BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

2 gru 2016

Fobia osiemnasta


- No powiedz coś w końcu!
Ignaczak po raz miliardowy szturchnął mnie w ramię, wkładając w to niemało siły i wydymając przy tym dolną wargę niczym naburmuszone dziecko. Uśmiechnąłem się półgębkiem w odpowiedzi i obróciłem głowę w stronę autobusowego okna, znowu zatapiając wzrok w szybko migających za nim obrazami.
Wracaliśmy z Berlina po walce w Lidze Mistrzów. Byliśmy już w drodze dobre sześć godzin, z wizją kolejnych dwóch spędzonych w niewielkim autokarze. Ciągle z tymi samymi emocjami kłębiącymi się w sercach i głowach. Zmęczeni, obolali, rozczarowani, cisi i w miarę spokojni. Szum klimatyzacji mieszał się z charakterystycznym dźwiękiem, jaki wydawały koła trące o gorący asfalt. Na wspomnienie temperatury panującej na zewnątrz momentalnie poczułem, jak krew pulsuje mi w najbardziej podrażnionym opaską uciskową miejscu. Przygryzłem nerwowo opuszkę kciuka, próbując oderwać myśli od tępego bólu w okolicy lewej kostki. Jacek założył mi tejpa, dał zimny okład i tabletki przeciwbólowe, i kazał siedzieć grzecznie na miejscu, bez butów.
Nie byliśmy faworytami w tym meczu, zgodzę się. Jednak po uporczywej walce z Novosibirskiem, po rozgromieniu Bełchatowa, czuliśmy się niebywale mocni. Wiadomo było, że Kazań nie odda tronu bez walki, ale przegrana do zera to chyba najgorszy z możliwych scenariuszy. Może gdybyśmy byli zdolni wyrwać Rosjanom choć jednego seta, mielibyśmy spokojniejsze głowy. Teraz każdy zadręczał się myśleniem „co by było gdyby”, „gdzie popełniłem błąd?”. „Czy jeśli zagrałbym inaczej, wracalibyśmy teraz ze złotymi medalami na szyjach”? Przymknąłem oczy i potarłem nasadę nosa palcami, wzdychając ze znużeniem. Oddałbym wszystko za herbatę i własne łóżko.
Wyprostowałem się powoli na swoim miejscu, czując jak kręgi w moim kręgosłupie wskakują w odpowiednie szczeliny. Przeciągnąłem się niemrawo i rozejrzałem po wnętrzu autobusu. Część chłopaków spała w najlepsze, oddychając ciężko i mamrocząc coś przez niedomknięte usta. Kilku słuchało muzyki, pogrążeni całkowicie we własnych myślach. Mnie znowu strofowało to stworzenie z wiecznym, niestwierdzonym, upierdliwym na dłuższą metę ADHD. Miałem ochotę kazać mu się zamknąć i iść spać, ale wiedziałem, że Ignaczak w ten sposób radzi sobie z negatywnymi emocjami. Musiał gadać, żeby nie myśleć. Wkurzał mnie, ale nic mu nie mówiłem. Zabrzmi to może idiotycznie, ale nie miałem serca pozbawiać go jedynej odskoczni od odtwarzania w głowie urywków z meczu. Wiedziałem, jak bardzo chciał wygrać Ligę Mistrzów. Jak mocno napalał się na te wszystkie mecze, jak łaknął tego krążka. Jedynego trofeum, poza medalem olimpijskim, którego ciągle nie miał, a tak bardzo go pożądał.
- No? - Bąknął zniecierpliwiony, gdy w końcu nasze spojrzenia spotkały się na krótką chwilę.
- Co?
- Powiedz mi w końcu kto ci zrobił śniadanie na drogę do Berlina, bo oszaleję! - Zawył, łapiąc mnie za bluzę i szarpiąc mną na boki. Zaśmiałem się cicho, kuląc nieco ramiona.
- Jesteś ciekawski jak przekupa na rynku!
- Guzik mnie to, mów! Cały tydzień siedzisz wieczorami nad tą wyświechtaną karteczką i szczerzysz się jak głupi do sera. Zachowujesz się jakbyś był chory na głowę - powiedział z wyrzutem. Popatrzyłem na niego krytycznie, na co ofuknął mnie głośno i założył ręce na piersi. - Nie o to mi chodziło.
Przewróciłem bez słowa oczami, ale zaraz moją twarz znowu przeszył wesoły uśmiech. Nie potrafiłem inaczej się zachowywać, mając świadomość, że już za jakieś półtorej godziny będę w domu. Jej domu. Z nią. W tym samym pokoju, łóżku. Poczuję jej smak, zapach. Zimne dłonie na rozgrzanych plecach. Usłyszę jej głos, kiedy będzie mi mówiła, jak spędziła ostatni tydzień. Na samą myśl o tym, lekki dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa.
- Od kobiety dostałem, zadowolony? - Bąknąłem na odczepne, gryząc się w język, gdy Ignaczak załamał ręce.
W przeddzień wyjazdu do Berlina byłem u Franceski. Zaufała mi, znając mój stosunek do życia, moją przeszłość. Obdarzyła mnie swoistym kredytem, który z każdym dniem starałem się sumiennie spłacać. Próbowaliśmy znaleźć wspólny język, stworzyć kolektyw, choć gdyby głębiej się nad tym zastanowić, z reguły mieliśmy pod górkę. Oboje byliśmy dominującymi charakterami i często znalezienie złotego środka graniczyło z cudem. Chwilami zachowywaliśmy się niczym stare, dobre małżeństwo, a czasami wychodziłem z mieszkania rzucając „kurwami” i trzaskając drzwiami z całych sił. Nie zgadzaliśmy się w wielu sprawach, a kwiaty czy butelka wina nie zawsze łagodziły spór. Francesca potrafiła być bardziej irytująca, niż moja matka i Ignaczak razem wzięci. Wiem jednak, że ja również nie świeciłem przykładem. Nie byłem święty. Któregoś razu przypadkowo stłukłem szybę w drzwiach prowadzących do sypialni Kruś, tak bardzo wkurzyła mnie jakąś błahostką. Po prostu za mocno nimi sieknąłem. Później przez tydzień ją przepraszałem, niemal skamlałem, żeby w końcu mi odpuściła. Mimo to za każdym razem dawała się przeprosić, powtarzając, że „to ostatni raz”.
Niestety, tym razem było inaczej. Przed moim wyjazdem do Berlina, kiedy akurat pakowałem walizki, znowu rzuciliśmy się sobie do gardeł. Tamtego dnia to ona opuściła moje mieszkanie z czerwonymi od gniewu policzkami, łzami w oczach i z zaciśniętymi w pięści palcami. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej widziałem ją tak wyprowadzoną z równowagi. Prychnąłem cicho pod nosem. Cóż, sama tego chciała. Prosiłem ją dwieście razy, żeby nie bawiła się w mojego trenera mentalnego. Nie chciałem słuchać, jak prawi mi morały, zwłaszcza gdy wypowiadała się na tematy, o których nie miała bladego pojęcia. Kruś była jednak głucha na moje prośby, rozkręcała się w dawaniu mi lipnych wskazówek, cackała się ze mną jak z dzieckiem powtarzając na okrągło, że muszę być pozytywnie nastawiony, a kiedy w końcu zaczęła się wtrącać do tego, co pakuję do walizki, trafił mnie szlag.
Zastanawiałem się teraz, czy nie powiedziałem słowa za dużo. Zaraz jednak moja duma kazała mi wziąć się w garść. Nie zamierzałem przepraszać. To ona wywołała ten huragan i tylko od niej zależało, czy zelżeje na sile. Była jednak uparta i nie miałem pojęcia, czy cokolwiek do niej dotarło. Z drugiej strony nie miałem siły się z nią kłócić. Chciałem się do niej przytulić, poczuć jej usta na swoich i iść spać. Miniony tydzień naprawdę mocno dał mi w kość.
Kiedy w torbie treningowej, w czasie podróży do Niemiec znalazłem pudełeczko z naleśnikami, najpierw zacząłem się burzyć na kolegów. Myślałem, że ktoś mi to podrzucił, że ciągną ze mnie łacha. Chyba się domyślali, że z kimś się spotykam, bo nie raz usłyszałem, że się zmieniłem. Dojrzałem, zaskakująco szybko. Część patrzyła na mnie z dziwnymi uśmiechami, kiedy po raz kolejny wymigiwałem się od piątkowego piwa w jednym z pubów. Ja jednak do niczego się nie przyznawałem i tym sposobem w Resovii urosła plotka, że wolę mężczyzn. Co gorsza, prym w podżeganiu chłopaków do żartu wiódł Kurek. Nie miałem pojęcia dlaczego, ale jeśli chodziło o robienie sobie jaj, on był w tym najlepszy. Nie zliczę, ile razy miałem ochotę wybić mu te przyduże jedynki i zniszczyć równiutki zgryz, jakim mnie zaszczycał wraz z każdą, irytującą zaczepką. Również w drodze na turniej byłem bliski zrobienia mu krzywdy. Nawet silna dłoń fizjoterapeuty trzymająca mnie za bark nie była w stanie usadzić mnie na miejscu. Dopiero, gdy Igła podniósł z ziemi nieco wygniecioną, fioletową karteczkę samoprzylepną, nieco się uspokoiłem. Uśmiechnąłem się pod nosem, mocniej ściskając papier w palcach. Czułem jego suchą fakturę blisko ust i zaraz przyjemne ciepło objęło mój żołądek.
