BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

16 gru 2016

Fobia dziewiętnasta


- Mam nadzieję, że poprosiłam o dobry rozmiar.
Iwona patrzyła na mnie z uśmiechem, obejmując obiema dłońmi wysoką szklankę z latte. Upiła łyk napoju, nie spuszczając ze mnie wzroku, podczas gdy ja z uśmiechem dziewczynki rozrywałam szeleszczącą, przeźroczystą folię.
Kiedy Zbyszek powiedział mi któregoś dnia, że Iwona wie o naszym – nazwijmy to - układzie, nieco się wystraszyłam. Nie miałam pojęcia, jak będzie się wobec nas zachowywała; bałam się, że spróbuje wybić nam ten pomysł z głów. Okazało się jednak, że zapalczywie nam kibicowała, a ja z biegiem czasu musiałam przyznać, że nie raz okazała się wspaniałym kompanem do rozmowy. Znała Zbyszka dłużej ode mnie i choć jako psycholog w wielu sytuacjach potrafiłam sobie poradzić z jego ciężkim charakterem i szybko zmieniającymi się humorkami, postronny obserwator był dla mnie niczym zbawienie. Mimo, że zdawałam Kasi relacje na bieżąco z niemal każdego spotkania z Bartmanem, rozmowy z nią, a rozmowy z Ignaczak były niemożliwe do porównania. Potrzebowałam mieć obok siebie kogoś, kto znał nie tylko mnie, ale i tę rozpędzoną górę mięśni. Nie ukrywajmy, czasami i ja potrzebowałam, by mnie ktoś naprostował. Kasia, jak na przyjaciółkę przystało, trzymała moją stronę w każdej sytuacji; może ledwie raz uznała, że trochę przeginam. Żona Krzyśka bez problemu umiała wskazać mi drogę, którą jej zdaniem powinnam pójść, by wytłumaczyć Zbyszkowi swoje racje bez ryzyka kolejnej awantury. Chybabym nie przesadziła, gdybym powiedziała, że nawet się z Iwoną zaprzyjaźniłyśmy.
- Będzie odpowiednia! - Zawołałam z zachwytem, prostując przed oczami biało-czerwony pasiak. Czarna dziewiątka znaczyła obie jej strony, a nadrukowane na plecach nazwisko Zbyszka sprawiało, że moje wnętrze obejmowały przyjemne skurcze ilekroć przebiegłam po nim wzrokiem. - Dziękuję ci! - Nachyliłam się nad stolikiem, objęłam szyję Iwony ramieniem i cmoknęłam powietrze koło jej ucha. Szatynka zaśmiała się dźwięcznie i poklepała mnie po plecach na wysokości łopatek.
- Nie ma za co. A teraz pij już tę kawę i wychodzimy, bo w końcu spóźnimy się na mecz – zakomendowała. Złożyłam nieco niechlujnie meczową koszulkę Asseco Resovii, ułożyłam ją na kolanach i usiadłam na swoim miejscu, żeby dopić cappuccino. Zaplatając nogi w kostkach, usiadłam nieco głębiej na krześle, żeby móc machać nimi pod stołem. Miałam naprawdę wyśmienity humor! Słońce przyjemnie ogrzewało moją skórę, wpadając do niewielkiej kawiarni przez ogromne okna. Do Rzeszowa w końcu zawitało lato; bez przeszkód mogłam nosić szorty i bluzki na ramiączka, o wygodnych sandałkach nawet nie wspominając!
Nagle Iwona odstawiła szklankę z donośnym brzękiem. Spojrzałam na nią z uśmiechem i zaraz na mojej twarzy wykwitł wyraz ostrożności, skupienia. Ignaczak uśmiechała się delikatnie, palcami głaszcząc grube szkło.
- Chyba jestem ci winna podziękowania. Przynajmniej w imieniu mojego męża – oznajmiła cicho, powoli podnosząc na mnie wzrok. Jeśli w tamtym momencie nie otworzyłam ust ze zdziwienia, to byłam mistrzynią zachowania zimnej krwi!
- Słucham? Za co? - Zapytałam zaskoczona.
- Za Zbyszka – odpowiedziała spokojnie, znowu wpatrując się w resztki latte na dnie naczynia. W tamtym momencie rozchyliłam lekko usta. Kompletnie nie wiedziałam o co chodzi. - Zmienił się. Naprawdę się zmienił, aż trudno mi w to uwierzyć – uśmiechnęła się szeroko. Po kilku sekundach podniosła na mnie wzrok; miała mokre oczy. - Znowu jest sobą. Wrócił z długiej, naprawdę długiej podróży – pokiwała lekko głową.
- Ale... Cały czas mi się wydaje, że nic nie zrobiłam – bąknęłam zgodnie z prawdą. Często wieczorami, gdy leżałam sama w swoim pokoju nachodziły mnie myśli, że zamiast pomóc Bartmanowi, wskoczyłam mu do łóżka. Wyrzucałam sobie, że zamiast spełnić swój obowiązek podświadomie rozegrałam tę nierówną grę tak, by samemu wynieść z tego korzyści. Z jednej strony wiedziałam, że to absurd; w końcu robiłam co tylko mogłam. Dobrze, uległam złudnemu wrażeniu, że odkryłam problem, ale i Zbyszek niczego mi nie ułatwiał. Z drugiej miałam poczucie, że okrągła sumka na moim koncie widnieje tam za nic.
Iwona zaśmiała się delikatnie, kręcąc głową.
- Może tego nie widzisz, bo spędzasz z nim teraz mnóstwo czasu. Poza tym, nie znałaś go wcześniej. Przyszedł do ciebie młody, zgorzkniały facet, którego zmuszono do terapii, wierzący tylko w siatkówkę i zasobność portfela. Kiedyś był inny. Równie szalony jak teraz i chwilami naprawdę głupi – parsknęła, a ja tylko pokiwałam ze zrozumieniem głową, uśmiechając się nikle. - Ale zdecydowanie bardziej otwarty. Nigdy się nie szczypał, mówił co myślał, ale nie był w tym agresywny. No i uśmiechał się dużo częściej. Teraz znowu taki jest. Krzysiek wraca do domu po treningach i cały czas powtarza, że nie może przestać na niego patrzeć – zaśmiała się dużo odważniej.     - Widzę, że odetchnął.
- Ja… Ja nie wiem co powiedzieć…
- Nic nie musisz – przyznała, kręcąc delikatnie głową. - Po prostu mi uwierz.
- Przecież w trakcie sesji praktycznie nic nie zrobiłam…
- Zrobiłaś, naprawdę. Już wtedy Zbyszek dużo częściej gryzł się w język, poza tym, hej! Zmusiłaś go do odwyku! To się nikomu nie udało przez dziewięć lat – uśmiechnęła się przyjaźnie. - Teraz robisz równie wiele. Zaufałaś mu i myślę, że to był milowy kamień na jego drodze. Czuje się potrzebny i nie chce cię zawieść, a przy tym otacza cię opieką. Pozwalasz mu, żeby czuł się ważny, żeby ci pomagał, a on wie, że może cię ochronić, że jeśli się postara, to wam obojgu będzie razem dobrze – mówiła spokojnie, patrząc na moją twarz, jakby sprawdzała moją reakcję. Poczułam, że robi mi się gorąco. Nie miałam pewności, czy Iwona mówi mi o tym, co sama zaobserwowała, czy może część słów należała do Zbyszka. Czy to możliwe, żeby powiedział jej coś takiego? - Wydaje mi się, że on się w tobie zakochał… - powiedziała nagle, nieco mniej pewnie, a ja zakrztusiłam się nabieranym do ust powietrzem.
