BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

30 gru 2016

Fobia dwudziesta


Szum. Tylko tyle słyszałem. Irytujący, nieustępliwy, wkurwiający mnie coraz bardziej szum. Nie miał on nic wspólnego z kojącym dźwiękiem wydawanym przez morski fale uderzające o brzeg ani z szelestem liści na wietrze. Był ciężki do zniesienia. Miałem wrażenie, że ktoś sprząta przy użyciu odkurzacza blisko mnie i za cholerę nie chce skończyć.
Poza dźwiękiem świdrującym uszy, dookoła mnie nie było kompletnie nic. Tkwiłem w pustce. Czymś na kształt czarnej dziury. Opadałem coraz niżej, topiłem się. Chciałem się zatrzymać, byle nie dotknąć dna, ale nie miałem się czego złapać. Machałem rękoma w powietrzu, jakbym chciał się odepchnąć ku górze, jednak bezskutecznie.
Stopniowo osuwałem się coraz niżej. Czarna, zimna maź oblepiała moje ciało, wypełniała płuca i żołądek. Nie oddychałem. Znikałem. I nie miałem siły z tym walczyć. Nie mogłem się odnaleźć ani w czasie, ani w przestrzeni; nie umiałem zlokalizować swojego ciała. Nie pamiętałem, co się stało. Wiedziałem tylko, że w jakiś pokrętny sposób nadal istnieję.
Nie jestem w stanie powiedzieć, jak długo byłem zawieszony w tej pustce. Czy trwało to dzień czy może bity miesiąc? Wiem natomiast, że któregoś dnia coś poczułem. Coś lekkiego i ciepłego. Coś, co pozwoliło mi zlokalizować lewą dłoń. Nagle, jakby ktoś przyłożył mi do niej rozgrzaną latarkę, dając zarazem światło i nieco podwyższoną temperaturę. To było coś, czego wtedy nie potrafiłem nazwać, ale co obudziło we mnie ciekawość. Chciałem otworzyć oczy, zobaczyć, skąd dociera do mnie to dziwne uczucie. Niestety, zniknęło ono równie niespodziewanie, co się pojawiło. A ja znowu poczułem się pusty i po raz kolejny opadłem na dno. Później jeszcze kilkakrotnie czułem to w tym samym miejscu, za każdym razem coraz wyraźniej. Całe godziny tkwiłem w bezruchu, starając się nie myśleć, nie machać więcej rękoma w otchłani, w której się znalazłem. Po prostu czekałem, aż znowu to poczuję.
Teraz potrafiłem już zlokalizować własną twarz. Przyjemne ciepło przesuwało się po moim czole, skroni, policzkach czy zamkniętych powiekach. Wiedziałem, że oddycham. Czułem całe ramię i tors. Ale nadal nie wiedziałem, gdzie jestem? Dlaczego tu jestem? Kim jestem? Co znaczy to dziwne mrowienie, które stopniowo zwiększało moją samoświadomość? Czym ono było?
Nigdy nie byłem cierpliwy, już jako dziecko. Jeśli ktoś mówił mi, że muszę poczekać, albo że nie dam rady wykonać powierzonego mi zadania, z tym większą energią się do niego zabierałem. Teraz za wszelką cenę chciałem otworzyć oczy. Usłyszeć cokolwiek poza tym cholernym szumem. Choć nie do końca wiedziałem, co znaczy to słowo, chciałem żyć. Nie istnieć, ale faktycznie żyć. Dlatego walczyłem z czarnym, śliskim dołem, do którego wpadłem. Zapierałem się rękoma i nogami, byle wyleźć z tej dziury. Byle wrócić.
Po co się męczysz?, usłyszałem swój własny głos, znudzony i oschły. Z łatwością przebijał się przez szum, dławiąc moje chęci w zarodku. Po co ci to?
Ponieważ chcę wiedzieć, odpowiadałem sam sobie. Ucinałem dyskusję, jak zawsze.
Walczyłem ze strachem i dziwnym kłuciem rozchodzącym się po całym moim ciele. Czasami zdawało mi się, że słyszałem ciche prośby. Do moich uszu docierał stłumiony, zniekształcony głos. Dźwiękowa plama, w której nie potrafiłem rozróżnić słów. Zacząłem sobie jednak zdawać sprawę, że muszę się obudzić. Ktoś przy mnie był, a ja nie rozumiałem kto i dlaczego. Jednak im bardziej świadomy byłem, tym więcej i mocniej czułem. Przyjemne ciepło, które zmusiło mnie do walki mieszało się z czystym bólem, nad którym często nie potrafiłem zapanować. Odpuść, słyszałem wtedy w głowie. Nie ma sensu cierpieć.