Flamaster na kartce nieco się rozmył, być może dlatego, że przez ostatnie siedem dni co wieczór bawiłem się tym skrawkiem papieru przed pójściem spać. To o ten świstek tak bardzo pieklił się Ignaczak. Napisane pochyłym pismem „przepraszam” obarczone było pod spodem dużym serduszkiem i niewielkim post scriptum brzmiącym: „Trzymam kciuki”. Tylko to sprawiło, że zrezygnowałem z uszkodzenia kurkowej twarzy. Pismo Franceski byłem w stanie rozpoznać z daleka. Nie miałem pojęcia kiedy i w jaki sposób podrzuciła mi to pudełko, ale musiałem przyznać, że zrobiło mi się miło. Podobnie czułem się teraz, mając świadomość, że pierwszy raz nie wrócę do pustego domu. Ktoś na mnie czekał. Ktoś, kto akceptował – a przynajmniej próbował zaakceptować - moje dziwactwa, mimo że przeczyło to prawom logiki. Ktoś, kto dawał mi ukojenie i pozwalał spokojnie spać w nocy.
- Wyglądasz na szczęśliwego – usłyszałem po swojej prawej i aż się wzdrygnąłem. Zaskoczony, zerknąłem w stronę uśmiechniętego Ignaczaka. Zdążyłem zapomnieć, że przysiadł się do mnie na granicy.
- Dlaczego? - Parsknąłem, wspierając skroń na trzech palcach. Szumiało mi w uszach.
- Uśmiechasz się – libero wzruszył niedbale ramionami. - Co wieczór zasypiałeś z tą karteluszką, całujesz ją jak myślisz, że nikt nie widzi. Ktoś ci mocno zawrócił w głowie, nie mam racji?
- Może – bąknąłem, starając się zapanować nad wpływającymi na policzki rumieńcami. Naprawdę to wyglądało tak, jakbym tę kartkę całował? A może ja to rzeczywiście, nieświadomie robiłem…? Krzysztof westchnął ciężko, kręcąc powoli głową.
- Dobrze. Nie będę cię już męczył, przysięgam. Powiedz mi tylko, czy dobrze myślę i czy ty od dłuższego czasu… no wiesz…
- Co?
- No, jesteś z jedną kobietą? - Zapytał, marszcząc czoło. Wyglądał tak, jakbym właśnie próbował mu wpoić, że trawa jest fioletowa, a gruszki rosną na wierzbach. Uśmiechnąłem się półgębkiem.
- Próbuję.
- Wow.
- Ambitnie – pokiwałem głową. - Może spróbuj się jako komentator? Masz taki zasób słownictwa, poważnie. Mógłbyś zawstydzić niejednego polonistę…
- Odwal się! - Zaśmiał się, ładując mi pięść w ramię. - Po prostu nie chcę nic zapeszyć – powiedział, wstając powoli z miejsca. Nam obu ciążyły powieki. Chyba przyszedł w końcu czas, by pójść w ślady pozostałych siatkarzy Sovii i choć na chwilę zamknąć oczy. - Jak ci powiem, że jestem dumny, to jeszcze mi tu w piórka obrośniesz. Daję ci jeszcze miesiąc, potem chcę ją poznać – oznajmił, klepiąc mnie po barku, po czym ziewając szeroko, przeniósł się na tył autokaru. Odprowadziłem go spojrzeniem aż do chwili, w której ulokował się na fotelu obok Alka, przekładając swoje krótkie nogi nad jego kolanami. Parsknąłem cicho i wyciągnąwszy telefon z kieszeni dresów, spojrzałem na zegarek. Dwudziesta trzydzieści. Uśmiechnąłem się leciutko, kciukiem przesuwając po wysłużonym papierze i wspierając skroń o zimną szybę po swojej lewej, powoli pozwalałem, by sen zlepiał mi powieki.
- Wysiadka! - Krzyk trenera gwałtownie wytrącił mnie z błogiej ciszy, chwili zapomnienia. Wnętrze autokaru znowu zaczęło tętnić życiem. Z jękiem potarłem zmęczoną twarz i powoli wstałem z miejsca, starając się oprzeć cały ciężar ciała na zdrowej nodze. Nieprzyjemne pulsowanie nieco zelżało, choć miałem wrażenie, że opuchlizna się zwiększyła. Wyciągnąłem spod siedzenia swoją torbę, poczekałem, aż autobus opustoszeje i dopiero wtedy, nie poganiany przez nikogo, zszedłem powoli na płytę parkingu.
Piotrek całował Zośkę, garbiąc się ku niej. Ignaczak porywał na barana Sebastiana, zaraz pochylając się ku Iwonie i trzymanej przez nią Dominice. Alek rozmawiał przez telefon, człapiąc za Kurkiem do jego samochodu. Uśmiechnąłem się pod nosem i wciągnąłem ciepłe powietrze do płuc. Naprawdę pierwszy raz w życiu nie ogarniała mnie irytacja, gdy widziałem jak moi koledzy witają się z ukochanymi po powrocie z wyjazdowego turnieju.
- Ej, Zbychu! Podrzucić cię?! - Kurek machał na mnie ręką, wskazując na swoje audi. Poprawiłem torbę na ramieniu i pokręciłem głową, palcem wskazując swoje granatowe cudeńko. Stało tak, jak je postawiłem tydzień temu.
- Nie trzeba! - Zamachałem w powietrzu kluczykami i powolnym krokiem ruszyłem w stronę auta. Kurek podrapał się po głowie z nietęgą miną.
- Dasz radę prowadzić? - Zapytał niepewnie, patrząc na mnie ponad dachami zaparkowanych przy Podpromiu samochodów. Wiedziałem, że chodzi mu o moją kostkę.
- Doczłapię się, dzięki – zaśmiałem się i mocno szarpnąłem za drzwiczki, zaraz wrzucając do wnętrza swoją torbę i walizkę. Machnąłem chłopakom ręką na pożegnanie i chwilkę później zmierzałem w zupełnie innym kierunku niż ten, w jakim znajdował się wynajmowany przeze mnie apartament. Jechałem wyjątkowo spokojnie, tylko raz spoglądając na zegarek na desce rozdzielczej. Wiedziałem, że moja psycholog-perfekcjonistka jeszcze siedzi w swoim gabinecie. Prychnąłem pod nosem, kładąc się lekko na kierownicy auta, gdy na skrzyżowaniu zatrzymały mnie czerwone światła. Naprawdę jej nie rozumiałem, gdy po raz miliardowy tłumaczyła mi, że nie ma pieniędzy by zapłacić kolejnemu pracownikowi. Skoro przed przyjęciem propozycji od Panka płaciła i Kaśce, i temu doktorkowi, którego w końcu zwolniła, a jeszcze starczało dla niej to znaczy, że dawali radę, tak? Teraz też miałaby z czego wypłacić trzecią pensję, tym bardziej, że byłem niemal stuprocentowo pewny, iż prezes się nie szczypał jeśli chodziło o wynagrodzenie dla Fran. Gdyby chociaż chciała przemyśleć takie rozwiązanie, zatrudniła kogoś do pomocy, wcześniej wychodziłaby z pracy. Miałaby więcej czasu, dla mnie na przykład.
Egoista.
Uśmiechnąłem się nikle i trochę za mocno ruszyłem po zmianie świateł. Chwilami chciało mi się śmiać z mojego sposobu myślenia.
Zaparkowałem w poprzek na pustym parkingu pod przychodnią i z całych sił powściągając rosnący na mojej twarzy uśmiech, skierowałem się ku klatce schodowej. Opuchnięta kostka nieco mnie spowalniała, irytując wraz z każdym kolejnym krokiem. Wszedłem powoli na odpowiednie piętro, poprawiłem opatrunek pod dresowymi spodniami i wszedłem na pusty korytarz służący jako poczekalnia dla pacjentów. Dźwięk stukających klawiszy laptopa przywitał mnie od samego progu. Zerknąłem w prawo i zaraz postukałem palcami w biurko Rzepeckiej.
- Cześć – rzuciłem swobodnie, nie zatrzymując się przy niej na dłużej.
- Siemanero – odpowiedziała tylko, nawet na mnie nie patrząc. Przybiła ze mną „żółwika” i znowu wróciła do szybkiego pisania.
- Jest Francesca?
- W gabinecie – pokiwała mi głową. Bez słowa ruszyłem przed siebie, najciszej jak umiałem pchnąłem niedomknięte drzwi i niemal bezszelestnie wsunąłem się do pokoju Kruś. Dosłownie kątem oka zarejestrowałem, że poza brakiem figurki jelenia na parapecie niewiele się tutaj zmieniło po rozgardiaszu, jaki zostawiłem po sobie ostatnim razem. Zadrżałem mimowolnie, gdy tylko przypomniałem sobie Grzegorza, przerażoną Francescę, krew na ścianie.
Pokręciłem szybko głową, odganiając nieprzyjemne myśli i przyjrzałem się odwróconej do mnie plecami Kruś. Stała przy jednej z półek, czytając coś z niesamowitą dokładnością, co chwilę szeleściła papierami. Przestępowała z nogi na nogę, zapewne zmęczona całym dniem pracy. Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni i przechyliłem głowę na lewe ramię, powolutku idąc w jej kierunku. Muszę przyznać, że zaskoczył mnie jej strój. Buty na niskim obcasie zastąpiła czarnymi szpilkami, garniturowe spodnie ustąpiły miejsca czarnej spódniczce. Ściągnąłem ku sobie brwi. Od kiedy ona tak się ubierała do pracy? W kilku krokach znalazłem się za nią i nie siląc się na jakikolwiek anons, objąłem ją od tyłu, przyciskając do siebie z całej siły, gdy z jej piersi wydostał się krótki, rozdzierający powietrze wrzask.