- Iwonka… - wydukałam łamiącym się głosem. Szatynka natychmiast wyprostowała się na swoim miejscu i pokręciła dłońmi w powietrzu.
- Nie, Fran, spokojnie! Nie chcę cię wystraszyć, ja po prostu…
- To chyba nie jest nic poważnego – mruknęłam pod nosem, wyłamując nerwowo palce. Nauczyłam się tego od Bartmana. Zawsze na mojej twarzy pojawiał się grymas, gdy tylko usłyszałam dźwięk strzelających kostek, ale on robił to tak często, że w końcu się do tego przyzwyczaiłam i w stresujących sytuacjach sama zaczęłam praktykować. Starałam się zniwelować irytujące uczucie kłucia w brzuchu.
- Nie wyrokuję wam ślubu – powiedziała z nikłym uśmiechem. - Widzę jak się zachowuje, gdy zdarza nam się rozmawiać na osobności. Tylko raz widziałam go w podobnym stanie, a wiem, że Ewę kochał nad życie. Po prostu mówię, co widzę.
Przytaknęłam jej powoli, ale nie odezwałam się już. Nie miałam pojęcia jak zareagować. Jej słowa powinny mnie ucieszyć, ale ja poczułam rosnący niepokój. Serce zabiło mi szybciej, ale w głowie ciągle kołatała się myśl, że Zbyszek się „uczy”. Sprawdza, jak wygląda życie z kimś u boku, a nie taktuje tego tak poważnie, jak w głębi duszy bym chciała.
Zapłaciłyśmy za swoje napoje i w udałyśmy się na spacer w kierunku hali Podpromie. Pogoda była idealna na spędzanie czasu na dworze; z ogrodów okalających domki jednorodzinne dobiegały nas zapachy pieczonego na grillu mięsa, kiełbas i warzyw. Ślinka zbierała się w ustach na samą myśl o takim posiłku, my miałyśmy jednak zupełnie inne plany na spędzenie popołudnia i wieczora. Finał między Resovią, a Kędzierzynem zapowiadał się na tyle emocjonująco, że bilety zostały wyprzedane w trzy dni. Gdyby nie czujność Iwonki, zapewne oglądałabym to spotkanie w domu, a tak miałam miejsce w jednym z pierwszych rzędów, koło niej i jej uroczych urwisów.
- Mam nadzieję, że to wygrają, inaczej Krzysiek będzie nie do zniesienia przez najbliższy miesiąc – parsknęła Ignaczak, kiedy wchodziłyśmy na trybuny po wcześniejszym odebraniu Sebastiana i Dominiki spod opieki nowej sekretarki prezesa Panka. Wywróciłam tylko oczami z uśmiechem, łapiąc córkę przyjaciółki za łapkę, by nie zginęła w tłumie kibiców. Jakoś ciężko mi było uwierzyć w to, że ten pozytywny gaduła-libero może być irytującym człowiekiem po przegranej. Nawet jeśli Krzysiek robił się mrukliwy i mamrotał pod nosem, daleko mu było do rozjuszonego Bartmana. Kiedy Sovia przegrywała jakiś ważny mecz, starałam się z nim nie spotykać. Jeśli jednak strasznie się upierał, albo po prostu wpadał do mojego mieszkania bez zapowiedzi (co zdecydowanie zdarzało się częściej), nie wchodziłam mu w drogę. Słuchałam, przytakiwałam, przynosiłam piwo i po prostu siadałam obok, gdy czerwony ze złości, z bluźnierstwami na ustach opadał na kanapę przed telewizorem.
Zbyszek nienawidził przegrywać i w takich chwilach było to widać aż za dobrze. Miał problem z uspokojeniem emocji, ja zaś, nauczona dwumiesięcznym doświadczeniem, starałam się obniżyć swoją prezencję do minimum. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków, zdawało to egzamin.
Tamtego dnia miałam nadzieję, że uda mu się pomóc drużynie i doprowadzić do zwycięstwa nie tylko dlatego, że nie chciałam psuć sobie humoru. Pierwszy raz od dnia, w którym pojechałam z Kasią do Gdańska, miałam zobaczyć Zbyszka w akcji, na żywo. Nie wiedział, że będę na trybunach, tak nisko i z żoną jego przyjaciela u boku. Nie miał pojęcia o koszulce. Obawiałam się, że nie zareaguje w pozytywny sposób, a przegrana mogła go tylko mocniej wyprowadzić z równowagi.
- O co chodzi? - Iwona spojrzała na mnie niepewnie, gdy rozłożyłam sobie na kolanach meczową koszulkę z nazwiskiem Zbyszka. Musiała zauważyć, że dziwnie się zachowuję. Miałam uczucie, że zbladłam, choć może było to spowodowane zmianą temperatury. Klimatyzacja chyba jeszcze nigdy nie pracowała na Podpromiu na takich obrotach…
- Nie jestem pewna, czy mu się to spodoba – przyznałam z ciężkim westchnieniem, wodząc spojrzeniem wzdłuż biało-czerownych pasów materiału.
- A dlaczego miałoby nie? - Zdziwiła się.
- No wiesz… nikt nie ma o nas pojęcia – zniżyłam głos do szeptu. - Nie mogę do niego podejść po meczu, tak jak Ty do Igły, nie wiem, czy powinnam mu choćby pomachać. Poza tym, jeśli powinie mu się noga… O-oczywiście nie kraczę, wierzę, że da radę, jest przecież w dobrej formie! - pokręciłam szybko głową. Kątem oka widziałam, że Iwona posyła mi cierpliwy uśmiech. - Ja po prostu… Uch, on jest nie do zniesienia, kiedy się burmuszy.
Iwona parsknęła głośnym śmiechem, na co niemal natychmiast zareagowałam krwistoczerwonymi rumieńcami na policzkach. Skuliłam nieco ramiona i uśmiechnęłam się drętwo. Naprawdę brzmiałam jak głupek, żeby tak zareagować? A może popadłam już w paranoję…
- A wiesz, co ja myślę? - Ignaczak położyła mi dłoń na ramieniu i poczekała, aż spojrzę jej w oczy. Uśmiechała się ciepło i byłam pewna, że nie ma zamiaru robić sobie ze mnie żartów. Może zwyczajnie zrobiłam wcześniej jakąś głupią minę…? - Jeśli Zbyszek zobaczy tu ciebie, swoją kobietę, trzymającą za niego kciuki i ubraną w koszulkę z jego nazwiskiem – zaczęła, rozciągając przede mną trykot, zabierając mi go wcześniej z kolan. - To dostanie takiego kopa, że sam ten mecz wygra – oznajmiła, uśmiechając się wesoło, szeroko. Zrobiło mi się lżej. - Zakładaj!

