciłem się nerwowo na jej łóżku, kompletnie nie wiedząc na czym skupić myśli czy wzrok. Całe ciało domawiało mi posłuszeństwa ilekroć chciałem zacząć rozmowę z psychoterapeutką, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, że już się nie wycofam. Spacerując po wyludnionym Władysławowie doszedłem do wniosku, że muszę potraktować Kruś jak kogoś ważnego dla mnie. Była niesamowita, poza tym sprawiała, że czułem się… inny, lepszy. Nie zasłużyła, by ją odepchnąć i kazać zapomnieć. Ja z kolei nie mogłem pozwolić sobie na to, by ta jedna noc kiedykolwiek się powtórzyła.
- Musimy porozmawiać… - zacząłem niepewnie, zaraz klnąc na siebie w myślach. To nie była jakaś tania komedia romantyczna! Westchnąłem ciężko i potarłem dłonią spięty ponad wszelką miarę kark. Głowa pulsowała mi od nadmiaru myśli. - Posłuchaj, ja… To, co się stało… Nie powinniśmy byli tego robić – wydusiłem w końcu, z wielkim trudem zadzierając brodę w górę. Kruś patrzyła na mnie niepewnie; mogło mi się tylko wydawać, ale miałem wrażenie, że wesoła iskra zniknęła z jej oczu. - To był błąd.
Nie odpowiedziała mi. Ważyła kilka chwil moje słowa w myślach i przytaknęła tylko, skubiąc skórki przy paznokciach.
- N-nie o to chodzi, że mi się nie podobasz, czy… - przełknąłem głośno, siadając na skraju łóżka. Serce waliło mi o żebra. - To nie twoja wina, ja po prostu… Nie jestem facetem dla ciebie, okay? Zasługujesz na kogoś lepszego.
Kurwa, naprawdę ja to powiedziałem? Żałosne!
- Pewnie każdej to mówiłeś? - zapytała cicho. Jej twarz przeciął ironiczny uśmieszek, tak nie pasujący do jej delikatnej budowy i cierpliwości, jaką zawsze mnie obdarzała. W pierwszej chwili nieco się najeżyłem; ona nie miała pojęcia, jaki byłem. Znała twardą skorupę, jak wszyscy. Co naprawdę we mnie siedziało, tego sam Bóg – jeśli istniał – nie wiedział.
- Nie – burknąłem tylko. Ja tu się staram być miły, wyjaśnić sobie z nią tę głupią sytuację, a ona i tak się porównuje do moich niewiele wartych kochanek? To po jakiego wała ja się starałem?! - Nie jesteś jak…
- Przestań, proszę cię – syknęła z goryczą.
- Gdybym traktował cię jak każdą, nie wróciłbym tu – wycedziłem oschle. - A siedzę przed tobą, rozmawiam. To już chyba coś, nie sądzisz?
- Mam z tego powodu skakać z radości?
- Może przestań być złośliwa, tak na dobry początek – odszczeknąłem się jej, powoli tracąc nad sobą panowanie. Widziałem, jak wydycha powietrze, powoli rozluźniając ramiona. - Francesca, ja się nie nadaję na faceta dla porządnej kobiety. Jestem ci wdzięczny za pomoc, za to co zdołałaś mi uświadomić, ale to jeszcze nie znaczy, że zacznę sobie szukać żony na cito. Nie chcę żyć tak jak do tej pory, ale… nie szukam stabilizacji, rozumiesz?
- Staram się, ale przeczysz sam sobie – mruknęła, marszcząc czoło w zamyśleniu. Westchnąłem ciężko i poderwałem się z miejsca, mamrocząc pod nosem. Denerwowałem się. Zacząłem chodzić w tę i z powrotem po pokoju, szukając jakiś dobrych argumentów, ale mój odwieczny problem nieumiejętnego wyrażania uczuć brał przewagę nad dobrymi chęciami.
- Słuchaj, ty chcesz mieć chłopaka, który da ci opiekę, tak? - popatrzyłem na nią wyczekująco, ale nie doczekałem się nawet ukradkowego spojrzenia. - Kogoś, z kim będziesz mogła pomyśleć o założeniu rodziny. Ja tego nie chcę, nie nadaje się. Posłuchaj, jesteś fenomenalna – mówiłem szybko, byle mi nie przerwała. Prychnęła tylko z pogardą, gdy zrobiłem krok w jej stronę. - Naprawdę – upierałem się. - Wczorajszej nocy… nigdy się tak nie czułem, rozumiesz? - zapytałem nieco ciszej, szukając spojrzenia Kruś. Drgnęła na moje słowa i nieśmiało uniosła twarz ku górze. - Jesteś niesamowicie piękną, ponętną kobietą, chociaż nie zdajesz sobie z tego sprawy. Jestem przekonany, że jeszcze nie jednemu facetowi spędzisz sen z powiek, ale ja nie mogę… - znowu się zaciąłem. Zakląłem soczyście pod nosem, zacisnąłem powieki i przez zęby wycedziłem:
- Jeżeli to się powtórzy, złamię jedyną zasadę, jaką kierowałem się przez niemal dziesięć lat.
- Myślisz, że ja notorycznie sypiam ze swoimi pacjentami?
- Ale ty żyjesz w dobry sposób – zaśmiałem się nerwowo. - Jesteś psychologiem, kurwa, Francesca! Pomagasz ludziom, ratujesz ich i masz z tego satysfakcję! Ja jestem zły, rozumiesz? - zapytałem cicho. Głos niebezpiecznie mi ochrypł. - Brudny. Łamałem wszystkie możliwe reguły, nie szanowałem nikogo poza sobą, tylko siebie się słuchałem. Jedyną zasadą, jakiej przestrzegałem było nie sypianie z jedną kobietą więcej, niż dwa razy. To było jedyne, co trzymało mnie w ryzach, dawało mi namiastkę kręgosłupa, jeśli teraz i tego zaniecham… - pokręciłem głową, nie dowierzając, że znowu tak bardzo się odsłoniłem. - Ja tak nie mogę. Chcę się zmienić, ale to wymaga czasu. Nie zrobię tego na pstryknięcie palcem. Muszę mieć choć jedną granicę, do której mogę się odwołać…
- Na za dużo ci pozwoliłam… - wymamrotała pod nosem. Zrobiło mi się głupio, dziwnie ciężko na sercu. Oczekiwałem raczej wrzasków i awantury zamiast cichego przyzwolenia.
- Teoretycznie mogłaś mnie odepchnąć… - mruknąłem niepewnie, trąc dłonią kark i barki.
Jak Boga nie kocham, jeżeli to irytujące mrowienie w końcu nie odpuści, zacznę się drzeć!
- Przecież i tak nic by to nie zmieniło.
- Słucham? - zdziwiłem się.
- Sam to powiedziałeś. I tak zrobiłbyś ze mną co by ci się żywnie podobało, nie tak?
- Ja nie o tym… - jęknąłem, wyrzucając ramiona w górę. I weź tu człowieku zażartuj przy kobiecie!
- W porządku.
- Co?
- Rozumiem. Nic się nie stało – szepnęła ociężale. Popatrzyłem na nią niepewnie, ciągle czekając na wybuch złości i odchrząknąłem niepewnie.
- Serio?
- Tak, serio – uśmiechnęła się do mnie. - Dzięki za śniadanie i… i za szczerość. Mógłbyś wyjść? Chciałabym się ubrać.
- Tak – drgnąłem pośpiesznie i jednym ruchem zgarnąłem śmieci po naszym śniadaniu ze stolika. - Tak, jasne.
- Pamiętaj, że dzisiaj wyjeżdżamy – przypomniała mi, gdy przekraczałem próg jej pokoju i zamknęła za mną drzwi.
Oszołomiony, wróciłem do siebie. Nie sądziłem, że tak bezboleśnie uda mi się przebrnąć przez tę rozmowę. Nie wiedziałem tylko, jak mam zachowywać się dalej; dać Kruś spokój, czy stawić się na rozmowie o mojej przeszłości. Uznałem, że po śniadaniu przydałby mi się jakiś trening, więc wybrałem najwygodniejsze ciuchy z tego, co przemyciła dla mnie terapeutka i zamykając drzwi na klucz, ruszyłem nad morze.
Mokry i zziajany, wróciłem po dobrych dwóch godzinach. Miałem w planach zajrzeć do Franceski i po prostu zacząć z nią rozmawiać, ale od progu pensjonatu zaczepiła mnie jedna ze sprzątaczek, wręczając mi krótki liścik.
Niewiele ponad pół godziny później, samotnie przemierzałem autostradę, z płytą Pei zapętloną w odtwarzaczu. Francesca wróciła do Rzeszowa sama, nie wiem, pociągiem czy autobusem. Prosiła, bym uszanował jej decyzję. Na recepcji zostawiła dla mnie ubrania Anety, a to, co miała na sobie obiecała oddać na dniach. Życzyła mi tylko powodzenia w klubie i dalszym życiu, ani słowem nie wspominając o dalszych sesjach, przy których tak bardzo się upierała. Wtedy wzruszyłem tylko ramionami, tym razem z lekceważeniem. Starałem się doceniać walory samotnego podróżowania niemal pustymi drogami, ale gdzieś z tyłu mojej głowy świtała obawa, że jej wcale to nie obeszło. Dotknąłem ją bardziej, niż miałem zamiar.

