BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

27 sty 2017

Fobia dwudziesta czwarta

„To się stało dziś, zapomniałem o Tobie
Pierwszy raz od tylu długich dni
Późno wstałem i... myśli miałem spokojne
Wszystko co mówiłaś - dzisiaj nic, to nic, już nic,
to naprawdę nic nie znaczy.


Leżałem skulony w łóżku w sypialni, której do tej pory nigdy nie używałem. Własny pokój oddałem siostrze. Nie tylko dlatego, że była moim gościem i chciałem jej zagwarantować wygodę oraz własną przestrzeń. Po prostu nie chciałem spać w pościeli, która ciągle pachniała lawendą.
Szare ściany zdawały się wyciszać szum w mojej głowie. Patrzyłem uparcie w zasłonięte granatowymi roletami okna, ciężko oddychając. Byłem strasznie zmęczony. Nie miałem siły zrobić siostrze obiadu, porozmawiać z nią, spędzić razem trochę czasu. Najmniejszy ruch wywoływał obrzydliwe pulsowanie między oczami i z tyłu głowy. Od razu robiło mi się niedobrze. Aneta ustawiła mi nawet koło łóżka czerwoną miskę, gdybym jednak nie utrzymał żołądka na miejscu, ale ja nie miałem czym wymiotować.
Skrzypnięcie zawiasów w drzwiach sprawiło, że napiąłem boleśnie barki. Usłyszałem charakterystyczny, plaskający dźwięk kroków robionych bosymi stopami po panelach i po chwili moją linię łączącą między łóżkiem, a oknem, przecięła zgrabna kobieca sylwetka. Potem usłyszałem stukot szklanki o drewnianą powłokę szafki i poczułem ciepłą dłoń na czole. Aneta podrapała mnie po głowie długimi, krwisto czerwonymi paznokciami.
- Lepiej ci? - Zapytała. Dałbym sobie rękę obciąć, że wypowiedziała to zdanie szeptem, a jednak w mojej głowie rozdzwoniło się ono okrutnym, głośnym echem. Zacisnąłem powieki, usta ściągnąłem w wąską linię, a dłonie zamknąłem w pięści na poduszce, przełykając jęk i kolację z poprzedniego dnia. Znowu. - Nie bardzo jak widzę – westchnęła, po chwili siadając na brzegu materaca. Łóżko skrzypnęło, zatrzęsło się delikatnie i w końcu zapadło w charakterystyczny sposób. Aneta położyła mi dłoń na biodrze i poklepała mnie lekko, nie do końca wiedząc, jak mi pomóc.
- Zaraz mi przejdzie, to nic – wychrypiałem, nie otwierając oczu. Chciałem ją jakoś pocieszyć, uspokoić. Poprosić, by poszła na spacer i nie przejmowała się mną. - Przepraszam, że nie mogę się tobą zająć.
- Zuzu, weź na wstrzymanie. Duża ze mnie dziewczynka – poprosiła ze śmiechem. - Najlepiej będzie jak się prześpisz.
- Łeb mi zaraz rozpierdoli na kawałki – jęknąłem, kuląc się do pozycji embrionalnej. Aneta nakryła mnie kocem i wstała powoli z miejsca.
- Wypij wodę. Musisz pić, bo się odwodnisz – powiedziała rzeczowo. Moja prywatna lekarka. Chciałem uśmiechnąć się lekko pod nosem, ale nagle mój mózg, jeden z najbardziej złośliwych narządów ludzkiego organizmu, przypomniał mi moment, gdy Francesca opatrywała mi nogę po kontuzji. I jak to się później skończyło. Zamiast się uśmiechnąć, jęknąłem więc w bardzo wymowny sposób. Miałem dość samego siebie. - Przyniosę ci tabletki. Może masz migrenę.
- Może – wystękałem, choć wiedziałem, że to nieprawda.
- Zaraz wrócę. Spróbuj odpocząć.