Podpromie huczało od wrzasku kibiców, dźwięku trąbek i szelestu papierowych klaskaczy. Zazwyczaj podobny rumor działał na mnie pozytywnie, czułem wsparcie kibiców i po prostu dobrze się czułem. Teraz jednak wszystko szło nie tak, jak powinno. Chyba nieco odpuściliśmy na początku i daliśmy się rozhulać kędzierzynianom po drugiej stronie siatki. Cały ten huk i presja wokół zaczynały doprowadzać mnie do szewskiej pasji.
Pochyliłem się nieco w przód, wytarłem spocone dłonie o materiał spodenek i wsparłem je o kolana, patrząc na przeciwnika pod dolną taśmą siatki.
Usłyszałem gwizdek sędziego za plecami. Zacisnąłem palce wokół kolan, szykując się do gwałtownej zmiany pozycji. Kurek z całej siły uderzył w piłkę. Wyprostowałem się szybko i odskoczyłem w tył. Zatorski przekoziołkował, ale skubany zdążył wybronić w ostatniej chwili. Mruknąłem pod nosem. Nie udało się wyłączyć Zagumnego z rozegrania, więc teraz mogło zdarzyć się wszystko.
Czekaj…
Spojrzał przed siebie, nie rozglądał się. Spokojny i opanowany jak zawsze. Bez zająknięcia wykorzystywał w ataku kogo tylko chciał.
Czekaj spokojnie…
Środek? Prawa? Trzecie tempo, drugie? Cholera, jak on mnie drażnił z tym swoim „prawem wyboru”! Nagle ugiął dłoń, odchylił się nieco, a mój mózg zareagował instynktownie.
Lewa, do Boćka!
Podskoczyłem w odpowiednie miejsce, poczekałem ułamki sekund na Achrema i razem skoczyliśmy w górę. Charakterystyczne mrowienie rozeszło się po moim przedramieniu, gdy piłka z impetem uderzyła w moje ciało. Żółto-niebieski pocisk odbił się tak, jak powinien, wpadając w boisko. Opadłem na parkiet razem z podnoszącą się wrzawą kibiców z Rzeszowa. Nie wiem, czy ktokolwiek siedział jeszcze na swoim miejscu. Tie-break chylił się ku końcowi, a wynik meczu nadal nie był przesądzony. Wszyscy czuliśmy rosnącą presję; granie punkt za punkt było bezpieczne, dopóki to my mieliśmy tę mikroskopijną przewagę. Nie było to jednak wygodne ani przyjemne dla naszej psychiki.
Zbiegliśmy się na swojej części boiska w kółko, dostałem od każdego po głowie i po chwili znowu stanąłem pod siatką, na samym środku jej długości. Dyskretnie zerknąłem w górę, ponad głowami przeciwników, by dostrzec tablicę wyników. Osiemnaście do siedemnastu. Miałem wrażenie, że powietrze wokół mnie zgęstniało.
Kolejny gwizdek rozszedł się echem po hali, Kurek plasnął piłkę, ale chyba za nisko ją sobie wyrzucił, bo zaraz wpadła w siatkę tuż koło mojej głowy. Zatorski podskoczył wysoko z radości po przeciwnej stronie siatki, wspierając się o ramię Boćka. Remis po osiemnaście; krew uderzyła mi do twarzy. Zacisnąłem palce w pięści i nagle poczułem czyjąś dłoń między łopatkami.
- Spokojnie – Achrem klepnął mnie w plecy, cofając się nieco do przyjęcia. Miał rację, musieliśmy zachować spokój. Zimną krew. Wziąłem głęboki oddech i ustawiłem się pewniej na nogach. Jedna, szybka akcja wystarczyła, żeby to Zaksa wyszła na prowadzenie. Zamknąłem oczy, odwracając się plecami do siatki i klnąc pod nosem. Nie mogliśmy tego, kurwa mać, przegrać! Byliśmy za blisko, żeby tak po prostu oddać ten medal.
Drżały mi ręce, gdy po raz kolejny stawałem koło Alka. Przez moją głowę przepływały tysiące myśli na sekundę, traciłem koncentrację, denerwowałem się. Czułem, że atmosfera po naszej stronie robi się coraz mniej przyjemna. Byliśmy zmęczeni i zaczynaliśmy myśleć tylko o tym.
Wystarczyło mi jedno mrugnięcie okiem, żebym zmienił nastawienie. Zdenerwowany Konarski wrzucił piłkę w siatkę, znowu doprowadzając do remisu. Powietrze ze mnie uszło, choć kolana drżały mi coraz mocniej. Machinalnie przybiłem piątkę z Kurkiem, zmieniłem pozycję i już kolejna piłka leżała mi w dłoniach. Wyciągnąłem ją przed siebie, obróciłem kilka razy i po chwili zagrywka rozniosła się hukiem pod sam sufit hali. Ktoś z ławki rezerwowych Zaksy zawołał na out, ich libero w ostatniej chwili zatrzymał się w biegu, a piłka wleciała w samiutki róg boiska. Nasza niepewność trwała może jedną setną sekundy, potem na hali zapanował prawdziwy chaos. Ignaczak wskoczył mi na barana, Kurek za chwilę wydarł mi się prosto w twarz, Achrem sprzedał solidne uderzenie w barki. Gwizdek pierwszego sędziego z trudem przedarł się przez powstałą wrzawę i zwołał nas ponownie na boisko. Choć wynik na tablicy uległ już zmianie, a na trybunach zapanowała niesłychana euforia, Świderski poprosił o challenge. Wywróciłem teatralnie oczami. Sędziowie słabo dawali sobie w tym meczu radę z systemem. Czekanie kilka minut na nie wiadomo jaką decyzję było dość stresujące. Z resztą, nie było czego sprawdzać – ten punkt był mój.
Podszedłem do ławki po ręcznik i butelkę wody, starając się nie patrzeć w stronę sędziów. 
- Weszła? - Kowal niemal od razu nachylił się nade mną, patrząc mi uparcie w twarz, jakby samo to mogło mu dać wystarczające potwierdzenie. Wziąłem głęboki oddech, ale zaraz zamknąłem usta.
Nie mów 'hop'…
- Szczerze? Nie wiem - wydyszałem, odkręcając butelkę. - Nie widziałem dokładnie…
Trener klepnął mnie w bark, wytarłem ramiona ręcznikiem i wziąłem się pod boki, żeby unormować oddech. Zerknąłem na trybuny, wiodąc po nich zmęczonym wzrokiem i nagle coś przykuło moją uwagę. Iwonę jak i jej pociechy nie trudno było wyłowić w tłumie spojrzeniem, zwłaszcza, że zajmowali zawsze ten sam sektor. Zdziwiło mnie natomiast to, z kim Iwona rozmawia. Czarne, związane w koński ogon włosy były mi aż nadto znajome, ale przecież Francesca nigdy nie chodziła na moje mecze. I na pewno nie miała mojej koszulki.
Dziewczyna odwróciła się w stronę boiska i zerknęła w górę, z zaciśniętymi w pięści dłońmi przyglądając się obrazowi z kamer, a mnie o mało żuchwa nie opadła na parkiet. Uśmiechnąłem się szeroko, przechylając głowę na lewe ramię. Skąd… Jak?
- Aua! - Wrzasnąłem, gdy coś z całej siły uderzyło mnie w potylicę. Obejrzałem się, obrażony i zaraz napotkałem wściekły wzrok kapitana. - Ej, za co to?!
- Skup się na meczu, do ciężkiej cholery, a nie szukasz laski na trybunach! - Warknął zły, mijając mnie w marszu. Rozłożyłem bezradnie ręce.
- No przecież się skupiam! - Zawołałem za nim. Wywróciłem oczami i pocierając dłonią bolące miejsce, powoli wróciłem na boisko, do kręcących się z nerwów chłopaków. W końcu obraz z kamery challenge pokazał się na wyświetlaczu, a mi na ułamek sekundy serce mocniej uderzyło w piersi.
Boisko! Znowu prowadziliśmy!
- Jeszcze jeden! - Igła wrzasnął mi do ucha, skacząc jak nakręcana zabawka po pomarańczowym polu, po czym pchnął mnie w kierunku pola zagrywki. Gdyby udało mi się to powtórzyć, skończylibyśmy mecz, w dodatku w efektowny sposób.
Jeśli mi nie wyjdzie, pomylę się choćby o centymetr, to znowu doprowadzimy do remisu, a mi skoczy ciśnienie. Nie, powtórka nie ma sensu. Teraz wybroni, jeśli znowu spróbuję zdobyć asa, nie jest głupi. Jak ją walnę za lekko, wpadnie mi w siatkę, to się kurwa powieszę. Za mocno, pójdzie kurwa w out.
Ostry gwizd przerwał mój potok myśli. Wziąłem głęboki oddech, wyciągając przed siebie piłkę na dłoni.
Nie miałem wyboru, trzeba było spróbować. Wyskok, uderzenie, huk. Piłka trafiła w Boćka stojącego na samym środku boiska, zataczając piękny łuk w naszą stronę. Reszta działa się w ułamkach sekund, nawet dokładnie tego nie pamiętam. Ktoś wystawił mi piłkę, a ja szybką krótką zbiłem Konarskiego jak pionka na szachownicy. Próbował bronić, ale stał za blisko siatki. Dostał w tors i przekoziołkował do tyłu, a piłka poszybowała pod bandy reklamowe, nie dając się wyratować.
Chłopaki rzucili się w moją stronę, z zamiarem zgniecenia mnie żywcem z radości, przerwał im jednak irytujący, głośny dźwięk. Nikt już nie słuchał sędziów, nikt nie zaprzątał sobie głowy tym, by wołać coś razem ze spikerem. Każdy wrzeszczał swoje, cieszył się na swój sposób, a ja zapalczywie starałem się złapać powietrze w płuca, przygnieciony dwunastką chłopów.
Dobre dwie godziny później, po dekoracji, krótkim świętowaniu na boisku i pomeczowej konferencji, każdy z nas czekał na to, by fizjoterapeuta doprowadził go do porządku. Ja w spokoju zmieniałem strój, czekając tylko aż trener da sygnał do wyjścia z szatni. Marzył mi się spokojny wieczór przed telewizorem. Na razie jednak siedzieliśmy w dusznej szatni, drąc się i śmiejąc na zmianę.
- Mistrzem Polski jest Sovia! Sovia najlepsza jest! - Igła znowu zaczął kręcić się dookoła po szatni, drąc się wniebogłosy. My w mig podchwyciliśmy przyśpiewkę.
- Sovię trzeba szanować! Sovię CWKS! - ryknęliśmy hurem, ten kto miał resztki sił, poderwał się z miejsca i zaczął skakać razem z libero, robiąc jeszcze większy rumor.
- E, a ty gdzie?! - Kurek złapał mnie za koszulkę, gdy otwierałem drzwi szatni. - Panowie, mistrz ostatniej akcji nam ucieka!
- Nie, przestań! - Zawołałem zachrypniętym głosem, gdy przechylał mnie do tyłu. - Kurek, kurwa, nie..! Dajcie spokój! - Krzyczałem, dławiąc śmiech, im jednak niewiele mogło przemówić do rozsądku. Przynajmniej w tamtej chwili. Obskoczyli mnie wszyscy jak muchy i nim zdążyłem naprawdę zareagować, zaczęli wyrzucać mnie w górę. Sufit raz po raz stawał się coraz bliższy mojej twarzy, dopóki Jarek nie kazał im postawić mnie na ziemi. - Powaliło was do reszty! - zaśmiałem się, gdy Achrem roztrzepywał mi włosy dłonią.
- Dałeś radę!
- Przecież nie tylko ja.
- Skromny się znalazł, cholera jasna!
- Igła, zepsułeś Bartmana! - Krzyknął Kurek z bananem na twarzy. Popatrzyłem na niego z zaskoczeniem, a gdy przeniosłem wzrok na przerażonego, zdezorientowanego libero, zgiąłem się w pół ze śmiechu.
- Ja?! - Zawył z rozpaczą, a mnie łzy spłynęły po policzku. Jak Boga nie kocham, nie miałem do nich siły!

Pożegnałam się z prezesem rzeszowskiego klubu przez uciśnięcie ręki. Wymieniliśmy kilka kurtuazyjnych grzeczności, tym samym definitywnie kończąc naszą współpracę, po czym odeszliśmy w zupełnie innych kierunkach. Po popołudniu pełnym emocji w końcu mogłam złapać oddech. Byłam nieco zmęczona stresem, na jaki wystawili mnie siatkarze w czasie meczu, nie mówiąc o temperaturze utrzymującej się w budynku. Mimo, że na początku spotkania na hali panował przyjemny chłód wystarczyło zaledwie kilka minut, by kilkanaście tysięcy kibiców zrobiło z Podpromia kocioł. Miałam wrażenie, że biało-czerwony trykot przykleił mi się do pleców, a pot spływa tam, gdzie kończy się szlachetna nazwa „plecy”. Jedyne, o czym w tamtej chwili marzyłam, to chłodny prysznic…
- Co ty tu robisz? - Usłyszałam i aż się wzdrygnęłam, zatrzymując się w pół kroku. Zimny dreszcz przemknął mi wzdłuż kręgosłupa, gdy nieudolnie próbowałam zlokalizować źródło dźwięku. Okręciłam się sztywnym ruchem przez ramię, a nie widząc kompletnie nikogo na korytarzu, zrobiłam to jeszcze raz, marszcząc przy tym brwi. Dopiero wtedy, w cieniu bocznego wejścia na halę, zamajaczyła mi ludzka sylwetka. Umięśniony, wysoki mężczyzna wspierał się ramieniem o ścianę, skryty w mroku od pasa w górę. Tak naprawdę widziałam tylko jego czarne, dresowe spodnie i zarys postaci od pasa w górę.
- Oszaleję przez ciebie – wyszeptałam, kręcąc głową z dezaprobatą. Zaśmiał się mrukliwie i wyciągnął do mnie rękę, wołając mnie do siebie w niemy sposób. Poczułam się tak, jakby ktoś zarzucił na mnie niewidzialne lasso. Nie musiałam się nawet zastanawiać nad kolejnym ruchem, po prostu ruszyłam przed siebie. Z wielkim trudem zachowałam pokerową maskę na twarzy i podeszłam do niego powoli, z każdym krokiem coraz wyraźniej dostrzegając istotne szczegóły. Miał zmrużone oczy, wypinał dumnie pierś i uśmiechał się w ten charakterystyczny, obezwładniający sposób. Na szyi zawieszony miał złoty krążek, włosy ciągle miał wilgotne, pachniał żelem pod prysznic.
Podałam mu dłoń i pozwoliłam sobie na półuśmiech, przechylając głowę na prawe ramię. Tego ruchu też chyba nauczyłam się od niego…
- Od kiedy ty chodzisz na moje mecze, co? - Zapytał cicho. Głos miał zachrypnięty od krzyków na boisku i dzikich wrzasków radości w szatni. Zaplótł razem palce naszych dłoni i przyciągnął mnie nieco bliżej siebie.
- Od kiedy uznałam, że chcę dopingować mojego faceta w tak ważnych spotkaniach – odpowiedziałam, puszczając mu perskie oko. Zibi zaśmiał się cichutko i pochylił nade mną, po chwili składając krótki, słodki pocałunek na moich ustach. Po chwili wolną dłonią musnął mój policzek, przykładając swoje czoło do mojego i uśmiechnął się naprawdę szeroko. Poczułam, jak przyjemne ciepło rozlewa się po moim sercu. Widziałam, jak szczęśliwy jest, choć za wszelką cenę starał się utrzymać emocje na wodzy. Pogłaskał mnie kciukiem po twarzy i nagle złapał za koszulkę, ciągnąc ją ku sobie.
- Ładne ciuszki – powiedział z uśmiechem, wpatrując się w swój numer na moim pasiaku. Zaśmiałam się wesoło i wspięłam się na palce, całując go w brodę; tylko tam byłam w stanie sięgnąć bez jego pomocy.
- Jestem z ciebie dumna, wiesz? - Powiedziałam ostrożnie. Pogłaskałam go po twarzy, patrząc czule w oczy.
- Musisz częściej przychodzić na mecze.
- Chcesz? - Zapytałam zadziornie. Zbyszek pokiwał głową.
- Uspokoiłem się, kiedy cię zobaczyłem.
- W takim razie ten medal jest po części mój – zauważyłam z powagą, biorąc złoty krążek w dwa palce. Zbyszek nachmurzył się momentalnie i wyjął go z mojej dłoni, niemal rzucając nim o swój tors.
- Chciałabyś – fuknął, nadymając lekko policzki. Po chwili oboje parsknęliśmy śmiechem, zupełnie ignorując fakt, że możemy tu zwabić niepożądanych gapiów. Przytuliłam się do Zbyszka, mocno wdychając jego zapach, nie zauważyłam więc, jak marszczy brwi i spogląda w stronę głównego korytarza.
- Wiesz, pomyślałam, że może… - zaczęłam, odsuwając się nieco od jego torsu, gdy nagle przyłożył mi palec do ust z krótkim „Ćśśś”. W pierwszej chwili zmrużyłam tylko oczy, nieprzyjemnie zaskoczona, ale gdy nadstawiłam uszu usłyszałam, że ktoś idzie w naszym kierunku. Miałam ochotę wzruszyć ramionami i mówić dalej, gdy niespodziewanie Bartman zesztywniał i złapał mnie mocno pod rękę.
- Fuck! - Syknął pod nosem, gwałtownie zamieniając się ze mną miejscem. Obiłam ramieniem ścianę, ale nim zdążyłam zbesztać przyjmującego za ten atak, przyciągnął mnie do siebie z całej siły i spojrzał prosto w oczy. - Ani słowa – mruknął cicho, nie znoszącym sprzeciwu tonem, po czym pocałował mnie, nad wyraz lekko. Pisnęłam cicho, całkowicie zbita z tropu jego zachowaniem, jednocześnie cały czas patrząc mu w oczy.
- Ej, a gdzie jest Zibi? - Usłyszałam głośne zawołanie. Ściągnęłam lekko brwi, słuchając uważnie.
- A bo ja wiem, wylazł jakiś czas temu z szatni.
Spojrzałam na Zbyszka ze zdumieniem, w jego oczach odczytując ciche błaganie. Do tej pory nie spotykaliśmy się na mieście, nie znajdowaliśmy się w żadnej podbramkowej sytuacji, a powstające problemy rozwiązywaliśmy samodzielnie, dlatego w pierwszym odruchu spięłam wszystkie mięśnie. Miałam ochotę odskoczyć w tył i huknąć na Zbyszka z całą swoją energią, jaka mi pozostała w ciele. Dopiero, gdy poruszył w znaczący sposób brwiami, zrozumiałam o co mu chodzi. Nie chciał, żeby widziano nas razem. To dlatego tak się zdenerwował, dlatego niemal rzucił mnie na ścianę. Chciał mnie zasłonić swoim ciałem, żebym tylko stała się niewidoczna dla jego kolegów z zespołu.
Poczułam dziwny ucisk w boku. Dlaczego? Wstydził się mnie? A może uważał, że związek z jedną kobietą uwłacza jego renomie zdobywcy?
Uspokój się!, skarciłam samą siebie w myślach. Na pewno nie o to chodzi.
- Tu chyba jest! - Usłyszałam z głównego hallu i odsunęłam się od Zbyszka, nasłuchując uważnie. Czy to nie był głos Ignaczaka? Zerknęłam z ukosa na przyjmującego. Patrzył na mnie niepewnie, niemal błagalnie, palcami ugniatając moją talię. Usłyszałam kroki i stos głośno wypowiadanych słów, dla mnie kompletnie bez znaczenia. Nie wiem co się stało, że nagle irracjonalny niepokój Bartmana przeszedł i na mnie. W mojej głowie zagnieździła się informacja, że nie mogę zostać rozpoznana. Uniosłam ramiona, dłonie zaplatając na karku siatkarza, po czym uśmiechnęłam się półgębkiem. Chyba nawet skinęłam mu nieznacznie głową, jakby potrzebował dodatkowego zapewnienia z mojej strony. Uśmiechnął się z ulgą, pochylił nade mną i znowu sięgnął moich warg, przyciągając mnie mocniej. Czułam jego napięty brzuch tuż przy swoim, oddając się całkowicie jego dłoniom i ustom. Miałam wrażenie, że całą swoją postawą Zbyszek chce mi powiedzieć: „Nie martw się, to, że się ukrywamy nie znaczy, że nie może być przyjemnie”.
Słyszałam tylko szum kroków za plecami Zbyszka, potem jakieś dziwne krzyki, w końcu donośne, przeszywające powietrze gwizdy. Naprawdę musiałam się powstrzymać, żeby nie parsknąć śmiechem, a po pomrukach Bartmana wiedziałam, że on jest w takim samym stanie. W pewnym momencie zwolnił uścisk wokoło mojego ciała i machnął ręką za plecy, prawdopodobnie za pomocą bardzo wymownego gestu pokazując reszcie siatkarzy, co mają zrobić. Pech chciał, że w tym samym czasie postanowił pogłębić pocałunek i naparł na mnie jeszcze mocniej. Moje zwiotczałe kolana nie wytrzymały nacierającego na nie ciężaru. Zachwiałam się niebezpiecznie, złapałam za bluzę Zibiego i zrobiłam gwałtowny krok w tył, ciągnąc go za sobą.
Złapał mnie w ostatniej chwili, wcześniej wpychając na ukryte w mroku, wielkie drzwi prowadzące na halę. Popatrzyliśmy na siebie w milczeniu, czekając aż kroki i zawodzenie chłopaków ucichną za zakrętem, po czym obydwoje wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Długo nam zajęło, by w końcu się uspokoić. Bolał mnie brzuch, gdy łapczywie nabierałam hausty powietrza, na policzkach ciągle czułam świeże łzy i dałabym sobie rękę obciąć, że cały makijaż już dawno mi się rozmył.
- Nic ci nie jest? - Zapytał zduszonym głosem, zakładając mi pasemko włosów za ucho. Pokręciłam głową, z trudem wyduszając ciche „nie”. Nagle Zbyszek pocałował mnie w czoło i nie czekając na żadną reakcję z mojej strony, żwawym krokiem ruszył ku wyjściu z Podpromia. - Muszę jeszcze skoczyć do prezesa – wyjaśnił niemal w biegu. - Dzisiaj u mnie, pamiętaj! - zawołał i już go nie było.
  Przewróciłam teatralnie oczyma i powolnym krokiem udałam się ku bocznemu wyjściu z hali. Cały czas chciało mi się śmiać, choć kompletnie nie miałam pojęcia, czym spowodowana jest moja głupawka.
Wróciłam do domu w jakimś rekordowym czasie dziesięciu minut, cały czas nucąc coś pod nosem. Przebrałam się w wygodniejsze ubrania, rzeszowski pasiak niemal z czcią rozkładając na swoim zaścielonym łóżku, po czym ponownie wybiegłam na dwór, by udać się w długi spacer do apartamentu Zbyszka.
Ostatnimi czasy ciągle chodziłam uśmiechnięta. Kaśka uważała, że albo do reszty mi odbiło, albo podwyższony poziom estrogenu daje mi o sobie znać. Lubiła wyprowadzać mnie z równowagi tymi wyssanymi z palca przypuszczeniami, ale w tamtej chwili, gdy szłam samotnie w dobrze znanym kierunku, jakoś mniej mi to przeszkadzało.
Mój wewnętrzny spokój został zburzony dopiero w momencie, gdy weszłam na jedno z rzeszowskich osiedli by skrócić sobie drogę. Znowu miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Ostatnio towarzyszyło mi ono dość często, więc początkowo zdusiłam nieprzyjemne wrażenie w zarodku. Szłam pewnym krokiem, starając się nie zmieniać w jakiś znaczący sposób swojego zachowania. Powtarzałam sobie w myślach, że przesadzam, stałam się dziwnie drażliwa, za chwile wszystko zrzucając na karb „tych dni”. Na siłę śmiałam się w duchu ze swoich zwidów, ale im bliżej miejsca zamieszkania Bartmana byłam, tym uczucie bycia śledzoną stawało się nieznośniejsze. Nieświadomie przyśpieszyłam krok, w końcu zaczęłam rozglądać się na boki. Czułam rosnący niepokój, serce coraz szybciej biło mi w piersi. Nie wiedziałam jednak, czy było to spowodowane irracjonalnym strachem gnieżdżącym się w moje głowie, czy tempem, jakie sobie w pewnym momencie narzuciłam.
Byłam przekonana, że ktoś idzie za mną krok w krok i nie odpuszcza nawet w chwili, gdy idąc tyłem dostałam się na teren strzeżonego osiedla, po czym niespodziewanie wpadłam… na Bartmana, piszcząc ze strachu ile fabryka dała.
- Dzięki. Ogłuchłem na wstępie – bąknął, przykładając jedną dłoń do ucha, drugą opierając na moim biodrze. - Co się stało? - Zapytał nagle, patrząc mi uważnie w twarz i marszcząc czoło.
- Co ty tu robisz? - Wysapałam, robiąc jeszcze jeden krok w jego stronę. Czułam się przy nim bezpiecznie, tak cholernie mocno i całkowicie intuicyjnie.
- Zszedłem na chwilę do sklepu – pokazał mi leżącą na ziemi siatkę. - Co ty, biegłaś do mnie? Aż tak się stęskniłaś? - Parsknął.
- Ktoś mnie śledził.
- Co? - Poczułam, jak palce Bartmana mocniej zaciskają się na moim ciele. Nie wykonując zbędnych ruchów, rozejrzał się spokojnie dookoła. Po chwili rozluźnił ramiona i schylił się po torbę z zakupami. - Straszysz ludzi bez potrzeby. Wydawało ci się.
- Zbyszek, ktoś nas obserwuje, to nie jest normalne – syknęłam, łapiąc go za rękaw koszulki. Spojrzał na mnie z góry, wysoko unosząc jedną brew.
- Fran, tu nikogo poza nami nie ma – powiedział spokojnie, by zaraz unieść kąciki ust ku górze. - Przywidziało ci się – mruknął. Objął mnie w pasie jedną ręką, pochylił się i pocałował mnie w skroń, prowadząc na klatkę schodową. Jeszcze raz zerknęłam za siebie. Poza szeleszczącymi na wietrze krzewami, nie było tam kompletnie nic. Może rzeczywiście to wyobraźnia spłatała mi figla? Westchnęłam ciężko i bez namysłu wsunęłam dłoń w tylną kieszeń zbyszkowych spodni, głowę wspierając na jego ramieniu. Słyszałam, jak śmieje się cicho pod nosem. Zdenerwowanie powoli schodziło z mojego ciała, normowałam swój oddech.
- Siadaj i wybierz film. Zaraz przyniosę piwo – usłyszałam nad głową, gdy przekroczyliśmy próg mieszkania Bartmana. Nadal nieco skołowana, posłusznie udałam się do wielkiego salonu. Machinalnie usiadłam przed półką z płytami, mamrocząc pod nosem tytuły filmów. Nie wiem nawet, jaką pozycję włożyłam do odtwarzacza. Moje myśli biegały wokoło wszystkich zdarzeń, tylko nie wokół tego, co działo się najbliżej mnie. Zdawałam sobie sprawę, że siedzę na kanapie koło Zbyszka z butelką zimnego Żywca w dłoni. Czułam jego dłoń na ramieniu i słyszałam, jak śmieje się od czasu do czasu, ale nie docierał do mnie żaden jego komentarz, żaden dialog użyty w filmie. Na przemian zastanawiałam się nad tym, czy to możliwe, bym nagle ja zaczęła wariować, nad słowami Iwonki zasłyszanymi w kawiarni i nad tym, co stało się na Podpromiu. Znowu zaczęłam analizować zachowanie Bartmana, choć wiedziałam, że tego nie lubi. Nie przestawałam jednak zadawać sobie pytania: dlaczego tak bardzo zależało mu na ukryciu mnie przed znajomymi?

- Ej, mówię do ciebie! - Zawołałem, szturchając Francescę w ramię, gdy po raz czwarty zignorowała moje pytanie. Zamrugała gwałtownie i rozejrzała się dookoła, jak w amoku, dopiero po kilku sekundach krzyżując ze mną wzrok.
- Hm? Przepraszam, zamyśliłam się – uśmiechnęła się blado, łapiąc mnie za dłoń.
- Właśnie widzę.
- O co chodzi?
- Pytałem o czym tak zawzięcie myślisz?
Francesca otworzyła usta, nagle spojrzała mi w oczy i zawahała się. Po chwili uśmiechnęła się tylko i pokręciła głową.
- To nic ważnego, oglądaj film – nakazała mi, podnosząc butelkę piwa do ust. Zgrzytnąłem zębami.
Nie będzie mnie olewała, do jasnej cholery.
Zatrzymałem film i zabrałem jej z ręki zimną butelkę, odstawiając ją na stolik.
- Zbyszek! Oblałabym się przez ciebie – ofuknęła mnie z irytacją.
- Powiedz mi o co chodzi.
W moim salonie na długie minuty zapanowała całkowita cisza. Patrzyłem Kruś uparcie w oczy, nie pozwalając jej odwrócić wzroku, podczas gdy ona biła się z własnymi myślami. Błądziła spojrzeniem po całej mojej sylwetce, to zamykając, to otwierając usta, aż w końcu westchnęła z rezygnacją. Spojrzała na swoje dłonie, skubiąc nerwowo skórki przy paznokciach.
- Dlaczego tak się zachowałeś na Podpromiu?
Co proszę?
- To znaczy? - Zapytałem z niezrozumieniem. Kruś oparła się o kanapę i spojrzała w sufit.
- Dlaczego nie chciałeś się pokazać ze mną chłopakom? Wstydzisz się mnie?
Zatkało mnie. Myślałem, że to rozumie. Że potrafi czytać między wierszami.
- Odbiło ci? - Żachnąłem się. - Nie!
- Więc o co chodzi?
- Po prostu nie miałem ochoty słuchać ich durnych komentarzy. Dlaczego nagle obchodzą cię moi znajomi?
- Od kiedy nie chcesz się do mnie przy nich przyznawać.
- A muszą wiedzieć?
- Co w tym złego? - Drążyła temat. Zacisnąłem lekko palce w pięści.
- A co złego jest w tym, że nie wiedzą? - Parsknąłem zirytowany. - Co cię nagle wzięło na demonstrowanie uczuć?
- Chciałabym po prostu wiedzieć, czemu zacząłeś się zachowywać w taki sposób? - Zapytała nieco ostrzej.
- To znaczy w jaki?
- Rzuciłeś mnie na ścianę – burknęła już zdecydowanie mało przyjemnym tonem. Zastygłem w bezruchu, analizując jej słowa. Rzeczywiście, mogłem nieco zbyt gwałtownie zareagować… Wypuściłem powietrze przez usta i opadłem plecami na oparcie kanapy, zsuwając się po nim nieco.
Czy ona zawsze musi mnie zmuszać do takich wynurzeń?
- Ludzie mają ten jeden problem, że oceniają innych po okładce – mruknąłem zachrypniętym głosem, nie patrząc na Francescę. Kątem oka widziałem, jak poprawia się na materacu, przysłuchując mi się uważnie. - Przylepiają ci łatkę, która ciągnie się za tobą resztę życia i nawet jak chcesz się zmienić, to nie możesz, bo nie dają ci szansy. Patrzą na ciebie przez pryzmat tego, co zrobiłeś, wynoszą na piedestał wszystkie twoje błędy – zaśmiałem się krótko. - Nie chcę, żeby wiedzieli, bo jeśli coś nie wyjdzie… coś spieprzę… to później się ode mnie nie odczepią. Dokleją mi kolejną karteczkę, zaszufladkują. Powiedzą, że nic się nie zmieniło, że ciągle jestem taki sam – wychrypiałem dużo ciszej. - Znowu będę widział litość albo politowanie w ich oczach, znowu stracę na wartości.
Usłyszałem cichy szmer, potem materac nieco się ugiął i nagle kruche, drobne ciało Franceski znalazło się na moich kolanach. Rozłożyłem nieco bezradnie ramiona, patrząc na nią z niezrozumieniem. Nadal zaskakiwała mnie gestami wykonywanymi bez wcześniejszego ostrzeżenia, swoją bezpośredniością. Miałem wrażenie, że dla niej to wszystko jest o niebo prostsze. Kiedy chciała okazać mi swoje wsparcie - siup!, wskakiwała mi na kolana, przytulała, całowała. Ja tego nie umiałem. Nie rozumiałem. Nie wiedziałem jak się wówczas zachować.
- Nie mogłeś mi tego po prostu powiedzieć? - Zapytała, szukając mojego spojrzenia.
- Na Podpromiu nie miałem na to czasu – uśmiechnąłem się gorzko i wzruszyłem ramionami. - A wcześniej nie było okazji. Boli? - mruknąłem, podwijając rękawek jej koszulki. Nie było na nim ani śladu zaczerwienienia czy jakiegokolwiek siniaka, ale nie byłem pewien, czy nie pojawi się nazajutrz.
- Jest w porządku – odparła. Przechyliła głowę na lewe ramię, bacznie mi się przyglądając. Zagryzłem wargi; wiedziałem, że mnie analizuje, że szuka przyczyn mojego zachowania. Wkurzało mnie to, ale nie chciałem się z nią kłócić.  Rozumiałem już, że często robiła to podświadomie. Ot, zboczenie zawodowe. - Wiesz – zaczęła nagle – nie musisz się bać opinii innych. A przynajmniej nie powinieneś. Ci, którzy chcą przy tobie być, zostaną bez względu na wszystko. Nie bez kozery mówi się, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Niby nie dasz sobie w kaszę dmuchać, ale kiedy stajesz na niepewnym gruncie… - uśmiechnęła się zadziornie. Prychnąłem pod nosem, wywracając oczyma. Francesca dotknęła mojego policzka dłonią. - To będzie obcesowe, ale jesteś dobrym facetem, Zibi. Tylko uwierz w siebie nieco mocniej – poprosiła. Uśmiechnąłem się blado i przyciągnąłem do siebie jej głowę, całując ją między brwiami. Kruś zaśmiała się krótko i objęła mnie mocno, wspierając policzek na mojej piersi. - Ja w ciebie wierzę.
- Wiem.
- Włączasz film?
- A wiesz, o co w nim w ogóle chodzi?
Wzruszyła niedbale ramionami.
- Nie. Ale ty wiesz.
Parsknąłem śmiechem i wcisnąłem przycisk play, po chwili ciasno obejmując Francescę ramieniem. Jedną ręką głaskałem ją po udzie, pilnując, by nie zsunęła mi się z kolan. Po chwili usłyszałem, jak ciężko oddycha i uśmiechnąłem się pod nosem. Dźwięki filmu brzmiały gdzieś poza moją świadomością, przestałem zwracać na nie uwagę. Wtuliłem twarz we włosy Fran i zaciągnąłem się ich słodkim, nieco ciężkawym, lawendowym zapachem.
Zastanawiałem się, dlaczego wcześniej nie próbowałem zastąpić wyrwy w sercu kimś nowym, zamiast zaciągać do łóżka coraz to nowe „sztuki”. Może to dlatego, że Kruś była niezależna, godna mojego zaufania. Ja sam reagowałem na nią w dotąd nieznany mi sposób. Jej zapach mnie uspokajał, dotyk – doprowadzał krew do wrzenia.
Nie wiem, w którym dokładnie momencie zacząłem się zmieniać. Oduczyłem się rzucać na Kruś przy każdej możliwej okazji. Mogłem z nią pomilczeć, porwać ją gdzieś na weekend albo po prostu zamknąć się w czterech ścianach sypialni i nie wychodzić z łóżka cały boży dzień. Dawała mi namiastkę stabilizacji, bezpieczeństwa. Uśmiechnąłem się delikatnie. W tamtym momencie, na krótki czas, chyba zaczęło mi na niej zależeć.

* *

♫♪♫

Westchnęłam ciężko i stanęłam koło kuchennego zlewu, żeby wlać wodę do czajnika. Upały, jakie nawiedziły Rzeszów ostatnimi dniami były nie do zniesienia. Wstawiłam wodę na herbatę i przetarłam czoło nadgarstkiem. Nie miałam pojęcia, jak wytrzymamy w domu cały wieczór; u Zbyszka przynajmniej była klimatyzacja. Uparł się jednak, że skoro obchodziliśmy moje imieniny, on przyjdzie do mnie i trochę mi pousługuje. Osioł, pomyślałam z uśmiechem na ustach. W sumie, wizja Zbyszka robiącego wszystko, co mi się żywnie podoba, była dość kusząca. Wolałabym jednak nie być przy tym upocona jak mysz kościelna. Zerknęłam na zegar zawieszony w kuchni. Do przyjścia Bartmana miałam jeszcze pół godziny.
- Pójdę się ogarnąć – westchnęłam do siebie. Byłam już przy łazienkowych drzwiach, gdy usłyszałam słaby dźwięk telefonu. Z westchnieniem wróciłam do swojego pokoju, jedynie po to, by odczytać wiadomość od Zbyszka. Potwierdzał swój przyjazd i obiecywał, że nie zapomnę tego dnia do końca życia, Poczułam, jak przyjemny dreszcz rozchodzi się po całym moim ciele. W dużo lepszym humorze, niemal w podskokach ruszyłam w kierunku kuchni, by wyłączyć wyjący głośno czajnik. Zdjęłam go z kuchenki nie wyłączając gazu, zalałam kubek z herbatą wrzątkiem, dolałam wody do czajnika i ponownie, nieco krzywo odstawiłam go na kuchenkę. Machnęłam ręką, mówiąc sobie w duchu, że za chwilę go poprawię. Bo przecież nie miałam pojęcia, że wcale tego nie zrobię. Wytarłam ręce w kuchenną ściereczkę, rzuciłam ją niedbale na blat i obróciłam się ku lodówce, gdy nagle poczułam gwałtowne szarpnięcie w tył.
Westchnęłam głośno z trudem łapiąc równowagę. W pierwszej chwili pomyślałam, że Zibi zakradł się od strony ogrodu i jak zwykle postanowił zrobić mi „niesamowitą” niespodziankę. Uśmiechnęłam się wesoło, ale zaraz w mojej głowie zabłyszczała ostrzegawcza lampka, ostra i nieprzyjemnie pulsująca światłem. Zbyszek był wyższy od mężczyzny stojącego za mną, miał twardsze ciało... i nigdy nie zatykał mi ust dłonią.
- Dzień dobry, pani psycholog – jadowity głos tuż koło mojego ucha połączony z dotykiem zimnego noża na gardle wywołał gęsią skórkę na całym moim ciele. Z przerażeniem otworzyłam szeroko oczy, nie wierząc w to, co widzę w szybie kuchennego okna. Nogi zwiotczały mi w ułamku sekundy, krew uderzyła do głowy, a serce przestało bić mi w piersi.
Grzesiek…

Mazda płynnie sunęła po rzeszowskich drogach, znakomicie się prowadząc. Puste ulice niemal boleśnie świadczyły o tym, że w końcu nastały wakacje. Ludzie powyjeżdżali z miasta, by cieszyć się piękną pogodą, zabrali swoje pociechy na pierwsze wakacyjne wojaże, rozpoczęli swój odpoczynek. Ja cieszyłem się jazdą, czując, że usta wyginają mi się w coraz szerszym uśmiechu. Zamiast włączyć klimatyzację, otworzyłem okna. Jechałem szybko, o wiele za szybko jak na jazdę w terenie zabudowanym, ale nie potrafiłem sobie tego odmówić. Ryk silnika, wiatr wpadający do kabiny, obraz rozmazujący się lusterkach; czułem się jak dziecko w wesołym miasteczku. Z radiem rozkręconym na najwyższe obroty, snułem w głowie plan na wieczór. Oboje byliśmy z Francescą zmęczeni, od kilkunastu dni utrzymywało się w nas wzmożone napięcie. Ona potrzebowała wakacji, jak każdy normalny człowiek po całym roku harówki; ja miałem chwilami dość negocjacji z prezesem Pankiem. Dyskusje na temat przedłużenia ze mną kontraktu zdawały się nie mieć końca.
W pewnym momencie zauważyłem grupkę chłopców kopiących piłkę całkiem blisko jezdni. Niespodziewanie uświadomiłem sobie, że w każdej chwili jakiś mało uważny dzieciak może mi wskoczyć pod koła za zgubioną piłką. Zwolniłem nieco, dopiero po chwili zauważając we wstecznym lusterku zapalone koguty wozu na sygnale. Momentalnie ściszyłem muzykę i zjechałem na wąski chodnik, robiąc miejsce rozpędzonej karetce pogotowia. Po chwili ponownie włączyłem się do ruchu, skręcając na nieco zniszczoną ścieżkę otoczoną młodymi drzewami. Obrzeża miasta były systematycznie zalesiane, nieoczekiwanie zamykając miejsce zamieszkania Kruś w czymś na kształt sporego parku.
- Co do cholery? - Warknąłem pod nosem, gdy ostry dźwięk syreny po raz kolejny zmusił mnie do zjazdu na bok. Z trudem zmieściłem się na wąskiej drodze razem z radiowozem. Wyłączyłem radio. Gdzieś w tle słyszałem wycie kolejnego wozu, tym razem chyba straży pożarnej. I nagle krew odpłynęła mi z całego ciała, paraliżując mnie na długie, o wiele za długie sekundy. Ta droga prowadziła tylko w jedno miejsce. Nie było tu żadnych zjazdów, zakrętów, nawet zawrócić samochód było cholernie ciężko. Prosta, na wpół leśna ścieżka kierowała do domu Franceski…
Za mocno wcisnąłem gaz; samochód zakrztusił się głośno i zgasł z pomrukiem. Zakląłem siarczyście pod nosem, drżącymi rękoma szarpiąc za kluczyk. Z trudem udało mi się utrzymać kierownicę w dłoniach, a w ciągu jazdy przez zaledwie trzy kilometry, złamałem chyba więcej przepisów niż w ciągu całego roku.
Z trudem zaparkowałem samochód w taki sposób, by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Tłumek gapiów zebrał się w bezpiecznej odległości od niewielkiego budynku, patrząc jak snopy ognia zaczynają dobierać się do piętra. Przez jedno z okien na parterze, to w sypialni Franceski, wydostawały się kłęby czarnego, gryzącego dymu. Fasada mieszkania już dawno się okopciła, framugi okien zaczęły się topić. Coś zakuło mnie w piersi. W panice wyskoczyłem z auta, nie próbując nawet zamykać drzwi czy troszczyć się o wyjęcie kluczyków ze stacyjki. Błagając w duchu, by Francesca stała tu na dworze, ze swoimi sąsiadami, pobiegłem w stronę stłoczonej grupki. Skakałem dookoła ludzi, próbując znaleźć burzę czarnych loków, ale nadaremnie. Czułem, jak panika odbiera mi władzę nad logicznym myśleniem.
- Szuka pan Franki? - delikatny, kobiecy głos zatrzymał mnie w pół kroku, omal nie przewróciłem się na równej drodze. Oczami wielkości pięciozłotówek zerknąłem na młodą blondynkę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. - Pan jest znajomym naszej pani psycholog, prawda? Widziałam was razem – powiedziała spokojnie, uśmiechając się lekko, podczas gdy ja gotowałem się od środka. Skinąłem jej szybko głową, mając nadzieję, że usłyszę dobre wieści. - Nie ma jej tutaj – powiedziała, patrząc na mnie w taki sposób, że nie musiałem o nic więcej pytać. Ja jednak nadal nie dopuszczałem do siebie myśli, że coś mogło jej się stać. Jak to w ogóle możliwe, że u Kruś wybuchł pożar?! Była tak cholernie wyczulona na tym punkcie, tak kurewsko ostrożna…
- Może nie było jej w domu? - Zapytałem jak głupi. Przecież to oczywiste, że była w środku! Czekała na mnie, gdzie miałaby pójść…? Młoda dziewczyna pokręciła głową, przepraszając mnie zbolałym spojrzeniem. Łzy napłynęły mi do oczu; gryzący, ostry dym był ciężki do zniesienia nawet z takiej odległości. Obróciłem się dookoła własnej osi, spoglądając na ratowników medycznych i dwóch policjantów. Dlaczego nic nie robili? Dlaczego stali sobie z boku, rozmawiając jakby byli na kawie, zamiast ją stamtąd wyciągać?
Wodziłem rozgorączkowanym spojrzeniem od radiowozu po płonący budynek, swój samochód i pozostałych mieszkańców. Charakterystyczny ryk syreny wozu strażackiego niósł się echem, zbliżając się do miejsca wypadku z każdą chwilą, ja jednak uznałem, że nie dotrą na czas. Nie myślałem racjonalnie, właściwie w ogóle nie myślałem. Wyciągnąłem z bagażnika swojego auta klubową bluzę, zapiąłem się pod samą szyję i narzucając kaptur na głowę, ruszyłem biegiem w stronę głównego wejścia.
~  *  ~

 

To jest chyba najgorszy rozdział na tym blogu, takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Połowę jego pierwotnej treści usunęłam, próbując ratować jego zawartość i mam nadzieję, że to co przeczytaliście dało się wytrzymać. Zbyszkowi zależy, ale pewnych rzeczy nie umie zmienić. Może to kwestia sposobu bycia, może za mało czasu minęło? Jestem ciekawa, czy skojarzyliście, że w którymś z poprzednich rozdziałów Fran miała już wrażenie, że jest śledzona? Połączyliście fakty? ;)

To ostatni nasze spotkanie przed świętami, dlatego już teraz życzę Wam wesołych, spokojnych świąt, spełnienia marzeń, odpoczynku i dobrej, rodzinnej atmosfery. Z dwudziestym rozdziałem widzimy się w piątek 30.12. Jeżeli chodzi o kolejne rozdziały, to mam dla Was prezent ;). Części 21-epilog będą ukazywały się co tydzień :) - dokładna rozpiska po lewo, pod nagłówkiem. Już prawie wszystkie rozdziały sprawdziłam, dopieściłam muzyką, zostały mi ostatnie poprawki. Na razie nie mam weny do pisania kolejnych opowiadań, więc nie wiem, co będzie dalej, ale tym się nie przejmujmy :P. Do zobaczenia!

16 komentarzy:

  1. O cholera! A jednak Grzesiek!
    Ale co z Franką?! Coś mi się wydaje że jej nie było w mieszkaniu. Grzegorz ją gdzieś wywiózł...
    Wesołych świąt! I chce już kolejny!
    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo optymistyczny scenariusz ;) Okaże się w kolejnym rozdziale

      Usuń
  2. O mój Boże. Błagam Cię nie rób nic złego France. Nie teraz kiedy Zbyszek zaczął się powoli otwierać. Od razu kiedy przeczytałam, że Francesca ma przeczucie, ze ktoś ją śledzi pomyślałam o Grześku i jak widać nie pomyliłam się. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w rodzinnym gronie :*

    OdpowiedzUsuń
  3. O choroba. Zastrzeliłaś mnie totalnie tym rozdziałem. Aż nie wiem co ja mam tu napisać.
    To może zacznę od tych przyjemniejszych spraw. Na pewno cieszy fakt, iż Zbyszek zaczął w końcu sam dostrzegać zmiany w swoim zachowaniu. Co prawda wciąż długa droga przed nim, ale to już zdecydowanie coś. No i oczywiście trzeba się zgodzić ze słowami Iwony, iż Francesca ma na niego bardzo dobry wpływ.
    Na koniec zaserwowałaś nam potężną dawkę emocji, bo ja przyznam, że prawie dostałam zawału jak przeczytałam, że w jej mieszkaniu był Grzesiek. Matko, niech on nic poważnego jej nie zrobi bo ja tego nie przeżyję. Naprawdę.

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt faktem, coś się w Zbychu ruszyło

      Usuń
  4. Te fragmenty rozdziału, które mówiły o tym jak Zbyszek się zmienił się tak lekko i przyjemnie czytało. Ale to co zrobiłaś na końcu to po prostu.. Szkoda słów. Zrobiłas mi emocjonalny rollercoaster. Początkowo próbowałam się domyślać co będzie dalej. Czy ona była w tym domu, czy ten facet ją gdzieś zabrał... Ale teraz nie myślę. Czekam po prostu na następny rozdział i ubolewam tak bardzo, że będzie dopiero 30.. :(

    Z tego powodu też życzę ci wesołych, spokojnych świąt. Dużo zdrowia, spełnienia najskrytszych marzeń... :))
    Pozdrawiam, w.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od teraz już rozdziały będą szybciej. Nie będę Was tak katować jak do tej pory wyczekiwaniem ;p

      Usuń
  5. Coraz bliżej było końca rozdziału tym bardziej przeczuwałam, że zaraz coś zrobisz France. Mam wielka nadzieje, że okaże się iż Grzesio tylko ją porwał, zabrał gdzieś i po prostu na koniec podpalił dom. Oby tak było bo nie wiem jak zniosę śmierć Franki, chyba nie zniosę.
    Zibiego czekają teraz ciężkie chwile. Jeśli znowu straci w tragedii swoją ukochaną to będzie dla niego cios.
    Do następnego :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grzesio xD Wybacz, ale w całym tym zestawieniu śmiesznie to zdrobnienie brzmi xD

      Usuń
  6. Gif rozdziału to taki throwback sezonu 2012/2013, aż się łezka w oku kręci, bo to najmilej, obok sezonu 2014/2015, wspominany przeze mnie sezon PlusLigi. A jak jeszcze wczoraj Resovia wygrała z Kędzierzynem, to już w ogóle wspomnienia wracają. Niestety mam takie zezowate szczęście, że najlepszych i najważniejszych meczów z Zaksą nie mam czasu oglądać :P Ale mniejsza z tym :)
    Wygląda na to, że Zbyszek powoli zaczyna łapać o co w tym wszystkim chodzi, ale nadal jest w nim jakaś dzikość, impulsywność i niepewność, co powoduje, że nie potrafi w stu procentach się zaangażować. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, do tej pory Bartman był krótkodystansowcem i być może właśnie dlatego obawia się, że nie będzie w stanie zapewnić Fran tego na co zasługuje i czego oczekuje. Boi się uczuć, niefizycznej bliskości i tego, że zakochując się straci grunt pod nogami. Myślę, że podobne obawy co do Zibiego ma sama Kruś, dlatego też nieustannie zapala jej się w głowie czerwona lampka, przez co i ona nie może w pełni zaufać i czuje strach przed zranieniem.
    Nie będę oryginalna pisząc, że końcówką mnie rozwaliłaś. Kojarzę, że w poprzednich rozdziałach Franka miała wrażenie, iż ktoś ją śledzi, ale byłam pewna, że to tylko złudzenie, w końcu po wcześniejszej akcji w Grześkiem wyobraźnia mogła płatać jej figle. Zapomniałam, że w opowiadaniach nic nie dzieje się bez powodu :> Myślę, że Ola podążyła właściwym tropem, bo też coś mi się wydaje, że Grzesiek mógł uprowadzić Fran, a do pożaru przyczynił się pozostawiony na gazie czajnik (?)
    Pozdrawiam i Tobie również życzę wszystkiego dobrego na ten świąteczny czas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ja w tym sezonie nie obejrzałam jeszcze żadnego meczu, poza pierwszym spotkaniem AZSu Warszawa na żywo. Jak chłopaki ze Skry grają mecz, to albo jestem w pracy, albo na uczelni :/
      Cieszę się, że to widać, te zawiłości i niepewności. I w dobrą stronę idziesz z tym czajnikiem, moja droga ;P Chyba nie masz pojęcia, jak tęskniłam za Twoimi komentarzami <3

      Usuń
  7. Jak zwykle świetny, ja tam nie uważam żeby był najgorszy wcale, jesteś zwyczajnie bezkonkurencyjna :) nie mam Cię dość i czekając na tą fobie przeczytałam jeszcze raz źródła, całe! Przeżywałam wszystko tak samo mimo że wiedziałam iż się dobrze skończy :D do następnego! :)
    PS. Wesołych Świąt i dużo weny żebyś pisała dla nas już zawsze! ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, cieszę się, że się podoba :)

      Usuń
  8. O cholera. T_T
    Zaczęłam to czytać od szesnastego rozdziału, na Twojego bloga trafiłam przypadkiem a tu... taka perełka (spokojnie, zaraz idę nadrobić B)). Rozdział świetny (jak reszta), nie rozumiem o co Ci chodzi, pf.
    Osiem dni to będzie katorga. D:
    Wesołych świąt! ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj :) Cieszę się, że wszystko Ci się podoba, oby tak zostało :P Do następnego!

      Usuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.