Papiery spłynęły na podłogę. Serce waliło mi boleśnie o mostek, a nogi w ułamku sekundy zmieniły się w galaretę. W pierwszym odruchu chciałam zacząć się wyrywać, użyć szpilek jak broni, ale po pierwsze miałam na to niewielkie szanse, przyciśnięta do szerokiego torsu napastnika, a po drugie, jego zapach znałam już zdecydowanie za dobrze. Złapałam się jego przedramion i westchnęłam ciężko, z ulgą opierając się o wysportowane ciało. Zbyszek zaśmiał się mrukliwie, wtulił nos w moje włosy i jeszcze mocniej zacisnął swoje ramiona wokół mojej talii.
- Bu – mruknął gardłowo, po krótkiej chwili gryząc mnie w ucho.
- Boga w sercu nie masz? - Wyszeptałam zduszonym głosem, jedną dłoń opierając w okolicy mostka. Znowu się zaśmiał, lekko bujając się ze mną na boki. Czułam ciepło bijące od jego ciała, jego zapach znowu odbierał mi zmysły.
- Pytasz jakbyś nie wiedziała – parsknął. Odsunął się ode mnie lekko, założył włosy za ucho i nagle oparł brodę na moim ramieniu, po chwili całując w szyję. - Co to za strój do pracy? - Zapytał cicho, pociągając lekko za materiał spódniczki.
- Zazdrosny? - Zapytałam jakby nigdy nic. Dlaczego on sam miał się uciekać do nieczystych zagrań?
- A powinienem? - Odpowiedział mi pytaniem na pytanie, zdecydowanie mniej przyjaznym tonem. Wywróciłam teatralnie oczami i zdjęłam jego ręce ze swojego ciała, żeby móc stanąć z nim twarzą w twarz. Zaborczy wariat.
- Wiedziałam, że dzisiaj wracasz.
- Mhm – odparł z dziwnym uśmieszkiem, patrząc na mnie z góry. Poczułam się nieco niepewnie. Zagryzłam wargę i spuściłam wzrok, łapiąc się ramion Zbyszka, jakby był dla mnie jedyną stabilną rzeczą w tamtym momencie. A może po prostu nie chciałam, żeby wyszedł?
- Już nie jesteś zły? - Zapytałam cicho. Było mi głupio, że tak na niego naskoczyłam przed wyjazdem na Final Four. Zazwyczaj to on popełniał takie gafy, wchodził mi w słowo i był po prostu bezczelnie irytujący. Tamtego dnia to ja przesadziłam. Nie wiem dlaczego postanowiłam wyładować na nim swoją frustrację, tym bardziej, że zdążyłam się już przekonać jak podminowany bywa przed meczami. Może byłam po prostu zła na siebie, na swoją nieostrożność? Może zwyczajnie przeraził mnie fakt, iż okres spóźnia mi się dobre dwa tygodnie? Niby się zabezpieczaliśmy, ale musiałam przyznać się przed samą sobą, że nie do końca wierzyłam skuteczności prezerwatyw a nie chciało mi się iść do ginekologa po receptę. Z czystego lenistwa. Zanim zrobiłam te pięć testów i przekonałam się, że na razie nic się nie dzieje, zdążyłam się z Bartmanem pokłócić, zwymyślać go i trzasnąć drzwiami. Nie chciałam z nim nawet rozmawiać przez telefon, gdy był w Niemczech.
- Powiedzmy – westchnął ciężko, głaszcząc mnie ciepłą dłonią po policzku. Podniosłam brodę do góry, nie do końca wiedząc, jak rozumieć jego słowa. Widząc uśmiech czający się w kąciku jego ust, po raz kolejny wywróciłam oczami. Droczył się. Nie zdążyłam mu się nawet odgryźć: pochylił się ku mnie i pocałował. Bawił się moim językiem, dłonią głaszcząc mnie po plecach. Jego ciepły oddech owiewał moją twarz. Nawet nie myślałam, że przez zaledwie tydzień zdążę zatęsknić za tym troglodytą. Po chwili cmoknął mnie w sam środek czoła, pozwalając mi na wzięcie głębszego oddechu i odsunął się delikatnie.
- O której kończysz? - Rzucił, biorąc do ręki metalowego słonika z jednej z półek.
- Daj mi jeszcze godzinę – westchnęłam ze znużeniem, schylając się po papiery, które wypuściłam z dłoni. Nie zauważyłam, jak Zbyszek z irytacją przewraca oczami. Odstawił pamiątkę od mamy na swoje miejsce, pocałował mnie jeszcze raz, kompletnie mnie tym zaskakując i zaraz odskoczył w tył, kierując się ku wyjściu.
- Przyjdź na kolację.
- Do ciebie? - Uśmiechnęłam się szeroko, gdy z tajemniczym uśmieszkiem wziął z miseczki pojedynczy cukierek.
- No – przytaknął mi gorliwie, pakując sobie landrynkę do ust. Jak Boga kocham, wyglądał jak małe dziecko! - Jakoś muszę ci się odwdzięczyć za te naleśniki – puścił mi oczko, idąc tyłem ku drzwiom.
- No dobrze – zachichotałam.
- Godzina.
- Może dasz mi na chwilę wejść do domu? - Zapytałam, biorąc się pod boki. Zbyszek popatrzył na mnie z poważną mina i wzruszył ramionami.
- A po co? Nie musisz się przebierać.
Soczysta czerwień zalała mi całą twarz, szyję i dekolt. Spotykaliśmy się już kilka długich tygodni, ale ja nadal nie wiedziałam, co takiego posiada ten człowiek, że aż tak bardzo na mnie działa? Uśmiechnął się szelmowsko, widząc moją spiętą sylwetkę i wyszedł z mojego gabinetu. Jeszcze zanim zamknęły się za nim drzwi, usłyszałam, jak woła:
- Masz godzinę!
Później pożegnał się z Kaśką i zniknął na klatce schodowej.
Odetchnęłam ciężko, siadając z wolna na swoim krześle. Nie musiałam długo czekać, by w progu gabinetu pojawiła się Kasia. Opierała się o framugę drzwi z zaplecionymi na piersi ramionami i lustrowała mnie uważnym spojrzeniem, uśmiechając się coraz szerzej i szerzej.
- Jakoś nie widziałam, żeby rzucał ci się do gardła – mruknęła, podrzucając ramiona do góry. - Raczej miał na ciebie ochotę.
- No coś ty – parsknęłam z ironią, zaraz wybuchając nieco nerwowym śmiechem. Naprawdę się bałam, że ciągle będzie zły o tę kłótnię…
- Aaaj, tobie też się oczka świecą! - Zawołała, wytykając mnie oskarżycielsko palcem.