Poczekałem, aż Aneta wyjdzie z pokoju i dopiero wtedy zsunąłem się górną połową ciała w dół. Wisiałem na łóżku jak zostawiony samemu sobie trup, za wszelką cenę próbując wypluć coś więcej niż tylko ślinę. Chciałem zwrócić kłębiące się we mnie emocje, cały ten pierdolony ból, jednak bez skutku. Czułem się tak, jakbym wypił puszkę benzyny. O moją pustą czaszkę cały czas uderzały ostre, drobne kamienie. Nie mogłem spać, nie mogłem jeść, nawet oddychanie sprawiało mi problem.
  - Co ty robisz? - Aneta ofuknęła mnie z oburzeniem. Nie usłyszałem, kiedy ponownie tu weszła. Odstawiła coś na szafkę i pociągnęła mnie w tył, kładąc na plecach na miękkim materacu.
- Nie szarp mną – wybełkotałem. Świat wirował mi pod zamkniętymi powiekami.
- Masz – wcisnęła mi do ręki dwie pigułki, a potem podała mi szklankę wody. Usiadłem ociężale i spod przymrużonych powiek spojrzałem na otwartą dłoń. Jedna tabletka, całkiem spora i granatowa miała w magiczny sposób odgonić ode mnie ból. Druga, szaro-zielonkawa była nieznanego mi pochodzenia.
- Co to?
- Leki na uspokojenie.
Popatrzyłem na nią ze zmęczeniem.
- Anka, ja wiem, że jestem chory na głowę, ale bez przesady.
- To nie są antydepresanty, tylko ziołowe tabletki na uspokojenie. Łykaj, nie marudź.
- Ale ja przecież spokojny jestem – wymamrotałem, trzymając tabletkę Ibumu między zębami. Aneta wywróciła ostentacyjnie oczami.
- Zioła ci nie zaszkodzą. Może masz te bóle na tle nerwowym, poza tym cały czas mówisz, że szumi ci w uszach. Weź je i spróbuj się przespać. Proszę cię, Zibi, nie graj wiecznie mądrzejszego niż jesteś – dodała szeptem. Uśmiechnąłem się nieco przyjaźniej, przełknąłem obie tabletki i złapałem siostrę za dłoń. Była ciepła i miękka.
- Nie gram – powiedziałem z pokorą, znowu kładąc się na łóżku. Aneta mocniej ścisnęła moje palce, jednak nim zdążyła się odezwać po moim mieszkaniu rozszedł się irytujący dźwięk dzwonka do drzwi. Jęknąłem cicho, mozolnie zwlekając się z łóżka, dopóki Anka nie położyła mnie ponownie. Jakbym znowu miał pięć lat.
- Leż. Ja otworzę.
- Nie ma mnie, jakby kto pytał – bąknąłem w poduszkę, znowu kuląc się pod kocem. Usłyszałem cichutki śmiech, kliknięcie zamka w drzwiach prowadzących do mojego pokoju, a potem otuliła mnie cisza. Upragniona, długo wyczekiwana cisza.

Westchnęłam ciężko, przestępując nerwowo z nogi na nogę. Część mnie, ta rozsądniejsza, kazała mi wziąć nogi za pas i nigdy więcej nie pokazywać się w tym miejscu. Dużo mocniej pragnęłam jednak postawić sprawę jasno i na spokojnie wytłumaczyć wszystko Bartmanowi. Od A do Z.
Razem z Kaśką analizowałyśmy zamieszony w gazecie artykuł na wszelkie możliwe sposoby. Spędziłyśmy nad tym naprawdę wiele godzin. Byłam zmęczona i opuchnięta z braku snu, a jednak uważałam, że opłaciło mi się to o wiele bardziej, niż płakanie w poduszkę. Miałam już pewne podejrzenia co do autora tekstu.
