BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

4 lis 2016

Fobia szesnasta


- Nie chcę tam iść – burknęłam, przytulając ozdobną, czerwoną poduszkę do piersi. Siedziałam skrzyżnie na swoim łóżku, wodząc za Kaśką zirytowanym spojrzeniem. Wyciągała z mojej obszernej szafy wszystkie sukienki po kolei, oglądała je mało przychylnym okiem, po czym rzucała je na stojącą obok pufę. Materiał piętrzył się na niewielkim meblu, część kreacji spłynęła swobodnie na podłogę, a Kasia nadal penetrowała moją niewielką garderobę w poszukiwaniu czegoś „idealnego” na taką okazję.
Mówiąc „taką okazję” miałam na myśli bal charytatywny, na który dostałam zaproszenie od samego prezesa Resovii. Spłynęła na mnie gloria i chwała! Też coś...
- Wiesz, że musisz – odpowiedziała mi przyjaciółka, z dziwną miną oglądając moją ulubioną, niebieską sukienkę, w której chodziłam na plażę we Włoszech. Westchnęła głęboko, pokręciła z rezygnacją głową i odrzuciła ją na wspomnianą wcześniej stertę, jakby była najgorszym śmieciem. Ja natomiast zmierzyłam plecy przyjaciółki pogardliwym spojrzeniem. Zaczynała działać mi na nerwy nie tyle swoją nachalnością i upartością, co strzelaniem tych beznadziejnych min. Nie byłam szafiarką, nie czytywałam pisemek o modzie; ubierałam się w to, co mnie się podobało, w czym czułam się dobrze i swobodnie. Chyba nie bez kozery mówi się, że o gustach się nie dyskutuje, prawda?
- Ja nic nie muszę, Kaśka – zauważyłam sceptycznie. - Ewentualnie mogę, a nie mam na to najmniejszej ochoty.
- Ale dlaczego? Pobawisz się, napijesz, pokręcisz tyłkiem – mówiła z uśmiechem, poruszając mocno biodrami na boki – a przy okazji spotkasz się ze swoim cudownym, boskim Romeo.
- Niech mi się nie pokazuje na oczy – warknęłam, szybko odwracając głowę w bok. Rzepecka cudownie się bawiła, ilekroć moją twarz pokrywała szkarłatna czerwień, a działo się tak za każdym razem, gdy wspominała przy mnie Bartmana. Problem polegał na tym, że zaczynałam przypominać buraka nie ze wstydu czy z podniecenia, a ze złości. Zignorował mnie tak, jak tylko potrafił najlepiej. Na początku było mi przykro, choć wiedziałam, że nie powinno. Pozwoliłam Bartmanowi wleźć sobie do łóżka i teraz miałam tego konsekwencje, nie mniej im więcej czasu mijało, tym większa zadra tworzyła się w moim sercu. Czułam się wykorzystana i uważałam, że mam do tego pełne prawo. Kaśka natomiast usilnie próbowała mi wmówić, że rumienie się na wspomnienie wysportowanego ciała Bartmana. Jego szerokiej klatki piersiowej ponad moim ciałem. Zielonych, błyszczących oczu z niebezpieczną, nieco ironiczną iskrą tlącą się w ich głębi. Za ciepłymi dłońmi odbierającymi mi kontrolę nad własnym umysłem, ciałem, nad zmysłami…
- … czemu ty się tak na niego uwzięłaś? - usłyszałam i gwałtownie pokręciłam głową. Nawet nie zauważyłam chwili, w której przyśpieszył mi oddech, a irytujący gorąc rozniósł się z policzków na całą twarz, szyję i dekolt. Zacisnęłam na krótką chwilę zęby, próbując zebrać się do kupy. Nienawidziłam, gdy Kaśka rozumiała moje uczucia lepiej, niż ja sama. I jakim prawem obraz wyrzeźbionego ciała Bartmana wracał do mnie niczym bumerang?! Wyglądanie w ten sposób powinno być zakazane, jak Boga kocham!
- Nie chcę go po prostu widzieć. Pewnie przyjdzie z następną kochanką i będzie sobie ze mnie stroił żarty.
- Tak, na pewno o niczym innym nie marzy jak tylko o tym, żeby ci zrobić na złość – bąknęła Rzepecka, teatralnie przewracając przy tym oczyma.
- Dasz mi w końcu spokój? Po prostu nie chcę tam iść, w dodatku całkowicie samemu.
- Dostałaś zaproszenie z osobą towarzyszącą, czemu nikogo nie znalazłaś? Wiesz, ile w necie jest portali, żeby znaleźć partnera na wesele albo jakąkolwiek inną zabawę? Z resztą i na samym facebook'u jest mnóstwo takich grup, wystarczyło się zainteresować!
- Kaśka, wiesz doskonale, że nie poszłabym z nikim obcym. Nie daj Boże wyszłaby mu słoma z butów, jak spojrzałabym prezesowi Pankowi w twarz, hm? - zapytałam zmęczonym głosem, wspierając skroń na trzech palcach. - Poza tym byłam pewna, że wymigam się jakąś delegacją, spotkaniem, chorobą… że pomożesz mi się z tego balu wykaraskać. Nie sądziłam, że staniesz przeciwko mnie.
Kasia westchnęła ciężko, bez słowa wyjmując z szafy wąską, kremową sukienkę obszytą po bokach czarną koronką. Natychmiast zaświeciły jej się oczy.
- Uuu, ładne!
- Za mała na mnie – mruknęłam z rezygnacją.
- To po co ją trzymasz?
Wzruszyłam niedbale ramionami.
- A bo ja wiem? Może z sentymentu, a może po prostu wieki temu miałam na sobie coś innego niż spódnicę i garsonkę? Nikt mnie nigdzie nie zaprasza; nie wychodzę, to nie sprawdzam, co mi zalega w szafie.
- Teraz płaczesz, a jak cię zapraszają, to nie chcesz iść!
- Bo nie chcę widzieć Zbyszka, rozumiesz? - Zapytałam, nie panując już nad własnym głosem. - Ja już nie jestem jego psychoterapeutką, nie jestem nawet koleżanką. Jestem jego byłą kochanką – szepnęłam, ze wstydem odwracając twarz ku oknu.
Bałam się. Cholernie bałam się reakcji własnego ciała na widok Zbyszka. Nie chciałam zbłaźnić się przed całym zarządem Asseco Resovii, przed siatkarzami, aktorami, sportowcami innych dyscyplin i w końcu dziennikarzami obecnymi na tej gali. Wiedziałam, że jeśli go zobaczę albo zabraknie mi słów, albo uderzę w jedną ze skrajnych emocji: gniew i chęć zrobienia mu publicznej awantury lub płacz zakończony spektakularną ucieczką do łazienki. To wszystko było po prostu zbyt świeże dla mnie, bym ot tak mogła pojawić się obok Bartmana udając przy tym, że kompletnie go nie znam. Nie umiałam tak, nigdy.
Kasia usiadła na skraju łóżka i popatrzyła na mnie życzliwie, po chwili kładąc mi drobną dłoń na ramieniu. Niewidoczne wsparcie i energia, jakich dodał mi ten jeden, prosty gest były dla mnie nieocenione.
- Wiesz, co zrobiłabym na twoim miejscu? Poszła na ten bal w najnowszej, najseksowniejszej sukience jaką udałoby mi się kupić, zrobiłabym się na bóstwo u fryzjera, umalowała jak aktorka na galę Oscarów i poszła na tę imprezę tylko po to, by pokazać Bartmanowi, jak wiele traci.

Przeszklone ściany domu kultury w Rzeszowie idealnie zastępowały lustro. Cała Asseco Resovia wyległa z prywatnych samochodów na okalający go parking, schodząc się w jednym miejscu na tyłach budynku. Bez trudu wyławiałem z szumu głosów charakterystyczny ton trenera Kowala, miłe słówka prezesa, tubalny śmiech Kurka czy wschodni akcent Alka. Wybranki moich kolegów zgodnie otoczyły ukochaną Pitera, piszcząc na widok jej pierścionka zaręczynowego i gratulując jej zmiany statusu. Chłopcy skupili się w małe grupki, dyskutując zawzięcie o zbliżających się sezonach kadrowych albo o ostatniej wygranej F. C. Barcelony nad Realem Madryt. Ja stałem przed jedną z szyb, usilnie próbując prawidłowo zawiązać sobie krawat pod szyją. Śliski materiał wypadał mi co chwilę spomiędzy palców, a powstający śledź był przechylony to na jedną, to na drugą stronę.
- Daj, ty ofiaro losu.
Ignaczak postawił mi kołnierzyk koszuli na stójce i bez ostrzeżenia wsunął się między mnie, a szklaną powłokę sprawiając, że dystans między naszymi ciałami uległ niezdrowemu zmniejszeniu się poniżej zera. Zgromiłem go wzrokiem i odsunąłem się pół kroku w tył.
- Ostrzegaj na przyszłość, że chcesz się przytulić – bąknąłem, palcami zaczesując włosy. Znowu za krótko mnie obcięli u fryzjera. I tak nie miałem się czym popisać, jeśli chodziło o bujność czupryny, a oni mnie jeszcze ścinali niemalże na zapałkę.
Krzysiek uśmiechnął się półgębkiem, majstrując przy mojej szyi.
- Już. Piękny jesteś, możesz łamać kobiece serca – oznajmił, strzepując mi niewidzialny pyłek z klubowej marynarki. - Bylebyś tylko trzymał się z dala od Iwonki – pogroził mi. Wywróciłem ostentacyjnie oczami i przejrzałem się w przeszklonej ścianie, poprawiając jeszcze raz kołnierzyk.
- Nie interesują mnie mężatki.
- Sugerujesz, że moja żona już się nie nadaje? - Zapytał, z przekorą udając zirytowanie i unosząc jedną brew w górę. Obróciłem się na pięcie, wyławiając Iwonę spojrzeniem i uśmiechnąłem się delikatnie. W małej czarnej obsypanej ciemnym brokatem, wysokich szpilkach i z klasycznie rozpuszczonymi, prostymi niczym struna włosami jak zwykle prezentowała się zjawiskowo.
- Nadal przyciąga spojrzenia, nie tylko twoje – zauważyłem, klepiąc się po kieszeniach spodni. - Gdyby nie była twoją żoną, już bym się koło niej kręcił.
- Zibi… - mruknął ostrzegawczo. Miałem wrażenie, że tym razem już nie żartował.
- Czego chcesz? - Wzruszyłem ramionami. - Piękna jest, sam to przecież wiesz. Masz szczęście, że za ciebie wyszła.
- Uznam to za komplement, tylko zmieńmy temat – Ignaczak zaplótł ramiona na piersi, czujnym spojrzeniem wodząc za swoją ukochaną. Przygryzłem koniuszek języka i westchnąłem głęboko. Chyba nieświadomie załatwiłem Iwonce opiekę na cały wieczór… - Czego się tak klepiesz po tym tyłku, hę?
- Mam ochotę na fajkę… - bąknąłem, krzywiąc się jak załamany nastolatek na wieść o kolejnym sprawdzianie z fizyki. Paczkę miętowych Marlboro i zapalniczkę zostawiłem w schowku auta.
- Nie.
Głos Krzyśka był krótki, stanowczy. Nie znoszący sprzeciwu. Słysząc go niemal natychmiast zastygłem w bezruchu, spoglądając na przyjaciela z boku. Libero cały czas stał w tej samej pozycji, nie mrugając nawet w chwili, gdy promienie słońca odbiły się od jednego z pobliskich aut, oświetlając mu twarz.
Co proszę...?
- Jesteś na odwyku, gdybyś znowu zapomniał. Żadnych petów.
Teraz obie moje brwi poszybowały w górę po dość wysokim czole. Odchyliłem nieco głowę w tył i zmierzyłem przyjaciela spojrzeniem pełnym politowania.
Przesłyszałem się, czy Igła właśnie wydał mi polecenie?
- Nie jesteś moim ojcem – zauważyłem spokojnie. Krzysiek obrócił ku mnie swoją twarz i wbił we mnie stalowe spojrzenie. Usta miał mocno zaciśnięte, palcami prawej dłoni wystukiwał szybki rytm na napiętym bicepsie przeciwnego ramienia. Doskonale wiedziałem, co znaczy ta postawa: „Zapal, a Kowal będzie pierwszym, który się o tym dowie”.
Jęknąłem przez zęby i wsparłem dłonie na biodrach, z irytacją odwracając głowę w bok.
- Cześć, Zbysiu! - Iwona pojawiła się koło mnie niczym spod ziemi, wywołując na moich ustach wesoły uśmiech. Oparła delikatną dłoń na moim ramieniu, wspięła się na palce i pocałowała mnie lekko w policzek na przywitanie. Zapach jej kwiatowych perfum otulił moją twarz, w magiczny sposób wymiatając z głowy króciuteńkie spięcie z jej mężem. - Tak myślałam, że znajdując ciebie, znajdę i Igłę – puściła mi oczko, jednym ramieniem obejmując libero w pasie. Krzysiek natychmiast przytulił ją mocno, choć Iwona ciągle głaskała jedną ręką klapę mojej marynarki z wesołymi iskierkami w oczach.
- Ślicznie wyglądasz – mruknąłem z uśmiechem, wciskając dłonie w garniturowe, czarne spodnie. Iwona dygnęła leciutko i wtuliła się całą sobą w mojego przyjaciela. Igła pocałował małżonkę w czubek głowy, pocierając jej ramię rozcapierzoną dłonią, jakby chciał ją ogrzać, po czym uśmiechnął się do mnie zaczepnie. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: „Nie masz u niej szans”. Omiotłem wzrokiem czyste niebo i prychnąłem cicho pod nosem, zaglądając przez szklaną elewację do wnętrza budynku.
- Może chodźmy już do środka? - Zaproponowałem, brodą wskazując przestronny hol wyłożony ciemnym drewnem. - Zajmiemy sobie jakieś dobre, nieco wyobcowane miejsca.
Igła pokiwał mi gorliwie głową i obejmując swoją partnerkę na wysokości talii, ruszył powoli ku wejściu do domu kultury.
- Racja, racja. Dobry pomysł. Wolałbym nie siedzieć za bardzo na widoku.
- Od kiedy ty stronisz od ludzi? - Zapytała Iwona, wesoło kręcąc swoją kopertówką w powietrzu.
- Nie stronię, tylko nie chciałbym cały wieczór udzielać wywiadów.
- Naprawdę sądzisz, że ci wszyscy dziennikarze nie mają nic lepszego do roboty poza wyławianiem ciebie z tłumu gości? - zaczepiłem go z przekorą, wysoko unosząc prawą brew. Krzysiek zaczesał włosy wolną ręką i wypiął dumnie pierś, zaraz dodając sobie kilka milimetrów wzrostu.
- Masz rację, jestem zbyt onieśmielający. Muszę z tym przestać.
Iwona parsknęła donośnie, ja ledwie zdążyłem ugryźć się w język. Szliśmy spokojnie szerokim korytarzem prowadzącym na salę koncertową, na dzisiejszy wieczór specjalnie przekształconą w dom aukcyjny. Wielkie, złote, okrągłe żyrandole rzucały na matowe, czarne ściany nieco przytłumione światło. Wszystko zdawało się wyciszać przechodzących tędy gości. Po wejściu do szerokiego pomieszczenia, naszym oczom ukazała się dobrze oświetlona scena i kilkanaście rzędów drewnianych krzeseł. Każdy kolejny szereg tonął w większym mroku, pozwalając na schowanie się przed wścibskimi oczami pozostałych gości. Pod bocznymi ścianami sali ustawiono sztalugi z obrazami dzieci i młodzieży uczęszczającej na zajęcia plastyczne. Każda z nich oświetlona była niewielkim, srebrnym halogenem. Po prawo od wielkiego wejścia postawiono zaś dwa stoły, na których już błyszczały puste, wąskie kieliszki. Kilku kelnerów stało obok z butelkami szampana w dłoniach.
Uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem, siadając w czwartym rzędzie od tyłu. Zawsze zadziwiało mnie to w podobnego rodzaju imprezach: organizatorzy wychwalali jego dobroczynny cel, uchodzili za wspaniałomyślnych i współczujących, a ile pieniędzy szło na przygotowanie tego wszystkiego? Nie lepiej byłoby dać te pieniądze komuś, kto ich potrzebuje? Szybciej zebrałoby się oczekiwaną kwotę…
- Czemu przyszedłeś sam? - Delikatny głos Iwony sprowadził mnie na ziemię. W ułamku sekundy zapomniałem, w jakim kierunku zmierzały moje myśli. Siedziałem na swoim miejscu, z niezrozumieniem wpatrując się w panią Ignaczak. Wiedziałem, że zadała mi bardzo proste pytanie, ale ja go nie rozumiałem.
- A właśnie, właśnie? - Ignaczak podchwycił temat dużo szybciej niż ja. - Co tam z tą dziewczyną, o której mi opowiadałeś półsłówkami?
- Z nią? - Zapytałem niewyraźnie, za wszelką cenę pragnąc uciec od konstruktywnej odpowiedzi albo po prostu zmienić temat. Wzruszyłem niedbale ramionami, zakładając nogę na nogę. Sala powoli zapełniała się ludźmi, stopniowo milkły wszelkie rozmowy. - Nic.
- Nie rozmawialiście? - Igła uśmiechnął się delikatnie, zadając mi raczej twierdzące pytanie. Wpatrzony w scenę przed sobą, pokiwałem mu tylko głową na „nie”. Nie chciałem o tym rozmawiać. Oczywiście Ignaczak nadal nie wiedział o kogo chodzi, nikt nie wiedział. Ale to nie zmieniało faktu, że raczej darłby ze mnie łacha, gdybym mu powiedział, że ile razy trzymałem telefon w dłoni, panikowałem i odrzucałem go w kąt. Że ilekroć wracałem do domu z treningu okrężną drogą, byle podjechać pod klinikę Franceski, wymyślałem sobie pierdylion wymówek żeby nie wchodzić na górę.
Westchnąłem ciężko,  przymykając powieki. Było mi z nią wtedy tak nieprzyzwoicie dobrze, że musiałem przyznać jedno: zaczynało mnie to przerażać. Byłem żałosny...
- Drodzy państwo, witam serdecznie na aukcji dobroczynnej mającej na celu zebranie pieniędzy dla naszej koleżanki, sąsiadki, mieszkanki Rzeszowa i wieloletniej działaczki domu kultury… - mikrofon piszczał co jakiś czas, nieco zagłuszając wypowiedź korpulentnej blondynki. Wyłączyłem się niemalże z automatu. Nie chciałem tego słuchać. Mój mózg sam już wybierał, co jest mu potrzebne, a co warto puścić mimo uszu. Wolałem kręcić się dookoła jednej myśli, spędzającej mi sen z powiek, niż słuchać tego pozbawionego sensu steku bzdur. Niespodziewanie poczułem dłoń Iwony na przedramieniu i aż drgnąłem na swoim miejscu. Zerknąłem na nią zdziwiony, a gdy zrozumiałem, że chce mi coś powiedzieć na ucho, nachyliłem się ku niej z rosnącym zaskoczeniem.
- Jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz, czy warto zaprzątać sobie nią głowę. Hm? - Wyszeptała. Popatrzyłem jej w oczy ze szczerym zdumieniem, szukając w szarych tęczówkach choć ziarna kpiny, jednak bezskutecznie. Czy ona chciała mi pomóc? Dała właśnie radę? Iwona?
Wyprostowałem się powoli, ciągle wpatrując się w piękniejszą połowę mojego przyjaciela. Iwonka puściła mi wesoło oczko i znowu obróciła twarz ku zbyt mocno oświetlonej scenie. Igła obejmował ją na wysokości barków, tuląc do siebie i bawiąc się końcówkami jej włosów z delikatnym, czułym uśmiechem na ustach.
Mimo, że Ignaczak często wyprowadzał mnie z równowagi swoją bezpośredniością; mimo iż czułem do niego niewytłumaczalny respekt, a ten bezczelnie potrafił to wykorzystać, zazdrościłem mu jednej, jedynej rzeczy. Nie był to ani talent, ani fakt, że tak długo pozostał w kadrze, podczas gdy ja nie zagrzałem w niej miejsca dłużej, niż w jakimkolwiek klubie. Zazdrościłem mu rodziny. Kiedyś mniej, teraz, z wiekiem, zdecydowanie bardziej świadomie. Iwona była według mnie aniołem, nie kobietą. Potrafiła utemperować swój własny charakter, byle nie wejść rozpędzonemu Igle w drogę. Dawała mu wsparcie, ale potrafiła go także ustawić do pionu, gdy zaczynał bujać głową w obłokach. Hamowała go, kiedy zaczynał być zbyt krytyczny wobec pracy, jaką wykonywał. Dotarli się, znaleźli wspólny język; kochali i nie mieli problemu z tym, by pokazać to publicznie. Mieli dwójkę wspaniałych dzieci. Naprawdę nie wiedziałem, jakim cudem dwie tak dominujące osoby, tak trudne charaktery, dały radę stworzyć dom, rodzinę pełną miłości i zaufania. Mówi się, że „każda potwora znajdzie swojego amatora” i oni byli chyba idealnym odzwierciedleniem tego powiedzonka.
    Ja jednak miałem przeczucie, że nie wytrzymałbym z żadną kobietą dłużej niż tydzień. Te wszystkie czułości, głaskanie po głowie, całuski i miliardy sms'ów wysyłanych przez całe dnie… mdliło mnie na samą myśl o tym wszystkim. Nie byłem romantykiem, nie potrafiłem odnaleźć się w relacji polegającej na ślepym zapatrzeniu w drugiego człowieka. Mimo to, jakaś część mnie zazdrościła Igle stabilizacji. Nie miłości czy nocy zarwanej przez płaczące dzieciaki, ale tego spokoju, jaki może dać tylko i wyłącznie rodzina. Czegoś, do czego mógł się odwołać zawsze i wszędzie. Ratującej z opresji myśli, że nie ważne jak źle jest, jak bardzo linczuje go klub, środowisko, koledzy czy fani – w domu jest ktoś, kto wyciąga z niego wszystko co najlepsze; kto nie widzi jego wad, chwilami idealizuje jego osobę. Ktoś kto po prostu w niego wierzy, zna „na wylot” i nie daje się zwieść pozorom.
Czy Kruś właśnie taka by była?, niespodziewanie przemknęło mi przez myśl. Boleśnie ugryzłem się w język. Na pewno wiedziała o mnie dużo więcej niż jakakolwiek inna kobieta stąpająca po tej ziemi. Otworzyłem się przed nią, zaufałem jej. Może pociągnęła za odpowiednie sznurki jako pracujący ze mną psycholog, a może po prostu podświadomie uznałem, że właśnie Francesca jest warta mojej uwagi? Może nie bez powodu to właśnie ona stanęła na mojej drodze w zastępstwie za terapeutę, który miał się mną zająć na samym początku? To się nazywało to „zrządzenie losu”? Czy na tym polegał fenomen „przeznaczenia”, w które nigdy nie wierzyłem…?
Do końca licytacji patrzyłem tępo przed siebie, nie widząc w zasadzie nic poza łuną jasnego, białego światła. Próbowałem wymyślić, w jaki sposób przekonać Francescę do zamienienia ze mną choćby kilku zdań. Bo, że nie będzie chciała rozmawiać, tego byłem więcej niż pewien. Im bardziej skupiałem się na jej osobie, na zastanawianiu się, co lubi, a czego nie, tym większą frustrację czułem. Zaczynałem zdawać sobie sprawę, że Kruś wiedziała o mnie naprawdę dużo rzeczy. Nawet jakie śniadania lubię. Zaczęła kruszyć kamień, podczas gdy ja nie wiedziałem o niej praktycznie nic. A najgorsze było to, że ukryte we mnie zwierzę chciało ją poznać. Zobaczyć, z czym ma do czynienia, jak daleko może się posunąć; ile razy może ją sprowokować, żeby nie dostać po głowie. Potem obrócić się na pięcie, albo... znowu złamać zasady.
Chciałem wyjść, złapać oddech, bo nagle przyciemnione pomieszczenie i para wtulonych w siebie Ignaczaków obok mnie zaczęły mnie dusić. Nie wspomnę już, że cały czas czułem się obserwowany. Idiotyczne wrażenie wprawiało moje ciało w nieprzyjemne reakcje obronne. Czułem dokuczliwe mrowienie na karku, dreszcze na całych plecach; mój mózg pracował na zdecydowanie zbyt wysokich jak na potrzeby chwili obrotach. Rozglądałem się nerwowo na boki, ale za każdym razem widziałem tylko kolejnych siatkarzy czy dziennikarzy, wpatrzonych z uśmiechem na scenę, w kolejne licytowane dzieło. Nikt na mnie nie patrzył, a uczucie odrętwienia zaczęło rozchodzić się na ramiona i ręce. W końcu westchnąłem ciężko, palcami uciskając nasadę nosa.
Odwala ci, Bartman. Odwala ci…

Stałam pod jedną ze ścian na dużej sali koncertowej domu kultury i usilnie starałam się patrzeć na scenę. Niska pani o sporej tuszy prezentowała zebranym tu gościom kolejny obraz. Urzekający barwami, namalowany farbami olejnymi na płótnie, przedstawiał jedno z jezior na Mazurach. Malunek był naprawdę imponujący. Miałam wrażenie, że woda zaraz wyleje się z jego ram, wysoka, soczyście zielona trawa zaszeleści wesoło, poruszana podmuchami wiatru, a różowe kwiaty roztoczą dookoła mnie swoją woń, jeśli tylko pochylę się nad dziełem. Ale niestety, poza osobistymi odczuciami budzącymi się w mojej głowie, gdy patrzyłam na malowidło, nie docierało do mnie kompletnie nic. Ani jedno słowo kobiety prowadzącej aukcję nie zostało zarejestrowane przez mój mózg. Odkąd tylko odnalazłam w tłumie gości tę jedną, męską sylwetkę, nie potrafiłam już skupić się na niczym innym. Mój wzrok co rusz uciekał w jego kierunku. Obłapiałam go spojrzeniem bez grama skrępowania, przygryzając delikatnie wargę, gdy nie zdążyłam się pohamować. Irytowałam się, choć nie potrafiłam stwierdzić: bardziej na fakt, że nie panuję nad własnym ciałem, czy to, że podobały mi się motylki, jakie czułam w brzuchu.
W końcu przestałam ze sobą walczyć. Stałam na uboczu; nie oświetlała mnie żadna, nawet najmniejsza lampka, czułam się więc bezkarna. Z resztą, kto mógł wiedzieć, na kogo patrzę niczym sroka w świecidełko? W sali było mnóstwo ludzi, wszystkie miejsca dookoła Bartmana zajęte. Szanse na to, że ktokolwiek mógłby domyślić się, do kogo skierowany jest mój maślany wzrok były mniejsze niż jeden do miliona. Tak sobie przynajmniej wmawiałam.
Moje serce zabiło mocniej o mostek, kiedy Zbyszek rozejrzał się dookoła z grymasem na twarzy. Z mojej piersi niemal wydostał się cichy jęk zachwytu; był tak cholernie przystojny… W czarnym garniturze i kremowej koszuli prezentował się naprawdę dobrze. Cienki krawat połyskiwał pod jego szyją, wyłapując subtelną grę świateł z rozstawionych dookoła sali lamp. Zachwycałam się jego napiętymi ramionami, gdy nachylał się ku żonie Ignaczaka i uśmiechnęłam bardzo delikatnie, kiedy posłał jej zdumione spojrzenie, prostując się z wolna. Obserwowałam jego umięśnioną sylwetkę ukrytą pod dobrze skrojonym garniturem, a kiedy do moich uszu dobiegło jego głośne, nieco znużone westchnienie, po całym moim ciele rozszedł się przyjemny, ciepły dreszcz.
Wiedziałam, że tak będzie. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie dam rady spojrzeć na niego obojętnie. Już wcześniej zdarzały się chwile, kiedy nie umiałam oderwać od niego spojrzenia, postawić sobie granicę i przestać tworzyć w głowie niemożliwe do realizacje scenariusze. Ciągłe pilnowanie się w jego towarzystwie było męczące, ale nie umywało się do tego, co czułam teraz. Miałam coraz większe wyrzuty sumienia za to, że poszłam z nim do łóżka. Gdyby nie moja bezmyślność nie utknęłabym teraz w sytuacji bez wyjścia, wzdychając do mężczyzny, który powinien być mi całkowicie obojętny.
To dlatego nie chciałam przychodzić na ten bal. Nie miałam ochoty zrobić z siebie pośmiewiska. Kaśka na siłę wbijała mi do głowy, że to mój obowiązek, że muszę, że tak wypada, a robiła to tak długo i uporczywie, że w końcu przyznałam jej rację. Z jej pomocą przypominałam tego wieczora bóstwo, nie byłam jednak pewna, czy dam radę doprowadzić pomysł Rzepeckiej do końca. Ta mała wariatka, którą kochałam jak siostrę wymyśliła sobie, że powinnam specjalnie poderwać jakiegoś obcego mężczyznę. Trochę się do niego pozalecać, nieco nadużyć wydłużonych maskarą rzęs i po prostu dobrze się bawić, widząc na skroni Bartmana pulsującą z nerwów żyłkę. Gdy siedząc w mieszkaniu, ze śmiechem przyznawałam przyjaciółce rację wydawało mi się to dużo prostsze niż teraz, kiedy stałam w sali pełnej ludzi i miałam Zbyszka niemalże koło siebie.
Kiedy jedna z organizatorek dzisiejszego wieczora w końcu poprosiła o zapalenie górnych świateł, przed moimi oczyma zatańczyły miliony czarno-fioletowych plam. Zamrugałam gwałtownie, starając się nie zatrzeć umalowanych oczu; Kaśka zamordowałaby mnie za zniszczenie jej dwugodzinnej pracy. Zawachlowałam dłonią przed nosem, czując zbierające się pod powiekami łzy i odwróciłam nieco głowę, byle osłonić oczy. Po cichych pomrukach niezadowolenia mogłam być niemal pewna, że nie tylko mnie nie przypadła do gustu gwałtowna zmiana oświetlenia. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do nowej sytuacji, nieco z automatu rozejrzałam się dookoła. Zbyszka już nigdzie nie było. Krzysiek rozmawiał z jednym z dziennikarzy, a jego żona dołączyła do pozostałych wybranek siatkarzy. Opowiadała im o czymś z uśmiechem, żywo przy tym gestykulując.
Poczułam ukłucie w sercu. Znowu nawiedziły mnie myśli, że nie powinno mnie tu być.
Mogłam wziąć ze sobą Kaśkę…
Westchnęłam głęboko. Chciałam odnaleźć w tłumie gości prezesa rzeszowskiego Resovii, podziękować tak za współpracę, jak i za zaproszenie, pokręcić się po sali kilka minut i niepostrzeżenie wymknąć się do domu. Spełnić obowiązek i uciec – tak brzmiał mój nowy plan działania.
Obróciłam się gwałtownie przez ramię i nagle poczułam, jak mój bark uderza w coś twardego. Głośny syk bólu zmieszał się z moim westchnieniem pełnym przerażenia. Straciłam równowagę; cienkie szpilki moich butów zachwiały się niebezpiecznie. Przestraszyłam się, że złamię obcasy i niewiele myśląc podniosłam lekko nogę do góry, całkowicie wybijając ciało ze stanu równowagi. Zamachałam tylko ramionami w powietrzu, modląc się w duchu, żeby nie wpaść na stół.
- Nic pani nie jest? - Przerażony szept dotarł do moich uszu w tej samej chwili, w której silne palce zacisnęły się na moim ciele. Wysoki, młody mężczyzna trzymał mnie kilkadziesiąt centymetrów nad lśniącą podłogą, samemu stojąc w jakiejś pokracznej pozycji. Nieprzytomnym wzrokiem przebiegłam po jego twarzy. W czarnych, głęboko osadzonych oczach tliła się panika. Ciemne, zaczesane na bok włosy dodawały mu młodzieńczego wyglądu i uroku, zaś delikatny zarost zdawał się go postarzać. Wyglądał jak niegrzeczny chłopiec, który koniecznie chce uchodzić za starszego, niż jest w rzeczywistości.
- N-nie – wydukałam po chwili, mrugając szybko. Dopiero po chwili zorientowałam się, że wbijam paznokcie w jego ramię. Spróbowałam pewniej stanąć na nogach i korzystając z pomocy nieznajomego, dźwignęłam się do pozycji pionowej.
- Bardzo przepraszam, zagapiłem się, nie widziałem pani – wydukał z zakłopotaniem. Czułam jego dłoń między łopatkami; w drugiej ręce ciągle ściskał moje palce, jakby bał się, że znów upadnę. Wygładziłam przód sukienki i uniosłam kącik ust ku górze.
- Nic nie szkodzi – odpowiedziałam, prostując się powoli. Spojrzałam w górę na swojego oponenta i wybawcę zarazem, i pierwszy raz w życiu nie powstrzymałam własnego języka. - O Boże, kolejny siatkarz – jęknęłam, z rezygnacją opuszczając ramiona wzdłuż tułowia.
Cichy, mrukliwy śmiech nieznajomego dał mi jasno do zrozumienia, że powiedziałam to na głos. Wyprostowałam się gwałtownie i uśmiechnęłam nerwowo, otwierając usta. Policzki zaczynały mnie mrowić jakby podgryzało mnie stado mrówek. Chciałam przeprosić, zacząć się tłumaczyć, przekręcić swoje słowa w nieudany żart, ale głos uwiązł mi w gardle. Tymczasem brunet zaśmiał się wesoło i nie spuszczając wzroku z mojej twarzy, wsunął dłonie do kieszeni garniturowych spodni. Był dużo swobodniejszy ode mnie, zdawało mi się, że wcale nie dotknęła go moja uszczypliwość.
- Czyżby któryś z moich kolegów po fachu miał okazję zaleźć pani za skórę? – Powiedział spokojnie, przechylając lekko głowę na lewe ramię. W pierwszej chwili pomyślałam, że próbuje ze mnie kpić, ale gdy w jego oczach zobaczyłam wesołe ogniki, sama się uśmiechnęłam.
- Ależ nie, skądże znowu! – Powiedziałam nieco sarkastycznie. Ciągle było mi trochę za gorąco, ale zdenerwowanie powoli znikało. Młody chłopak uśmiechnął się do mnie uroczo, pokazując mi rząd równych, białych zębów. Przyjrzałam mu się dokładnie. Wysoki, umięśniony, brunet. Całkiem przystojny, musiałam przyznać. Nagle, tknięta dziwnym impulsem, niewiele myśląc zrobiłam krok w jego stronę i sztywno wyciągnęłam rękę w jego kierunku.
- Francesca Kruś, bardzo mi miło.
Popatrzył na mnie zaskoczony, ale zaraz ponownie uśmiechnął się w ten rozbrajający sposób. Jedną rękę założył za plecami, w drugą dłoń ujął moje palce i pochylając się w przód, musnął ustami wierzch mojej dłoni.
- Dawid Dryja – oznajmił mi. Cichy, miękki baryton sprawił, że po mojej skórze prześlizgnął się nieoczekiwany, przyjemny dreszcz. - Nie jesteś Polką, prawda? - Zapytał nim zdążyłam zareagować w jakikolwiek sposób.
Bezpośredni, zanotowałam w myślach. Od niektórych schematów nie potrafiłam odejść nawet w życiu prywatnym… Musiałam przy tym zrobić jakąś dziwną, surową minę, bo Dawid naprężył się niczym struna, a na jego policzkach bez problemu mogłam odnaleźć barwy przypominające pudrowy róż.
- Pytam, bo nazwisko masz typowo polskie – uśmiechnął się nerwowo. Uciekł ode mnie spojrzeniem i podrapał się po głowie. - Imię i urodę już nie koniecznie.
Tym razem zamrugałam gwałtownie, nie mogąc przyswoić sobie słów siatkarza. Dziwne ciepło objęło mój żołądek. Jestem ładna?, zapytałam samą siebie.
Cóż, z pewnością łasa na komplementy, zauważyła moja podświadomość. Zręcznie ją zignorowałam i odchrząknęłam cichutko, nerwowym ruchem zakładając kosmyk włosów za ucho.
- Moja mama była włoszką, tata polakiem – uśmiechnęłam się delikatnie.
- Dobre połączenie, jak widać – powiedział cicho. Tego było już dla mnie trochę za dużo; zaśmiałam się dziwnie i osłaniając twarz dłonią, odwróciłam od Dawida twarz. - Ja.. przepraszam, gadam głupoty jak się denerwuję – usłyszałam przed sobą i ledwie zauważalnie przewróciłam oczami. - Dasz sobie postawić drinka? Tu w sali obok jest mały bar – wskazał kciukiem wyjście z sali bankietowej i lekko przykurczył ramiona, jakbym zaraz miała zacząć na niego krzyczeć. Zaskoczył mnie tą propozycją, ale musiałam przyznać, że był śmiesznym gościem.
- Raczej coś bezalkoholowego. Muszę dostać się do domu po tej imprezie, a nie mam szofera.
- Właśnie go znalazłaś – Dawid puścił mi perskie oko, szerokim gestem ramienia wskazując mi drogą przed sobą. Zaśmiałam się głośno i poprawiając sukienkę, ruszyłam we wskazanym kierunku.
Zgodziłam się, bo całkiem dobrze, swobodnie mi się z nim rozmawiało. Poza tym nigdzie nie mogłam zlokalizować prezesa, więc zamierzałam spędzić miło czas w towarzystwie nowego znajomego, nim Panek ponownie pojawiłby się w tłumie.

Siedziałem przy wysokim barze, ramieniem podpierając ścianę. Whisky, którą podał mi pracujący tutaj barman nadawała się co najwyżej do odkażania szkła przed myciem, ale na pewno nie do picia. Starałem się jednak nie myśleć o jej smaku, a o samym fakcie posiadania procentów. Chciałem się po prostu napić, a wódka już dawno przestała mnie zachęcać swoją półprzeźroczystą banderolą.
Czułem się dziwnie zmęczony. Co prawda opuściło mnie to nużące uczucie bycia obserwowanym, ale nie miałem siły, by rozmawiać z kimkolwiek. Wolałem siedzieć tutaj, w klimatyzowanym, niemalże pustym pomieszczeniu, do którego z trudem przebijała się muzyka grana na żywo przez jakiś rzeszowski zespół w głównej sali. Nikt mnie nie zaczepiał, nikt niczego ode mnie nie chciał. Pulsujący ból głowy powoli ustępował przyjemnemu szumowi, jaki zawdzięczałem taniej whisky. Było mi o niebo lepiej, choć nadal miałem wrażenie, że nie powinno mnie tu być.
- Nie idziesz? - Iwona położyła mi dłoń na ramieniu, zaglądając mi w twarz z przyjacielskim uśmiechem. Spróbowałem odwzajemnić ten gest i od niechcenia okręciłem kwadratową szklankę dookoła własnej osi. Szkło potarło ciężko o lakierowany blat.
- Nie mam siły. Kowal dał mi dzisiaj rano w kość, wszystko mnie boli – westchnąłem, przymykając powieki. W sumie to nawet nie kłamałem. Po prostu nie mówiłem wszystkiego, ale wymawianie się moim wstrętem do ludzi zaczęło się robić nudne, nie tylko dla mnie.
- Jochen odwozi Alka, chcesz się zabrać z nimi? - Zapytała troskliwie, drapiąc mnie z tyłu głowy. Zaśmiałem się cicho, uciekając przed tą drobną pieszczotą.
- Nie trzeba, wrócę taksówką. Jeszcze chwilę tu sobie posiedzę.
- Wszystko dobrze?
- Tu jest klima. I cicho.
- I pusto – weszła mi w słowo. - Wiem. Dam ci znać, kiedy będziemy zbierać się z Krzysiem – powiedziała. Poklepała mnie po ramieniu i skierowała się ku wyjściu.
- Dzięki! - Zawołałem za nią ze szczerą wdzięcznością. Iwona posłała mi tylko wesoły uśmiech znad ramienia i zaraz zniknęła na korytarzu, w drzwiach mijając się z Dryją i jakąś młodą dziewczyną. Przewróciłem oczami i skuliłem się nieco, czoło wspierając na palcach lewej dłoni. Dawid był obrzydliwą gadułą; kiedy się rozkręcił, był gorszy od przekup sterczących całe dnie na rynku. Miałem szczerą nadzieję, że mnie nie zauważy. Poza tym, alkohol powoli zaczynał przejmować kontrolę nad moim umysłem: stał się przyćmiony, moje myśli straciły ostre kształty. Wolałem nie wdawać się z nim w jakąkolwiek dyskusję.
Dopiłem whisky do końca, skrzywiłem się z niesmakiem i odetchnąłem ciężko. Nie chciałem nigdy więcej mieć do czynienia z czymś takim! Nie jestem znawcą, ale denaturat chyba lepiej smakował, niż to gówno… Chodź musiałem przyznać jedno: whiskacz kopał powoli, ale dosadnie...
Wiedziony czystą ciekawością, zerknąłem z ukosa na Dryję. Zamawiał coś przy drugim krańcu baru; byłem bezpieczny. Nawiedziła mnie jednak myśl, że dla pełnej swobody byłoby jednak dobrze ulotnić się z tej stypy. Zerknąłem dyskretnie za ramię.
- Ciekawe, czy Jochen i Achrem już poje...chali… - bąknąłem cicho, sam do siebie, mrużąc coraz mocniej oczy.
Na środku sali stała wysoka, szczupła kobieta. Czarne, kręcone włosy opadały kaskadami na jej plecy. Krótka, rozkloszowana sukienka w kolorze kawy z mlekiem idealnie komponowała się z jej lekko opaloną skórą, a jasne szpilki wydłużały jej i tak niebotycznie długie nogi.
Coś zakuło mnie pod skórą, dziwne przeczucie. Znałem ją. Stała do mnie tyłem, więc nie widziałem jej twarzy, ale byłem pewien, że ją znam. Zamrugałem szybko. To nie mogła być jedna z moich kochanek, nie zareagowałbym w ten sposób. Z resztą, z jakiej racji miałaby się znaleźć na takim przyjęciu? Coraz bardziej zaciekawiony, zacząłem uparcie wpatrywać się w drobną sylwetkę kobiety. Po jej postawie i drobnych kroczkach, jakie robiła to w lewo, to w prawo zrozumiałem, że rozmawia przez telefon. Jeszcze mocniej ściągnąłem ku sobie brwi, jakbym w ten sposób mógł dosłyszeć choć jedno wypowiadane przez nią słowo. Nieznane mi uczucie zaczęło trawić mnie od środka. Musiałem zobaczyć jej twarz, usłyszeć głos, zrobić cokolwiek, byle tylko zrozumieć, kogo właśnie widzę.
Nie wierzę w los. Nie wierzę w ślepy traf, nie wierzę w Boga. Właściwie to w niewiele rzeczy wierzę. Tamtego dnia, pierwszy raz w życiu mogłem jednak powiedzieć, że moje „modlitwy” zostały wysłuchane. Kobieta obróciła się na palcach, schowała komórkę do torebki i rozejrzała się po sali, ewidentnie kogoś szukając, mi zaś serce zamarło w piersi. Żuchwa opadła mi w dół, a klatka piersiowa całkowicie zapomniała o tym, że powinna dalej unosić się w swoim rytmie, napełniać się powietrzem.
- Francesca – wyszeptałem ledwie słyszalnym głosem, wodząc za Kruś maślanym spojrzeniem. Krew zabuzowała mi boleśnie w żyłach, gdy z wesołym uśmiechem ruszyła w stronę baru. Naprawdę ślicznie wyglądała. Uśmiechnąłem się półgębkiem, lustrując wzrokiem jej szczupłe nogi, płaski brzuch, zgrabny profil twarzy. Zagryzłem szczęki. Nie.
    W normalnej sytuacji niezauważenie wymknąłbym się z sali. Dręczący mnie gorąc i krążąca coraz szybciej krew oraz alkohol odebrały mi jednak zdrowy rozsądek. Złapałem się mocno krawędzi blatu i już miałem dźwignąć się na nogi, podejść do niej, gdy nagle moje serce wznowiło swój bieg z prędkością trzykrotnie przekraczającą normę. Uśmiech momentalnie spełzł mi z twarzy, a uczucie błogiego spokoju runęło z kretesem. Kruś niemal w podskokach podeszła do Dawida Dryi, po czym usiadła koło niego i wzięła do rąk kolorowego drinka.
Opadłem ciężko na krzesło, patrząc na nich jak sroka w gnat, nachalnie i zdecydowanie mało przyjaźnie. Nagle Dawid pochylił się ku Kruś i szepnął jej coś na ucho, dłoń opierając na jej plecach. Akurat w tym miejscu, gdzie nie było materiału sukienki. Ściągnąłem ku sobie brwi, mocno zaciskając szczęki. Narastało we mnie dziwne uczucie, którego nie umiałem nazwać, określić słowami. Coś przypominającego gniew, ale zaprawiony dodatkowo odrobiną tęsknoty i… rozpaczy?
Niespodziewanie Francesca odgoniła go od siebie jak osę, chichocząc niczym nastolatka i zasłoniła się włosami. Zmrużyłem groźnie oczy, nieświadomie zaciskając dłoń w pięść. Nagle nawiedziła mnie myśl, że Kruś robi to celowo, byle wyprowadzić mnie z równowagi, choć przecież nie było szans na to, by wiedziała o mojej obecności. Patrzyłem chwilę, jak ci dwoje śmieją się do rozpuku ze swoich żarcików, ale kiedy Dryja oparł rękę na udzie Franceski, wstrząsnął mną spazm gniewu. Na za dużo, o wiele za dużo sobie pozwalał.
Jesteś zazdrosny, oświeciło mnie nagle.
Zgrzytnąłem zębami. Ja? Zazdrosny? Pf! Dobre sobie!
Kłujące uczucie stawało się jednak coraz bardziej nachalne, nieprzyjemne, uporczywe. Nie mogłem wytrzymać sam ze sobą. Wstałem z miejsca, lekko się przy tym chybocząc i siląc się na słodki uśmieszek, ruszyłem powoli w kierunku Dryi i jego nowej, roześmianej koleżanki. Z jednej strony miałem ochotę Dawidowi przywalić, ale z drugiej, jakie miałem do tego prawo? Moja urażona duma wzięła górę nad rozsądkiem.
Stanąłem za plecami Franceski, zaciśnięte w pięści dłonie wpychając do kieszeni spodni.
- Och, Zbyszek! Cze-cześć! - Dawid zakrztusił się od napływających mu do oczu łez, rechocząc po kolejnym ze swoich wspaniałych żartów. Dyskretnie zerknąłem w dół; Francesca starała się nie wypaść z rytmu, choć nadal nie potrafiła opanować drżenia własnego ciała. Denerwowało mnie, że nie mogę spojrzeć jej w twarz. Nie wiedziałem, czy cieszy się z powodu mojej obecności, czy może jednak znowu nieopatrznie ją wystraszyłem?
- Ta – mruknąłem mało przyjaźnie, przenosząc spojrzenie na twarz młodszego kolegi. Jeszcze nigdy mnie tak nie drażnił. To nie była zazdrość. Zachowywałem się jak pies ogrodnika - sam nie weźmie, komuś nie da...
- O, właśnie! Francesca, to jest…
- Znamy się – warknąłem, tym razem otwarcie spoglądając na siedzącą przede mną kobietę. Kruś ostentacyjnie dopiła drinka, odstawiła wąską szklaneczkę na blat i obróciła się w moją stronę, zakładając przy tym nogę na nogę. Patrzyłem na nią z góry z mordem w oczach, czując tym większą frustrację, im bardziej mi się przeciwstawiała.
- Witam, panie Bartman – odezwała się rzeczowym, oficjalnym tonem. Głos miała chłodny, nagle stała się wyniosła i niedostępna. Czułem, że mimowolnie zwężam oczy w wąskie szparki. - Jak samopoczucie? - Zapytała, uśmiechając się słodko. Zacisnąłem jeszcze mocniej pięści, aż rozbolały mnie palce. Wkurwiała mnie i robiła to specjalnie, widziałem to. Czerpała z tego jakąś chorą satysfakcję.
- Dobrze, dziękuję – wycedziłem przez zwarte szczęki. Siedzący za Kruś Dawid patrzył na nas niepewnie i już otwierał usta, zapewne by załagodzić sytuację, gdy nagle Żurek pojawił się za jego plecami. Nasz młody libero poklepał go po ramieniu, ze mną witając się jedynie skinieniem głowy.
- Dawid, trener cię szuka. Jakiś agent z nim rozmawia.
- Poważnie? - Dryja aż podskoczył na swoim miejscu, prawie spadając z krzesła. Żurek przytaknął mu ruchem głowy, od razu kierując się w stronę wyjścia, za to nasz środkowy, pełen ekscytacji, zaczął się plątać w składaniu wyjaśnień Francesce. Mówił coś o jakiejś szansie, obietnicy trenera, o zmianach; miałem wrażenie, że sam do końca nie wie o czym papla.
- W porządku,w porządku, idź – zaśmiała się, odprawiając go machnięciem dłoni.
- Bardzo cię przepraszam – zaskomlał po raz dwunasty, podnosząc mi tylko ciśnienie. - Zibi, zajmij się moją znajomą, co? - Zażartował, po czym w podskokach opuścił bar, kompletnie nie zwracając na nas uwagi.
Oj zajmę się nią, bardzo dobrze.
Francesca usiadła spokojnie przodem do baru, wsparła się łokciem na jego płycie i zaczęła mieszać słomką w praktycznie pustym naczyniu. Kostki lodu dzwoniły o szkło, wyprowadzając mnie do reszty z równowagi. Ignorowała mnie, traktowała jak powietrze i robiła to z pełną premedytacją.
- Co ty wyrabiasz? - Warknąłem gardłowo. Wyciągnąłem obolałe dłonie z kieszeni i założyłem ręce na piersi, mrożąc Kruś zdegustowanym spojrzeniem. Miałem nadzieję, że jakoś ją skruszę, ale zaraz okazało się, jak bardzo mogę dostać od niej po głowie. Zaśmiała się z kpiną i patrząc na mnie spod byka oznajmiła ironicznie:
- Piję drinka?
Wbiłem sobie palce w ramiona.
- Pytam, co robisz tutaj.
- Dostałam zaproszenie od prezesa. Aż tak cię to dziwi? - Prychnęła.
- Nie zapraszał cię chyba po to, żebyś podrywała mu kolejnego siatkarza?
Spięła ramiona. Znowu przesadziłem, nastąpiłem jej na odcisk zamiast wziąć uszy po sobie. Bez słowa sprawdziła zawartość swojej kopertówki, zapięła ją zamaszyście i zsunęła się z krzesła, stukając obcasami o wypolerowaną posadzkę.
- Nie powinno cię to interesować, Bartman. W ogóle nie powinieneś do mnie podchodzić, rozmawiać ze mną, patrzeć na mnie, a co dopiero wydawać mi dyspozycje, z kim wolno, a z kim nie wolno mi rozmawiać – wyrzuciła na jednym oddechu. Nie odezwałem się. Po pierwsze ze złości, bo z każdym słowem Francesca wbijała większą szpilę w moje ego, a po drugie dlatego, że gdzieś podświadomie zdawałem sobie sprawę, iż ona ma rację.
Mierzyliśmy się chwilę na spojrzenia. Gęstniejąca wokoło nas cisza zaczęła się robić trudna do zniesienia. W końcu Kruś westchnęła ciężko i założyła cienki pasek torebki na ramię.
- Powodzenia ze wszystkim – mruknęła cicho, odwróciła się na pięcie i wyszła z sali, znikając mi z oczu.
Oparłem lewą dłoń o zimny blat, przebiegłem po nim palcami z irytacją i zagryzłem wargę, mocno. Wiedziałem, że nie będzie chciała ze mną rozmawiać. Nie miałem prawa jej naciskać, zmuszać, nawet prosić o chwilkę uwagi. Z drugiej strony, czy ja kiedykolwiek trzymałem się zasad? Im trudniej było mi coś zdobyć, tym bardziej się nakręcałem i tym mocniej tego chciałem. Nie ważne, jak idiotyczne miałem pobudki i jak bezsensowne było moje pragnienie. Przecież mogłem mieć każdą kobietę. Przecież płeć przeciwna sama mnie prosiła, żebym zwrócił na nią swoją uwagę, zawsze tak było. Jednak rzadko która dziewczyna potrafiła mi się postawić, pokazać pazurki i tupnąć nogą, tak jak to robiła Kruś. Chciałem ją utemperować, a jednocześnie zachwycał mnie jej twardy charakter. Podobało mi się, że umie mnie zaskoczyć, nie działa schematycznie, jest przy mnie sobą.
Szybkim krokiem przemierzałem zatłoczone korytarze, zaglądając do każdej otwartej salki, ale nigdzie nie mogłem znaleźć burzy czarnych loków ani szczupłego ciała w jasnobrązowej sukience. Potrącałem stłoczonych dookoła mnie ludzi, wspinając się na palce. Nikogo nie przepraszając, parłem uparcie przed siebie. Wychodziłem z założenia, że wszyscy goście balu wchodzą mi pod nogi, chyba nawet warknąłem na kogoś mało przyjemne zdanie. Rzeczywistość wyglądała chyba jednak tak, że to ja się zataczałem i stawałem innym gościom balu na drodze. Ale... mniejsza z tym. Zirytowany, przystanąłem na środku holu i biorąc się pod boki, starałem się skupić myśli. Oddychałem ciężko tak z nerwów jak i z gorąca. Mój mózg znowu zaczął pracować na najwyższych możliwych obrotach. Zmuszałem się do skupienia, do analizowania sytuacji, ale kiepsko mi to wychodziło. Jak zawsze alkohol dodawał mi animuszu, tak tamtego wieczora czułem się gorzej skołowany niż kobieta w piątym miesiącu ciąży. Oparłem się plecami o zimną ścianę i wziąłem głęboki oddech, próbując wymyślić drogę ucieczki Franceski.
I nagle przyszło otrzeźwienie – łazienka! Puściłem się biegiem w stronę schodów. Przeskakując po trzy stopnie naraz, po krótkiej chwili znalazłem się na drugim piętrze domu kultury. Wszelkie rozmowy czy dźwięki muzyki zostawiłem dawno za sobą. Szeroki, zielony korytarz przywitał mnie chłodem, spokojem i pustką. Zakląłem soczyście pod nosem, żwawym krokiem ruszając w kierunku toalet i jak nie wierzę w los czy przypadek, tak tego dnia wszystko działo się po mojej myśli.
- Uważaj! - Syknęła na mnie z wysiłkiem, kiedy przypadkowo wpadłem na nią z impetem. Złapałem ją delikatnie za ramiona, żeby się nie wywróciła. Zanim zdążyłem całkowicie się zatrzymać, zdążyliśmy przejść jeszcze kilka kroków.
- Nie chciałem – wysapałem, nawet nie próbując ukryć ulgi. Czułem, że znowu staję na nogi, odzyskuję prowadzenie w tej nierównej walce. Możliwe również, że było to tylko moje złudne wrażenie, ale wtedy nie dopuszczałem do siebie takiej myśli. Francesca wyrwała ramiona z moich dłoni i strzepnęła spódnicę sukienki.
- Co ty robisz, śledzisz mnie?
- Można tak powiedzieć – przyznałem bez zająknięcia. Kruś zmierzyła mnie obrażonym spojrzeniem, po czym zaplotła ręce na piersi i ofuknęła mnie głośno.
- Jesteś bezczelny – oznajmiła tylko i odskoczyła w bok.
- Porozmawiaj ze mną! - Sapnąłem szeptem, łapiąc szatynkę za łokieć, gdy próbowała mnie wyminąć. Nie miałem zamiaru jej puścić. Nie miałem zamiaru nie dostać tego, czego chciałem.
- Puść mnie.
- Francesca…
- Jasna cholera, czego ty chcesz?! - Krzyknęła, wyrywając mi się z całej siły. Popatrzyłem na nią zaskoczony; nie wiem, czy spodziewałem się aż takiego wybuchu. - Upokorzyłeś mnie. Zraniłeś. Olałeś – wyliczała przez zęby. - Nie wystarcza ci to? Musisz mnie gnębić nawet teraz, nawet na takim balu? Daj mi spokój, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! - Zawołała, po czym uniosła dumnie brodę i skierowała się ku schodom prowadzącym na niższe piętra.
- Masz ze mną wspólnego dużo więcej, niż chcesz się do tego przyznać sama przed sobą! - Krzyknąłem za nią. Francesca zatrzymała się z impetem w pół kroku i spojrzała na mnie z prawdziwą nienawiścią. Gdyby wzrok mógł zabijać, właśnie padałbym na podłogę.
- Słucham? - Syknęła przez zęby. Popatrzyłem na nią z wyższością i nie szczędząc sobie jadowitego uśmieszku, powoli ruszyłem w jej kierunku.
- Nie ja ciebie błagałem o więcej – mruknąłem ciszej, gdy byłem już wystarczająco blisko. Widziałem, jak zmienia swoją postawę. Jak powoli mięknie, mimo iż na twarzy utrzymywała wyraz gniewu i zaciętości. Zaczęła szybciej oddychać, cofając się pod samą ścianę. - Nie ja tobie zdrapałem plecy i nie ja jęczałem ci do ucha, złotko.
- Mam cię przepraszać za to, że było mi dobrze? - Zapytała mniej wojowniczo; głos drżał jej niebezpiecznie. Wzruszyłem lekceważąco ramionami.
- Mam cię przepraszać za to, że potrafię cię do tego doprowadzić?
W oczach zabłyszczały jej łzy gniewu.
- Nie jestem twoją lalką – wydyszała z trudem, łykając moje gorzkie słowa, moje zachowanie. - Nie możesz przyjść do mnie kiedy ci się podoba i pobawić się mną, bo masz taki kaprys! Nie jestem zabawką, tylko człowiekiem, rozumiesz?!
- Nie protestowałaś!
- Wyraźnie powiedziałeś, że to był błąd, więc czemu teraz nie chcesz mi dać spokoju?! Bartman, dorośnij wreszcie! Nie jesteś pępkiem świata, kurwa mać!
- Dlaczego mam ci dać spokój, skoro czuję, że źle zrobiłem odprawiając cię z kwitkiem?! - Krzyknąłem zdenerwowany.
Dlaczego ona nie chciała zrozumieć? Kobiety są ponoć mistrzyniami w czytaniu między wierszami. Dlaczego więc ona tego nie robiła, dręcząc mnie z każdą upływającą sekundą?!
- Teraz już jest trochę za późno – syknęła, znowu próbując mnie wyminąć. Zgrzytnąłem zębami, aż zabolała mnie szczęka, po czym zamaszyście zamknąłem Kruś między wyciągniętymi w przód ramionami, przyszpilając ją do ściany. Połknęła ze świstem powietrze, na krótką chwilę wyłapując moje rozgniewane spojrzenie.
- Nie jest za późno, tylko daj mi wyjaśnić – powiedziałem oschle, cicho, przez zęby. Głos miałem pewny, twardy, nie znoszący sprzeciwu, ale Francesca była za mocno rozjuszona, by spojrzeć na mnie choć odrobinkę łagodniej. Su=purpurowiała na twarzy, zacisnęła palce w pięści i uderzyła nimi w ścianę za sobą.
- Nie! - Krzyknęła mi w twarz. - Myślisz, że jak tupniesz nóżką, to ludzie będą tańczyć, jak ty im zagrasz?! Nie, cholera jasna, nie! Mam swoją wartość, mam swoją dumę, zdeptałeś ją i nie zamierz-mhm!
    Pisnęła płaczliwie, choć już nic nie powiedziała. Nie mogła.
Złapałem ją za obie ręce i docisnąłem je do ściany, uparcie napierając na jej usta. Smakowała jakimś słodkim syropem do drinków i wódką. Choć próbowała uwolnić nadgarstki, jej język porwał mój do tańca bez żadnego oporu. Z mojego gardła wydobywały się ciche pomruki zadowolenia, w głowie zaczynało przyjemnie szumieć. Podszedłem do niej bliżej, nieco zwalniając uścisk, za to przytrzymując ją w miejscu własnym ciałem. Uspokajałem się, bo nie była obojętna. Mimo, że oponowała, to oddawała pocałunki. Choć wbijała mi paznokcie w skórę, przygryzała moje wargi, jakby nie chciała pozwolić mi odejść. Sama nie wiedziała, czego chce. A ja? Cóż… Znowu zamknąłem jej usta pocałunkiem, nie umiejąc do niej dotrzeć w żaden inny sposób. Wynikało to z mojego tchórzostwa? Nie powiedziałbym. Z obawy, że da mi w twarz i nigdy więcej się do mnie nie odezwie? Bardzo możliwe. Z nieumiejętności rozmawiania z ludźmi? Zdecydowanie. 
- Zbyszek – szepnęła cicho po dłuższej chwili, odwracając głowę na bok. Dysząc ciężko, puściłem powoli jej dłonie, napierając na drobne ciało całym sobą. Zanurzyłem nos w jej włosach, biorąc głęboki oddech. Zapach lawendy wbił mi się w zmysły, otumaniając na spółkę z lurowatą whisky. - Puść mnie.
- Porozmawiaj ze mną – poprosiłem zachrypniętym głosem, zamykając mocno oczy. - Daj cokolwiek powiedzieć…
- Nie – jęknęła płaczliwie, wyłuskując się z moich objęć. - Nie mogę, daj… daj mi pomyśleć. Zostaw mnie – powiedziała cicho, ledwie otwierając usta. Schyliła się, żeby przejść pod moim ramieniem, ciągle opartym o ścianę i niemal zbiegła po schodach w dół, zostawiając mnie na korytarzu całkiem samego.
Jęknąłem donośnie i gwałtownie przyłożyłem czoło do zimnej ściany, dysząc z nerwów i rosnącego we mnie napięcia. W tamtej chwili chyba powoli zacząłem się poddawać. 

*  *  *

- Czemu tak bez słowa się ulotniłeś z tego balu charytatywnego? Poszliśmy jeszcze z chłopakami do klubu, a ty tak szybko, niezauważenie wyszedłeś, to nie w twoim stylu! – Krzysiek strofował mnie już dobre czterdzieści minut, krzątając się przy tym po kuchni w swoim wielkim domu. Postawił przede mną białą filiżankę czarnej, parującej herbaty i z nieprzejednaną miną podsunął pod nos cukiernicę.
- Mówiłem ci, że się źle poczułem. Przestań mi suszyć głowę, jakbyś chciał mi dać szlaban.
- Chciałem się z tobą, kolego, napić, a ty mnie wystawiłeś! - Powiedział obrażony, wydymając śmiesznie dolną wargę. Wywróciłem oczami. Nie miałem już do niego siły…
Wbiłem łokieć w twardy blat białego stołu i podparłem policzek na dłoni, gniotąc sobie przy tym pół twarzy. Choć minęły już dwa tygodnie od tego feralnego balu, mnie ciągle zżerała złość na samego siebie. Czułem, że wszystko zawaliłem i było mi z tym niewypowiedzianie źle. Zupełnie jakbym się czymś zatruł na szkolnej stołówce, choć może nie było to do końca trafne określenie. Pierwszy raz nie osiągnąłem tego, czego chciałem. Zawsze ciężko mi się przegrywało, ale tym razem chyba chodziło o coś więcej. Coś, czego nie potrafiłem prawidłowo ubrać w słowa.
- Krzysiu, daj Zbyszkowi spokój. Zachowujesz się tak, jakbyście mieli się nigdy więcej razem nie napić – Iwona stanęła po mojej stronie, zapewne widząc moją chęć do jakiejkolwiek współpracy. Igła zaczął coś mamrotać pod nosem, nastawiając sobie ekspres do kawy, wyraźnie zirytowany. Uniosłem nieco spojrzenie znad filiżanki i posłałem szatynce pełen wdzięczności uśmiech. Puściła mi tylko perskie oko na znak, że nie ma o czym mówić. Moim kolejnym wybawcą okazał się Sebastian.
- Tato, pomożesz mi z matmą? - Zapytał z miną męczennika, wkraczając do kuchni z książką w jednej ręce i pokreślonym zeszytem w drugiej.
- Za chwilę synek, mamy gościa – starszy Ignaczak westchnął ze znużeniem, łypiąc na mnie groźnie. Zapewne chciał mi jeszcze trochę utrzeć nosa, ale wymowny wzrok żony zmusił go do zmiany planów. Drgnął gwałtownie, uśmiechnął się uroczo i w mig odebrał swojemu synowi pognieciony zeszyt. - Albo wiesz co, im szybciej to zrobimy tym więcej będziesz miał wolnego. Pokaż no to… ułamki… dobra, zaraz to ogarniemy, czekaj… - mamrotał pod nosem, wychodząc z Sebą do sąsiedniego pokoju.
- Jak ty z nim wytrzymujesz – westchnąłem ciężko, dłonią pocierając zmarszczone czoło. Byłem zmęczony jak po całym turnieju. Może to trudy sezonu w końcu zaczynały się na mnie odbijać?
- Jakoś daję radę. Można przywyknąć – zaśmiała się dźwięcznie. - Dużego masz moralniaka?
- Hm?
- Wiesz, kobiety wolą, gdy facet przeprasza je z bukietem kwiatów. Nie lubimy być przy tym przygniatane do ściany, w dodatku w pobliżu toalet – powiedziała, unosząc znacząco jedną brew w górę. Zakrztusiłem się herbatą, patrząc na Iwonę z czystym przerażeniem. Czułem, jak kącik ust drga mi w nerwowym tiku.
Kurwa…
- O czym ty mówisz? - Parsknąłem, nerwowo poprawiając się na krześle. Szatynka posłała mi cierpliwy uśmiech, wzięła spokojnie długi łyk kawy i zatrzepotała niewinnie rzęsami.
- Widziałam cię z Francescą – oznajmiła swobodnie.
Kurwa…
Serce przestało mi bić, zapomniałem jak się oddycha, zbladłem, a może poczerwieniałem; było mi gorąco, zimno, nie miałem pojęcia! Tak się określa panikę…?
- I nie wmówisz mi, że tylko rozmawialiście – dodała ze śmiechem.
O kurwa!
Przełknąłem głośno i skuliłem ramiona jak szczeniak skarcony za pogryzienie ulubionych butów swojej właścicielki.
- Iwona… - jęknąłem cicho.
- Spokojnie – zachichotała. - Uważam, że całkiem słodcy razem jesteście.
- Co? - Jęknąłem z rozpaczą. Ignaczak wytknęła mi wesoło język i założyła pasemko włosów za ucho. - Dużo słyszałaś? - Zapytałem niepewnie. Gardło momentalnie mi wyschło, a gorąca herbata ciągle nie nadawała się do picia.
- Nic. Widziałam tylko jak się całujecie i od razu się wycofałam – parsknęła, kręcąc szybko głową. Jakby przyznała się, że widziała coś zakazanego, nietaktownego. Zaraz jednak spoważniała i zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem. - To o nią Igła suszy ci głowę?
- Mmm… - jęknąłem tylko, ciągle przerażony. Nie tak miało, kurwa, być! Nikt miał nie wiedzieć, to miała być tajemnica, moja i Franceski!
- Dlaczego nie chcesz z nią porozmawiać? Skoro ci zależy...
- Nie zależy – warknąłem w pierwszym rzucie, jednak widząc uparte spojrzenie Iwony,  poddałem się. Ona już miała swój pogląd na tę sprawę i nie miałem szans by przeforsować własny punkt widzenia. Przewróciłem więc tylko wymownie oczami. - Po prostu zdarza mi się o niej pomyśleć, tyle. Było kilka sytuacji, o których wie tylko nasza dwójka, to chyba stwarza jakąś zażyłość emocjonalną, co nie? Ale ja nie umiem rozmawiać z kobietami, daj spokój! – Wydusiłem z trudem. Poczułem delikatną dłoń na swoich palcach i uniosłem brodę w górę, krzyżując spojrzenie ze wzrokiem Iwony.
- Umiesz. Zaufaj mi.
    Prychnąłem z rozbawieniem.
- Ona nie będzie chciała…
- Spróbuj. Powiem ci, gdzie jest najbliższa kwiaciarnia – zaoferowała, puszczając mi oczko.
- Nie wiem, gdzie ona mieszka – ciągle próbowałem się wymigać, ale znaczące spojrzenie żony mojego przyjaciela dało mi jednoznaczną odpowiedź: mówiła poważnie. I chyba nie zamierzała mi odpuścić. - Powiesz mi?
- Jak obiecasz, że będziesz grzeczny – odparła rezolutnie. Parsknąłem wesoło. Od razu poczułem się lepiej i za to właśnie ceniłem sobie Iwonkę. Potrafiła wyciągnąć ze mnie to, co najlepsze, ujarzmić mnie. Niewielu się to udawało.
    - Pójdę. Ale tylko po to, żeby ją... przeprosić - mruknąłem niechętnie. Iwona zaśmiała się ciepło.
    - Co się stało? - Zapytała, gdy znowu spiąłem całe ciało.
- Nie mów Igle.
- Nie powiem – mruknęła, jakby to było oczywiste. Nie powstrzymałem westchnienia ulgi. - Sam to zaraz zrobisz.
- C-co? - Spojrzałem na nią z przerażeniem. - Nie, Iwona…
- To twój przyjaciel.
- I dlatego nie chcę mu mówić! - Zawołałem spanikowanym szeptem. - Sama pomyśl, jak coś nie wyjdzie, to uzna, że nic się nie zmieniłem. Iwona, proszę… - jęknąłem błagalnie. Naprawdę mi na tym zależało. - Wystarczającą ilość razy go zawiodłem.
- O czym tak szepczecie? - Ignaczak wrócił do kuchni w dużo lepszym nastroju. Wyprostowałem się gwałtownie, plecami padając na twarde oparcie krzesła. Serce waliło mi jak młotem. Nie lubiłem, gdy mój komfort psychiczny leżał w rękach innych ludzi.
- O niczym ważnym – głos Iwony był spokojny, ale ja nadal zerkałem na nią nieco podejrzliwie. Nie miałem pojęcia, czy rzeczywiście ugryzie się w język...

Zamknęłam grubą książkę i westchnęłam ciężko. Lubiłam historyczne knigi, ale ta chyba miała mnie przerosnąć. Opisy tych wszystkich orgii ze starożytnego Rzymu jakoś mnie nie zachęcały. Przeciągnęłam się z cichym pomrukiem, przetarłam dłonią zmęczone oczy i spojrzałam na zegarek. Jego tarcza wskazywała wpół do szóstej. Znowu się zaczytałam.
Wstałam ociężale z miejsca, zamknęłam okno i podpięłam bluzę pod samą brodę, drżąc w niekontrolowany sposób. Ochłodziło się. Po raz kolejny musiałam odłożyć wieczorną jazdę na rowerze na „kolejny dzień”.
- Jak tam? - Zapytałam cicho burego kota, Prometeusza, siedzącego na parapecie. Miauknął, gdy podrapałam go za uchem. Otarł się o moją rękę i znowu zatopił swoje szare spojrzenie w obrazie za oknem. Uśmiechnęłam się pod nosem i ruszyłam powoli w stronę kuchni. Kaśka wyjechała do Marty na weekend i zostawiła mi go pod opieką. Mały dachowiec był na całe szczęście mało wymagającym stworzeniem, a w dodatku dość grzecznym jak na kota spędzającego całe życie z tą wariatką Rzepecką.
Niespodziewanie, wieczorną ciszę mojego mieszkania przerwał dzwonek do drzwi, zaraz po nim nastąpiło ciche, krótkie pukanie. Zalałam zieloną herbatę nieco przestudzoną wodą i z zaskoczeniem ruszyłam w kierunku przedpokoju.
- Kogo niesie w sobotę, o tej porze? - Mruknęłam sama do siebie. Ciche pukanie rozległo się jeszcze raz, gdy przekręcałam patent w drzwiach. Byłam niemal pewna, że to moja sąsiadka, a w najgorszym wypadku Kaśka, której jednak nie spodobał się pomysł wyjazdu pod namiot i wróciła po kota, domagając się przy tym wysłuchania swojej historii. Chyba nawet widok jakiegoś funkcjonariusza policji nie zaskoczyłby mnie tak bardzo. Za nic nie mogłam jednak przypuszczać, że w progu moich drzwi będzie stał Bartman, nonszalancko oparty o ich framugę. Ubrany w czarną, dopasowaną koszulę, trzymał w dłoni najpiękniejszy bukiet eustom, jakie w życiu widziałam.
- Cześć.

~  *  ~


Skończyłam pisać Fobie. Epilog jest już rozesłany do tych wybranych, które zawsze mają i będą mieć pierwszeństwo ;). Na Was przyjdzie pora prędzej, niż później, bo nie wiem czy wiecie - przed nami jeszcze tylko 7 rozdziałów i zakończenie. Co będzie potem? Najpewniej opowiadanie o panu Bartku, ale nie potwierdzę nie zaprzeczę. Teraz natomiast zrobię sobie na pewno przerwę w pisaniu, bo zamiast mnie to relaksować - tylko denerwuje :/. Tym bardziej, że Fobie nie do końca mi wyszły. Może mi się zdanie zmieni w trakcie dodawania rozdziałów, ale na chwilę obecną Fobie zaczynają mnie uwierać. Spędziłam nad tym tekstem naprawdę mnóstwo czasu... więc po prostu mam nadzieję, że ostatecznie wszystko będzie się Wam podobało, bo to przecież najważniejsze :). Mam nadzieję, że będziecie do końca, że mogę na Was liczyć.

27 komentarzy:

  1. Tak się zastanawiam czy bloger robi mnie w konia i jest to rozdział, który powinien być odatowany 04 listopada, czy jednak jest to rozdział z 25.10. O.O

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jaka to różnica? Ma to jakiś związek z treścią rozdziału?

      Usuń
    2. Oczywiście, że nie. Jednak gdy ktoś posiada automatyczne przypominanie o nowym poście na danym blogu to ta informacja się nie pojawia.. Nie pojawiła się ani dziś ani 25 ;)

      Usuń
    3. Stało się tak prawdopodobnie przez moje omyłkowe dodanie 16 na kilka minut tydzień temu. Ale nie mam naprawdę czasu sprawdzać tego jaka data dodania rozdziału się pojawia. Musicie sami sprawdzać bloga, asekuracyjnie, w dniu kiedy ma się pojawić coś nowego - a datę zawsze podaję, nawet w 2 miejscach na blogu. A jeżeli już macie pisać komentarze, to wolałabym, żeby odnosiły się do tekstu :)

      Usuń
  2. Kyane, jak Ty to robisz, że z każdą fobię jestem pod jeszcze większym wrażeniem? Dziewczyno, Ty wydaj książkę i nie będziesz znana tylko w naszym gronie, bo pozna Cię wtedy cała Polska albo i świat i wierzę, że będą zachwyceni fobią, bo ja jestem zakochana. Numer jeden! I powiem Ci, że bohaterowie już dawno skradli moje serce. Szczerze myślałam, że Franka nie pójdzie na bal, ale dobrze, że jednak istnieje tutaj Kaśka, która potrafi przekonać człowieka do zmiany decyzji. Podoba mi się w tym rozdziale rola Iwony Ignaczak, taki dobry anioł stróż. Pięknie to wszystko opisałaś. I tak się rozmarzyłam czytając szesnastkę, że nie zorientowałam się, że to koniec :) Mimo, że długość rozdziałów jest idealna, to ja bym mogła czytać w nieskończoność :D Czekam na więcej, bo aż się nie mogę doczekać, co się wydarzy podczas tego spotkania. Ach, Zbyszek masz plusa, bo myślałam, że nie zdecyduje się taki krok, w końcu on to od samego początku był trudny orzech do zgryzienia. Życzę weny i ściskam ;* ps. Czy kolejne opowiadanie musi być z Kurkiem? Uwielbiam twoją twórczość, jednak fajniej by było, gdyby to był jednak inny bohater. Nie lubię pana Kurka i nie polubię. Tak, wiem, że jeżeli wybrałaś już bohatera to tylko dla mnie go nie zmienisz.
    Karo_Nowaq
    #5
    ps2 i dla mnie nie jest ważne, czy ta fobia ma datę 4.11 czy 25.10. Najważniejsze, że jest i cieszyć się z tego ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa, choć nadal nie pali mi się nawet do pomyślenia o wydaniu książki ;). Tym bardziej, jeśli raz na jakiś czas potrzebuję całkowitej przerwy od pisania.
      Co do Twojego post scriptum, jak napisałam - to wyjdzie w praniu.

      Usuń
  3. Jak mogłaś skończyć w takim momencie?! Serca nie masz czy co? :D ale i tak jestem zachwycona! A niech go tylko wyrzuci to ja Ci żyć nie dam! (tak to jest groźba :D) Dziękuję za ten rozdział, jest cudowny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. trzęsę się z emocji ♥ Iwona stała się takim dobrym duchem, choć pojawia się rzadko. może to dlatego, że patrzy na to wszystko z innej perspektywy albo dlatego, że ma tak ciężko z Igła. tak czy owak jest dobrym duchem Zbyszka i mówi na głos wszystko to, o czym on boi się nawet myśleć. oni nie są zakochani, bo przecież oboje nie wierzą w miłość. czują jakąś chorą więź, pociąg fizyczny i całą resztę, której nie umiem ubrać w słowa. coś między nimi jest, ale na pewno oboje są zbyt dumni, aby porozmawiać, zbyt wyniośli, aby wykonać pierwszy krok. czasem jednak słowa nie są potrzebne, bo przecież liczą się gesty. może trochę wymyślam, może coś mi się wydaje, ale lubię ich. nawet bardzo.

    ściskam, ret.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iwona ma ciężko z naszym libero? A to czemu? :)

      Usuń
    2. wytrzymać z takim wulkanem energii? z tego, co wyczytałam oboje mają silne charaktery, więc to, że tworzą tak dobraną parę jest godne podziwu.

      Usuń
    3. To chyba kwestia dotarcia się, znalezienia wspólnego języka ;)

      Usuń
  5. Hasło na dziś: "Nie lubiłem, gdy mój komfort psychiczny leżał w rękach innych ludzi."
    Wiem, że prawie zawsze uczepię się jakiegoś szczegółu pomijając ogólne podsumowanie rozdziału. Z jednej strony, tak lubię, tak mam, z drugiej, istotniejszej, co ja na to poradzę, że w praktycznie w każdej fobii znajduję coś, co przemawia do mnie jakby bardziej osobiście? Czasem, aż mnie przeraża jak wiele z tego jest udziałem Twojego Zbyszka.
    Jak zwykle pozostaje mi jedynie podziwiać Twój kunszt. Bez kadzenia. Rzadko w fanficowej twórczości spotyka się takie smaczki: "Czułem, jak kącik ust drga mi w nerwowym tiku.". Ty ich widzisz, swoich bohaterów, sceny, które są ich udziałem. To chyba jedna z różnic pomiędzy zabawą w pisanie o robieniem tego na poważnie.
    Dziękuję za kolejny świetny rozdział i do zobaczenia osiemnastego listopada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po takich komentarzach wraca mi wiara w siebie, w to co tutaj robię. Dziękuję.

      Usuń
  6. siedze nad tym komentarzem dobre 15min i nadal nie wiem co napisac :) rodzial swietny, dzieje sie sporo u bohaterow, nie moge sie doczekac co z tego wyniknie :)
    Do nastepnego, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam! 😊
    Na wstępie, chciałam Cię przeprosić za to, iż nie zjawiałam się pod rozdziałami z komentarzami, mam nadzieję, że mi wybaczysz! Z rozdziałami natomiast nie jestem w tyle, czytałam każdy! :)
    Rozdział jest cudowny! Zresztą jak każda z dotychczasowych fobii. 😊 Zbyszek walczy sam ze sobą, ze swoimi emocjami. Natomiast Francesca walczy ze swoją dumną , urażoną dumą. Natomiast Iwonka jak taka dobra duszyczka zjawia się i stara się pomóc Zbyszkowi. Mam nadzieję, że Kruś nie wyrzuci go za drzwi rzucając w niego tym bukietem kwiatów. Oby tylko na spokojnie porozmawiali, bez emocji, co przy tak charakternych osobach chyba jest dość ciężkie. 😊
    Z niecierpliwością czekam na kolejny! 😊

    Pozdrawiam serdecznie! 😘

    PS: Teraz postaram się zjawiać z komentarzami pod każdym rozdziałem, mam nadzieję, że mi się to uda! 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, nie masz za co przepraszać. Cieszę się, że wszystko Ci się podoba i mam nadzieję, że uda mi się utrzymać ten stan rzeczy :)

      Usuń
  8. Widać, że poświęciłaś na Fobie mnóstwo czasu, bo opowiadanie jest dopracowane w każdym elemencie. Zresztą jak zwykle. Strasznie kusisz i intrygujesz tym epilogiem, bo na chwilę obecną trudno sprecyzować sobie w wyobraźni wizję zakończenia. Możliwości jest multum.
    Co do rozdziału - cóż, iskry lecą! Ileż wyładowań elektrycznych! ;) Uwielbiam, gdy bohaterowie jednocześnie przyciągają się i odpychają.
    Jedną z moich konkluzji miało być stwierdzenie, że Zbyszek nie potrafi rozmawiać z kobietami, ale on sam powiedział to za mnie ;) Coś w tym jest, że najprostsze rzeczy sprawiają mu największy kłopot. Być może wynika to ze strachu i wewnętrznej blokady, w końcu przez lata skutecznie izolował się od ludzi i wyznaczał swoje własne granice, których nigdy nie przekraczał. To go zgubiło, bo teraz w gąszczu oczywistości momentami zachowuje się jak dziecko we mgle.
    Francesca natomiast poznała Zbyszka z tej najgorszej strony, dowiedziała się, co w nim tkwi, a mimo to zabrnęła w tę znajomość o wiele dalej niż planowała. Wierzyła, że może przyczynić się do jakiejś jego wewnętrznej metamorfozy. Czy przestała wierzyć? Na pewno aktualnie obraz rzeczywistości zamazuje jej poczucie krzywdy i wrażenie bycia "jedną z wielu".
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ona go jeszcze nie poznała z najgorszej strony. Dopiero ją to czeka.

      Usuń
  9. Kochana kiedy kolejny rozdział ? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisane w zakładce albo pod nagłówkiem. Nie pytajcie mnie o takie rzeczy - rozglądajcie się trochę.

      Usuń
  10. Jejku jak ja kocham ich, są tacy...akqjwnf0FENJVWOV xd właśnie tacy, że nie da się ich określić słowami
    która z nas by nie chciała aby taki Zbychu pojawił się pod jej drzwiami z kwiatami, zazdroszczę France i to bardzo
    cały rozdział po prostu genialny, jestem bardzooo ciekawa co tu się stanie teraz
    weny i do następnego :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mów hop z tą zazdrością ;). Jeszcze nie znacie tego Zbyszka tak dobrze jak ja.

      Usuń
  11. Wybacz spóźnienie i ten bałagan komentarzowy, ale blogger mi coś ześwirował xD
    Francesca bardzo dobrze zrobiła idąc na bal. Dobrze, że Kaśka ją namówiła. Odcisnęła Bartmanowi na odcisk i o to chodziło. Wciąż czekam na moment w którym bez ogródek i zawiłości przyzna, że Frania nie jest mu wcale obojętna i że nie chodzi tylko o pociąg fizyczny. Iwona zdecydowanie stała się jego dobrym duchem, jak widać przydaje się ktoś taki, zwłaszcza jeśli jest się takim narwanym Bartmanem. Ciekawa jestem tych przeprosin. Bo naprawdę spodziewam się w tej scenie wszystkiego co możliwe :D
    Ściskam ❤

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie obiecuję, że się tego doczekasz xD

      Usuń
  12. Hejo <3
    Dlaczego ja tutaj dopiero jestem ! Czy blogger znowu robi w konia ?! Kurcze, codziennie na chwilę wchodziłam na panel i nic się nie pokazywało więc zaniepokojona zajrzałam tutaj i pokazuje, że nowy rozdział będzie osiemnastego, ale coś mi się nie zgadzało!. Czytam początek rozdziału i okazuje się, że go nie czytałam ! Przepraszam za spóźnienie :P Never mind !
    Przejdźmy do rozdziału ! :D

    Ciężko jest tutaj skomentować zachowanie Zbyszka. On jest dziwny :P. Zranił ciężko Frankę i również ciężko będzie ją przeprosić. Mam nadzieję, że jednak jakoś pomalutku Frania będzie ulegać Zbysiowi. Oj jak mnie zżera od środka ! Jaka ja jestem ciekawa tych przeprosin ! (ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ponoć !:P) Może jednak dobrze, że przeczytałam dzisiaj :D.
    Jednak na miejscu Frani nie "flirtowałabym" z kolegą osoby do której coś czuje. To jest okropne, granie na uczuciach. No, ale to moja opinia :P.

    Czekam do osiemnastego i ściskam kciuki, żeby ta radość z pisania wróciła :D
    Tak nawiasem mówiąc, nic nie widać po rozdziałach by były jakieś inne, piszesz jak dawniej i za to kocham Twoje blogi <3

    Pozdrawiam Dooma :).

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.