- Przestań! - Zaśmiałam się. Gdybym tylko miała pod ręką coś miękkiego, jakąś poduszkę, rzuciłabym nią prosto w roześmianą twarz przyjaciółki.
- Ktoś tu się podniecił!
- Może chcesz megafon, co? - Parsknęłam, próbując odzyskać oddech.
- A podziękuję, mam dość donośny głos – puściła mi oczko. Poklepałam się lekko w policzki, żeby do końca otrzeźwieć i rozłożyłam przed sobą dokumenty. Chciałam to jak najszybciej skończyć, choć moje umiejętności skupienia się na obowiązkach właśnie spadły poniżej zera. Kasia przypatrywała mi się w ciszy kilka długich minut. W końcu podeszła do mojego biurka i usiadła po przeciwnej stronie. - Oj, Frania… - zaśmiała się, kręcąc głową.
- No co?
- Czemu z nim nie pojechałaś?
- Muszę to skończyć – popatrzyłam na nią krytycznie. Nienawidziłam robić rozliczeń, ale nie mogłam tego zwalić na Rzepecką. - Z resztą sama słyszałaś, dał mi godzinę.
- Fran, pomyśl przez chwilę, głupolu! - Uniosła się, stukając mnie kostkami w czoło. - On jest po tygodniowym turnieju. Naprawdę myślisz, że ci nie uśnie zanim się pojawisz w progu jego mieszkania? - Uniosła brew. Popatrzyłam na nią krytycznie, ale zanim zdążyłam się odezwać, zagryzłam końcówkę długopisu. O tym nie pomyślałam. - Poza tym, cały dzień siedziałaś w przychodni. Też jesteś zmęczona. Myślisz, że jak wydłużysz sobie czas pracy, to będziesz miała więcej siły na igraszki w łóżku? Szczerze wątpię. Tym bardziej, że Zbyszek raczej jest wymagającym kochankiem – puściła mi perskie oko, a ja tylko napełniłam policzki powietrzem jak chomik. Było mi tak cholernie gorąco! Szybko spuściłam wzrok, osłoniłam się dłonią od twarzy Kaśki i po raz setny zaczęłam czytać tę samą linijkę tekstu.
Już nigdy więcej nic jej nie powiem, nigdy!
- Zostaw to! - Zawołała. Wyciągnęła przed siebie ręce, zrzuciła mi połowę rzeczy z biurka, po czym ze śmiechem wstała z miejsca i pociągnęła mnie w górę.
- Kasia… - jęknęłam, choć mój opór zmalał na sile. Dałam się wyciągnąć za rękę na korytarz.
- Podziękujesz mi!
- Ale…
- Rozliczenie zrobisz w poniedziałek. I nie dyskutuj ze mną! Domaluj się, kup wino po drodze i idź się z nim kochać do białego rana! No, już! - Pchnęła mnie w stronę drzwi, dając mi jasno do zrozumienia, że nie zniesie sprzeciwu.
- I tak muszę jechać do domu – ciągle oponowałam.
- Boże słodki, a po co? - Zawołała, rozkładając bezradnie ręce.
- Nie mam nawet ładnej bielizny na sobie. Z resztą nie wydaje mi się-Kaśka! - Krzyknęłam ze śmiechem, gdy przyjaciółka podskoczyła do mnie w dwóch krokach i bez pardonu podciągnęła mi koszulę ku górze.
- Szczerze? Ładniejszej nie masz.
- No dzięki! - Oburzyłam się, ciągnąc materiał koszuli w dół.
- Oj nie przesadzaj. Koronka jest? Jest. Mały push-up jest? Jest! Dobrze wyglądasz, nie marudź. Więcej mu nie trzeba, i tak będzie wniebowzięty. Ty myślisz o tym jakie on ma bokserki na sobie, kiedy cię rozbiera? No nie wydaje mi się.
- Gabinet…
- Zamknę! - Krzyknęła zniecierpliwiona, choć ciągle się uśmiechała. Oparła mi dłonie na ramionach i dosłownie wyprowadziła mnie na dwór, nie puszczając mnie przy żadnym ze schodków.    - Chcesz taksówkę?
- To kawałek – westchnęłam z cichą radością w głosie. - Wejdę po drodze do monopolowego po to wino… Jesteś niemożliwa.
- Za to mnie kochasz – orzekła. Pocałowała mnie w policzek, po czym klepnęła w tyłek i krzycząc „miłej zabawy”, uciekła z powrotem do budynku.
- Z kim ja się przyjaźnię? - Westchnęłam cicho, choć jak zwykle nie oczekiwałam odpowiedzi. Wiedziałam, że Rzepecka ma rację i w poniedziałek będę jej winna piwo za to, że jednak wyrzuciła mnie z przychodni. Poprawiając na ramionach marynarkę, którą w ostatniej chwili złapałam z wieszaka, ruszyłam powoli w kierunku centrum miasta. Mimo późnej pory, ciągle było ciepło i nieco duszno. Miałam wrażenie, że zwiększyła się wilgotność powietrza, albo to mnie ciągle było tak gorąco.
Spacerowałam spokojnie niemal wyludnionymi ulicami miasta, po drodze wstępując do całkiem przyzwoicie wyglądającego sklepu z biblioteczką win. Młody chłopak stojący za kontuarem bez zająknięcia ruszył mi z pomocą, gdy zrozumiał, że jedyne czym różnią się dla mnie te wszystkie butelki, to ich cena. Nie miałam pojęcia, co lubi Zbyszek, ale znając jego umiłowanie do whisky zdecydowałam się w końcu na czerwone, wytrawne wino. Miałam nadzieję, że będzie mu odpowiadało, bo wydałam na nie więcej, niż na jakiekolwiek inne zakupy w tym miesiącu. Dodatkowo wzięłam jeszcze butelkę mało wymagającego, różowego Gino Rossi i z dużo lepszym humorem, ruszyłam w dalszą drogę ku strzeżonemu osiedlu.
W pewnym momencie zaczęłam żałować, że jednak nie skorzystałam z opcji zamówienia taksówki. Teraz już mi się to nie opłacało, ale moje nogi, od dwunastu godzin wciśnięte w skórzane szpilki, zaczynały domagać się chwili odpoczynku. Poza tym miałam niezdrowe wrażenie, że ktoś bacznie mnie obserwuje. Ilekroć się odwracałam, widziałam za sobą jedynie pustkę lub przejeżdżający obok mnie samochód. Mimo to, nieco wyprowadzona z równowagi, nie bacząc na ból w stopach, z każdym krokiem szłam coraz szybciej i szybciej. Butelki uderzały o siebie głośno i tylko prosiłam w myślach, żeby się nie potłukły. Kiedy w końcu weszłam na ogrodzony teren wokół apartamentowców, poczułam się nieco bezpieczniej. Skinęłam głową ochroniarzowi siedzącemu w dyżurce i biorąc głęboki oddech, wstukałam odpowiedni kod do drzwi.