    Tylko jedna osoba wiedziała o wypadku, którego uczestnikiem był Zbigniew, miała dostęp do zdjęć ze starych gazet, jednocześnie wiedziała o terapii Bartmana i mogła wychwycić moment, w którym ten sięga moich ust. Była to również ta sama osoba, która od dawna chciała go zniszczyć psychicznie, próbowała go zabić, a w niedalekiej przeszłości – spotkała go ponownie na swojej drodze. Czy faktycznie brat Bogu ducha winnej Ewki był zdolny do zrujnowania Zbyszkowi życia po raz wtóry? Według mnie tak, ale dopóki nie miałam konkretnych dowodów, nie mogłam nic zrobić. Paradoksalnie, do uzyskania ich potrzebowałam potwierdzenia Zbyszka. Najpierw jednak chciałam z nim porozmawiać. Spokojnie i bez świadków, choć wspomnienie jego dłoni zaciskającej się dookoła mojego gardła wciąż było żywe i nieprzyjemne.
Pokręciłam gwałtownie głową, gdy usłyszałam, jak patent przeskakuje w drzwiach przede mną. Odetchnęłam głęboko, przybierając dość poważny, jak miałam nadzieję, wyraz twarzy. Wyprostowałam się i już otwierałam usta, by uprzedzić ostre, pełne jadu warknięcie Bartmana, kiedy nagle moim oczom ukazała się wysoka, szczupła kobieta o czarnych włosach związanych w długi, koński ogon.
Zamarłam.
- Tak? - Zapytała przyjaźnie, uśmiechając się do mnie lekko. Jej ciemne oczy błądziły po mojej sylwetce, tak samo jak moje zszokowane spojrzenie obejmowało jej osobę. Patrzyła na mnie wyczekująco, a ja nie mogłam wydusić z siebie słowa. Ubrana w luźne szorty i bordową bokserkę, nieumalowana, stała przede mną na boso, co chwilę roztrzepując palcami grzywkę wpadającą jej do oczu. Nie wyglądała jak pani ze spółdzielni ani sąsiadka, która wpadła pożyczyć sól. Poczułam nieprzyjemne ukłucie w boku.
- Mogę w czymś pomóc? - Zagadnęła, wyrywając mnie ze stanu otępienia.
- J-ja tylko… - zająknęłam się i zerknęłam w górę, nad framugę drzwi, by jeszcze raz przeczytać numer mieszkania. Za często tu przychodziłam, by się pomylić, ale przez chwilę łudziłam się nadzieją. Niestety, złota siódemka była na swoim miejscu.
- To ty – usłyszałam nagle i aż podskoczyłam w miejscu. Zerknęłam na stojącą przede mną szatynkę i przechyliłam lekko głowę. - Jesteś Francesca, prawda?
Zmrużyłam oczy, robiąc pół kroku w tył.
- Zależy, kto pyta.
Uśmiechnęła się dziwnie. Nie mogłam odczytać jej zamiarów. Nagle wyszła na korytarz, przymknęła drzwi i pokręciła lekko głową, nie spuszczając ze mnie oka.
- Przyszłaś do Zibiego – oznajmiła mi, a ja znowu poczułam nieprzyjemne rwanie, tam pod mostkiem. - Posłuchaj… zostaw go. On cię nie chce widzieć, zresztą ja też nie skaczę z radości na to spotkanie, jak widzisz.
A kim ty niby jesteś, żeby zakazywać nam się widywać?!, prychnęłam w myślach, nastawiając się buntowniczo.
- Muszę z nim porozmawiać, więc... – uśmiechnęłam się słodko i zrobiłam krok w przód.
- Chcesz się przepychać? - Zapytała z niedowierzaniem i nagle zaśmiała się wesoło. - Zuzu mówił, że jesteś charakterna, ale nie sądziłam, że aż tak!
Zuzu…?
- Muszę z nim porozmawiać – powtórzyłam dużo słabszym głosem. Nie wiedziałam, co się dzieje.
- On cię rozszarpie. Swoją drogą, ja również powinnam – powiedziała, zaplatając ręce na piersi. Zamrugałam gwałtownie. - Jak mogłaś mu zrobić coś takiego? - Mruknęła z obrzydzeniem. Krew zawrzała mi lekko w żyłach.
- Nie znasz mnie, więc jakim prawem oceniasz?