~  *  ~


Wybaczcie, że tak późno, ale miałam problem z komputerem. Mam nadzieję, że niczego w rozdziale nie zawaliłam. Polecam ruszyć głową, troszkę poczytać między wierszami. Jeżeli nie przesłuchaliście piosenki - również polecam. Na pewno ją znacie, choć prawdopodobnie nie w takiej wersji - niemniej, tekst jest w niej bardzo odpowiedni. Zadziwiliście mnie z ankietą - myślałam, że chłopaki będą szli łeb w łeb a tu taka dominacja Bartka... no już nie wspomnę, że głosów jest 40, a komentarzy 13...
A jeśli chodzi o częstość dodawania rozdziałów - wracamy do starej wersji ;). Studia, praca - nie dam rady. Do zobaczenia za 2 tygodnie.

12 komentarzy:

  1. No to się dzieje kochana. Gdyby ktoś wcześniej powiedział mi, że tak namieszasz to bym nie uwierzyła. Chociaż w sumie powinnam się tego spodziewać bo to nie pierwsze twoje opowiadanie, które czytam. Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, a będę musiała wytrzymać całe dwa tygodnie. No nic życzę dużo dużo weny, której mi aktualnie brakuje i przesyłam pozdrowienia z wietrznego Wrocławia 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. no to teraz będzie... Franka się wkurzyła, pewnie nawet sfochowała, Zbychu będzie miał wyrzuty sumienia i będą się czaić i nie będą się odzywać do siebie. Aaalbo znów w łóżku wylądują ;) Iskrzy miedzy nimi az się widno robi ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hejo :*
    Ja myślałam, że rozdział po dwóch tygodniach się ukaże ( tym razem zapomniałam sprawdzić z boku :P), a przypadkowo weszłam na bloggera i patrze, a tam kolejna Fobia :)

    Tak miło na początku, a później ponuro i smuto. Pisałaś już, że tutaj nie będzie motylków w brzuchu, rzygania miłością i tym podobne, ale...
    Och za bardzo przyzwyczaiłam się to romansideł !
    Nie chciałabym aby od siebie uciekali i żeby Franka się obraziła. Chociaż patrząc jak ją Zbyszek potraktował to powinna mu jeszcze po tym wszystkim strzelić w pysk !
    Niemniej rozdział jest bardzo dobrze napisany i fantastycznie się go czytało :) Bez piosenki dzisiaj, bo na telefonie czytam :P.

    Czekam na kolejny :* Pozdrawiam, ściskam mocno i cieplutko ( bo jak przystało na piździernik, jest bardzo zimno :D)
    Dooma :).

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie sądziłam, że będę tak podatna na nastroje Twojego opowiadania. Klimat ostatniego rozdziału utknął we mnie tak bardzo, że dziś piszę komentarz z Łeby. Pada, wieje, jest pusto i słono, i przepięknie, że aż zapiera dech.
    Nie ma tu ani Fraceski ani Zbyszka. Są kilkadziesiąt kilometrów dalej. A właściwie byli, bo nadszedł ranek z całą swoją niezręcznością. Nie mogło być inaczej.
    Nigdy nie myślałam, że mogę być autorką takiego stwierdzenia, ale Zbyszek okazał się mądrzejszy i może nawet dojrzalszy. Kiedyś miałyśmy z Selene krótką wymianę myśli, czy i jak dalece człowiek może się zmienić. Wnioski przypomniały mi się po przeczytaniu tego rozdziału. I choć z dwójki naszych bohaterów to Franceska powinna być tego bardziej świadoma, Bartman wie to lepiej. Nie zmieni się z dnia na dzień, nie wróci szybko do "dawnego" siebie, zagrzebanego pod wyrachowaniem i chłodem. W mojej ocenie Zbyszek zachował się bardzo fair i wyjątkowo wrażliwie jak na niego. I coś w nim drgnęło, bo wystarczy porównać tę fobię z pierwszą, gdzie "scena pożegnania" wyglądała całkowicie inaczej.
    Tymczasem nasza Pani Psycholog... Wydawałoby się, że książkowa i praktyczna wiedza z zakresu uchroni, nic z tego. Wszystkie, jak jeden mąż (przewrotnie niestosowne stwierdzenie), wpadamy w ten schemat. "Żadnej przede mną się nie udało, ale mi się uda, dla mnie, przy mnie, ze mną się zmieni". Jeszcze gorzej, jeżeli On pozwala w to wierzyć, albo na chwilę uwierzy sam. Znów powołam się na (nie może być) mądrość Zbyszka. Potężna zmiana nie dzieje się przez noc, czasami nie dzieje się wcale. Fran zdawało się, że budzą się w nowej, lepszej rzeczywistości. Obudziła się tam sama, bo Bartman został na ziemi.
    Wydaje mi się, że poza rozczarowaniem zabolało ego. Musiało, szczególnie po stwierdzeniu: "i tak miałaś niewiele do powiedzenia". Może żart, ale prawdziwy. Franceska uległa, złamała swoje zasady, poddała się i choć przez ułamek sekundy chciała się zatrzymać, to nie potrafiła, nie mogła, Zbyszek przejął kontrolę i, choć zabrzmi to źle, wziął ją sobie. Aby rano oświadczyć, że on dla odmiany tej jednej, jedynej, nienaruszalnej reguły w swoim życiu trzymać się będzie wiecznie. Ależ musiało zaboleć. Choć podtrzymuję: lepsze to niż trwanie w ułudzie.
    Tylko co dalej, co dalej? Ależ mnie ciekawi co wymyślisz.
    Pozdrawiam, podziwiam i czekam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. 10 godzin snu? Potrzebuję tego! Dwie to za mało, ale wrócę. Kocham i wrócę. Obiecuję.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejny wspaniały rozdział! �� namieszałaś, ale to dobrze. Musi się coś dziać �� znowu pełno tajemnic i domyślania się. Ech no nic. Czekam na kolejną Fobie ��

    OdpowiedzUsuń
  7. Moje wyobrażenie o tym, jak będzie wyglądał ich poranek jest w pewnym stopniu zbieżny z tym, co wymyśliłaś, choć nie do końca. Sądziłam, że będzie w nich więcej negatywnych uczuć, a tu okazało się, że rozpoczęli dzień z całkiem przyjemnymi myślami. Jeśli chodzi o tak zwaną interpretację, to w zasadzie mogłabym podpisać się pod wszystkim, co zawarła w swoim komentarzu Otfilulu, bo to sama prawda. Ktoś w pewnym momencie zapomniał zejść na ziemię i tą osobą jest Francesca. Czego ona tak naprawdę oczekiwała? Innej reakcji Bartmana? Być może. Zawiódł ją psychologiczny szósty zmysł i zgubiło pożądanie. Pytanie tylko, co teraz zrobi i na ile czuje się rozczarowana.
    Zbyszek... Nie oceniałabym go tutaj zbyt negatywnie, bo sytuacja była trudna i niełatwo wybrnąć z twarzą. Przekroczyli granice, które z racjonalnego powodu nie powinny zostać przekroczone, więc przynajmniej jedno z nich musiało postawić sprawę jasno. Nie wiem czy Zbyszek się zmieni, ale uważam, że aby coś takiego mogło nastąpić, musi spojrzeć wstecz, niejako wrócić do punktu wyjścia i odnaleźć siebie sprzed wypadku. Bo to, co się wydarzyło kilka lat temu całkowicie przesłania mu rzeczywistość. Jestem przekonana, że nie jest jeszcze dla niego za późno, ale potrzebny jest jakiś punkt zaczepienia.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie spodziewałam się, że wpadną sobie w ramiona i zostaną para. To nie w ich stylu, jednak troche smutna jestem z powodu tego co się stało. Fran coś poczuła, niezaprzeczalnie chciała czegoś więcej dlatego tak mi jej szkoda. Możliwe, że ciutke się z nią utożsamiam i wiem co czuje. Zbychu jak to Zbychu zachował się typowo dla siebie, może zaplusował szczerą rozmową jednak nadal pozostał starym Zbychem a myslałam, że może jednak złamie swoje zasady, wszystkie zasady dla Franceski.
    Nie mam pojęcia co może być dalej, więc czekam co wymyślisz, weny i do następnego :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja się pytam dlaczego blogger zrobił mi psikusa i poinfirmował mnie o opublikowaniu 15. Już zadowolona w pełni szczęścia szukam nowego rozdziału, a tu się okazuje że ti nie śmieszny żart.. Cóż czekam z niecierpliwością na nowe posty!

    OdpowiedzUsuń
  10. To nie jest fair! Ja tu zdołowana po beznadziejnie napisanej kartkówce i bez ochoty na naukę na środę, wchodzę na bloggera, bo może pojawiło się tam coś co poprawi mi humor i wgl... Patrzę, a tam 15 rozdział na fobiach i od razu uśmiech od ucha do ucha,ktory po kliknięciu w bloga znika, bo okazje się, że żadnego nowego rozdziału nie ma :[ Szkoda, ale czekam z niecierpliwością na next ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Mnie też zwabił blogger, ale nie narzekam, bo ja lubię z niecierpliwością czekać na kolejne Twoje rozdziały! Wcale nie spodziewałam się, że zostaną parą, wyznają sobie miłość i może od razu wezmą ślub. No halo! Przecież to jest Franka i Zbyszek! Jakoś nie uważam, że spotkają się szczęśliwi w następnym rozdziale. Wyznali swoje fobie, ale uważam, że powrócą do swojego ''starego życia'' i sądzę, że wspomnienia z tej nocy nie będą często gościły w ich wspomnieniach, chociaż może i się mylę. Rozdział, jak zawsze fantastyczny. Sprawiasz, że czytam od deski do deski i cieszę się każdym słowem <3 Super. Weny! Ściskam ;*

    OdpowiedzUsuń
  12. Wybacz mi, że dopiero teraz się pojawiam. Obowiązki i studia mnie dość mocno pochłonęły :(
    Dwa rozdziały nadrobiłam dość szybko i aż kurczę nie wiem co napisać. Dostarczyłaś nam ogromną dawkę jakże skrajnych emocji. Wiedziałam, że i Francesca doznała czegoś okropnego w życiu, ale nie spodziewałam się, że wyjdzie to w takich okolicznościach. Obydwoje niewątpliwie swoje w życiu odcierpieli, a to pozostawiło piętno w ich wnętrzu. Przyznam, że Bartman mnie trochę zaskoczył, bo naprawdę chce się zmienić i jest świadom, że potrzeba jeszcze dużo czasu, aby to się stało faktem.
    Samo ich zbliżenie nie było dla mnie przeogromnym zaskoczeniem bo gdzieś tam podświadomie przeczuwałam, że to może nadejść, jednak sceneria jak najbardziej zaskoczyła. Sama też nie wiem co myśleć o dniu po tymże wydarzeniu. Zbycha ciągnie do Francesci jakaś siła, ale jednocześnie nie chce przekraczać granicy. Rozumiem, że ta jego zasada to jedyne, co go trzyma w pionie, ale jednak sposób w jaki to załatwił nie był najpiękniejszy. Co prawda odkrył to po czasie, ale czy nie będzie za późno? Ciekawa jestem jak o dalej się potoczy bo szczerzę to nie mam nawet żadnego pomysłu.

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.