- Jednak wcześniej? - Zbyszek stał w otwartych drzwiach swojego mieszkania, oparty o nie w tak nonszalancki sposób, w jaki tylko on potrafił, czekając aż wysiądę z windy. Odetchnęłam z ulgą, przechodząc obok niego do wnętrza mieszkania. Zapach gotowanych warzyw i pieczonej ryby przyjemnie podrażnił mi zmysły. Chyba dopiero wtedy poczułam, jak głodna jestem.
- Kasia wyrzuciła mnie z gabinetu chwilę po twoim wyjściu – oznajmiłam, z radością zrzucając szpilki. Chłodne panele dawały moim stopom niesamowite ukojenie. - Kazała mi się dobrze bawić – dodałam jeszcze, posyłając Bartmanowi wyzywający uśmiech. Przyjmujący zmrużył lekko oczy i wytarł dłonie w kuchenną ściereczkę, do tej pory przerzuconą przez ramię.
- Co tam masz? - Zapytał, brodą wskazując mi torebkę z monopolowego. Odstawiłam ją na komodę i delikatnie wyjęłam butelki.
- Nie wiedziałam, co lubisz – przyznałam, rozkładając ręce i przygryzając lekko wargę. W pierwszej chwili zaśmiał się wesoło, ale nagle otworzył szeroko oczy i wziął ode mnie butelkę wytrawnego Arricau Bordes.
- Mówiłem ci kiedyś? - Zapytał z niedowierzaniem, szczerząc się wesoło. Odebrał ode mnie drugie wino i ruszył do kuchni.
- Nie – przyznałam, zadowolona z siebie. Zaplatając dłonie za plecami, poszłam za nim. - Trafiłam?
- W dziesiątkę – zaśmiał się. - A to? Rozumiem, że wersja dla ciebie? - zapytał, machając w powietrzu półsłodkim Rossi.
- Nie lubię wytrawnego wina – przyznałam z grymasem na twarzy. Zbyszek pokiwał ze zrozumieniem i wrócił do doglądania naszej kolacji. Podeszłam do niego, chcąc zobaczyć, w czym tak zawzięcie miesza łyżką, ale mój wzrok przykuło coś zupełnie innego. - Co ty masz na nodze? - Zapytałam, pochylając się lekko.
- Co? Ach, to! Aż tak widać, że nie umiem sobie zabandażować kostki? - Zaśmiał się cicho, drapiąc się po głowie.
- Skręciłeś?
- Podwichnąłem. Zmieniałem opatrunek, ale w końcu się wkurzyłem i… jest, jak jest.
Zaśmiałam się pod nosem. Złapałam go za pas dresowych spodni i pociągnęłam w kierunku salonu.
- Chodź, poprawię ci to, łamago.
Nie protestował. Wyłączył tylko kuchenkę, piekarnik i poszedł za mną. Usiadł grzecznie na kanapie, obejmując ramieniem jej oparcie i położył mi nogi na udach, wodząc wzrokiem za każdym moim ruchem. Odwinęłam delikatnie bandaż i nagle z mojego gardła wydostał się niekontrolowany syk bólu. Jego kostka była sino-czerwona!
- Co? - Zdziwił się.
- Jesteś cały spuchnięty!
- No, to chyba normalne – zaśmiał się.
- Nie powinieneś tego zawijać, tylko chłodzić.
- Muszę mieć ustabilizowaną stopę, żeby nie pogłębić urazu. Z resztą, akurat w tej chwili masz dość zimne ręce – powiedział, mrugając do mnie wesoło. Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Nie boli cię to? - Zapytałam, dźgając go w opuchnięte miejsce. Nieco za mocno. Zbyszek syknął przez zęby i odtrącił moje dłonie.
- Wyobraź sobie, że jak tak robisz, to boli jak cholera! - Warknął.
- Przepraszam – wysapałam przerażona. Zibi wywrócił oczami i rozluźnił lekko ramiona. - Masz jakiś żel? Altacet na przykład?
- W łazience, pod umywalką. Po co ci?
- Żeby zszedł obrzęk. Poczekaj – poprosiłam. Odłożyłam jego nogi na łóżko i z premedytacją, delikatnie klepnęłam go po kontuzjowanej kostce.
- Aua! Francesca, kurwa no! - Jęknął z wyrzutem, zrywając się w moim kierunku.
- Nie umrzyj – wytknęłam mu język i szybkim krokiem poszłam do łazienki. Nie powiem, żeby w małej szafce pod umywalką było łatwo cokolwiek znaleźć, ale po wyjęciu z niej kompletnie wszystkiego, w końcu znalazłam odpowiedni specyfik i wróciłam do salonu. Tak jak przypuszczałam, Zbyszek wodził za mną obrażonym spojrzeniem. Śmiejąc się z niego pod nosem poprawiłam mu opatrunek, po czym podrapałam go lekko po łydce, uśmiechając się przymilnie.
- Lepiej?
- Ta – bąknął, podkulając nogi i poprawiając zaczep bandaża.
- Ależ entuzjazm!
- A co tu do ekscytowania się, że musiałaś mi pomagać z opatrunkiem? - Westchnął cicho. - Co innego, gdybyś się mną zajęła w jakiś inny sposób, wtedy możemy porozmawiać o ekscytacji.
- Ja tobą? - Zadrwiłam.
- A co w tym złego? - Wytknął mi język. Popatrzyłam na niego, mrużąc oczy.
- Nic, panie „wiecznie będę górą” - odgryzłam mu się, zaznaczając w powietrzu cudzysłów. Zrobił tak zaskoczoną minę, że nie udało mi się powściągnąć śmiechu. Zasłoniłam tylko usta dłonią, żeby nie robić rabanu. Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. Nagle Zbyszek zlustrował mnie pociągłym spojrzeniem, uniósł dłonie w obronnym geście i uśmiechając się półgębkiem, mruknął w odpowiedzi:
- W porządku.
- Co? - Westchnęłam z trudem, ocierając kąciki oczu. Położył się na łóżku, zakładając ręce za głowę. Nie spuszczał ze mnie wzroku, bardziej wyzywającego niż zwykle.
- Baw się.
Popatrzyłam na niego szczerze zaskoczona. Czy on to wziął na poważnie? Uniosłam w górę obie brwi, nie do końca wiedząc, jak się zachować. Jego mina, nieco kpiący uśmieszek na ustach, cała postawa ciała mówiły mi, że nie żartował. Co więcej, był pewien, że zaraz się wycofam. Zamrugałam zaskoczona, nie mówiąc ani słowa. Dyskretnie zmierzyłam wzrokiem wielkość materaca; zmieścilibyśmy się na nim oboje bez większych problemów.
- Okay – rzuciłam spokojnie, pochylając się nad Zbyszkiem. Bo niby czemu miałam sobie odmawiać?