- Wiem o tobie więcej, niż ci się wydaje – zaśmiała się. Nie była wrogo nastawiona, wydawało mi się, że wręcz próbuje znaleźć ze mną wspólny język. A jednak miałam wrażenie, że ktoś wstrzykuje mi lód w żyły. Zimny dreszcz przemknął mi po skórze.
- Doprawdy? - Prychnęłam, przyjmując taką samą postawę jak ona. Zaczynałam panikować, a najgorsze było to, że stojąca przede mną szatynka doskonale to widziała. Nie umiałam ukryć własnych emocji. Gubiłam się w nich. Kobieta wzięła głęboki oddech i spojrzała mi prosto w oczy.
- Francesca Kruś, psychoterapeutka, pół Włoszka, pół Polka. Twoja najlepsza przyjaciółka, Kaśka, ma kota Prometeusza i jest lesbijką, pracuje z tobą w prywatnej przychodni psychologicznej – rzuciła swobodnie, a mi dech zaparło w piersi. - Pracowałaś ze Zbyszkiem z polecenia prezesa Sovii, bo zwolniłaś psychologa, który miał się tym zająć pierwotnie. Zabrałaś go do Władysławowa na miejsce wypadku, na cmentarz, gdzie pochowano Ewę, byłaś z nim na weselu Nowakowskich i wygrałaś z nim w kosza na jednych z zajęć – uśmiechnęła się do siebie. Zakręciło mi się w głowie, z trudem utrzymywałam się na nogach. - Mam wyliczać dalej?
- Kim ty jesteś? - Zapytałam cicho. Tym razem to stojąca przede mną kobieta zamrugała gwałtownie i odchyliła się nieco w tył.
- Zbyszek ci nie powiedział? - Zdziwiła się. Coś nieprzyjemnego, a zarazem bardzo silnego objęło mój żołądek.
O czym mi nie powiedział...?
- Aneta?! - Obie drgnęłyśmy na dźwięk głosu Bartmana, dobiegającego do nas zza drewnianej powłoki. Ja posłałam w ich kierunku stęsknione spojrzenie, ona – przerażone. Uchyliła drzwi i zajrzała do wnętrza mieszkania, nie zwracając na mnie większej uwagi.
    O czym Zbyszek mi nie powiedział?!
- Już! - Odkrzyknęła i spojrzała na mnie znad ramienia. - Powinnaś już iść – rzuciła oschle. Chciałam coś powiedzieć, zatrzymać ją. Zapytać, skąd tyle wie, dowiedzieć się kim jest, ale nieco przytłumiony krzyk Zbyszka nawołujący szatynkę z głębi apartamentu po raz wtóry, skutecznie mi to utrudnił. Słyszałam tylko, jak kobieta biegnie przez przedpokój, każąc Bartmanowi iść do łazienki. Potem otuliła mnie cisza odpowiednia dla pustej klatki schodowej.
Nie zamknęła drzwi. Mogłam zrobić dwa kroki w przód i po prostu pchnąć je przed siebie. Mogłam tam wejść i wymusić na obojgu rozmowę; powiedzieć, co wiem i zażądać wyjaśnień, przeprosin. Ale stchórzyłam. Mój mózg dopisał sobie resztę scenariusza. Więcej argumentów nie potrzebowałam.

*  *  *

- Pojedź ze mną do rodziców.
Wyplułem wodę z ust, krztusząc się i nadaremnie próbując złapać powietrze w płuca. Dusiłem się, ale Aneta nie zamierzała choćby drgnąć. Patrzyła na mnie z politowaniem i czekała, aż skończę.
- Anka – wykrztusiłem w końcu, z wielkim trudem. - Nie.
- Och, proszę cię! - Zawołała, wyrzucając ramiona w bok. Była już mocno poirytowana. - Ile lat masz jeszcze zamiar udawać zbuntowanego nastolatka?
- Radziłbym ci nie wchodzić na ten grunt – zastrzegłem szybko, wytykając siostrę palcem w oskarżycielski sposób. Odstawiłem szklankę do zlewu i wycierając papierowym ręcznikiem twarz, ruszyłem w stronę salonu.
