BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

10 paź 2016

Fobia piętnasta


Wieczorny chłód szczypał moje policzki, pozostawiając na nich różowe cienie. Gwałtowny wiatr raz po raz wdzierał się pod cienką, zieloną koszulkę, którą miałam na sobie, rozrzucając przy tym moje poskręcane włosy dookoła głowy. Szczękałam zębami z zimna, uparcie brnąc przed siebie. Dużymi, szybkimi krokami przemierzałam pustoszejące ulice Rzeszowa, byle tylko jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu niejakiej Katarzyny Rzepeckiej.
- Mogłaś się zgodzić – warknęłam pod nosem, gdy kolejny podmuch zarzucił mi ciemne pukle włosów na twarz. Szarpnęłam za nie mocno, kompletnie nie zwracając uwagi na to, że zapewne połowa kosmyków została mi w zaciśniętej dłoni. Szeleszczące przekleństwa wydostawały się z moich ust z prędkością karabinu maszynowego. Kiedy dzwoniłam do Kaśki jeszcze z wnętrza ciepłego autobusu, by zapowiedzieć swoje odwiedziny w jej progach nie przypuszczałam, że pogoda ulegnie tak diametralnej zmianie zaraz po zajściu słońca. Rzepecka proponowała, że wyjedzie po mnie na dworzec, ale oczywiście odmówiłam, żeby w czasie spaceru przez połowę miasta zdążyć poukładać sobie w głowie wszystko, co stało się przez ostatni tydzień. Teraz plułam sobie za to w brodę. Nie dość, że przemarzłam na kość, to moja rosnąca irytacja odbierała mi zdolność racjonalnego myślenia. Byłam niemal pewna, że kiedy tylko przekroczę próg kaśkowego mieszkania, z moich płuc wyrwie się soczysty potok bluźnierstw pod adresem Bartmana. Paradoksalnie, najbardziej frustrował mnie chyba fakt, że nie miałam prawa się na niego złościć.
Gwałtowny dreszcz obejmujący moje wychłodzone ciało zaburzył mój tok myślenia. Wypuściłam przez nos powietrze, byle nie zacząć krzyczeć i objęłam się rękoma, kuląc ramiona do szyi.
- Jezu, przecież jeszcze dwa dni temu chodziłam o tej godzinie po plaży! - Jęknęłam, podskakując w miejscu i czekając, aż na sygnalizacji zapali się zielone światło, uprawniające mnie do przejścia przez pasy. Co z tego, że ulice były puste, a dookoła panowała prawie grobowa cisza? Co z tego, że gorączkę kolejnego dnia miałam już zagwarantowaną, nie mówiąc o dwutygodniowym przeziębieniu i bólu gardła? Francesca Kruś zawsze trzymała się zasad, bez względu na to, kto je wyznaczył i jak beznadziejne potrafiły być. Nie wspominając już o tym, że sama postawiłam sobie mnóstwo granic, których niezmiennie, wręcz do znudzenia się trzymałam. Zawsze, odkąd zaczęłam żyć na własną rękę.
Mimowolnie ujrzałam przed oczami twarz Bartmana, wykrzywioną w tym irytującym, pełnym wyższości, pociągającym uśmiechu.
Zawsze? Nie oszukuj chociaż samej siebie.
- Cholera jasna! - Syknęłam przez zęby, mocno zamykając oczy. Niemal biegiem pokonałam ostatnie metry dzielące mnie od osiedla czteropiętrowych bloków. Wchodząc między budynki z ulgą przyjęłam fakt, że ich mury ograniczają dostęp wiatru. Mogłam złapać spokojny oddech. Drogę do bloku numer dwanaście znałam na pamięć, podobnie jak kod umożliwiający wejście na jego klatkę schodową. Z całych sił szarpnęłam za klamkę; drzwi ustąpiły z trzaskiem, a ja od razu rzuciłam się na schody. Wbiegłam na czwarte piętro, przeskakując po dwa stopnie naraz. Zrobiło mi się minimalnie cieplej; serce z dużo wyraźniejszym biciem rozprowadzało po moim ciele krew, spłycając przy okazji każdy mój oddech. Podeszłam truchtem do nowych drzwi z wiśniowego drewna i zaraz zapukałam w nie pięścią. Nie dając właścicielce lokum nawet chwili na zastanowienie się, dwukrotnie nacisnęłam dzwonek do drzwi, a potem jeszcze raz zapukałam w ich drewnianą powłokę. Czułam, jak do oczu powoli napływają mi łzy. Przekonywałam samą siebie, że to z powodu nagłej zmiany temperatury otoczenia.
Minęły dwie minuty, gdy w końcu zawiasy zaskrzypiały wesoło, a moim oczom ukazały się wyłożone pomarańczową tapetą ściany niewielkiego przedpokoju.
- Wchodź! - Usłyszałam z głębi. Wskoczyłam do ciepłego wnętrza i zamknęłam za sobą drzwi. Do moich nozdrzy doleciał przyjemny zapach bazylii, oregano i pieczonego mięsa. Po moich ramionach przemknął przyjemny dreszcz. Słyszałam, jak Rzepecka krząta się po kuchni, więc pozbyłam się butów i na szybko poprawiłam włosy przed wielkim lustrem w czarnej ramie. - Już jestem! - Kasia westchnęła głęboko, zmierzając w moim kierunku. - No nareszcie raczyłaś wrócić z tych wojaży! - Zawołała z uśmiechem. - Kto to słyszał znikać na tyle czasu z Bartmanem, a mnie zostawiać z całym tym chlewem w przychodni! Coście tam wyrabiali, że nawet ksią… - umilkła, w końcu wchodząc do przedpokoju. - Ty przyszłaś tak, jak stoisz? - Zapytała z głupkowatą miną, krytycznym okiem mierząc mój strój. Z pewnym zakłopotaniem obciągnęłam rękawek bluzki mocniej na ramię, jakby mógł się nagle w magiczny sposób wydłużyć. - Francesca, na dworze jest dziesięć stopni! - Zawołała oburzona. - Co cię napadło, żeby iść przez pół miasta w bluzce z krótkim rękawem i w dresach?! Skąd ty w ogóle masz te ciuchy? - Dodała z grymasem. Faktycznie, to co miałam na sobie raczej nie miało szans zagościć w mojej szafie na dłużej.
- Bartman dał mi te ubrania, nie miałam wielkiego wyboru – mruknęłam nieco chłodniejszym tonem, niż chciałam. Kasia wyprostowała się gwałtownie, otwierając usta z zaskoczenia. - Nie bój się, oddam mu je jak najszybciej.