Położyła się na mnie z dziwnym uśmiechem i puszczając mi oczko, delikatnie musnęła moje usta swoimi. Nie zmieniając pozycji, nie zamykając oczu, oddałem delikatnie pocałunek, ciągle nie wierząc, że jednak podniosła rękawicę. Zaśmiałem się cicho, mierzwiąc jej grzywkę swoim oddechem, gdy zimnymi palcami dotknęła mojego brzucha. Zawsze miała chłodne dłonie. Może to dobrze? W końcu mówiło się, że ludzie o zimnych dłoniach są dobrymi kochankami. A ja za chwilę miałem się przekonać, że w tym wypadku nie są to puste słowa.
Całowała mnie delikatnie, nigdzie się nie śpiesząc. Dotykała lekko napiętych mięśni, sprawdzając, na jak dużo może sobie pozwolić. Stopniowo pozwalała sobie na coraz więcej, zupełnie jakby potrzebowała czasu, żeby oswoić się z nową rolą. Pomogłem jej tylko jeden raz, podnosząc się lekko do góry, gdy ściągała ze mnie koszulkę. Po chwili pocałowała mnie w szyję, delikatnie nadgryzając skórę. Zsuwała się coraz niżej, przez klatkę piersiową po brzuch, żeby ostatecznie znowu całować szyję. Dłońmi długo majstrowała przy pasku dresowych spodni, żeby w końcu zsunąć mi je z tyłka i delikatnie, nieco niepewnie mnie dotknąć. Krew powoli zaczynała gotować mi się w żyłach; przymknąłem lekko oczy, odchylając głowę w tył. Przyśpieszył mi oddech.
Coraz mocniej kręciło mi się w głowie i w końcu musiałem zagryźć zęby, żeby nie jęknąć. Nie śpieszyła się, niemal dręczyła powolnymi ruchami, stopniowo doprowadzając mnie do szału. W końcu jedyne, o czym byłem w stanie pomyśleć, to dlaczego nigdy wcześniej jej na to nie pozwoliłem?
Mruknąłem cicho, kiedy zaczęła całować podbrzusze. Drapała moją skórę, zostawiając na niej różowe pręgi, gryzła po udach, a ja nie miałem pojęcia, co zrobić z rękoma. Na jedną, krótką chwilę wplotłem palce w jej włosy, ale kiedy wbiła mi paznokcie zdecydowanie za blisko jednej z cenniejszych dla mnie rzeczy, w mojej głowie zapaliła się ostrzegawcza, czerwona lampka. Podniecało mnie to, nie przeczę, ale pewna nutka niepokoju kazała mi zareagować, może ją powstrzymać, a przynajmniej podnieść się na przedramionach.
- Co ty robisz? - Wyszeptałem. Spojrzała mi w oczy i zatrzepotała rzęsami.
- Bawię się, tak jak mi pozwoliłeś – powiedziała swobodnie. W jej uśmiechu było jednak coś takiego… Przełknąłem głośno ślinę i zaśmiałem się nerwowo.
- Nie musisz tego brać tak dosło-ownie! - Jęknąłem z zaskoczeniem, z powrotem opadając na materac. Warknąłem cicho, wypuszczając powietrze przez zaciśnięte zęby. Jej ciepłe usta, język… Jęknąłem znowu i przygryzając z całych sił wargę, zaparłem się o oparcie kanapy ręką. - Dobrze… o cholera, jak dobrze…
Zamknąłem oczy, nie do końca świadomie prężąc się w jej stronę. Nie słyszałem nic, poza rozszalałym biciem serca w piersi, hukiem krwi w skroniach i gorącym, ciężkim powietrzem wpadającym mi do płuc i nagle wszystko ustało. Z moich ust wydostał się jęk pełen zawodu, po ciele prześlizgnął się chłodniejszy podmuch. Usłyszałem jej śmiech, cichy i niewinny, tak bardzo nie pasujący do sytuacji. Syknąłem ciężko, gdy usiadła mi na brzuchu, delikatnie gryząc mnie w szyję.
- Zabiję cię – warknąłem gardłowo, łapiąc ją za biodra i uśmiechając się lubieżnie. Przygryzła płatek mojego ucha i po chwili wyprostowała się swobodnie, łapiąc mnie za dłonie.
- Przed chwilą mówiłeś, że ci dobrze – powiedziała łagodnie, bez zająknięcia. Wodziła po moim ciele zamglonym spojrzeniem, kompletnie nie skrępowana tym, co robiła; tym, że siedzi na mnie bez bluzki, a jej spódniczka jest zdecydowanie wyżej, niż powinna. Nie zachowywała się tak na początku. Każda wzmianka o seksie sprawiała, że Francesca się czerwieniła, krępowała, milkła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Teraz? Pokręciłem z niedowierzaniem głową.
- Stworzyłem potwora – wychrypiałem, dłonią obejmując jej rozgrzany policzek. Naprawdę ciężko mi się oddychało.
- Do usług – mruknęła, wytykając mi język i puszczając zalotnie oczko. Nie wytrzymałem, parsknąłem śmiechem. Atmosfera nieco się rozluźniła, ja się uspokoiłem; przynajmniej mogłem odróżnić ścianę od szafy. Niespodziewanie Fran zaśmiała się serdecznie, całując wnętrze mojej dłoni. Popatrzyłem na nią z czułością. Pierwszy raz odkąd dała mi szansę czułem, że tu jest moje miejsce. Może to było ulotne, płytkie, głupie… sam nie wiem. Prawdopodobnie miałem o tym zapomnieć nazajutrz rano, ale w tamtej chwili pragnąłem, by tak zostało już zawsze. Podniosłem się lekko na łokciach, z trudem usiadłem na materacu i objąłem twarz Franceski dłońmi, całując jej pełne, miękkie usta. Kciukami głaskałem ją po policzkach, patrząc jej prosto w oczy.
- Tęskniłem za tobą – szepnąłem ledwie słyszalnym głosem, zanim dotarło do mnie, że rzeczywiście się do tego przyznaję.
Francesca rozchyliła lekko usta z zaskoczenia, w pierwszej chwili mrugając gwałtownie powiekami. Musiała minąć chwila, nim uśmiechnęła się do mnie z uczuciem i znowu pocałowała. Rozchyliłem jej usta językiem, pogłębiając pocałunek. Nadając własny rytm, nie miałem zamiaru wypuścić jej z objęć.