- To jest jeden wieczór, naprawdę nie możesz się wysilić? Zrób to dla mnie, jeśli nie dla nich ani dla siebie! Słyszysz? - Zapytała, ciągnąc mnie za ramię. Spojrzałem na nią z pewną niechęcią.
- Siostra, twoje oczka szczeniaka przestały na mnie robić wrażenie dawno temu – prychnąłem, gdy wygięła usta w podkówkę, składając przy tym dłonie jak do modlitwy.
- Uch, uparty jak osioł! Masz to po ojcu, jak Boga kocham.
- Za to ty jesteś kłótliwa jak matka – odpysknąłem, opierając dłonie o wąski parapet w salonie. Patrzyłem na puste, strzeżone osiedle i liczyłem w myślach do dziesięciu. Nie miałem zamiaru jechać z nią do Jabłonnej, choćby planowała mi się tu rozpłakać. Nasi rodzice byli ostatnimi ludźmi, jakich chciałem teraz widzieć.
W pewnym momencie sylwetka Anety odbiła się w szybie. Westchnąłem ciężko. Chciała dobrze, wiem. Wiedziałem to bez oglądania jej zawiedzionej miny. Ale wtedy nie byłem jeszcze gotowy, by stanąć przed rodzicami i posypać głowę popiołem. Nie czułem się na siłach.
- Ania, ja wiem, że robisz to z dobroci serca, ale…
Położyła mi dłoń na ramieniu. Zacisnęła palce wokół mojej ręki. Potem przytuliła się do mnie delikatnie, głaszcząc mój tors długimi palcami.
- Za dużo problemów mam na głowie. Nie chcę ich widzieć. Nie teraz – powiedziałem cicho. Aneta westchnęła głucho; jej ciepły oddech ogrzał moją koszulkę na plecach. Obróciłem się ku niej, po czym wziąłem jej twarz w obie dłonie, lekko ściskając jej policzki. - Nie naciskaj mnie.
- Dam ci czas. Po prostu myślałam, że zjemy razem kolację, jak kiedyś… Nie tęsknisz za tym?
- Aneta – mruknąłem ostrzegawczo, wznosząc oczy do sufitu.
- Dobra, dobra. Nie będę. Dzieciak – burknęła obrażona. Zaśmiałem się krótko, gdy uciekała z moich objęć, a kiedy już miałem ulec pokusie i sięgnąć po papierosy leżące za doniczką z przesuszonym aloesem, złapała mnie za dłoń. - Ale w ramach rekompensaty zabierasz mnie na spacer!
- Co chcesz? - Jęknąłem zaskoczony, idąc za nią jak na skazanie.
- Oj, no chodź! Pamiętasz, jak dawno temu grałeś w Rzeszowie? W parku zawsze stała taka niebieska budka z lodami…
- Ach, „U Misia”, tak? - Przyznałem z szerokim uśmiechem, patrząc jak siostra ubiera się w szybkim tempie.
- Dokładnie! - Zawołała podekscytowana. - Mieli najlepsze lody na świecie!
- Fakt – przyznałem. - Ale już tej budki nie ma – dodałem po chwili, wzruszając ramionami. Aneta zastygła w bezruchu.
- Naprawdę?
Była zawiedziona. Ledwie powściągnąłem uśmiech, przytakując jej z wolna.
- Teraz mają całą lodziarnię.
Popatrzyła na mnie jakbym był przybyszem z obcej planety, po czym rzuciła się w moim kierunku z iście bojowym okrzykiem i sprzedała mi mocnego kuksańca w bok. Powietrze uciekło mi z płuc jak z pękniętego balonika.
- I ty mi teraz o tym mówisz?! Wychodzimy, ale już! Ubieraj się!
W pośpiechu zakładałem buty i zamykałem mieszkanie. Śmiałem się z niej, gdy zeskakiwała z kolejnych stopni schodów jak mała dziewczynka, a kiedy po wyjściu na dwór wzięła mnie pod rękę poczułem się tak, jakby była ze mną od zawsze. Jakby Lucas wcale nie porwał mi jej do samego serca Londynu dobre cztery lata temu. Jakby miała być już zawsze obok mnie i ustawiać do pionu, gdy przeholuję.