Raz czy dwa, posłuchałem. Byłem już na skraju. Ale wtedy znowu czułem to dziwne ciepło, powoli rozlewające się po całym moim ciele. I wtedy wracałem. Uparty jak nigdy.
Skąd wiesz, że prawda jest warta poznania? Skąd wiesz, że tutaj nie będzie ci lepiej?
Zaciskałem wszystkie mięśnie i jeszcze mocniej próbowałem się obudzić. Na przekór sobie, wbrew logice. Bo przecież łatwiej było odpuścić, odejść w niebyt. Tylko, że ja nie chodziłem na skróty. Nie lubiłem odpuszczać; wygrana, to było moje drugie ja. Nie ten zmęczony, irytujący, pełen statycznego wyrachowania głos.
Chcę stąd wyjść, warknąłem do siebie. Zobaczyć, co dzieje się dookoła mnie, wyjść z tego marazmu, otworzyć oczy.
Tu będzie ci lepiej – moja podświadomość za cholerę nie chciała ustąpić. Tu będzie lżej.
Poczułem ukłucie, było jednak inne, niż to co czułem do tej pory. Coś wbijało mi się w dłoń. Uporczywie chwyciłem się pragnienia, żeby odtrącić to, co daje mi ten dyskomfort. Przede mną błysnęło światło.
- Otwórz oczy...
Pod powiekami mignęły mi czerwone plamy. Potem poczułem ból w klatce piersiowej, tak kurewsko ciężki do zniesienia, że gdybym tylko był na siłach, zacząłbym krzyczeć. Cała paleta doznań buchnęła mi w twarz. Usłyszałem piski szpitalnej aparatury, szuranie butów. Wkurwiający mnie tyle czasu szmer odpłynął w niebyt, dając mi pełny obraz tego, co działo się dookoła mnie. Z trudem zmusiłem mięśnie twarzy do współpracy. Ściągnąłem ku sobie brwi i powoli, bardzo powoli rozchyliłem powieki.
Światło jarzeniówki długo nie pozwalało mi zrozumieć, co właśnie się stało. Z czarnej dziury trafiłem do pokoju wypełnionego rozświetlonymi halogenami. Zamrugałem gwałtownie, z trudem odnajdując na powierzchni przede mną długie pęknięcia.
Leżałem. Leżałem na łóżku. Szpitalny sufit wołał o generalny remont.
Usłyszałem ciche westchnienie, a potem dźwięk, jaki zazwyczaj wydaje ludzki nos, gdy ktoś ma katar. To dziwne, przyjemne ciepło znowu rozchodziło się po mojej dłoni razem z kłuciem, którego nie potrafiłem zidentyfikować.
Przechyliłem głowę na bok. Zdawało mi się, że ta jedna prosta czynność trwa miesiące, lata. Uporczywy, rwący ból rozchodził się wzdłuż mojego kręgosłupa, każąc mi pozostać w bezruchu. Zmrużyłem oczy, jakbym chciał wyostrzyć sobie obraz i gdybym tylko mógł, uśmiechnąłbym się do siebie. Francesca siedziała obok mnie, łokcie wspierając o moją leżankę. W obu dłoniach ściskała moją rękę, nieopatrznie wbijając mi kamień pierścionka w knykcie. Mój żołądek wywrócił się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Po bladych policzkach szatynki spływały łzy. Puder na jej twarzy naznaczony był śmiesznymi pręgami.
Czemu płaczesz?
Poruszyłem palcami, chcąc złapać Francescę za rękę, ale ledwie zgiąłem jeden paliczek. Zakląłem soczyście i jeszcze raz, z dużo większą determinacją, postanowiłem zamknąć dłoń.
Moja głowa zdecydowanie nie współpracowała z resztą ciała. Udało mi się jednak na tyle mocno poruszyć ścięgnami, by zapłakana twarz kobiety uniosła się do góry w akompaniamencie głośnego westchnienia. Popatrzyła na mnie jak na zjawę, coraz mocniej rozchylając usta, coraz szerzej otwierając oczy. Była opuchnięta od płaczu, zmęczona i poobijana.
- Dlaczego płaczesz? - Zapytałem z trudem. Słowa ledwie opuszczały moje usta. Miałem wyschnięte gardło, nie poznałem swojego głosu. Zmarszczyłem czoło, po chwili czując ból w gardle i w okolicy serca. Spróbowałem przełknąć, jednocześnie sięgając opuszkiem palca brody Franceski. Chciałem zetrzeć jej łzy z buzi, ale nie zdążyłem. Zawyła jak ranione zwierzę i padła na mój tors całym ciałem, obejmując mnie z całych sił. Jej kruczoczarne loki opadły mi na twarz, z mojego gardła wydobył się cichy jęk. Byłem obity jak worek bokserski.