Dobre dwie godziny później, gdy w końcu wstaliśmy z podłogi, na którą nieopatrznie stoczyliśmy się z łóżka; po wspólnym prysznicu i zimnej kolacji, powoli szykowaliśmy się do snu. Ubrana w bokserkę Zbyszka, siedziałam na brzegu łóżka w rogu materaca, starając się rozczesać mokre włosy za pomocą grzebienia. Zibi leżał na kołdrze, wodząc za mną spojrzeniem. Oboje byliśmy już zmęczeni.
- Ładnie wyglądasz w mojej koszulce – wychrypiał nagle, poprawiając się na łóżku.
- Mówisz tak, bo jestem bez stanika.
- Ej, wcale nie! - Oburzył się. Zerknęłam na niego przez ramię, posyłając wymowny uśmiech. - No, nie przeczę, to jest dodatkowy atut. Ale mówię generalnie – zatoczył dłońmi kształt klepsydry w powietrzu, uśmiechając się nieco szerzej. - Seksownie.
- To może pożyczysz mi jakąś koszulę? - Zapytałam, roztrzepując włosy dłonią.
- A po co? - Zdziwił się.
- Chciałyśmy iść z Kasią na miasto w piątek. No wiesz, potańczyć, może kogoś poznać… - powiedziałam spokojnie, gryząc się w język. Odpowiedziała mi długa, ciężka cisza, więc wdrapałam się na łóżko i klęknęłam w jego rogu, żeby móc spojrzeć na Bartmana. Oczy zwęził do granic możliwości, wypychając językiem policzek. Nie był usatysfakcjonowany, zdecydowanie!
- Nie przeginaj – ostrzegł. Wzniosłam oczy ku sufitowi i na czworakach przeszłam po materacu, by w końcu położyć się obok siatkarza. Objęłam jedną ręką jego tors, po chwili składając drobny pocałunek na jego klatce piersiowej. Nieco uspokojony, przytulił mnie do siebie jedną ręką, jednocześnie całując w sam środek głowy. Chwilami zadziwiała mnie jego zaborczość, to, jak zazdrosny potrafił być. Jego humor zmieniał się jak obraz w kalejdoskopie; nie wiem, czy potrafiłam dotrzymać mu kroku.
Leżąc w ciszy, przyglądałam się jego klatce piersiowej. Oddychał spokojnie, powoli odpływając w sen. Ja natomiast palcami zaczęłam sunąć po długich, o ton jaśniejszych bliznach zdobiących jego tors. Były dość szerokie, w niektórych miejscach jak gdyby postrzępione. Zmarszczyłam czoło w zastanowieniu.
- Skąd je masz? - Zapytałam, wyrywając go z półsnu.
- Hmm?
- Te blizny?
Zibi zerknął w dół. Westchnął ciężko i z zamkniętymi powiekami, ponownie położył głowę na poduszce.
- Po wypadku.
Napięłam wszystkie mięśnie. Musiał to wyczuć, bo pogłaskał mnie po ramieniu. Zadarłam brodę do góry i spojrzałam mu w twarz.
- Gałęzie się we mnie wbiły – mruknął z grymasem. Objęłam go mocniej, gdy nagle zaśmiał się nerwowo, wolną dłonią pocierając brodę. - Podobno je przycinali, bo nie mieściłem się do tomografu.
Zmarszczyłam brwi. Nie śmieszyło mnie to. Zbyszek westchnął przeciągle i zerknął na mnie w dół, uśmiechając się przepraszająco.
- Szpecą, wiem. Może sobie zrobię jakieś wypalanie laserowe? - Dodał po chwili, przeciągając się mocno. Nie odpowiedziałam mu. W mojej głowie wybuchła setka pytań, których jednak obawiałam się zadać. Nie chciałam niszczyć nam spokoju akurat na noc, burzyć miłej atmosfery. Niestety, przed Bartmanem niewiele dało się ukryć. Miałam wrażenie, że odkąd ze sobą sypialiśmy, byłam dla niego jak otwarta księga.
- O co chodzi? - Zapytał z czymś jak troska w głosie. Usiadłam niepewnie na łóżku, kołdrę przytrzymując przy piersi.
- Nigdy o tym nie rozmawialiśmy… ale jaki udział w tym wszystkim mieli twoi rodzice? - Zapytałam niepewnie, udając, że nie słyszę, jak nerwowo porusza się obok mnie. - Czemu ich nienawidzisz?
- Znowu zaczynasz? - Warknął nieprzyjemnie.
- Zbyszek…
- Jesteś moją kobietą, czy psychologiem? - Zapytał ostro.
- Umiem to rozdzielić – powiedziałam spokojnie, łapiąc go za dłoń. Patrzył na mnie nieufnie, mocno zaciskając szczęki. - Chcę ci pomóc.
Zaklął pod nosem, odwracając ode mnie twarz, nie zabrał jednak ręki. Trwaliśmy kilka długich minut w ciszy, dopóki nie wsunął silnych palców pomiędzy moje i nie ścisnął mojej dłoni. Nie chciał o tym rozmawiać, zwłaszcza teraz; miałam tego pełną świadomość, ale nie chciałam, by znowu to odwlekał.
- Przez trzy miesiące byłem w śpiączce – powiedział ochrypłym głosem, uparcie patrząc w szary sufit nad głową. - Dwa tygodnie naturalnie, siłą rzeczy, resztę czasu utrzymywali ją farmakologicznie. Miałem tak rozległe obrażenia, że nie było szansy, żebym wytrzymał z bólu. Kiedy zdecydowali się mnie wybudzić, nadal czułem każde włókienko w mięśniu. Bolało mnie wszystko. Z twarzy jeszcze nie zeszła opuchlizna, miałem zmiażdżone żebra, złamaną rękę, nogę. Pamiętam, że kiedy się ocknąłem, mama od razu rzuciła mi się na szyję – uśmiechnął się z nostalgią, a ja szybko odnotowałam w myślach, że powiedział o swojej rodzicielce „mama”. Nie „matka”. To był zdecydowanie czulszy zwrot. - Bardzo płakała, mówiła mi jakieś miliony przeciwwskazań, ale ja rozumiałem tylko, że jestem w szpitalu, bo miałem wypadek. Nie chciałem denerwować rodziców, więc nie pytałem o Ewę. Dopiero kiedy mogłem sam wstać z łóżka zapytałem, czemu jej nie widuję. Dlaczego nie przychodzi. Ojciec bez zawahania odpowiedział mi, że Ewa miała mniej szczęścia i ciągle jest na OIOMie. Że walczy i powoli, bardzo powoli wychodzi na prostą, ale może jej się uda. Zakazał mi do niej chodzić, żebym jej nie męczył. Uwierzyłem mu.
W tym czasie, gdybym był zdrowy, grałbym z Kubiakiem mistrzostwa w plażówce. Jako, że nie było opcji na mój powrót w tamtym sezonie, Michał też zrezygnował. Uznał, że nie ma sensu uczyć się gry z kimś innym, skoro za rok znowu zagramy razem, więc nigdzie nie pojechał. Siedział ze mną w szpitalu, kiedy tylko mógł. Któregoś razu uprosiłem go, żeby przyniósł mi coś z McDonald's – zaśmiał się wesoło, kręcąc przy tym głową, ale zaraz zmarkotniał, mocniej, niemal boleśnie zaciskając palce na mojej ręce. - Miał przyjść między obchodem pielęgniarek, a godziną odwiedzin. To była raptem godzina przerwy, musieliśmy mieć całkiem sporo szczęścia, żeby to wypaliło. Spóźniał się, często mu się to zdarzało. Ale gdyby spóźnił się jeszcze dziesięć minut, nie siedziałbym już tutaj, z tobą.
Popatrzył mi w oczy, a mi po plecach przemknął zimny dreszcz. Nie podobało mi się to spojrzenie…
- Ewa miała starszego brata. Szymon wparował do mojej sali, gdy akurat byłem sam. Gdyby Kubiak się nie pojawił, udusiłby mnie. Krzyczał, że zabiłem mu siostrę. Nazwał mnie mordercą. Uważał, że zrobiłem to naumyślnie.
- Przecież to absurd – szepnęłam. Uśmiechnął się krzywo, kiwając powoli głową.
- Nie uwierzyłem mu. Nie lubił mnie, poza tym uznałem, że był w szoku, ale gdy znowu zapytałem rodziców o stan Ewy zauważyłem, jak mama się spina. Ojciec nie patrzył na mnie, kiedy mi odpowiadał. Mówił szybko, byle zamknąć temat i już do niego nie wracać. Okłamywał mnie, więc stwierdziłem, że sam to sprawdzę. Na OIOMie nie było nikogo o jej nazwisku, cóż za niespodzianka – prychnął z jadem w głosie. Zamknął oczy i potarł zamknięte powieki wolną dłonią. - Zszedłem do kostnicy. Nie pytaj mnie, jak się tam dostałem, bo ci nie odpowiem. W kartach nie trudno było znaleźć odpowiednie nazwisko, numer, salę… - urwał, zagryzając wargi.
- Znalazłeś – stwierdziłam po dłuższej chwili milczenia. Przytaknął mi tylko, wypuszczając powietrze przez usta. - To dlatego masz koszmary, tak?
- Przestań, proszę cię – szepnął cicho, znowu obracając twarz ku oknu. Przygryzłam delikatnie usta, puściłam jego rękę i położyłam się obok. Pocałowałam delikatnie ramię obrysowane tatuażem i przytuliłam go mocno. Nie odzywałam się więcej; nawet gdybym chciała, to nie za bardzo wiedziałam, jak poprawić mu nastrój. Słyszałam jak pociąga nosem, dopóki ze zmęczenia sama nie odpłynęłam w sen.

~  *  ~


No witam :) Mam nadzieję, że się podobało, bo niedługo zacznę mieszać. Co za dużo spokoju, to niezdrowo, prawda? Szczerze mówiąc, według moich "obliczeń" dopiero po tym rozdziale mieliście uznać, że Zbyszek jednak coś zaczyna czuć, nie ma serca z kamienia, zmienia się, ale nie do końca to rozumie. Nie zachwycajcie się aż tak tą niby-słodkością, bo jeszcze spadniecie z siedzeń zbyt mocno w najważniejszym momencie i będę musiała odszkodowania płacić ;). Poza tym, kolejna karta w układance odkryta. Czekam na Wasze komentarze ;*

7 komentarzy:

  1. Jestem mile zaskoczona porą dodania! :) no weź nie psuj nic między nimi, tyle się schodzili a Ty jeszcze chcesz coś popsuc? No nie bądź taka, daj Nam się nacieszyć! :-D wiem że się powtarzam ale uwielbiam Twoje zmiany perspektyw, zawsze są w idealnym momencie, no czad :) ja osobiście to nie mogę się doczekać dwóch rzeczy: jak Igła się dowie że to Franka i jak ona pozna Zibiego rodziców :D ale myślę że to już niedługo. Bardzo mi się podobał rozdział i mam nadzieje ze sielanka jeszcze trochę potrwa! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuje że Zbyś zaraz nie wytrzyma i zdradzi, wróci do dawnego życia.
    Czytając ten rozdział poczułam lekki dreszczyk grozy, kiedy Fran szła do Zibiego. Jeśli chcesz mieszać to może Grzegorz znowu się pojawi? Albo ciąża?
    Jestem ciekawa czy i kiedy Igła dowie się, że ta kobieta to Fran.
    Och! Chcę jeszcze! Takie to piękne! ❤
    I fajnie że Zbysiu tak otwiera się przed Franceską. Widać że jej ufa. A ich częste kłótnie i zgody... Love is in the air...
    Świetny rozdział jak zawsze!
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział , ale widać że pomiedzy Zibim i Franką sie popsuje. Ciągle kłótnie i Franka za bardzo naciska . Zbyszek tego nie wytrzyma i w końcu ja zdradzi :-(.
    POZDRAWIAM :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Naiwni którzy uważają że będzie im się ciągle powodziło :)
    Widać że Zbyszek się zmienia, jeszcze czasami wybucha ale to zupełnie normalne. Franka za bardzo naciska, daj Mu kobieto czas, nie wszystko na raz.
    Nie wiem dlaczego ale wydaje mi się, że Franka będzie chciała namówić Zbyszka do pogodzenia sie z rodzicami i to wywoła pomiędzy nimi burze :)
    Pozdrawiam, do następnego :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hejo :*
    Wygrałaś wszystko ! Tak pięknego rozdziału to ja jeszcze nigdy nie czytałam ! Może to sprawka Chopina ( którego, swoją drogą, uwielbiam), ale tak mnie zachwyciłaś dzisiejszym rozdziałem, że teraz nie będę mogła zasnąć :P.

    Cieszę się, że Zbyszek pomimo bólu z przeszłości odpowiada na jej pytania. To normalne, że chciałaby wiedzieć, chce mu przecież pomóc. Jak koleżanka u góry, również mi się wydaję, że Franeczka będzie chciała pomóc odnowić relacje Zbyszka z rodzicami.
    Świetnie mi się ten rozdział czytało i bardzo mi się podoba. Mam nadzieję, że nie tracisz weny, a właśnie, z każdym komentarzem ona rośnie i napędza Cię do pisania :D.
    Pozdrawiam cieplutko, przesyłam buziole <3. Dooma :).

    OdpowiedzUsuń
  6. Oczywiście, że się podobało! Chłonę tą przyjemną chwilę w życiu Fran i Zbyszka bo wiadomo, nic nie trwa wiecznie. Choć nie powiem, przyjemnie by się czytało bez mieszania :P Naprawdę nie mogę się nadziwić jak tak dwie wybuchowe osobistości do siebie pasują i aż się boję co się może niedługo zacząć dziać, skoro piszesz, że będzie dym. Troska Igły jest naprawdę urocza, mógłby już nie trzymać go w niepewności. Och, no i wyznanie Zbyszka. Nie spodziewałam się. Tak samo jak tego, że tak się otworzy przed Francescą i to nie jak przed psychologiem.

    Ściskam ♥

    OdpowiedzUsuń
  7. Cudne piosenki! to pierwsze co chciałam napisać bo zawsze świetnie trafiasz z muzyka!
    Co do rozdziału to ja nie musze chyba za każdym razem pisac jak uwielbiam twój styl, tą historie. Pewnie to już wiesz.
    Napisze tylko, że podoba mi sie zmiana Fran. Seksowna, odważna wersja jej osoby jest super. Strasznie też podobają mi sie oni jako para, albo prawie para nie wiem jak to tam z nimi jest. Są prawdziwi z tymi kłótniami, nie mają idealnej relacji bez wad, idealnego związku. To jest fajne.
    Boje się tylko tego, że chcesz namieszać ;< przeciez Zbychu tyle już sie nacierpiał :(
    do nastepnego :*

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.