- Usatysfakcjonowana? - Zapytałem, wyrzucając papierową serwetkę do kosza na śmieci. Aneta chrupała jeszcze resztki wafelka, ale na jej twarzy gościł tak błogi uśmiech, że w zasadzie nie musiałem pytać o nic więcej.
- Bardzo – odpowiedziała mi po kolejnej minucie ciszy. Oblizała palce, czym znowu wyrwała z mojej piersi głośny śmiech i zaraz westchnęła z lubością. - Szkoda tylko, że nie były czekoladowe.
- Przecież mogłaś wziąć, były w witrynie – mruknąłem, patrząc na nią jak na lekko niedorozwiniętą. Aneta uśmiechnęła się w dziwny, nieco przerażający sposób i odrzuciła długie włosy w tył.
- Nawet nie wiesz, jak wielką miałam na nie ochotę. Po prostu nie wolno mi jeść czekolady.
- Dlaczego? - Zdziwiłem się, ściągając ku sobie brwi. Aneta przyłożyła sobie dłonie do brzucha, teraz nieco wzdętego po obiedzie i porcji lodów. Popatrzyłem na jej ręce, uniosłem w górę jedną brew i znowu przeniosłem spojrzenie na twarz siostry. Bardziej rozpromienioną i zaróżowioną z ekscytacji, niż była niecałe pół minuty wcześniej.
- Słuchaj, nie przyjechałam tu tylko po to, żeby odwiedzić ciebie czy rodziców. To znaczy, pewnie, stęskniłam się za wami bardzo, ale jest coś, o czym powinniście wiedzieć.
Napiąłem wszystkie mięśnie. Nie lubiłem, gdy zaczynano rozmowę w ten sposób. To zawsze oznaczało coś złego.
- Zrobił ci coś? - Warknąłem.
- Słucham? - Zapytała zdumiona.
- Lucas – podszedłem do Anety najbliżej jak się dało. - Przysięgam, jeśli coś ci zrobił… - urwałem, słysząc jej śmiech.
- Kocham cię za to, wiesz? - Zapytała, ujmując moją twarz w swoje dłonie. Po mojej skórze przemknął dziwny dreszcz. Przez ostatnie miesiące tylko Francesca dotykała mnie w ten sposób… - Lucas nic mi nie zrobił. To znaczy zrobił, ale to raczej przyjemne, tak myślę.
- Anka, do rzeczy – mruknąłem. Złapałem ją za dłonie i opuściłem je wzdłuż ciała. Zaczynało kręcić mi się w głowie. Siostra znowu się do mnie uśmiechnęła, tym razem przeskakując z niecierpliwości z nogi na nogę.
- Będziesz wujkiem! - Powiedziała w końcu, a ja widziałem, jak niewiele brakuje, by wybuchła z radości.
Popatrzyłem na nią jak na zjawę i dopiero po chwili dotarło do mnie to, co powiedziała. Wcale nie była wzdęta po jedzeniu. Kolana mi zmiękły i gdyby nie to, że Aneta trzymała mocno moje przedramiona, opadłbym na żwirową ścieżkę.
- Jesteś w ciąży? - Zapytałem, na siłę powściągając uśmiech. Wolałem nie stwarzać niedomówień, choć wnioskując po reakcji mojej siostry, wszystko co powiedziała mi do tej pory miało być wystarczającym potwierdzeniem. - O mój Boże! - Ryknąłem na całe gardło, łapiąc ją w pasie. Aneta owinęła mi ramiona wokół szyi i śmiejąc się w głos, dała się podnieść, a potem okręcić wokół własnej osi. - Dlaczego mówisz mi to dopiero teraz?! - Zawołałem oskarżycielskim tonem, gdy już postawiłem ją na ziemi. - Od tygodnia jesteś w Polsce, mieszkasz pod moim dachem i nic?!
- Bo miałam nadzieję, że jednak pojedziesz ze mną do rodziców, ale jak widzę z upartości ciężko wyrosnąć! - Zachichotała, uderzając mnie z pięści w ramię.
- To po prostu cecha rodzinna Bartmanów – wytknąłem jej język. - Jezu, nawet nie wiesz jak się cieszę, Anka! - Zawołałem zduszonym głosem, znowu przygarniając ją do siebie. Objęła mnie mocno w odpowiedzi. Zaśmiałem się wesoło. Byłem tak zajęty przeżywaniem własnych rozterek, że nawet nie zauważyłem, że moja siostra przytyła parę kilo...
- Będziesz tatą chrzestnym?
Odsunąłem ją na długość ramienia, patrząc na nią podejrzliwie.
- Chłopiec czy dziewczynka?
- Chłopiec…
- Biorę w ciemno! - Zawołałem, unosząc ramiona w górę. Aneta chwyciła się pod boki, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- A gdybym miała córkę, to byś nie wziął? - Parsknęła wesoło.
- Dziewczynce nie wiedziałbym, co kupować na urodziny i pod choinkę – orzekłem rezolutnie, za co znowu dostałem z pięści. Zaśmiałem się wesoło, po chwili głaszcząc siostrę po policzku. - Gratulacje.
- Dziękuję – dygnęła śmiesznie, po czym stanęła na palcach i musnęła mój policzek ustami. - To co, może jednak pojedziesz ze mną do Jabłonnej?
- Aneta! - Krzyknąłem znudzony.


Koniec końców, Anka pojechała pod Warszawę sama. Pożyczyła ode mnie samochód, kazała mi się odpowiednio zachowywać i pojechała. Mój apartament momentalnie utonął w przerażającej ciszy. Pierwszy raz w życiu czułem się nie na miejscu, nieodpowiedni. Salon, jadalnia z kuchnią, kilka sypialni i wielki taras stały się dla mnie za duże. Miałem wrażenie, że otaczająca mnie pustka zaczyna wlewać mi się do płuc, zakłócając spokojny oddech. Krzątałem się między pustymi ścianami cały dzień, by w końcu wieczorem narzucić na plecy bluzę, kaptur naciągnąć po same oczy i szybkim krokiem udać się do pobliskiego baru.
To miał być tylko jeden drink. Nie mniej, nie więcej. Nie myślałem o papierosach, nie zastanawiałem się jak zareaguję, jeśli ktoś mnie zaczepi i zacznie wyzywać od morderców. Po prostu nie mogłem wysiedzieć w pustym mieszkaniu. Potrzebowałem ludzi. Nie musieli mnie znać, nie musiałem ich obchodzić; wystarczało mi, że po prostu słyszałem gwar rozmów przebijający się ku mnie przez ryk muzyki, czułem gorąc bijący od obcych ciał. Widziałem barmana, ze znudzeniem przecierającego blat i miałem świadomość, że jeśli wyciągnę ku niemu rękę, strzepnę kurz z jego grafitowej koszuli, tak blisko mnie stał. To miało być wystarczające.
Ale nie było.
Jeden drink pociągnął za sobą kolejny. Trzeci zmusił mnie do wyciągnięcia papierosów z kieszeni. Po kieliszku wódki skupiałem się już tylko na pełnych, czerwonych ustach, spijających gorzkie krople z moich warg.
Jęknęła głośno, by zaraz zaśmiać się w nieco obłąkańczy sposób, gdy zataczając się lekko, wpadłem z nią na ścianę. Jak znaleźliśmy się w moim mieszkaniu, pozostało dla mnie zagadką po dziś dzień. Wtedy mało mnie to obchodziło. O wiele bardziej zainteresowany byłem jej długimi palcami pod moją koszulą. Jej ustami, bez problemu odnajdującymi moje. Swoją własną ręką między jej zaciśniętymi udami.
Pisnęła przez zęby, wygięła się ku mnie i nagle szarpnęła za poły mojej koszuli, wyrywając z niej wszystkie guziki. Parsknąłem śmiechem pijaka i przygwoździłem jej ręce do ściany, wygłodniałym wzrokiem lustrując kobiecą sylwetkę.
- Męczysz mnie – szepnęła cicho. Miała ciepły, delikatny głos. Jej makijaż zdecydowanie do niego nie pasował; był za mocny, zbyt wyrazisty, choć nadal ładny. Uśmiechnąłem się sardonicznie, ująłem jej nadgarstki w jedną dłoń. Kciukiem wolnej ręki przesunąłem po jej ustach, pełnych i nieco obrzmiałych po ataku moich zębów.
- Lew też bawi się ofiarą – mruknąłem gardłowo, głos naznaczyła mi poalkoholowa chrypa. Byłem pijany. Dziewczyna uśmiechnęła się zadziornie i nagle przygryzła opuszek mojego palca. Zaśmiałem się krótko. Wypuściłem powietrze przez usta, napinając barki. Już dawno nie miałem w łóżku przepychanki, zabawy o władzę. Krew zaszumiała mi w uszach, tętno przyśpieszyło. Spodnie zrobiły się zdecydowanie za ciasne. Rzuciłem się na nią; zęby uderzały o siebie przy każdym zachłannym pocałunku. Moje dłonie sunęły po jej smukłym ciele, wpychając się pod materiał ciasnej sukienki. Śmiała się, zapalczywie oddając pocałunki, cicho postękując. Dawała mi tę świadomość, że chce mnie więcej, wprawiała w samczy zachwyt. A ja chciałem jej udowodnić, że nie ma nic do gadania. To ja byłem panem sytuacji.
To właśnie byłem prawdziwy ja.
- Nie wierzę!
Jęknąłem głośno, gdy przedpokój zalała fala irytująco jasnego światła. Wciśnięta między mnie, a ścianę dziewczyna syknęła z dezaprobatą, niemal wyrywając dolną wargę spomiędzy moich zębów.
- Ty egoistyczny, szowinistyczny durniu!
- O nie – szepnąłem pod nosem. Zacisnąłem powieki. Westchnąłem głęboko i niepewnie zrobiłem dwa kroki w tył, uwalniając swoją niedoszłą ofiarę.
- Kto to jest? - Zapytała powoli, obciągając sukienkę na biodra. Nie zdążyłem jej odpowiedzieć.
- Twój najgorszy koszmar – warknęła Aneta z obrzydzeniem, rzucając na głowę dziewczyny jej marynarkę. - Wynoś mi się.
-  Mogłeś mi powiedzieć, że masz apodyktyczną dziewczynę – zwróciła się do mnie z żalem. Uśmiechnąłem się krzywo i posłałem Ance pełne nienawiści spojrzenie, dłonie wspierając na biodrach.
- To moja siostra.
- Mam ci, małolato, pokazać drzwi?!
- Jeez, uspokój się! - Zawołała tamta. Mamrocząc pod nosem, wyszła z mojego mieszkania. W stronę mojej siostry leciały niewybredne komentarze. Mnie też się dostało, jak rykoszetem. Czułem w brzuchu nieprzyjemne mrowienie, gdy w końcu moja niedoszła kochanka zniknęła na klatce schodowej. Aneta nie omieszkała trzasnąć za nią drzwiami. Czułem jej palące spojrzenie na plecach, między łopatkami. Pulsujący ból pod czaszką kazał mi brać nogi za pas.
- Miałaś być u rodziców – zauważyłem, kierując się do kuchni.
- Co ty wyrabiasz?! - Krzyk Anety prześwidrował mój mózg na wylot. Wkroczyła za mną do sporego pomieszczenia, po chwili rzucając z gniewem torebkę na blat kuchennej wyspy.
- Nie drzyj się. - Mruknąłem ostrzegawczo, siląc się na spokój.
- Mówiłeś, że z tym skończyłeś!
- Zmieniłem zdanie – powiedziałem ze słodkim uśmieszkiem.
- Dlaczego ty to robisz? Dlaczego się tak zachowujesz? - