BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

18 lis 2016

Fobia siedemnasta


Patrzyłam na niego w osłupieniu, zapewne z otwartymi ustami, nie do końca wiedząc na czym dłużej zatrzymać swój wzrok: na twarzy Zbyszka, jego rozbrajającym uśmiechu, czy na bukiecie, który trzymał w ręce. Skąd on w ogóle wiedział, że eustomy to moje ulubione kwiaty? Ba!, skąd on wiedział, gdzie mieszkam?!
- Cześć – mruknął. Jego niski, ciepły tembr głosu natychmiast wywołał gęsią skórkę na całej mojej skórze. Zadrżałam delikatnie, mocniej zaciskając palce na drewnianej powłoce drzwi.
- Co ty tu robisz? - Zapytałam oschle, groźnie ściągając ku sobie brwi. Zbyszek zawył nisko z irytacją, po czym w bardzo wymowny sposób przewrócił oczami, opuszczając przy tym rękę z bukietem wzdłuż ciała.
- Nadal będziesz grała niedostępną? Chcę tylko porozmawiać – powiedział spokojnie, choć w jego głosie brzmiała dziwna nuta. Coś, czego jeszcze u niego nie słyszałam. Popatrzyłam na niego podejrzliwie, robiąc pół kroku w tył i zmierzyłam niechcianego gościa nieprzychylnym spojrzeniem. Skruszał nieco; przywdział na usta słaby uśmiech i zerknął wymownie za moje ramię, w głąb mieszkania. - Wpuścisz mnie?
Chciałam z uśmiechem pełnym satysfakcji powiedzieć „nie”, po czym zamknąć mu drzwi przed nosem, ale gdy kąciki moich ust zaczęły unosić się w górę, zawahałam się. Z jakiegoś powodu zadał sobie ten trud, by poznać mój adres i upodobania. Z resztą, szkoda było wyrzucić takie piękne kwiaty, prawda?
Westchnęłam przeciągle i zrobiłam mu miejsce w progu. Zbyszek bez słowa wsunął się do środka, uśmiechając się przy tym delikatnie. Zapach jego perfum w mgnieniu oka otulił moją twarz, pobudzając zmysły i przypominając mi ten jeden, jedyny wieczór, o którym nie wiedziałam, czy żałować go do końca życia czy też cieszyć się, że miał on miejsce w moim mało barwnym życiu.
- To dla ciebie – usłyszałam za plecami, gdy zamykałam drzwi od środka. Zerknęłam za siebie na skonsternowanego Bartmana i uśmiechnęłam się nieco wymuszenie. Delikatnie odebrałam od niego bukiet, zgrabnie ignorując dziwne uczucie w dłoni, gdy lekko musnęłam jego skórę. Miałam wrażenie, że lekki prąd przeszył wszystkie zakończenia nerwów w mojej ręce, drażniąc je w dość przyjemny sposób.
- Dziękuję – bąknęłam niewyraźnie, znowu kierując się w stronę kuchni. - Wchodź, tylko zdejmij buty! - Zawołałam jeszcze, wlewając wodę do wąskiego wazonu. Nie wiedziałam, czego Bartman ode mnie chce. Ciężko mi było go rozgryźć, przewidzieć jego kolejne ruchy. Nie wspomnę już o tym, że zaczęłam się denerwować. Zbyszek zdecydowanie nie był osobą, której się spodziewałam ani której oczekiwałam z niecierpliwością. Szczerze mówiąc to miałam nadzieję… Nie. Raczej spodziewałam się, że po naszym spotkaniu na balu charytatywnym zrozumie moje podejście i da mi spokój. Z drugiej strony sama nie wiedziałam, która opcja wydaje mi się korzystniejsza: olania mnie, czy próby podjęcia jakiegokolwiek dialogu?
Zerknęłam na swoje odbicie w kuchennym oknie i z przerażeniem wciągnęłam powietrze przez nos. Ładnie mu się pokazałam, nie ma co! Włosy potargane, bluza ubrudzona jakimś jogurtem, a wyciągnięte dresy pamiętały jeszcze czasy moich studiów we Włoszech! Z przerażeniem rozsunęłam zamek błyskawiczny pomarańczowego polaru i rzuciłam go niedbale na krzesło stojące za stołem akurat w momencie, gdy Zbyszek wchodził pewnym krokiem do kuchni. Spojrzał na mnie z normalną dla siebie nonszalancją i uśmiechnął delikatnie. Spróbowałam odpowiedzieć mu tym samym, ale byłam tak zdenerwowana, że mój szybki uśmieszek musiał wyglądać jak tik nerwowy. Poprawiłam lekko włosy i wstawiłam kwiaty do wazonu, rozplątując kilka drobnych listków. Uśmiechnęłam się nieco spokojniej i nie zwracając uwagi na gościa, zanurzyłam nos w delikatnych, białych płatkach, zaciągając się ich zapachem.
- Trafiłem w gusta? - Stęknął cicho, siadając ciężko na jednym z krzeseł, zdecydowanie za niskich jak dla niego. Zerknęłam na Zbyszka kątem oka.
- To moje ulubione kwiaty – mruknęłam, stawiając wazon na wąskim, zalanym słońcem parapecie.
- Zapamiętam na przyszłość – zaśmiał się cicho, rozglądając się po małej kuchni z ciekawością. Ciągle poprawiając małe, jeszcze słabo rozwinięte kwiaty, nie powstrzymałam szczerego uśmiechu. Nie wiedziałam, co bardziej mnie ucieszyło: to, że w ogóle zdobył się na kupienie bukietu, czy fakt, że zamierzał jeszcze kiedyś podarować mi podobny.
- Kawy? - Zagadnęłam, gdy w końcu udało mi się oprzytomnieć. Chyba wypadało zachować pozory dobrego gospodarza, prawda?
- Woda wystarczy, dzięki – uśmiechnął się do mnie w ten rozbrajający sposób, mrużąc lekko oczy. Kolejny dreszcz przemknął po moich plecach, za co natychmiast zmroziłam Bartmana wzrokiem. Nie powinien czuć się tutaj tak pewnie, nie powinien się ze mną spoufalać. Jeżeli już wszedł na mój teren, to powinien wziąć uszy po sobie, ot co!
Z charakterystycznym sykiem otworzyłam butelkę wody, mechanicznie wyciągnęłam z szafki wąską, wysoką szklankę i napełniłam ją gazowaną cieczą. Po chwili namysłu wkroiłam do szklanki plasterek cytryny. A co, niech ma.
Słyszałam, jak Zbyszek niecierpliwie przebiega palcami po blacie stołu. Nic nie mówił, starał się wybadać grunt, a ja nie zamierzałam niczego mu ułatwiać. Wzięłam do rąk naczynie Bartmana i swój ulubiony kubek, w którym dawno zaparzyła mi się zielona herbata. Odwróciłam się w stronę siatkarza akurat w momencie, w którym Prometeusz wskakiwał mu na kolana z cichym pomrukiem.
- Cześć, puszysty przyjacielu! – Krzyknął z niebywałą ekscytacją, momentalnie się ożywiając. Złapał kota pod przednimi łapkami, nim zdążyłam zaoponować i uniósł go nieco w górę, patrząc mu prosto w szare ślepia.
- Uważaj, on…! - Zaczęłam, ale zaraz głos uwiązł mi w gardle. Prometeusz miauknął cicho, kiedy Bartman dotknął jego różowego noska swoim nosem. Koniuszek kociego ogona kiwał się to w prawo, to w lewo. Zbyszek zaśmiał się mrukliwie i przytulił kocura do piersi, głaszcząc go swoją wielką dłonią po jego niewielkim łebku z niezwykłą delikatnością. Co więcej, Prometeusz przymknął swoje wielkie oczyska, ułożył się wygodniej na przedramieniu siatkarza i zaczął głośno mruczeć z zadowoleniem. - Nie rzucił się na ciebie… - bąknęłam szczerze zaskoczona. Bartman popatrzył na mnie krytycznie, kręcąc z dezaprobatą głową.
- Wiem, że jesteś na mnie zła, ale nie przeginaj, co?
- On nie lubi mężczyzn – wyjaśniłam, stawiając obok Zbyszka szklankę z wodą. - Jeszcze żaden nie umknął przed jego pazurami.
- Widocznie złych kochanków sobie sprowadzasz – mruknął z dużą ilością ironii. Przepraszam bardzo, ale co cię to obchodzi?!, krzyczałam w myślach. Miał szczęście, że patrzył na kota, nie na mnie, bo miałam wielką ochotę trzepnąć go w ten pusty łeb!
- To kot Rzepeckiej, nie mój.
- I wszystko jasne – bąknął, kiwając ze zrozumieniem głową. Omiotłam wzrokiem sufit i opadłam na krzesło naprzeciwko siatkarza. Założyłam niedbale nogę na nogę i zapatrzyłam się w obraz za oknem, sącząc powoli herbatę.
Uśmiechnęłam się pod nosem, wspierając brodę na dłoni. Lubiłam to miejsce, dobrze i swobodnie się tu czułam. Było tu cicho, czysto, nawet powietrze pachniało inaczej niż w pobliżu Podpromia czy mojej kliniki. To był mój skrawek nieba, kawałek mnie. Niewielki ogród na tyłach domu pozwalał mi na zrobienie grilla czy przeczytanie książki na świeżym powietrzu. Sąsiedzi nigdy mi nie przeszkadzali. W zasadzie praktycznie ich nie widywałam. Może czasami cierpiałam na samotność, ale widoki takie jak ten teraz, rekompensowały mi wszystko. Pomarańczowa, gorejąca kula słońca chowała się powoli za linią drzew okalającą ten fragment osiedla. Kolor nieba zmieniał się od żółtego przez róż, po głęboki granat, by w końcu przejść w czerń usianą milionem gwiazd. W centrum nie były tak widoczne, jak tutaj.
Zerknęłam kątem oka na Bartmana. Lubiłam to miejsce, dobrze się tu mieszkało. Jednak jego położenie sprawiało, że zaczynałam podejrzliwie patrzeć na całą sprawę z wizytą siatkarza. Zastanawiałam się kto był tak bardzo pomocny, żeby podać mu mój adres? Bo sam tu na pewno nie trafił.
Zbyszek myślał, że nie zwracam na niego uwagi i drapiąc Prometeusza za uszami oglądał moje nogi, wychylając się coraz mocniej w przód, byle stół nie zasłaniał mu widoku. Uśmiechnęłam się ironicznie, nie mogąc uwierzyć w jego zachowanie. Przymknęłam oczy i z całej siły odstawiłam kubek na blat stołu. Wytrącony ze swojego toku myśli Bartman drgnął zdecydowanie zbyt gwałtownie jak dla swojego nowego, czworonożnego przyjaciela. Kocur wygiął grzbiet w łuk, jeżąc na nim swoją burą sierść, po czym wbił całą kolekcję pazurów w ciało przyjmującego i z dzikim sykiem zeskoczył na podłogę. Siatkarz powiódł za nim obrażonym spojrzeniem, kiedy Prometeusz z uniesionym wysoko ogonem opuszczał kuchnię, za to ja z trudem powstrzymywałam się od głośnego śmiechu.
- Mówiłam? - Zapytałam, kiedy udało mi się już nieco opanować. Nie miałam zamiaru spędzić ze Zbyszkiem całego wieczoru, tym bardziej w ciszy i przy kubku zimnej herbaty.
Niech mówi czego chce i wraca do siebie.
- Dzikie zwierzę – syknął, dłonią pocierając podrapane przedramię.
- Jeszcze chwilę temu nazywałeś go swoim przyjacielem.
- To trudna przyjaźń – westchnął ciężko, plecami opadając na oparcie krzesła. Widziałam, jak jego usta rozciągają się w uśmiechu, gdy zachichotałam w odpowiedzi. Niemal natychmiast ugryzłam się w język i przybrałam poważny wyraz twarzy.
- Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?
- Mam też DOBRYCH przyjaciół – rzucił, nadal z tym samym, rozbrajającym uśmiechem.
- Kaśka? - Mruknęłam znużona. Pokręcił głową, wzruszając jednocześnie ramionami.
- Obiecałem, że nie wygadam.
Ciekawe od kiedy ty jesteś taki warty zaufania?
- Po co przyszedłeś?
- Od razu do konkretów, hm? - Mruknął, taksując mnie posuwistym spojrzeniem. Przełknęłam głośno. Dlaczego miałam wrażenie, że to pytanie ma drugie dno?
- Posłuchaj, nie mam ochoty na twoje gierki – syknęłam ostro, patrząc na zdziwionego Zbyszka spod zmarszczonych groźnie brwi. - Jesteś mi tu zbędny. Nie mam ochoty z tobą przebywać ani z tobą rozmawiać, poza tym nawet nie uprzedziłeś, że przyjdziesz. Myślisz, że nie mam nic innego do roboty tylko czekam, aż zjawisz się w progu mojego mieszkania i…
- Przepraszam – powiedział cicho, przerywając mój monolog. Zamrugałam gwałtownie.
- Słucham?
Zibi przyglądał się uważnie swoim dłoniom, nerwowo wyłamując palce. Trzask wybijanych stawów jak zwykle wywoływał u mnie pewnego rodzaju niesmak.
- Przyszedłem tu, bo chciałem cię przeprosić. Faktycznie mogłaś się poczuć niezręcznie, kiedy tak na ciebie naskoczyłem w domu kultury.
- Niezręcznie?! - Prychnęłam z irytacją. Zbyszek westchnął ciężko, dłonią trąc spięty kark.
- Chciałem tylko, żebyś mnie wysłuchała, a że nie mogłem cię do tego namówić, pocałowałem cię – mruknął spokojnym głosem. Zarumieniłam się delikatnie. - Powinnaś już wiedzieć, że ciężko przychodzi mi rozmowa o tym, jak się czuję, co czuję. Nie umiem znaleźć słów, blokuje się… Nie lubię tego uczucia, niemocy. Drażni mnie. Mam wrażenie, że tracę kontrolę, a to jest najgorsze, na co mogę sobie pozwolić – mruknął poważnym tonem, na długą chwilę zatapiając wzrok w zegarze wiszącym pomiędzy szafkami. Patrzyłam na niego uważnie, czując jak zimny dreszcz prześlizguje się po mojej skórze. Czy to miało znaczyć, że jeszcze nie widziałam go w najgorszym stanie? - Spanikowałem – powiedział nagle, brutalnie strącając mnie na ziemię. Znowu zmienił ton, wyraz twarzy. - Nie chciałem, żebyś poczuła się jak lalka, rzecz – powiedział twardo, w końcu spoglądając mi w oczy. Widziałam w nich szczerą skruchę; zniknęła ta niebezpieczna iskra. Była to też jedna z niewielu sytuacji jak do tej pory, gdy byłam stuprocentowo pewna, iż Bartman mówi prawdę. Był szczery niemalże do bólu. - Nie jesteś moją własnością, wiem to i nawet przez chwilę nie pomyślałem o tobie w ten sposób. Próbowałem zwrócić na siebie twoją uwagę, przekonać cię do poświęcenia mi chwili, porozmawiania ze mną. To wszystko.
- Dlaczego tak bardzo zależy ci na rozmowie ze mną? - Zapytałam o wiele spokojniej, choć mój głos nadal nie należał do przyjemnych. Przyjęłam przeprosiny, zrozumiałam, czego chciał, ale nadal nie mogłam pojąć jego pobudek. On tymczasem uważał, że to oczywiste i teraz obdarzył mnie najbardziej zaskoczonym spojrzeniem, jakie u niego widziałam. - Myślałam, że wszystko mi wyjaśniłeś, gdy wspaniałomyślnie wróciłeś do mojego pokoju w pensjonacie we Władysławowie.
Pokręcił głową, cmokając z irytacją. Naprawdę oczekiwał, że z radości rzucę mu się na szyję i dam sobie mydlić oczy?
- Pamiętasz, co dokładnie ci wtedy powiedziałem? Czy zarejestrowałaś tylko fakt, iż uznałem nasze współżycie za błąd?
Zacisnęłam dłonie w pięści, zgrzytając przy tym zębami. Jakim prawem był teraz bezczelny?!
- Oświeć mnie – warknęłam przez zaciśnięte szczęki. Zbyszek podniósł powoli głowę ku górze, przechylił ją na prawe ramię i patrząc mi prosto w oczy, powiedział spokojnym głosem, powoli dobierając słowa:
- Że nie jesteś jedną z wielu.
Prychnęłam lekceważąco pod nosem.
- Ty naprawdę sądzisz, że w to uwierzę? - Westchnęłam. Myślałam, że zdobędzie się na cokolwiek więcej. - Przykro mi, że masz mnie za tak naiwną – wzruszyłam lekceważąco pod nosem i nie patrząc na swojego gościa, wstałam z miejsca.
- Nie mam cię za naiwną, co najwyżej za głupią.
- Pogarszasz swoją sytuację – warknęłam przez zęby, nieco za mocno wstawiając pusty kubek do zlewu.
- Uważasz, że cię wykorzystałem, tak?
- Nie do końca…
- Więc po co przyjechałem do twojej kliniki, żeby oddać ci tę gównianą książkę? - Zapytał oschle, nie dając mi dokończyć myśli. Słyszałam, jak kości strzelają mu w dłoniach i bez problemu wyobraziłam sobie, jak zaciska palce w pięści. - Mogłem ci ją podrzucić albo wysłać kurierem, tak jak ty później zrobiłaś z ubraniami, które ode mnie dostałaś. Po co zabrałem cię do swojego domu na trzy dni, dając ci się uspokoić, odpocząć? Myślisz, że pilnowałem cię dla własnej uciechy? Dlaczego powiedziałem ci wszystko…
- Byłam twoim psychologiem.
- Błagam cię! - Krzyknął, wstając gwałtownie z miejsca. - Gdybym tak racjonalnie do tego podchodził, wywlekłbym to wszystko na trzecich zajęciach, nie pod koniec marca. Nie zaprzeczysz, że nie pałaliśmy do siebie zbyt wielką sympatią. Nie miałem zamiaru się przed tobą otwierać i musiałaś to wyczuć.
Miał rację. Przecież sama przed sobą przyznałam, że się pomyliłam. Myślałam, że rozwiązałam problem, a okazało się, że jego podłoże jest zupełnie inne niż przypuszczałam. Zagryzłam nerwowo wargę, wspierając się o kant metalowego zlewu.
- Musiałem ci najpierw zaufać. Trwało to trochę, ale dałem ci ten kredyt – powiedział, podchodząc do mnie powoli. Zerknęłam przez ramię w jego kierunku. - Nie mam pojęcia, jak to zrobiłaś, ale nie potrafię cię wyrzucić – popukał się wymownie w skroń, zaraz znajdując ze mną kontakt wzrokowy. - Nie chciałem pomocy od nikogo, a co dopiero od kobiety. Byłem gotowy zrezygnować, ale wiesz, co kazało mi zostać?
- Chciałeś zostać w klubie – mruknęłam, bo przecież to było oczywiste. Zbyszek jednak uśmiechnął się delikatnie, pokręcił głową i wsuwając dłonie do kieszeni spodni, podszedł jeszcze bliżej.
- To też, ale nie o to mi chodzi. Ani o to, że chciałem wyleczyć się ze złych wspomnień. Sam to zrozumiałem dopiero dwa tygodnie temu, ale zostałem przez ciebie. Tupnęłaś nogą, nie łasiłaś się do mnie, umiałaś pokazać pazurki już przy pierwszym spotkaniu. To nie była dla mnie normalna sytuacja. Chciałem zobaczyć, co z tego wyniknie.
- Teraz może jeszcze mi powiesz, że już wtedy obmyśliłeś plan żeby zabrać mnie do siebie i uwieść, tak? - Ofuknęłam go, czerwieniejąc lekko ze złości. Zbyszek uśmiechnął się niczym mały chłopiec i zaśmiał wesoło, całkowicie zbijając mnie z tropu.
- Nie – pokręcił lekko głową. - Nie planowałem tego, pierwszy raz w życiu. I nie żałuję tego.
- Jezu, Bartman, o co ci chodzi? - Jęknęłam z irytacją i znużeniem. - Nie rozumiem cię; powiedziałeś wyraźnie, że to był błąd. To raczej jednoznaczne stwierdzenie.
Na krótką chwilę zmarkotniał. Czarujący uśmiech spełzł z jego twarzy. Kilka razy otworzył i zamknął usta, szukając odpowiednich słów, ale najwyraźniej nadzwyczaj trudno było mu je znaleźć, bo westchnął ciężko, nisko. Powiódł wzrokiem po szafkach zawieszonych na ścianie, jakby mógł tam znaleźć jakąś podpowiedź i nagle przede mną znowu stanął pewny siebie, oschły mężczyzna, dumny i niebezpieczny.
- Boje się, że cię skrzywdzę – oznajmił, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Jego chłodny ton głosu mroził mi krew w żyłach. Przez przypadek skrzyżowałam z nim wzrok; zielone oczy zionęły pustką. - Słabo… panuję nad emocjami.
- Wystarczy czasem ugryźć się w język – sparowałam, mocniej zaciskając palce na krawędzi szafki. Męczył mnie już tym owijaniem w bawełnę, staniem przede mną, pozbawianiem mnie chęci przyłożenia mu z pięści w twarz.
- Przepraszam – powtórzył jeszcze raz, niemal szeptem.
- W porządku – skinęłam głową. - Nadal tylko nie rozumiem, czego ty chcesz.
- Żebyś dała mi szansę.
- Mam być twoim króliczkiem doświadczalnym? - Zapytałam szybko, mrugając gwałtownie.
- Króliczkiem możesz być, z tym doświadczeniem to bym nie przesadzał – mruknął, przechylając głowę na prawe ramię, a mnie wnętrzności przewróciły się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Byłam pewna, że wyglądam jak burak. I o co mu chodziło z tym doświadczeniem, do jasnej cholery?!
- Bartman… - powiedziałam przez zęby, próbując odzyskać równowagę.
- Gdybym nie chciał być z tobą szczery, nie przyjechałbym tu – wszedł mi w zdanie, patrząc na mnie w jakiś irytująco magnetyczny sposób. Nie byłam w stanie odwrócić wzroku. - Nie fatygowałbym się całe miasto w sobotni wieczór, tylko poszedłbym do pubu z Ignaczakiem. Nie robiłbym z siebie wariata, szukając eustom we wszystkich kwiaciarniach w Rzeszowie i nie przepraszałbym ciebie. Nie mam w zwyczaju przyznawać się do błędu. Nie pomagałbym ci, nie powiedziałbym ci, co zrobiłem, nie wróciłbym do hotelowego pokoju, żeby z tobą porozmawiać. Złamałem dla ciebie praktycznie wszystkie swoje zasady, teraz chcę złamać ostatnią. Jestem otwarty jak książka – prychnął, wyrzucając ramiona w bok. Patrzyłam na niego w osłupieniu. - Okay, jasne. Może nie wiem, jak się zachować, ale chcę spróbować. Daj mi po prostu szansę.
Podniosłam gwałtownie głowę w górę i aż zachłysnęłam się nabieranym w płuca powietrzem. Kiedy on zdążył stanąć przede mną na wyciągnięcie ręki?! Pokręciłam gwałtownie głową i zrobiłam niepewny krok w bok. Miałam wrażenie, że Bartman skutecznie mnie osacza. Moja urażona duma kazała mi odprawić go z kwitkiem, ale w głowie coraz głośniej pobrzmiewały mi słowa Kaśki.
- Nie wiem, co musiałbyś zrobić, żebym zmieniła zdanie. Musisz się jakoś postarać, wykazać, nie wiem… wymyśl co-Zbyszek! - Pisnęłam z przerażeniem. Nie zauważyłam, kiedy kucnął. Nie mam pojęcia, w którym momencie złapał mnie za biodra. Nie wiem, do cholery, skąd mu ten pomysł przyszedł do głowy, ale jak tylko wstał na nogi, przerzucając mnie przez swoje ramię, o mały włos dostałam zawału. Ze strachem objęłam jego tors od tyłu, starając się nie myśleć o tym, że moja głowa jest tak blisko jego tyłka, za to jego ręka bez problemu oplata moje biodra. Jego umięśnione ramię wbijało mi się w podbrzusze. Czułam bijące od niego ciepło i zapach, tak mocno wwiercający się w moje zmysły, jakby chciał pozostać w mojej pamięci na zawsze. Zakręciło mi się w głowie.
- Bartman, co ty wyrabiasz do ciężkiej cholery?! - Wystękałam z trudem, starając się jakoś obrócić i spojrzeć w górę, na twarz siatkarza.
- Namawiam cię – zaśmiał się, idąc swobodnie wzdłuż kuchennych szafek.
- Gniotąc mi wnętrzności? Zbyszek, odstaw mnie, to boli – wysapałam, jednak zostałam w perfekcyjny sposób olana. - Gdzie ty leziesz? Postaw mnie na ziemi, słyszysz?!
- Nie piekl się, bo ci się zmarszczki zrobią – parsknął, mocniej zaciskając palce na moich pośladkach. Drgnęłam gwałtownie, zaparłam się dłońmi o jego plecy i podniosłam się nieco w górę, zerkając na siatkarza przez ramię.
- Już niech cię o to głowa nie boli! Postaw mnie!
- Zaraz – jęknął znudzony, kierując się w zupełnie nowym kierunku.
- Co ty robisz? - Westchnęłam znudzona.
- Szukam sypialni.
- C-co?! Postaw mnie! Słyszysz?! Bartman, odstaw mnie na ziemię, już! - Wrzasnęłam, bijąc go pięścią w okolicy krzyża. Stęknął cicho i grzecznie postawił mnie na podłodze. Zimne kafelki przyjemnie chłodziły moje stopy. - Co ci odbiło?!
- Kazałaś mi jakoś się przekonać – wytknął mi język, a mnie znowu zrobiło się gorąco. Nie wiedziałam tylko, czy to z nerwów czy z podniecenia.
- Oszalałeś?!
- Żartowałem tylko, Jezu! - Wywrócił oczami, robiąc kilka kroków w tył. Zaśmiałam się w duchu; nie, wcale nie żartował. Maskował się teraz, żeby mnie mocniej nie wkurzyć. Cóż, chociaż tyle. Rozluźniłam nieco napięte barki i zlustrowałam jego sylwetkę spojrzeniem. - Co ja poradzę, że akurat w łóżku jestem dobry? Poza siatkówką, no ale tym raczej cię nie kupię – bąknął od niechcenia.
Cholerny siatkarz... Oddech lekko mi przyśpieszył, a o moją pustą czaszkę jeszcze głośniej obiły się słowa Rzepeckiej: „Jak już pójdzie po rozum do głowy, to daj mu się o ciebie starać”. Przełknęłam głośno, po czym zagryzłam wargę, bijąc się z własnymi myślami. Czy nie tego tak naprawdę chciałam od powrotu z Władysławowa? Żeby przyszedł tu i zrobił to jeszcze raz?
- Tobie też się podobało – wymruczał, kiedy tylko nasze spojrzenia skrzyżowały się na krótką chwilę. - Widzę, jak się zachowujesz. Słyszę twój oddech. Oczy zaszły ci mgłą.
Cholera!
- Nie wiem, czemu tak bardzo starasz się to ukryć ani dlaczego się wzbraniasz przed czymś, czego ewidentnie chcesz, ale to już chyba się nie mieści w mojej możliwości rozumienia kobiet – podrapał się po głowie, wydymając dolną wargę. - Chyba, że po prostu chcesz mi zrobić na złość, albo…
- Zamknij się!

Reszta trwała ułamki sekund. Z cichym, zniekształconym jękiem pełnym zaskoczenia zdążyłem jedynie zamachać ramionami w powietrzu, w ostatniej chwili łapiąc się krawędzi krzesła. Opadłem na nie ciężko. Ledwo udało mi się złapać równowagę, zwłaszcza gdy Francesca wtarabaniła mi się na kolana w chwili, kiedy siedzisko chwiało się jeszcze na tylnych nogach. Z automatu objąłem jedną ręką ciało Kruś, drugą zapierając się o ścianę.
Rzuciła się na mnie! Jej pełne, miękkie usta całowały moje z jakimś przedziwnym zapałem, stopniowo wyrywając mnie z otępienia. Z każdą mijającą sekundą szatynka zaciskała coraz mocniej powieki, jednocześnie ściskając palce w piąstki na mojej piersi. Nie zdziwiłbym się, gdyby już rozpruła mi koszulę. Siedziała na mnie okrakiem, blisko. Cholernie blisko. Uśmiechnąłem się pod nosem, palce wspierając na jej bokach. Nawet nie przypuszczałem, że w tak drobnym, kruchym ciele będzie tyle siły.
Przymknąłem oczy i złapałem ją mocniej za biodra. Przycisnąłem ją do siebie lekko, językiem rozchylając jej wargi. Ciepły oddech owiał mój policzek, palce zaczęły zwalniać uścisk na połach koszuli, rozluźniła się. Dała mi wolną rękę.
Szczerze mówiąc, jeszcze nie do końca wiedziałem, co to znaczy. Czy odpłaci mi się pięknym za nadobne? Da mi w twarz? Rozpłacze się i odwali jakąś scenkę? Nie umiałem czytać takich informacji z mowy ciała podnieconej kobiety. Wtedy zawsze mówiły jedno i jak raz, zgrywały się z moim ciałem. Znałem te schematy, umiałem z nich korzystać i teoretycznie wiedziałem, czego mogę się spodziewać.
Teoretycznie.
Po mojej skórze przebiegały przyjemne dreszcze, jakby ktoś przepuszczał przez moje ciało niewielką dawkę prądu. Było mi dziwnie ciepło i przyjemnie, choć przecież jeszcze nic się nie działo. Byłem podniecony, pełen oczekiwania i sparaliżowany jednocześnie.
Z mojego gardła wydobyło się niskie mruknięcie, gdy Francesca pogłębiła pocałunek, przybliżając się do mnie jeszcze mocniej. Jej brzuch dotykał mojego, szczupłe, zimne palce rozpięły dwa górne guziki mojej koszuli i zaraz drobne dłonie dotknęły mojej skóry. Zjechałem nieco po oparciu krzesła, czując jak gorąca krew powoli spływa mi w dół brzucha. Odbierała mi zmysły, zdrowy rozsądek, plątała myśli. Gdzieś tam w głębi siebie czułem się tym zaniepokojony, a z drugiej strony chciałem tylko więcej i więcej. Jak narkoman na głodzie.
Drgnęła, gdy wsunąłem dłoń pod jej koszulkę. Pod palcami czułem jej napięte, wypracowane mięśnie; w każdym miejscu, którego dotknąłem niemal natychmiast pojawiała się gęsia skórka. Nie potrzebowałem więcej sugestii. Wystarczyło mi jedno westchnienie prosto w twarz, żeby rozpiąć zatrzask stanika. Kolejne, żeby przesunąć dłoń na jej brzuch i jednym ruchem zsunąć niepotrzebną bieliznę w dół.
Jęknęła cicho, gdy musnąłem ustami jej szyję. Jeśli chciała bawić się w coś w rodzaju rewanżu, nie miałem zamiaru jej na to pozwolić. Jeżeli miałem ją przekonać do swoich racji w taki sposób, w porządku. Nie ma problemu. Będzie prosiła o więcej. Wsunąłem powoli dłoń za jej spodnie od dresu, pod palcami czując koronki. Z trudem przełknąłem ciężkie westchnienie, po raz miliardowy zadając sobie pytanie, dlaczego chodziła w tak niekształtnych ubraniach? Gdyby choć raz założyła obcisłe spodnie, żaden facet nie oderwałby wzroku od jej tyłka.
Drgnąłem, kiedy zimne dłonie objęły moją szyję. Oddychała ciężko, sapiąc mi do ucha. Westchnęła głośno, czując moje usta tuż nad obojczykiem; byłem niemal pewny, że już mnie nie odprawi.
- Na przeciwko kuchni – wydusiła z trudem, policzek przytulając do mojej skroni. Pociągnąłem zębami za jej skórę i zmusiłem ją, żeby na mnie spojrzała. Kompletnie nie zrozumiałem, o co jej chodzi. - Sypialnia – wydyszała, splatając palce obu dłoni za moim karkiem. Popatrzyła mi w oczy i zarumieniła się delikatnie, uroczo. Zamrugałem zaskoczony. - Jest naprzeciwko kuchni.
Miała rozszerzone źrenice, zamglone spojrzenie. Plątał jej się język i już nie mogła złapać oddechu. Na mojej twarzy wykwitł zadziorny półuśmiech. Naprawdę aż tak mocno na nią działałem? Uwolniłem rękę spod jej koszulki i delikatnie złapałem ją za podbródek, przyciągając do siebie. Smakowała ciepłem, malinami i gorzką, zieloną herbatą. Dziwne, zaskakująco przyjemne połączenie miało wyryć mi się w pamięci na całe życie. Wstałem powoli z miejsca, niosąc Franceskę na rękach w wyraźnie określonym kierunku, nie przerywając pocałunku. Droczyłem się z nią, powoli kładąc na wąskim łóżku i jeszcze wolniej uwalniając nas oboje od niepotrzebnych metrów materiału.

~  *  ~


Słabo mi ten rozdział wyszedł... takie mam wrażenie. Ale nie wiedziałam, jak bardziej mogę z niego wyciągnąć "to coś". Mam nadzieję, że w Waszym odczuciu jest lepszy niż w moim ;p.

Mam do was prośbę/informację, sama nie wiem jak to nazwać. Nie wiem, czy dam radę informować Was o każdej nowej fobii (myślę o osobach, które zostawiły na siebie namiar w odpowiedniej zakładce). Czas nie zawsze mi na to pozwala, czego przykład mieliście po poprzednim rozdziale czy teraz... Postaram się, ale dla bezpieczeństwa ustawcie sobie jakieś przypominajki w telefonach albo po prostu zaglądajcie na bloga w piątki xD.

10 komentarzy:

  1. Chciałam coś skrytykować, naprawdę pomyślałam sobie że czemu niby mam Cię zawsze chwalić. Skrytykuje i juz. No ale niby jak skoro to jest takie idealne? No nie mogę no! :D wszystko mi się podobało, wszystko! A ta zmiana perspektywy w tak idealnym momencie że sie nachwalić nie mogę ;) Mega!♥
    PS. Wiem co skrytykuje! Za późno dodałas, czekam już od 10 :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Oooo 😍 Zibi taki słodki 😍 Ah, ta sielanka 😍 Kocham czytać takie rozdziały napisane przez ciebie, wychodzą ci świetnie 💕 To dla mnie teki umilacz kiepskich dni, które mnie nawiedziły... 😑 Czekam na następny z niecierpliwością 😊 Buziaki, rebelliious 😘 P.s W wolnej chwili zapraszam do mnie 😊

    OdpowiedzUsuń
  3. omg. jestem pod mega wrażeniem i nie wiem czy to z powodu tego, że sama sądzisz, że rozdział wyszedł średnio czy z powodu nagromadzenia tych wszystkich emocji. mam sama wielki mętlik, a ten rozdział (podobnie jak inne) sprawił, że boli mnie każda część mojego ciała, każda komórka woła o więcej. nie wiem jak, ale chłonę każde słowo. wow, jeszcze raz. brak mi słów, ale to chyba jest bardzo wymowne. sama przeżywam teraz bardzo silne emocje, a tutaj jeszcze większa ich dawka. wow,wow,wow. szacuneczek.

    zbierająca szczękę i odłamki kubka z podłogi, ret.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie zgadzam się. Rozdział wyszedł genialny, co z resztą nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem. Nawet nie wiesz z jakim zaciekawieniem czytałam ten post. Żałuję tylko, że muszę czekać aż dwa tygodnie na nowy rozdział :( Pozdrawiam i czekam na kolejny :*

    OdpowiedzUsuń
  5. oj ten Zbychu... ogień między nimi jest, że aż szok. Franka mu się oprzeć nie może. ciekawe co z tego wyniknie...
    do następnego :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten ogień między nimi był zbyt wielki żeby tak do reszty zgasł. Zbyszek mnie co raz zaskakuje, przeszedł naprawdę wielką zmianę od początków tej historii. Oczywiście na plus. Cieszę się, że postanowił zawalczyć o Francescę. No, ale przyznam, że ona to mnie w tym rozdziale zaskoczyła tym, że się rzuciła na Bartmana. Totalny ogień no :D

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
  7. A co tu niby można było napisać lepiej, hę? :> Za bardzo się czepiasz ;)
    Przyznam, że przez pierwszą część rozdziału Fran mnie irytowała. Może nawet nie sama jej osoba, tylko ta wrogość, która z niej emanowała. Nie chodzi o to, by rzuciła się Zbyszkowi na szyję i wspaniałomyślnie puściła w niepamięć jego wcześniejsze zachowanie oraz rozczarowania, których był przyczyną, ale potraktowała go jak człowieka, a nie zło wcielone. Mam wrażenie, że włączył jej się tryb obrażonej księżniczki - strzelam fochy, tupię nóżką, nie dopuszczam do siebie myśli, że ktoś inny może mieć rację, a w ogóle to choćbyś stanął na rzęsach, ja i tak zdania nie zmienię. A przecież samo to, że Zibi zjawił się w jej domu świadczy o tym, że pokonał kolejną słabość. Jedną z wielu. W teorii to wszystko wydaje się proste - kupić bukiet kwiatów, przyjść pod odpowiedni adres i porozmawiać, ale już jakiś czas temu ustalono, że Bartmanowi najtrudniej przychodzą najprostsze czynności. Nie, to nie znaczy, że należą mu się owacje na stojąco, jednakże porzucenie choć na chwilę swojej bezkompromisowości i nieustępliwości było mile widziane. Zbyszek zdobył się na szczerość, nie obiecuje gruszek na wierzbie, ale chce spróbować, przekonać się, czy istnieje choć cząstka jego osobowości, której nie będzie "musiał" nienawidzić. Pytanie tylko, czy uda mu się okiełznać samego siebie... Obecność Franceski, jej "wyjątkowość" na tle innych kobiet, które dotąd spotykał na swej drodze z pewnością mają na niego dobry wpływ, ale czy to wystarczy, by mógł wrócić na jasną stronę mocy?
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Te pikantne momenciki w twoim wykonaniu są świetne! ja nie wiem co zrobię jak skończy się to opowiadanie, tak bardzo będe tęskniła za twoim Zbychem <3
    co do samego rozdziału był świetny więc nie gadaj głupot!
    nie mam pojęcia jak to wszystko może się zakończyć, co teraz bedzie, wiem tylko tyle że zazdroszcze Fran i to bardzoooo
    do nastepnego :*

    OdpowiedzUsuń
  9. To jest genialne !!! Ty jesteś genialna !!! Oni są genialni!!! Wszystko co z tym opowiadaniem jest związane jest genialne !!! Tylko jedna rzecz jest do dupy- to że rozdziały pojawiają się tak rzadko !!! Błagam dodaj wreszcie coś. POZDRAWIAM :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak zawsze czyta się to z ogromną przyjemnością. Ja na miejscu Franki chyba trzasnęłabym drzwiami, chociaż nie mogę tego potwierdzić, ponieważ nie miałam takiego Zbycha w swoim życiu! Mam nadzieję, że tym razem znowu nie wyjdzie, że ktoś żałuje, wyjdzie i nie wróci. Życzę weny, zapraszam do siebie i ściskam ;* Do jutra :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.