- Bartman ci… Oddasz…? - Powtórzyła za mną jak echo, po chwili potrząsając lekko głową. Znała mnie od dawna; wiedziała, że coś jest nie tak nim zdążyłam do czegokolwiek się przyznać. - Francesca, co się działo przez ostatni tydzień?
- Masz wino? - Zapytałam z ciężkim westchnieniem, szybkim krokiem kierując się do kuchni. Rzepecka zamknęła buzię, zamrugała gwałtownie i w podskokach ruszyła za mną.
- M-mam, no mam.
- Dawaj – opadłam na kuchenne krzesło. Wsparłam łokieć na blacie niskiego stolika i potarłam zmarszczone czoło palcami.
- Nie wolisz herbaty? Frania, jesteś przemarznięta…
- Kasiu, proszę – spojrzałam na nią z boku. Nie chciałam jej opiekuńczości, choć byłam za nią niewypowiedzianie wdzięczna. Blondynka uniosła dłonie w geście rezygnacji, po czym podeszła do jednej z szafek. Stanęła na palce, wyciągnęła z jej wnętrza prawie pełną butelkę czerwonego, wytrawnego wina i postawiła przede mną, mamrocząc coś o schowanych głęboko kieliszkach.
- Nie kłopocz się – odezwałam się, wyciągając gumowy korek z szyjki. Nie zerkając na przyjaciółkę przyłożyłam chłodne szkło do ust i zaciskając powieki, zaczęłam pić prosto z butelki. Alkohol szczypał mnie po języku i podniebieniu sprawiając, że powoli drętwiały mi dziąsła. Charakterystyczne ciepło rozlewało się po moim przełyku i gardle, i choć zaczynało mi się powolutku kręcić w głowie, piłam dalej.
- Nieźle – parsknęła Rzepecka, powoli siadając naprzeciwko mnie, gdy w końcu odstawiłam butelkę na stół, by zaczerpnąć powietrza. Oddychałam ciężko, bojąc się otworzyć oczy. Zachowywałam się w tamtej chwili jak gówniara, za nic nie potrafiąc zapanować nad burzą sprzecznych emocji. Nie umiałam się opanować i bolało mnie to bardziej, niż urażona przez Bartmana duma.
Na samo jego wspomnienie prychnęłam donośnie pod nosem, plecami opadając na twarde, zimne oparcie krzesła.
- Francesca?
Podniosłam głowę, w końcu spoglądając w błękitne oczy przyjaciółki. Poza ewidentnym rozbawieniem wywołanym moim zachowaniem, widziałam w nich troskę i niepokój. Nie chciałam jej zasmucić ani wystraszyć, więc zmusiłam się do delikatnego uśmiechu. Wino ciągle przelewało mi się w żołądku.
- Już mi lepiej, przepraszam – szepnęłam ze zmęczeniem.
- Kto ci aż tak zalazł za skórę, żebyś musiała wypić jedną-trzecią wina duszkiem? - Zapytała, zaplatając ramiona na piersi z tym swoim znaczącym uśmieszkiem. Jedna z jej cienkich brwi uniosła się w górę. Spróbowałam zrobić to samo, ale że nigdy nie potrafiłam takich sztuczek, machnęłam z irytacją ręką.
- Zgadnij.
- Ciągle jesteś zdenerwowana tą sprawą z Grzegorzem? - Zapytała niepewnie, wyłamując nerwowo palce. Nie powstrzymałam się i wywróciłam oczami.
- Bartman – rzuciłam tylko. Kasia poprawiła się na krześle, zakładając nogę na nogę, dłonie zaś splatając ze sobą na blacie stołu.
- Właśnie, nasz… pardon!, twój przystojniak – puściła mi perskie oko. - Rycerz na białym koniu, hm?
- Nie rozumiem.
- Wpada do ciebie nagle, bez zapowiedzi i konkretnego powodu, a niespodziewanie trafia na moment, w którym potrzebujesz kogoś, kto by cię obronił – patrzyła na mnie uparcie z tym samym uśmiechem na ustach, teraz podpierając brodę na otwartej dłoni. - I broni cię, bez zawahania, z narażeniem własnego zdrowia, ba!, może nawet życia?
Uśmiechnęłam się słabo, dotykając wewnętrznej strony prawej dłoni. Niewielka, różowa kreseczka była jedyną pozostałością po nożu, którym zamachnął się na mnie Nowicki.
Czy ja w ogóle podziękowałam Bartmanowi za uratowanie życia? Nie pamiętałam tego...
- Potem zabiera cię do swojego rodzinnego domu, żebyś choć na sekundkę nie została bez opieki – Kasia rozkręcała się wraz z moim milczeniem. - Pilnuje cię, daje ubrania, odstępuje łóżko w pokoju. Chodzący ideał! Poznałaś już jego rodziców?
- On nie utrzymuje kontaktu z rodzicami – powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Zrobiłam to chyba tylko po to, by utrzeć Rzepeckiej nosa; za bardzo się rozpędziła. Widziałam w jej oczach te błędne ogniki. Ja byłam sfrustrowana i zła, na siebie i na Zbyszka, a ona wychwala go pod niebiosa? Tak nie mogło być!
- Czyli cały dom był dla was! - Zawołała z jeszcze szerszym uśmiechem, a ja z trudem zdusiłam gorzkie westchnienie. - Bardzo jestem ciekawa jak mieszka. Wyobrażam sobie, że ma niezłą chawirę, co? Pewnie wszystko ci pokazał. A jak nie, to jestem pewna, że masz jakieś zdjęcia! Na pewno wszędzie zajrzałaś, już ja ciebie znam. Swoją drogą, może mógłby…
- Przespałam się z nim – wyrzuciłam na wydechu, zaciskając mocno powieki. W niewielkiej kuchni zapanowała grobowa cisza, przerywana tylko jednostajnym tykaniem zegara. Bez trudu mogłam wyobrazić sobie, jak Kaśka otwiera coraz szerzej oczy, szczęką uderzając o blat stołu. Byłam ciekawa, czy rozsadza ją teraz jeszcze większa energia, czy może w jej niebieskich tęczówkach dostrzegłabym ziarenko pogardy? Nie miałam odwagi tego sprawdzić.
- No powiedz mi coś – jęknęłam cicho, niepewnie otwierając oczy. Patrzyłam na swoje dłonie, wyłamując z nerwów palce. Usłyszałam skrzypienie krzesła i z pewnym strachem uniosłam wzrok na przyjaciółkę. Kasia zaczesała włosy w tył i wzruszyła lekko ramionami, przygryzając wargę. Była oszołomiona.
- Jak było? - Zapytała niepewnie, zerkając na mnie z boku. W kącikach ust Rzepeckiej czaił się rozbrajający uśmiech i kolejny potok słów. Odetchnęłam z ulgą; nie zamierzała wyprawiać mi kazania.
Uśmiechnęłam się delikatnie, czując znajomy dreszcz rozchodzący się wzdłuż linii kręgosłupa, po ramionach do samych koniuszków palców, a w dół aż po mięśnie brzucha. Delikatne ciepło objęło moją skórę, jakbym właśnie okryła się kocem. Zamknęłam oczy i pokręciłam lekko głową, czując, że pod naporem wzroku Kaśki zaczynam się rumienić. Oparłam drżące dłonie o krawędź stołu i bawiąc się swoimi palcami, kilka razy otworzyłam i zamknęłam usta, by w końcu zaśmiać się pod nosem z własnej bezradności. Byłam przecież zła na Bartmana. Nie powinnam się cieszyć, uśmiechać, czuć tego mrowienia w żołądku… moje ciało miało jednak całkowicie inne zdanie na ten temat.
- Cudownie… to jest o wiele za mało – powiedziałam mocno zachrypniętym głosem. Kasia uderzyła otwartymi dłońmi w stół i podskoczyła z podekscytowania na swoim miejscu, popiskując wesoło. Teraz nie piekły mnie już policzki, ale cała twarz i szyja.
- Chcę znać wszystkie, ale to wszystkie pikantne szczegóły! - Wykrzyknęła, zaraz łapiąc mnie za dłonie. - Spróbuj mi pominąć jedno westchnienie, to cię rozszarpię! - Wołała dalej. Zaśmiałam się głośno zastanawiając się, czy malinki na brzuchu nadal są tak widoczne jak rano?
Uśmiech zniknął z mojej twarzy jak za sprawą magicznego zaklęcia. Gorzki żal i coś na kształt zawodu powróciły do mnie ze zdwojoną siłą.
- To był błąd – mruknęłam, patrząc w obraz za oknem. Osiedle niskich budynków skąpane było w mroku. Lampa stojąca przy jednej z ulic migała w denerwujący sposób. Ulice były puste, nocne niebo zaś zasnute ciemnymi chmurami, nieprzepuszczającymi nawet skrawka promienia księżyca. Uścisk na moich dłoniach został nieco wzmocniony przez Rzepecką. Zerkała na mnie z troską. - Uznał, że nie jest facetem dla mnie i na pewno mnie skrzywdzi - fuknęłam z nerwowym śmiechem. Byłam zła na siebie, że tak łatwo pozwoliłam dojść do głosu własnym marom, sennym wyobrażeniom. Przecież to było jasne, że skończymy na tej jednej nocy. Czy miałam więc prawo czuć żal do Bartmana?
- Może się po prostu wystraszył?
- Nie proponowałam mu ślubu nazajutrz o świcie – sparowałam z przekąsem. Kasia pokręciła głową z cierpliwym uśmiechem i pogłaskała mnie po dłoni.
- Nie, pewnie, że nie. Ale wątpię, żeby Bartman wiedział jak funkcjonować w związku. Założę się, że nigdy nie miał nikogo na stałe albo było to wieki temu. Zbyt wiele razy widziałam go w pubach, za każdym razem z inną dziewczyną – wywróciła lekko oczami. Pociągnęłam nosem i uniosłam kącik ust w górę. Co racja, to racja. - Wydaje mi się, że to jednak dobrze o nim świadczy. Porozmawiał z tobą i powiedział, że nie chce skrzywdzić. Pewnie i tak zabrzmiało to jak ze słabej komedii romantycznej?
- Żebyś wiedziała! – Zaśmiałam się słabo. Zrobiło mi się nieco lżej na sercu.
- Właśnie – przytaknęła mi. - Ale myślę, że mógł mówić szczerze. Daj mu trochę czasu. Ludzie się zmieniają, ale to nie następuje w ciągu kilku godzin, choćby nie wiem jak przyjemne były – powiedziała, mrugając do mnie zaczepnie. Czy to było normalne, że moja najlepsza przyjaciółka powtarzała słowa mojego ex pacjenta i zarazem kochanka...?
- Sama już nie wiem. Jestem zła raz na niego, za chwilę na siebie… to męczące. Doradzam ludziom, pomagam im wyjść z depresji i znajduję światełko w tunelu, a sama nie potrafię sobie pomóc z własnymi myślami.
- Poczekaj, nie analizuj tego. Jeszcze do ciebie zadzwoni, zobaczysz – Kasia uśmiechnęła się promiennie, przymykając przy tym oczy. Z moich ramion zeszło całe napięcie. Nagle poczułam, że jestem w odpowiednim miejscu. Rzepecka powiedziała mi tak naprawdę oczywistą rzecz: Zbyszek potrzebował czasu. Oboje go potrzebowaliśmy, żeby zrozumieć, co właściwie się wydarzyło. Co więcej, ja sama chwilami myślałam w ten sposób, ale nie potrafiło mnie to uspokoić. Dopiero kiedy usłyszałam, że ktoś będący zwykłym obserwatorem ma podobne zdanie, odczułam niewypowiedzianą ulgę.
- Może masz rację – westchnęłam cicho.
- A pewnie, że mam! Tylko jak już ten Romeo pójdzie po rozum do głowy, to daj mu się o ciebie starać – wytknęła mi język.
- Ej! A co to ma znaczyć?
- Nie strugaj świętoszki! - Zbeształa mnie. - Już ja wiem, jak bardzo lubisz unosić się dumą. Włoski charakterek z ciebie wyłazi.
- Doprawdy? - Teraz to ja pokazałam jej język. Przepraszam bardzo, ale w jakich innych sytuacjach miałabym pokazywać odziedziczony po mamie, włoski temperament? Rzepecka omiotła wzrokiem biały sufit i puściła moje dłonie, opadając całym ciężarem na swoje krzesło.
- Po prostu daj się chłopakowi pokazać z jak najlepszej strony. O ile już się z takiej nie pokazał, hm? - Zamruczała przeciągle, w charakterystyczny sposób poruszając brwiami. - Czego się chichrasz? Ja nadal czekam na relację z twojej upojnej nocy z tym zabójczym mięśniakiem – wyszeptała, mrużąc zalotnie oczy i układając usta w dzióbek, byle wyglądać jak najbardziej ponętnie. Nie wytrzymałam, parskając głośnym śmiechem prosto w jej twarz.
- Do tego jestem jeszcze zbyt trzeźwa! - Krzyknęłam, z trudem łapiąc powietrze i ocierając policzki z łez. Kaśka wstała od stołu, chwilę szperała po szafkach i w końcu wróciła do mnie z dwoma pękatymi kieliszkami na cienkich nóżkach. Nie minęła nawet minuta, jak oba naczynia wypełniła aromatycznym trunkiem, po czym rozsiadła się wygodnie na swoim poprzednim miejscu.
- Mamy caaałą noc! A gdybyś nadal była zbyt trzeźwa, w lodówce mam jeszcze wódkę – oznajmiła. Uśmiechała się do mnie z tryumfem, upijając niewielki łyk wina, podczas gdy ja kręciłam z niedowierzaniem głową, świadoma swojej porażki. Kaca następnego dnia miałam już jak w banku.

*  *  *

Piski sportowych butów trących o parkiet. Huk uderzanej piłki. Pokrzykiwania zawodników i trenerów. Wszystko unosiło się ku sufitowi hali, brzęcząc nam w głowach.
- Lewa! Lewa!
- Trzech w bloku!
Wyskok w górę, ciało wygięte w łuk. Dosłownie sekunda opóźnienia. Ból w palcach, promieniujący aż do łokcia. Pieczenie skóry. Pasywny blok.
- Jedno dotknięcie!
- Pokryj to, graj!
Zamieszanie na boisku.
- Prawa!
- Środek!
- Kryj Kurka!
Huk uderzanej piłki. Plaśnięcie dłoni, świst przecinającej powietrze kuli, a potem klekot parkietu, gdy niebiesko-żółty pocisk wylądował przy samej krawędzi boiska. Gwizdek trenera Kowala skończył kolejną akcję.
- Out! - Wrzasnął Ignaczak, wznosząc do góry obie ręce.
- Sam jesteś out, była styczna! - Drzyzga momentalnie wpadł w siatkę. Czarna kratka odciskała mu się śmiesznie na twarzy, gdy podjudzał naszego kolegę.
- Jaka styczna?! Pięć centymetrów od linii to jest styczna?! - Puszył się libero. Uśmiechnąłem się pod nosem. Czy ci dwaj zawsze muszą robić z igły widły w czasie treningów? - Zibi! - Uśmiech zszedł mi z ust. Krzysiek patrzył na mnie przez ramię, kciukiem wskazując mokrego od potu Fabiana. - Musisz młodemu użyczyć soczewek! Chłopina niedowidzi! - Syknął, łypiąc na chłopaka kątem oka. Popatrzyłem na niego z politowaniem i pokręciłem głową. Lubiliśmy Ignaczaka, ale kiedy się nakręcił był nie do wytrzymania. Gadał jak kataryna: dużo i bez sensu.
- Bardzo mi przykro, Stary, ale była styczna – powiedziałem, nadgarstkiem ścierając pot z czoła.
- Co?!
Wzruszyłem przepraszająco ramionami. Fabian zaśmiał się głupkowato i naciągając skórę pod lewą powieką, pokazał libero język.
- I kto potrzebuje okularów, staruszku? - Zarechotał, truchtem kierując się w stronę pola zagrywki. Nieco nachmurzony Ignaczak wycofał się za linię trzeciego metra i ustawił się obok mnie do przyjęcia.
- W czyjej ty jesteś drużynie, co? - Zapytał z wyrzutem. Nie wytrzymałem i parsknąłem donośnym śmiechem.
- Igła, to tylko trening. Zostaw takie zagrywki na mecz z Zaksą w sobotę. Gwarantuję, że tamci chętnie się z tobą pokłócą – mrugnąłem wesoło do przyjaciela.
Gwizdek sygnalizujący serw Fabiana zamknął Krzysiowi usta. Pokręciłem lekko głową, ciągle susząc zęby i lekko zgiąłem nogi w kolanach, rozkładając ręce. Kłótliwe było z niego stworzenie; nie miałem zielonego pojęcia, jak Iwona go znosi.
   Kątem oka zerknąłem na trybuny. W bezpiecznie oddalonym od płyty boiska, piątym rzędzie siedziała młoda, blondwłosa kobieta. Wodziła maślanym wzrokiem za jednym z naszych środkowych, po każdej jego udanej akcji klaszcząc  w szczupłe dłonie ile miała sił. Popatrzyłem na kolegów za siatką, bez problemu odnajdując jej narzeczonego. Piotrek pomachał swojej ukochanej, korzystając z tego, że trener akurat na niego nie patrzy.
Uśmiechnąłem się z nostalgią pod nosem. Pamiętałem, jak kilka miesięcy wstecz Cichy przyszedł do szatni cały w nerwach. Gadał wtedy jak najęty, niemal upodabniając się w tym do Ignaczaka. W pewnym momencie chcieliśmy wzywać lekarza, bo Piotrek był naprawdę niezdrowo pobudzony, a przy tym rozpalony jakby dostał gorączki. Zdążył nas jednak przekonać, że to z nerwów i zaraz dostał po solidnym kopniaku w dupę od każdego z nas.
Patrząc na Zośkę nie miałem pojęcia, dlaczego tak bardzo obawiał się odmowy z jej strony. Ta kobieta była w niego wpatrzona jak w obrazek. W drugą stronę działało to zresztą identycznie.
Moje myśli poszybowały w nieodpowiednim kierunku. Zacząłem się zastanawiać, czy i na mnie ktoś kiedyś popatrzy z takim uczuciem i niezachwianą wiarą, że wszystko co robię jest dobre? Czy ja też będę mógł kiedyś prężyć na boisku pierś, pełen dumy, że ma mnie kto oklaskiwać? Czy jakimś cudem zacznę wracać do domu pełnego ludzi, zamiast po każdym treningu witać powietrze i zakurzone meble?
Wydawało mi się, że nie jestem na to jeszcze gotowy. Z drugiej strony podobne myśli nawiedzały mnie coraz częściej, a przed oczami natychmiast pojawiał mi się obraz Franceski. Uśmiechniętej, chwilami nieco zaczepnej i złośliwej. Poczułem w żołądku bolesne kłucie. Znała mnie, wiedziała jak postępowałem. Nie musiałbym znowu tworzyć otoczki gry wstępnej, czekać, aż w końcu obdarzę nową kobietę zaufaniem. To było wygodne, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Umiałem z nią rozmawiać, wiedziała o mnie dość, bym mógł zachowywać się swobodnie. Potrafiła mnie wkurwić, ale też przytrzymać żelazną ręką, kiedy było trzeba. Była... inna. Fascynowała mnie, odwiecznego zdobywcę. Czy to źle?
- Zbyszek, blok! - Głośny krzyk Achrema siedzącego na ławce rezerwowych strącił mnie na ziemię. Zdążyłem zauważyć, jak Kurek szykuje się do skoku i w dwóch susach znalazłem się pod siatką. Reszta była schematem: wyskok, wyciągnięte w górę ramiona, ciało wygięte w lekki łuk, byle tylko nie musnąć siatki nawet koszulką i jedna myśl, mknąca przez moją głowę z prędkością światła: Za późno!
Huk. Klaśnięcie piłki uderzającej o przeszkodę. Ciemność przed oczami i ból w kości ogonowej, gdy w końcu padłem na deski, dłonią osłaniając twarz.
- O kurwa, Zibi! - Przerażony Kurek pierwszy ruszył w moją stronę, przeciskając się pod siatką. Kucnął koło mnie, poczułem jego dłonie na ramionach. Potrząsnął mną lekko, niechcący obijając moją głową parkiet. Dopiero wtedy zacząłem czuć pulsowanie między oczami, powoli rozsadzające mi czaszkę, silniejsze wraz z każdym uderzeniem serca. - Ej, Stary, żyjesz? Weź no oczy otwórz!
- Żyję, żyję – jęknąłem, mocno łapiąc Bartka za nadgarstek. - Nie trzep mną jak worem kartofli.
- Zibi, usiądź – głos trenera wywołał na moim ciele dziwne, mobilizujące dreszcze. Momentalnie poderwałem się w górę, otwierając przy tym oczy: to był błąd. Ostre, halowe światło spotęgowało łupiący mi pod czaszką ból, aż spomiędzy moich zębów wydostało się głośne jęknięcie.
- Nic mi nie jest, trenerze – powiedziałem cicho, przez nos. - Zamroczyło mnie tylko.
Kowal uśmiechnął się delikatnie, klękając przy mnie na jedno kolano i asekuracyjnie podpierając mnie za plecami. Igła, Drzyzga, Wojtaszek i Achrem w kilka sekund znaleźli się obok mnie.
- Nie kozacz, tylko pokaż co ci Kura rozkwasił – powiedział Andrzej, machając na Ogonowskiego.
- Nic mi nie rozkwasił, nie ma tyle siły – zaśmiałem się, w końcu odejmując dłoń od twarzy. Momentalnie poczułem ciepłą, lepką ciesz nad górną wargą. Kurek syknął z niesmakiem, Kowal mruknął coś pod nosem, a ja, niczym w transie, przesunąłem opuszkami po wardze, zaraz spoglądając na swoje umazane krwią palce. Kolejna stróżka charakterystycznie pachnącej cieczy spłynęła mi po same usta; niemal od razu poczułem metaliczny posmak na języku, krzywiąc się z obrzydzeniem. Zrobiło mi się duszno, słabo. Niedobrze. Nienawidziłem tego smaku, zbyt długo byłem na niego skazany w szpitalu, za często nawiedzał mnie nocą.
- Trzymaj – Olieg podał mi chusteczkę i butelkę wody.
- Zibi, sorry, nie chciałem.
- Daj spokój, przecież żyję – bąknąłem do Bartka, wycierając usta i starając się nie oddychać przez nos. - Wypadek przy pracy, zdarza się.
Nie zauważyłem, kiedy Jacek kucnął obok mnie z całą apteczką. Nie zwracałem na niego uwagi dopóki nie zaczął mi gmerać przy opuchniętej chrząstce patyczkiem kosmetycznym. Wtedy odsunąłem się od niego z sykiem, czując jak łzy zbierają mi się w kącikach oczu.
- Złamany? - Kowal patrzył wyczekująco na naszego fizjoterapeutę, gdy ten grzebał w różnych pudełkach.
- Na szczęście nie, tylko mocno obity. Tampon w nos, niech pogrzeje ławę do końca treningu i nie będzie śladu – powiedział wesoło, bez ostrzeżenia wtykając mi zwiniętą gazę do nosa. Posmarował mi twarz jakąś maścią, zaczął wypytywać, czy kręci mi się w głowie. Zanim w końcu pozwolił mi usiąść na ławce rezerwowych, a reszcie skończyć mecz, minęło dobre pięć minut.
- Jak ty to zrobiłeś? - Ignaczak stanął nade mną po treningu, jedną rękę wspierając na biodrze, w drugiej ściskając bidon. Wzruszyłem ramionami, powoli wyciągając gazę umazaną zaschniętą krwią z nosa.
- Za późno wyskoczyłem.
- Chodziło mi raczej o to, dlaczego zrobiłeś to za późno – westchnął, opadając ciężko na krzesełko koło mnie. Popatrzyłem na niego z niezrozumieniem, palcami ugniatając nasadę nosa. Byłem pewien, że nazajutrz obudzę się z sińcami pod oczami. Opuchlizna już była słusznych rozmiarów, a miałem wrażenie, że ciągle rośnie i pulsuje.
- A bo ja wiem? - Bąknąłem. Nie mogłem sobie przypomnieć sytuacji przed wyskokiem.
- Jakiś strasznie zamyślony jesteś od tygodnia. Wyłączasz się raz na jakiś czas i dopiero jak się huknie, to wracasz na boisko.
- Serio? - Zmarszczyłem lekko brwi. Aż tak było widać, że coś zajmuje moje myśli mocniej od treningu?
    - Ty chyba nie, no wiesz - Krzyś podrapał nerwowo kark dłonią. - Nie bierzesz znowu jakiś dziwnych leków, prawda? - Zapytał szeptem. Popatrzyłem na niego jak na wroga, mocno zaciskając szczęki.
     - Mam nadzieję, że to było pytanie retoryczne - warknąłem. Igła westchnął ciężko, choć jakby z ulgą.
- Wiesz, że jak się tak zagapisz na meczu, to cię wszyscy rozszarpią?
- Ta, domyślam się – mruknąłem, dłonią trąc tył głowy. Naprawdę tak wiele razy się zawiesiłem, żeby nawet Igła to zauważył? A może był po prostu lepszym obserwatorem, niż mi się wydawało?
- No to co ci spędza sen z powiek, mi amigo? Czekaj, czekaj, sam zgadnę! - Zawołał, wydymając lekko dolną wargę. Popatrzyłem na niego spod wysoko uniesionej brwi. - Obstawiam, że ma długaśne, opalone nogi, płaski brzuch, miseczkę minimum C – zatoczył dwa okręgi przed swoją klatką piersiową, wyrywając z moich płuc krótki śmiech – a w dodatku pełne usta i cud włosy, hę?
Rechotał jak głupi, dźgając mnie z łokcia w bok, a ja tylko podśmiewałem się pod nosem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Głupi jesteś jak but – parsknąłem.
    - No co, przecież to jest "typ ZB9" - wywrócił oczami, w powietrzu kreśląc cudzysłów. Skrzywiłem się lekko. - No mów, o kim tyle myślisz?
- O… kimś... – mruknąłem, odwracając od libero wzrok. Pierwszy raz od dawna poczułem się tak niekomfortowo przy Igle. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nie dość, że sam nie rozumiałem swojego toku myślenia, to w dodatku za nic nie chciałem pogadanki o tym, jak niedojrzały jestem. Przecież nie mogłem pisnąć choćby słowem o Francesce, ani Ignaczakowi ani nikomu innemu. Zaraz zrobiłby mi wykład, kazał trzymać się od niej z daleka. Poza tym nie miał pojęcia, że to z Panią Psycholog spędziłem ostatni tydzień mojego przymusowego wolnego. Nie wiedział o niczym, a ja nie miałem chęci ani siły, by mu się z tego spowiadać. Czułem, że to nie jest odpowiedni moment.
- Ale chodzi o  kobietę? - Upewnił się, gdy za długo milczałem.
- Nie, o mężczyznę.
- Co? - Zapytał z trudem, wypuszczając całą rezerwę powietrza z płuc. Popatrzyłem na niego jak na zjawę, po krótkiej chwili pukając się wymownie w sam środek czoła.
    - Uruchom mózg, Stary.
Gwizdek trenera uratował mi tyłek. Machnął na nas ręką, kazał iść do szatni i poczekać na sztab szkoleniowy. Umknąłem przed Ignaczakiem, wymigując się potrzebą ciepłego prysznica i skontrolowania kontuzji u Jacka. Dziwnie się czułem, kiedy tak na mnie patrzył. Nie miałem pojęcia, czy chce mnie przytulić, czy może przywalić mi za wymyślanie głupot. Bo przecież ta cała sytuacja, w jakiej znalazłem się z własnej woli - to była głupota. Ja byłem jedną, wielką, chodzącą głupotą.
- Chłopaki, żenię się! - Piotrek wpadł do szatni spóźniony, zdyszany, ale przeszczęśliwy, przerywając moją gonitwę myśli. W pomieszczeniu zapanowała niezdrowa cisza; Igła zastygł ze skarpetką rozłożoną w powietrzu, Wojtaszek wychylił głowę z łazienki, a Kurek tylko uniósł wysoko brew, cofając się pół kroku. Wymieniliśmy zaniepokojone spojrzenia.
- Wiemy, Cichy… - mruknął Fabian, zerkając krytycznie na kolegę. My również nie szczędziliśmy mu zaskoczonych spojrzeń, ale Nowakowski zdawał się tego nie zauważać. Uśmiechał się jak głupi do sera i niemal w podskokach przemierzył całą szerokość naszej zawalonej ciuchami i sportowymi torbami szatni.
- Tępaki, ślub biorę! W czerwcu, po skończeniu ligi i memoriału – powiedział na wydechu, machając w powietrzu białymi kopertami. Jak na pstryknięcie palcem, każdemu na usta wpełzł szeroki uśmiech. Piotrek w pośpiechu rozdał nam zaproszenia, po czym stanął na środku szatni i wziął głęboki oddech, żeby ostudzić własne emocje.
- No, tak więc oficjalnie, chciałbym was zaprosić na mój ślub z Zośką. Dwudziesty piąty czerwca, w kościele świętej Jadwigi w Zabrzu, o siedemnastej. Zaraz potem zapraszamy na wesele, na zaproszeniu jest podany dokładny adres – Piotrek machnął ręką, ciągle nie mogąc złapać oddechu. Mówił szybko, z rumieńcami na twarzy, żywo przy tym gestykulując. - Wiem, że wszyscy będziecie chcieli odpocząć po całym sezonie, ruszyć na wakacje, część musi złapać oddech przed kadrą, ale mam nadzieję, że dla mnie i Zochy znajdziecie dwa dni – uśmiechnął się jak mały chłopiec, wodząc po nas wzrokiem kota ze Shreka. Zgodnie potwierdziliśmy, że zjawimy się w Zabrzu o wyznaczonej godzinie, ale nim zdążyliśmy wstać ze swoich miejsc i jeszcze raz złożyć gratulacje naszemu środkowemu, do szatni wszedł Kowal razem z drugim trenerem i wiceprezesem klubu.
- Co wam tak wesoło? - zapytał Andrzej, zakładając ręce na piersi. Kiedy nie graliśmy meczu, nie trenowaliśmy, traktował nas na równi z sobą. Każdy z nas to cenił i choć wielokrotnie narzekaliśmy na sposoby, w jakie prowadzi treningi, żaden nie chciałby innego trenera na jego miejsce.
- Pitu się hajta! - krzyknął Kurek, zaraz zakleszczając głowę Piotrka między swoim przedramieniem, a bicepsem, dłonią drugiej ręki czochrając mu włosy. Ryknęliśmy śmiechem, kilka osób zagwizdało na palcach, ktoś zaczął zapalczywie klaskać w dłonie.
- Gratulacje – Kowal skinął Nowakowskiemu głową, gdy ten w końcu uwolnił się z morderczego uścisku Bartosza, cały czerwony na twarzy.
- Dziękuję – wydyszał z szerokim uśmiechem.
- Kiedy?
- W czerwcu, pod koniec.
- To dobrze! - Kowal machnął ręką. - Już się bałem, że żaden z was nie pojawi się w sobotę na imprezie dobroczynnej.
- Imprezie dobroczynnej? - Ignaczak nadstawił uszu, skupiając w ten sposób uwagę wszystkich siatkarzy na naszym selekcjonerze.
- Prezes zgłosił nasz klub, a więc was jak i cały sztab szkoleniowy, do udziału w licytacji obrazów młodej studentki z naszego miasta. Dziewczyna studiowała na ASP w Warszawie, ale musiała zrezygnować, kiedy lekarze zdiagnozowali u niej SM. Choroba wyjątkowo szybko u niej postępuje, jeździ już na wózku, ale ciągle maluje. Karolina to bardzo silna dziewczyna, miałem okazję z nią rozmawiać. Bardzo mi zaimponowała, bo tak naprawdę nie chciała niczego za darmo. Zgodziła się, żeby aktorzy czy piosenkarze wystawili na licytację dla niej swoje dzieła tylko wtedy, jeśli ona sama da coś od siebie. Potrzebuje tych pieniędzy, żeby mogła kontynuować rehabilitację w pełnym wymiarze. Wiecie, ile kosztuje fizjoterapeuta, a Narodowy Fundusz Zdrowia nie sfinansuje jej wszystkiego. Nie musicie nic kupować, my jako klub dajemy do licytacji dzień treningowy z Fabianem i Kurkiem i koszulkę z waszymi podpisami, to zawsze ktoś kupi, a możemy pomóc – trener wsunął dłonie do kieszeni, przytaknęliśmy mu tylko. Bartek i Fabian przybili sobie piątki. - Po całej licytacji ma być jakiś niewielki bal, trochę tańczenia, trochę jedzenia – Kowal wzruszył ramionami. - Możecie zabrać ze sobą dziewczyny. Obecność jest obowiązkowa i wszyscy mają być pod krawatami. Jasne?
Jęknęliśmy cicho na wzmiankę o krawatach, ale w końcu zgodziliśmy się, że wszystko zrozumieliśmy.

~  *  ~



Hej haj helloł :) Powyższa wersja, choć była na sprawdzeniu u bety, to zawiera elementy, których nawet ona nie czytała ;). Postanowiłam kilka drobnych rzeczy zmienić w biegu historii, co by nie zostać źle zrozumianą. Ale rdzenia opowiadania nie naruszam, także spokojnie. Dobrze się czytało? Trzeba mi było troszkę zwolnić akcję - ostatnio wystarczająco dużo się tu działo. Ale pozostańcie czujne. Ze mną nigdy nic nie wiadomo ;p.

Przez długi czas nie odpowiadałam na Wasze komentarze, bo zwyczajnie zżerała mnie jesienna chandra. A uwierzcie mi, wtedy jestem nie do życia - źle postawiony przecinek mnie wku.... khem, złości ;). Teraz już jest jednak lepiej (byle nie zapeszyć!) i jeśli tylko czas pozwoli, "pogadam" z Wami pod tym rozdziałem :*. A teraz uwaga, zajadę prywatą, ale potrzeba mi bezstronnej opinii :P Myślicie, że człowiek jest  w stanie chodzić na uczelnię, uczyć się, pracować, robić praktyki w szpitalu, trenować kosza, chodzić na fitnessy, uczęszczać na kurs hiszpańskiego, spędzać jakieś 1,5-2h dziennie w kuchni i jeszcze mieć czas dla siebie...? :D (tak, uchodzę za osobę normalną).

Edit: Ja nie wiem, czemu tak się uwzięłyście na Zbyszka... Jak dla mnie to Francesca tutaj dostaje szału, nie on. A jak już tak bardzo chcecie miłości, dobrze - niech wam będzie, że to jest miłość. Nie wyszło mi opowiadanie i widzicie tu miłość - trudno, moja wina. Mój ból. Ale ta miłość jest wyuzdana i brzydka, niebezpieczna i po prostu zła; to nie jest uczucie, o którym dziewczyny marzą przed pójściem spać. I mam nadzieję, że tylko nie dacie się zaślepić za mocno...

23 komentarze:

  1. Czy to znaczy, że jestem pierwsza? Ludzie, czytajcie ten rozdział, bo jest niesamowity. Cieszę się z powrotu tej szalonej Kaśki. Jestem ciekawa, czy wódka będzie musiała wkroczyć do gry? Zbychu? Ktoś tu chyba nieco zwariował na czyimś punkcie? Czekam z niecierpliwością na ich kolejne spotkanie. Weny, ściskam ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. O! Kiedy ten rozdział się ukazał? Tydzień temu czy wczoraj?
    Bardzo ciekawy rozdział :)
    Fajnie że Francesca ma kogoś takiego jak Kaśka i może się wygadać.
    A Zbyszek? Widać ze dziewczyna siedzi mu w głowie i nie chce wyjść...
    Tylko co dalej?
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Data wstawienia rozdziału jest nad jego tytułem ;)

      Usuń
  3. oj namieszała Franka Zbyszkowi w głowie...ale przecież nie miało być big love. to co się stało? samo pożądanie? czy to, że do Zbyszka dotarło, że kobiety można traktować inaczej? inaczej niż jedna noc i wypad? hmmm

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fascynacja. Bo Francesca nie leci w jego ramiona jak każda poprzednia

      Usuń
  4. Siedzę sobie dzisiaj spokojnie, pije kawę aż tu nagle taka myśl: kurde, wczoraj była nowa fobia przecież! Szybko odkładam kubek, sprawdzam najpierw kalendarz a później szybko wchodzę na bloga. No jak wariatka :D co Ty dziewczyno ze mną robisz?! :D a rozdział oczywiście świetny, chociaż liczyłam na to że się spotkają :D hmm może w następnym... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tylko nadzieję, że ani Ty ani kubek nie ucierpieliście przy tej akcji :P

      Usuń
  5. Hejo :*
    Jak dziwnie mi się dzisiaj czytało ! Nie, żeby z rozdziałem było coś nie tak, ale co tak krótko ??? Zazwyczaj spędzałam tutaj godziny, a teraz ten kawałeczek zajął mi kilkanaście minut :P

    Dobrze zrobiłaś :) Może dzisiaj nie wyląduje w szpitalu z palpitacjami serca :P. Dalej się zastanawiam nad tym dlaczego nie będzie "wielkiej miłości". Czytając towarzyszy mi uczucie, że Frania i Zbysiu będą jednak w związku, będzie dużo miłości i będziemy wszyscy rzygać tęczą :D, a tak jak poinformowałaś, że to nie będzie opowiadanie tak jak 95 % innych w blogosferze to mam już mętlik w głowie. Jestem ogromnie ciekawa jak to się potoczy, bo nie mam nawet obrazu w głowie na to opowiadanie :)

    Co do Twojego pytanka to odpowiem jak moi byli trenerzy zawsze mówili : "WSZYSTKO JEST DO ZROBIENIA" " NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH"
    Chociaż, moim skromnym zdaniem ZAHARUJESZ SIĘ KOBIETO NA ŚMIERĆ !
    Ciężko jest czasami z czegoś zrezygnować, najbardziej z rzeczy, na których najbardziej Ci zależy. Jednak czasami zrezygnowanie z kilku czynności wychodzi na dobre :)

    Świetnie dobrana piosenka do rozdziału, można się jeszcze bardziej wczuć :D
    Pozdrawiam cieplutko Dooma :). <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to dlatego, że o wiele mniej się dzieje :) ale trochę to zmienimy, już niedługo.
      A sprawy wyborów prywatnych same mi się rozwiązały, także nie ma nad czym gdybać :p xd

      Usuń
  6. Zajebiście czytało się część o Zbyszku �� już nie mogę doczekać się przyjęcia i wesela Piotrka. Rozdział jak zwykle genialny. Do następnego ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do weselicha jeszcze kawał czasu - w "moim" Rzeszowie jest dopiero marzec :p

      Usuń
  7. Szczerze to jednak troche miłością zalatuje, i nie wkurzaj sie bo to przecież nic złego.
    My tylko chcemy zobaczyć zakochanego Zbycha i triumfalnie stwierdzić, że nawet takiego twardziela uczucie zmiękczyło.
    Rozdział jak zawsze genialny. Rozwaliła mnie pijaczka Fran xd ja uwielbiam takie ploteczki przy winie w damskim wykonaniu wiec moim zdaniem to byla najlepsza część rozdziału.
    Czekam co sie tu dalej stanie. do nastepnego :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wkurzam się na samą siebie, bo tu miało nie być miłości, a nie udało mi się tego przekazać. No ale zobaczymy jak będzie dalej.

      Usuń
  8. Obydwoje chodzą jak struci. I zgodzę się z moimi przedmówczyniami, trochę "zalatuje" jakimś uczuciem mimo wszystko, bo gdyby tak nie było to ich myśli nie byłyby wypełnione tą drugą osobą. Bartman zdecydowanie potrzebuje czasu żeby ogarnąć nową dla siebie sytuacje, tylko pytanie czy do tego momentu Fran nie zostanie zjedzona przez własne myśli. Dobrze, że chociaż mogła się wygadać Kaśce, zawsze to jakoś lżej.
    Nie mam pojęcia jak to pociągniesz, ale liczę na jakieś zaskoczenie :D
    Co do Twoich aktywności to podziwiam, po prostu człowiek orkiestra :D

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już to chyba jakąś fascynacją "zalatuje", uczucie tak szybko nie przychodzi, już pomijając wszystko :p Naprawdę, spokojnie :)

      Usuń
  9. Przeczytałam edit i powiało grozą, dlatego z drżącymi dłońmi przystępuję do pisania komentarza ;) Dobra, tak naprawdę wcale nie miało być w nim peanów na cześć rzekomego "uczucia" Fran i Zbyszka, więc luz ;) Przejrzałam natomiast to, co napisały przedmówczynie i zastanawiam się, co powoduje, że czytelniczki uparcie optują za danym rozwiązaniem fabularnym. Podejrzewam, że albo czasami za bardzo chcemy przeforsować w swoim opowiadaniu jakiś wątek, ale nie do końca jesteśmy w tym przekonujące dla odbiorców, albo po prostu chodzi o sztandarową zasadę fanficków, głoszącą, że każda historia musi zawierać mniej lub bardziej wyeksponowane elementy "prawdziwej miłości", bo inaczej wręcz z automatu staje się mniej atrakcyjna. Trochę wyszło masło maślane, bo w kontekście Fobii w sumie jedno wynika z drugiego, ale wiadomo, o co chodzi. Nie uważam natomiast, że popełniłaś jakiś błąd, po prostu wszystko zależy od punktu widzenia. Ile ludzi, tyle interpretacji, więc na dłuższą metę chyba nie da się z tym "walczyć", bo każdy może dostrzec coś innego. A jeśli już mowa o tym, co nas złości, to mnie osobiście od jakiegoś czasu drażni w opowiadaniach "instytucja" najlepszej przyjaciółki, a może raczej nie instytucja, tylko jej zachowanie w stylu "Ale co, jak, gdzie, kiedy i dlaczego? Opowiadaj ze wszystkimi szczegółami!". Plus niezdrowa ekscytacja. Na szczęście Kaśkę polubiłam, więc to żaden przytyk do jej postaci, chciałam się tylko wygadać :P Wiem, że w prawdziwym życiu przyjaciółki są podobne, ale skoro zaczęło mnie to irytować, to chyba się starzeję.
    Przechodząc jednak do najważniejszego - cóż, ta noc na pewno miała na nich oboje niezaprzeczalny wpływ. Mam nawet wrażenie, że Zbyszek popatrzył na siebie jakby przychylniejszym okiem, a może po prostu dostrzegł światełko w tunelu. Przez wiele lat myślał o sobie tak źle, jak to tylko było możliwe, będąc święcie przekonanym, że nie zasługuje na nic dobrego, ba, że on sam nigdy nie będzie w stanie dać nic dobrego od siebie. Wszystko stało się dla niego zero-jedynkowe, jednoznaczne, a przecież nigdy tak nie jest.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależało mi po prostu na tym, żeby to nie był sztandarowy fanfik. Tu nie miało być miłości, ale jak widać mi się to nie udało, więc walczyć nie będę :)

      Usuń
  10. A ja miałam nie komentować tego rozdziału. Ale w Twoim post scriptum pod post scriptum jest tyle złości, że aż muszę. A w zasadzie nie muszę, bo Selene już się z tematem rozprawiła. Jednak od siebie dodam: Fobie dają swobodę interpretacji i to jest ich niesamowita zaleta, Twoje opowiadanie zmusza do zastanowienia, co powtarzane było już tu wielokrotnie. Trudno się zatem dziwić, że ścieżki przypuszczeń co do motywacji i zachowań bohaterów będą sobie biegły w różnych kierunkach, mniej lub bardziej oczywistych czy stereotypowych.
    Zresztą szczera odpowiedź na pytanie dlaczego tak wiele czytelniczek koniecznie chce doszukać się uczucia padała powyżej.
    Karolinetta: My tylko chcemy zobaczyć zakochanego Zbycha i triumfalnie stwierdzić, że nawet takiego twardziela uczucie zmiękczyło.
    Bardzo fajna wypowiedź i na jej bazie dopiero by można napisać rozprawkę, a na pewno przepis na udaną komedię romantyczną :)
    A tymczasem Ty rób swoje, najważniejsze, żeby Tobie podobało się to co i jak piszesz, bo tylko wtedy emocje mogą stać się udziałem odbiorców. A nam pozwól sobie zaszaleć w komentarzach nawet jeżeli nie do końca zbieżnie z zamysłem opowiadania. Mnie na przykład bardzo zastanowiło stwierdzenie: "Ale ta miłość jest wyuzdana i brzydka, niebezpieczna i po prostu zła". I jeżeli ciąg dalszy rzeczywiście planowałabyś w tym kierunku, to tutaj jeszcze masa ran na otwartych sercach bohaterów się szykuje. Mrocznie, moje klimaty :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie tak, że ja chcę Wam ograniczyć interpretację - ale z drugiej strony tak, złoszczę się, że nie potrafię przekazać Wam takiej pointy, wniosków i emocji, na jakich mi zależy. Wypowiedź Karo jest fajna, ale Zbyszek miał nie dać się zmiękczyć. Po prostu. Aczkolwiek moja złość to tylko i wyłącznie złość na siebie samą, więc aż tak się nie przejmujcie, spokojnie;). Czy faktycznie będzie mrocznie to się okaże, bo ja już tracę wiarę. A czemu miałaś nie komentować?

      Usuń
    2. A bo to taki rozdział na przetrzymanie. I nie zrozum tego źle, po prostu kulminacja nastąpiła w poprzednim i teraz na paraboli opowiadania znów sobie łagodnie spadamy aż do nadbudowania napięcia na kolejny pik. Normalna struktura.
      Fran nosi, trudno żeby było inaczej, ale w sumie do końca nie wiadomo co: czy zachowanie Zbyszka, czy to że uległa, czy rozczarowanie czy wszystko naraz i jeszcze parę innych rzeczy. Zbyszek sobie gra w siatkówkę na ile potrafi i coś tam się w nim wewnętrznie poruszyło, ale na ile trwale, na ile znacząco też trudno powiedzieć. Końcówka sugeruje, że trzeba z kimś na imprezę przymaszerować, ale nie wyciągałabym daleko idących wniosków.
      Zasadniczo: z tego punktu możesz nas poprowadzić gdzie Ci się żywnie zachce i wszystko może być wiarygodne. Historia troszkę zaczyna się na nowo, wiem o bohaterach więcej, mają wspólną przeszłość, wcale niełatwą, ale ulepić z tego można naprawdę każdą, dowolną wersję wydarzeń. Więc zamiast snuć przypuszczenia i mieszać w samej wodzie z cukrem chciałam sobie poczekać na ciąg dalszy, aż pojawi się jeszcze jakaś herbata do mieszania :) . Chyba się jednak nie udało ;).
      P.S. Wypowiedź Karolinetty spodobała mi się przede wszystkim ze względu na użyte "triumfalnie". Dla mnie to słowo klucz w tej wypowiedzi :) W świecie nadal rządzonym przez facetów chcemy rządzić tymi facetami - bardzo duże uproszczenie, wiem. A prywatnie - moim zdaniem nie dałaś dotychczas żadnych podstaw, żeby sądzić, że naszą dwójkę może łączyć coś więcej niż wzajemna fascynacja o podłożu erotycznym.

      Usuń
  11. Czemu wyświetla mi się niby, że jest rozdział 16 a tak naprawdę go nie ma? 🙁🙁🙁

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.