Płakałam jak małe dziecko, wtulając się w tors Zbyszka. Nie zwracałam uwagi tak na jego, jak i na swoje własne obrażenia, coraz mocniej wciskając twarz w jego pierś, z coraz większą siłą zaciskając palce na jego tali.
Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie katorgą. Mimo, że to mnie trzeba było ratować z płomieni, już po raz drugi w trakcie mojego krótkiego życia, to Zbyszek znalazł się w gorszym stanie. Na rękach i plecach miał poparzenia trzeciego stopnia. Ze spierzchniętych ust ciągle złaziła mu skóra, miał lekko podrapaną twarz. Przez długi czas nie był w stanie samodzielnie oddychać. Lekarz twierdził, że jego płuca są w opłakanym stanie. Utrzymywali go w śpiączce farmakologicznej, żeby nie czuł bólu. Zatrucie dymem było ponoć równie poważne.
Dwukrotnie w ciągu zaledwie dwóch tygodni, jakie Zbyszek spędził w szpitalu, mogłam go stracić. Za pierwszym razem wdało się jakieś zakażenie. Jako, że nie byłam z rodziny, wiedziałam niewiele. Tylko jedna, młoda pielęgniarka czasem odpowiadała na moje pytania o stan zdrowia Bartmana, jeśli tylko sama coś wiedziała. Słyszałam jednak, jak w czasie obchodu lekarze mówili między sobą o cudzie. W teorii, Zbyszek miał tego ataku nie przeżyć.
Drugie pogorszenie zdrowia Bartmana nie miało już tak łatwego wytłumaczenia, jak gorączka czy kolejne zakażenie. Gdy po całej nocy tkwienia przy jego łóżku usłyszałam, że mam się szykować na najgorsze, o mało nie wpadłam w histerię. Lekarz prowadzący kazał mi do niego mówić. Powtarzał, że Zbyszek się poddał. Przestał walczyć, stąd jego stan zdrowia ponownie uległ pogorszeniu. Nie chciałam w to jednak wierzyć. Zbyszek nie umiał przegrywać. Umarłby dopiero wtedy, gdyby ktoś jasno mu powiedział: „Poddałeś się, zawaliłeś sprawę”. Dlatego siedziałam koło niego całe dnie, mówiąc o wszystkim i o niczym, jak do siebie. Głaskałam go po rękach, twarzy, piersi. Całowałam skroń czy czubek nosa. Chciałam go po prostu odzyskać.
Ja natomiast obudziłam się po dwóch dniach, skołowana i obolała, z przerażającymi wspomnieniami powtarzającymi się pod zamkniętymi powiekami. Paradoksalnie to, że zemdlałam przygnieciona kuchennym stołem, uratowało mi życie. Skoro nie oddychałam, nie nałykałam się dymu, a więc nie miałam szansy, by czymkolwiek się zatruć. Skoro nie oddychałam, nie poparzyłam dróg oddechowych. Stół, choć obił mi żebra, w pierwszym żucie osłonił mnie przed ogniem. Skończyłam z lekko zaróżowioną na łydkach skórą i obrażeniami, jakie zadał mi Grzegorz. Nic więcej się nie stało.
Na wspomnienie Grześka mój żołądek skurczył się do rozmiarów łepka od szpilki, wędrując po same gardło.
Po moim ciele przemknął dreszcz, gdy Zbyszek ledwie musnął mój bark palcami. Podniosłam się na przedramionach, ciesząc się jak głupia i pocałowałam go w czoło. Zaśmiał się, ledwie słyszalnym głosem, lekko ściskając moje skostniałe z zimna palce. Widziałam, jak uważnym wzrokiem lustruje moją twarz, szyję i ramiona. Odpowiednie zapadki powoli przeskakiwały w jego umyśle na swoje miejsca i gdyby nie to, że kilka chwil później do sali Zbyszka wszedł lekarz, a ja zostałam wyproszona na korytarz, Bartman zabiłby mnie lawiną pytań.
Wiedziałam, że będę musiała powiedzieć mu wszystko, co do joty, tak samo jak policji i psychologowi (cóż za paradoks, czyż nie?). Byłam jednak wdzięczna, że nie muszę tego robić at hok, przy tak silnym pobudzeniu.
Następnego dnia starannie owinęłam szyję kolorową chustką, a na ramiona narzuciłam szary żakiet. W głowie układałam sobie odpowiedzi na pytania, które mógł mi zadać Zbyszek. Nie chciałam dokładać mu zmartwień. Miałam nadzieję, że w decydujących chwilach uda mi się ugryźć w język i może przemilczeć fakt czy dwa. Nadal nie czułam się zbyt dobrze, mimo że już dawno temu dostałam wypis ze szpitala, a prowodyr moich problemów miał już nigdy nie spędzać mi snu z powiek. Przynajmniej w teorii.
- Cześć – Zbyszek uśmiechnął się szeroko, widząc mnie w drzwiach. Odpowiedziałam mu tym samym, siadając obok jego łóżka. Złapał mnie za dłoń i pociągnął w swoją stronę, całując mnie delikatnie. Miał suche, spierzchnięte wargi, jego ruchy były zdecydowanie mniej żwawe niż reakcje Zbyszka, którego znałam od niemalże roku. Był jednak dużo weselszy i pewniejszy siebie niż poprzedniego popołudnia.
- Lepiej się czujesz? - Zapytałam cicho, drapiąc jego skalp. Zamruczał śmiesznie i pokiwał mi głową na potwierdzenie. Siedział spokojnie na łóżku, z komórką na ugiętych w kolanach nogach. Jej wyświetlacz gasł powoli; z uśmiechem zauważyłam, że siedział na swoim instagramie.
- Byli u mnie z policji – oznajmił mi nagle, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Spięłam się mimowolnie na jego słowa, marszcząc przy tym czoło.
- Po co?
Zbyszek wzruszył ramionami, leniwie rozchylając powieki. Wyczuł zmianę w moim zachowaniu, byłam tego pewna. Uśmiechnęłam się do niego sztywno. Może popadałam w paranoję?
- Rutynowe postępowanie. Pytali mnie, skąd się wziąłem u ciebie w dniu pożaru, dlaczego pomogłem tylko tobie, co widziałem. Sprawdzali, czy twoje zeznania były prawdziwe. Pytali o ten dzień, kiedy Grzesiek napadł cię w klinice – zawiesił nieprzyjemnie głos. Utkwił spojrzenie w mojej chustce, a ja tylko uśmiechnęłam się szerzej, jak głupia. Byłam przekonana, że poprzedniego dnia nic nie zauważył… Złapał jednak za jeden ze śliskich końców mojej ozdoby i pociągnął za niego lekko, bez problemu rozwiązując supeł na mojej szyi. Przymknęłam oczy, zagryzając wargę od wewnątrz, podczas gdy Zbyszek sunął palcami po różowym, dość długim nacięciu. Byłam pewna, że czuje moje przyśpieszone tętno pod opuszkami palców.
- On ci to zrobił – powiedział oschle. Nie pytał, on oczekiwał wyjaśnień.
Nieprzyjemne wspomnienia na nowo odżyły w mojej głowie, więc szybko otworzyłam powieki. Ostre światło jarzeniówek podrażniło oczy; w kącikach poczułam pierwsze łzy.
- To nic takiego. Wiesz, właściwie to chciałam…
- Francesca – warknął na mnie przez zaciśnięte zęby. Westchnęłam głęboko.
Przecież wiedziałaś, że ci nie odpuści.
- Co tam się stało? - Zapytał nieco spokojniej. Czułam na sobie jego wzrok. Przełknęłam głośno ślinę.
- Grzegorz zaszedł mnie od tyłu – wychrypiałam w końcu, bawiąc się swoimi palcami. - Przyłożył mi nóż do gardła, zasłonił usta dłonią. Ta rana to tak naprawdę moja wina – przyznałam, zakładając pasemko włosów za ucho. - Chciałam się uwolnić, szarpnęłam się i Grzesiek mnie zaciął. Ale to nic, rana była płytka – powiedziałam, patrząc Zbyszkowi w pociemniałe z gniewu oczy. - Po prostu długo się goi, to wszystko.
Patrzył na mnie długo, niepewnie. Jakby rozważał, czy mówię prawdę.
- Skąd miał klucze?
Westchnęłam głęboko. To było łatwe pytanie, odpowiadałam na nie z dwieście razy.
- Dawno temu, chyba po jednej z naszych ostatnich sesji, Grzesiek zostawił u mnie w gabinecie portfel. Kilka chwil później wychodziłam do sklepu i minęłam się z nim na klatce schodowej. Wrócił po swoją własność, ale nie pilnowałam go, wyszłam z kliniki. Zrobił odcisk wszystkich moich kluczy. Nawet pamiętam, jak Kaśka mówiła, że Grzesiek myszkował mi po szafkach, ale jej nie uwierzyłam – wzruszyłam ramionami. Byłam głupia. Na to lekarstwa nie było.
- Skąd wiesz?
- Sam mi powiedział, kiedy mnie… złapał.
Kątem oka widziałam, jak Zbyszek drga na swoim miejscu. Coś w moim zachowaniu musiało mu się nie spodobać. Przysunął się do mnie, siadając skrzyżnie na łóżku i pogłaskał mnie po włosach. Okręcił jeden kosmyk dookoła palca i pociągnął za niego lekko. Na początku myślałam, że po prostu się bawi, ale im dłużej go ignorowałam, tym mocniej mnie szarpał. W końcu spojrzałam mu w twarz i zrozumiałam, że właśnie tego chciał. Patrzeć mi w oczy.
- Dotknął cię?
Zamrugałam gwałtownie. Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta. Zbyszek starał się być w tamtym momencie moją opoką. Murem, który osłoni mnie przed złem świata. Murem, który z jednej strony okrył welurem, żebym mogła poczuć się ciepło i bezpiecznie, zaś z drugiej najeżył kolcami w kształcie lancy. Byle tylko nikt się do mnie nie zbliżył. Nie wiedziałam, czy powinnam być mu za to wdzięczna, czy może zacząć się go obawiać.
Pokręciłam głową. Chciałam uniknąć tego tematu.
- To nieważne…
- Francesca – warknął gardłowo. Wzdrygnęłam się. Gdy mówił w ten sposób, przywodził mi na myśl jakieś dzikie zwierzę. Zaciskał przy tym powieki, trzęsąc się ze złości. - Pytam, czy ten skurwiel zdążył cię dotknąć?
Zdławiłam głośny jęk; z moich ust wydostał się tylko cichy, dziwnie piskliwy dźwięk.
- Ja… on nie… - wzięłam długi oddech, zaciskając palce na kolanach. - Nie zdążył, wybuchł pożar. Ścierka się zapaliła, poszło na firanki, zaczęliśmy się szarpać, potem zajęła się szafka – wykrztusiłam na jednym oddechu. Łzy wypływały mi spod zamkniętych powiek, choć tak bardzo chciałam je powstrzymać. - Tak bardzo się bałam! - Pisnęłam, gdy Zbyszek objął mnie za ramiona. Pociągnął mnie tak mocno w swoją stronę, że musiałam wstać i usiąść na leżance pomiędzy jego nogami. Przy uchu czułam jego bijące serce.
- To moja wina – wydusił nagle ze złością, głaszcząc mnie rozcapierzoną dłonią po plecach. Próbując unormować oddech, spojrzałam w górę na jego twarz. Nie płakałam, ale czułam, jak krew buzuje mi w żyłach, jak cholernie boli mnie głowa. Wpadałam w histerię. - Gdybym wtedy wezwał policję do twojej kliniki, toby go zamknęli. Miałabyś spokój, byłabyś bezpieczna, a ja go puściłem wolno – wypluł z jadem.
- Przestań. Nie mogłeś przypuszczać, że będzie aż tak skrzywiony.
- Naraziłem cię na niebezpieczeństwo.
- Jeżeli już ktoś tu kogoś naraził, to ja ciebie. Wiesz, co by się stało, gdyby cię nie uratowali? Gdybym znowu straciła kogoś w pożarze…
- Mówisz, że miałem cię tam zostawić, tak? - Prychnął. Pokręciłam leciutko głową.
- Jestem ci wdzięczna za ratunek. Ale gdyby coś ci się stało to nie… nie wybaczyłabym sobie, nie rozumiesz? - Zapytałam cicho. Na końcu języka miałam słowa, których nie chciałam jeszcze wypowiadać. Spłoszenie Bartmana było ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę.
- Mogłem zadzwonić na policję – upierał się. Przewróciłam oczami. - Przysięgam, jeśli jeszcze raz się do ciebie zbliży, urwę mu łeb – Zbyszek znowu się najeżył, podając mi paczkę chusteczek z szafki stojącej koło jego łóżka. Otarłam kąciki oczu i uśmiechnęłam się krzywo.
- To już nie będzie problemem.
- Słucham?

Popatrzyłem na Francescę z niezrozumieniem.
- Grzegorz nie żyje – oznajmiła mi spokojnym, wypłukanym z emocji głosem. - Zmarł wczoraj w nocy na skutek obrażeń. - Wydukała, wycierając dłonie w chusteczkę. Patrzyłem na nią chwilę w całkowitej ciszy, próbując odgonić najgorszy scenariusz kołaczący mi się po głowie, ale to w jaki sposób o tym mówiła… jak wycierała czyste ręce…
- Francesca? Co ty zrobiłaś? - Zapytałem cicho, wkładając w to pytanie nieco za dużo oskarżycielskiego tonu. Kącik jej ust powędrował ku górze. Po chwili po jej policzku spłynęła srebrna wstęga, za nią kolejna. Zagryzła wargę do krwi.
- Ja się tylko broniłam – jęknęła piskliwie, kuląc ramiona.
Byłem przy niej w ułamku sekundy. Objąłem ją mocno, przytulając jej głowę do piersi.
- Przestań – skarciłem ją natychmiast. - Zaatakował cię. Nic złego nie zrobiłaś. Nic nie zrobiłaś – powtarzałem cicho, kołysząc ją w ramionach.
Pomijam, że gdyby nie zbieg okoliczności, pewnie sam poprzestawiałbym mu kręgosłup, ale obrona własnego życia to nie morderstwo. Nie chciałem, żeby Francesca myślała w tej kategorii. Ja obwiniałem się za śmierć Ewki prawie dziesięć lat. Wiedziałem ile bólu, łez, koszmarów i skrzywień mnie to kosztowało. Nie chciałem, żeby przechodziła przez to samo.
Kolejnych kilka dni spędziłem na obserwacji. Lekarz nie mógł się nachwalić tego, jak szybko wracam do siebie. Nie pominął również nagany za to, że nie można było się skontaktować z moją rodziną. Gdy jeszcze byłem wściekły na rodziców, załatwiłem u kilku dobrze postawionych znajomych, żeby w żadnych papierach nie było powiązań między mną a byłym siatkarzem i obecnym trenerem młodzieżowej grupy z Warszawy oraz jedną z najlepszych lekarek pediatrii w Polsce. Jedyną osobą, z którą można było się skontaktować w razie wypadku, była moja siostra. Aneta tkwiła jednak w Londynie. Nie miała jak przyjechać na pstryknięcie palców lekarza. Teraz nie wiedziałem, czy było to słuszne podejście, wymazywać wszystkie więzy krwi, ale nie chciałem o tym myśleć. Chciałem się zająć Francescą.
Złapałem za koszulkę na piersi i zacząłem nią wachlować, żeby nieco ostudzić własne ciało po szybkim marszu i biegu po schodach na siódme piętro. Wziąłem głęboki oddech i zapukałem w stare drzwi z ciemnego drewna. Usłyszałem, jak Kaśka klnie pod nosem, warczy coś na swojego kocura i po chwili rzuca się do zamka w drzwiach. Otworzyła gwałtownie, prawie dając mi drewnianą powłoką w twarz i aż cofnęła się o trzy kroki, gdy zobaczyła mnie sterczącego na wycieraczce.
- A ty skąd się tu wziąłeś?
- Chciałem sprawdzić jak się ma Francesca – mruknąłem ochrypniętym głosem. Miałem zapuchnięte oczy; nie spałem za dobrze. Teraz moje koszmary przybierały coraz to nowsze kształty, a ja nie wiedziałem, jak sobie z nimi poradzić.
- Jeszcze leży w łóżku – westchnęła ze smutkiem, przepuszczając mnie w drzwiach. Z niepokojem zarejestrowałem tę odpowiedź. „Leży w łóżku”. Nie: „śpi”…
Odkąd wypisali Kruś ze szpitala, pomieszkiwała u Rzepeckiej. Spłonęło jej dosłownie wszystko, nie było czego ratować. Nie chciała wracać do Włoch i szczerze mówiąc, byłem jej za to obrzydliwie wdzięczny. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miała gdzie mieszkać.
- Jak ona się czuje?
Kaśka westchnęła ciężko, zaczesując blond włosy do tyłu.
- Jest zmęczona. Co chwilę łapie się na tym, że wszystko co miała spłonęło. Nie ma nawet co na siebie włożyć, nie śpi po nocach. Ciężko jej.
Przytaknąłem powoli głową. Pomyślałem, że mógłbym zabrać Francescę na zakupy, ale nie byłem pewny, czy będzie chciała mojej pomocy.
- A co z tobą?
- W porządku. Biorę leki, Szakal wyciszył wszystko w mediach. Kumple nie pytają. Jest okay – mruknąłem. Rzepecka pokiwała mi delikatnie głową.
- Posłuchaj, nie zostałbyś z nią? - Poprosiła mnie nagle, kciukiem wskazując na drzwi, za którymi mieścił się tymczasowy pokój Franki.
- Wychodzisz?
- Muszę iść do kliniki, odwołać jej zajęcia.
- Jasne, zostanę – zgodziłem się szybko. Kaśka zaparzyła mi kawy, zamieniła ze mną jeszcze kilka krótkich, niewiele znaczących zdań, napełniła kocią miseczkę chrupkami i nim się obejrzałem, zamykałem za nią drzwi. Usłyszałem, jak Kruś krząta się w swoim pokoju, zrezygnowałem jednak z robienia jej nalotu. Wolałem, żeby sama stamtąd wyszła.
Wiedziony rosnącym uczuciem głodu wróciłem do kuchni i zaraz zacząłem myszkować w lodówce Rzepeckiej szukając czegoś, z czego można by zrobić śniadanie dla dwóch osób. W końcu postawiłem na naleśniki. Otworzyłem okno na oścież i zacząłem rozbijać się po niewielkiej kuchni, co jakiś czas przepychając Prometeusza nogą. Popijając wychłodzoną, czarną kawę krzątałem się przy piecyku, przewracając kolejne placki na patelni. Co jakiś czas zerkałem w stronę przedpokoju, jednak białe, staromodne drzwi za nic nie miały zamiaru się otworzyć. Dopiero, gdy przerzucałem na talerz dziesiątego naleśnika z rzędu, srebrna klamka zapiszczała w okropny sposób, jakby chciała mi zaanonsować pojawienie się Franki. Zerknąłem na nią ze współczuciem. Była potargana, a pod jej oczami widniały ciemne, niemal czarne cienie. Wargi miała przekrwione i opuchnięte, gryzła je z nerwów nawet w tamtej chwili. Na fioletowej, o trzy rozmiary za dużej koszulce, którą miała na sobie, widniały plamy z kakao i ketchupu. Nie jestem pewny, czy miała na sobie jakiekolwiek spodenki. Była lekko opuchnięta ze zmęczenia, a po jej długich paznokciach zostały jedynie obgryzione resztki. Wyglądała jak siedem nieszczęść.
Odstawiłem głośno patelnię na piecyk, żeby Francesca nie dostała zawału, gdyby w końcu mnie zobaczyła. Drgnęła, unosząc brodę do góry i nagle wyprostowała się niczym struna, otwierając szerzej oczy.
- Cześć! - Zawołałem do niej, starając się przybrać jak najbardziej wyluzowany, wesoły ton.
- Zbyszek? - Wychrypiała cicho, marszcząc brwi w niezrozumieniu. Jej głos zjeżył mi włoski na karku.
- Chodź! Jesteś głodna? - Zapytałem, nie patrząc już na nią. - Mam nadzieję, że tak, bo można by tym nakarmić pułk wojska – zaśmiałem się, wytykając czubek języka między zębami. Podrzuciłem placka w powietrzu i uśmiechnąłem się szeroko, gdy ponownie udało mi się go złapać na patelnię. Nie widziałem, że w oczach Kruś ponownie zbierają się łzy. Nie zauważyłem, jak spina całe ciało. Gorączkowo skupiałem się na tym, by przywrócić ją do normalności. - Zrobiłem naleśniki – mówiłem dalej, nie słysząc odzewu z jej strony. Nagle popatrzyłem krytycznie na stosik leżący na talerzu po mojej lewej. - Niektóre trochę mi się przypaliły… nawet trochę mocniej, niż powinny, ale jak nałożę dużo dżemu albo cukru, to chyba będą zjadliwe co?
- Zibi…
- Zaraz, czekaj, ty w ogóle lubisz naleśniki? - Zapytałem z pewną irytacją, zerkając na ostatnią sztukę, smażącą się na patelni. Westchnąłem ciężko, wyłączyłem gaz i wytarłem dłonie w kuchenną ściereczkę. - Trudno. Jeśli nie będą ci smakowały, zawsze możemy wyjść na… Francesca? - Bąknąłem niepewnie, w końcu podnosząc na nią swój wzrok. Kruś pociągnęła nosem i ruszyła w moim kierunku. Palce zacisnęła w pięści, po jej bladych policzkach spływały dwie, wielkie jak groch łzy. Dopadła mnie w kilku susach i objęła z całej siły w pasie. Jej nos idealnie wpasowywał się w mój tors, na wysokości mostka. Przymknąłem lekko oczy. Objąłem ją równie mocno i wtuliłem twarz w jej skołtunione loki. W splątanych puklach nadal czułem spaleniznę. To i nutkę lawendy.
Rozpłakała się. Tak po prostu.
    Naleśniki zjedliśmy dobre dwie godziny później. Zimne. Potem zgodziła się ze mną zamieszkać, nim znajdzie coś własnego.

~  *  ~


Z tego rozdziału, nieskromnie mówiąc, jestem zadowolona. Zwłaszcza z jego pierwszej części. Nigdy nie byłam w śpiączce, w zasadzie nigdy nie byłam w szpitalu. Nie miałam do czynienia z ludźmi, którzy przeszli przez podobne piekło. Ale tak właśnie wyobrażam sobie powrót do realnego świata po długim okresie wegetacji, po czasie, w którym ludzie są nieprzytomni. No właśnie - nieprzytomni. Nie nieświadomi. Ale to tylko moje wyobrażenie.

Życzę Wam szampańskiego Sylwestra, który pozwoli Wam zapomnieć o trudach 2016 oraz da rozmach na 2017 :) i przypominam, że z fobią dwudziestą pierwszą, widzimy się za tydzień (06.01)!

Nie zostawiajcie mnie teraz, gdy zmierzamy ku końcowi. Odzywajcie się. Jesteście?

12 komentarzy:

  1. Zaniemówiłam. Świetnie opisujesz trudne sytuacje. Pożary, wypadki, szpitale... Nie byłaś a jednak opisujesz tak realnie.
    Biedna Francesca... Straciła wszystko ale.nie stracila Zbyszka. Zabiła Grzegorza. Nie, nie zabiła. Broniła się. Mamy przynajmniej pewność że ten gnojek już się nie pojawi. Ale pojawią sie wspomnienia. Wyrzuty. Już się pojawiły. Dobrze że Zbyszek obudzil się i jest cały. Dobrze że wspiera Fran. Oby jej pomógł...

    Również życzę szampańskiej zabawy i wszystkiego dobrego w nowym roku!!
    Pozdrawiam. Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa :)

      Usuń
  2. Nawet nie chce myśleć o tym, że Zbyszkowi mogło stać się coś złego. Dobrze, że tylko tak się to wszystko skończyło bo mogło być dużo dużo gorzej. Szkoda mi Franki. Tak dużo w swoim życiu przeszła, a tu jeszcze takie coś. Co ona zawiniła Bogu, że stawia jej na drodze same przeszkody. Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział i życzę Ci wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 😙

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział jak zwykle bez zarzutu, choć mam bardzo drobną uwagę. Nigdy nie opadamy w dół :) Co najwyżej możemy opadać.

    OdpowiedzUsuń
  4. I słusznie, że jesteś zadowolona z rozdziału, bo opisy "stanów świadomości" Zbyszka, niezależnie od tego, ile mają wspólnego z rzeczywistością to naprawdę wysoka półka, zresztą nie pierwszy raz zachwycam się sposobem w jaki "malujesz" słowem opowiadaniowe realia.
    Zwrot "skoczyć za kimś w ogień" zaczyna nabierać dosłownego znaczenia. Zbyszek rzucił się na ratunek Fran, nie myśląc o konsekwencjach, o tym, że sam może odnieść poważne obrażenia lub nawet stracić życie. Faktem jest, że Bartman długo nie wierzył i być może nadal nie wierzy, że może być w nim coś dobrego, ale jego brawurowo-bohaterski czyn w pewnym sensie świadczy o tym, że jakieś przemiany w nim zaszły. Do tej pory był skoncentrowany na sobie, a najdobitniej rzecz ujmując, był po prostu egoistą. Nie twierdzę, że to zupełnie się zmieniło, bo wychodzę z założenia, że pewnych rzeczy nie da się w sobie zmienić, ale nie sposób nie zauważyć, że nie jest w stu procentach tą sam osobą, co kiedyś. Ponieważ jednak zwykle jestem osobą podejrzliwą (czemu niejednokrotnie dawałam wyraz na łamach Źródła), zastanawiam się, na ile usiłujesz "naprawić" Zibiego, a na ile udowodnić, że niektóre (ludzkie) odruchy są wyłącznie zdarzeniami incydentalnymi.
    W całej tej sytuacji najbardziej poszkodowaną osobą jest Fran. Chyba nigdy nie pomyślałaby, że po raz kolejny będzie zmuszona mierzyć się ze swoją największą fobią. No i sprawa śmierci Grześka, tajemnicza i nie do końca przez Ciebie wyjaśniona, ale cokolwiek się stało - Kruś nie powinna robić sobie wyrzutów.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :D
      Hm... Bardziej chodziło mi o to, że Zbyszek się zmienia. Same to zauważacie, zauważa to jego otoczenie - ale nie on sam. On ciągle twierdzi, że jest zły, nie zasługuje na szczęście i nigdy się nie zmieni. A to może pociągać za sobą już całkiem inne konsekwencje.
      Grześka trochę zataiłam przez nieuwagę... w piątek wyjaśnię!

      Usuń
  5. Kocham tą końcówkę ♥ świetnie opisane ich uczucia w tym szpitalu no i ta końcówka eh cudowna po prostu, czekam z niecierpliwością na piątek, buziaki! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podoba ^^ ♥

      Usuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.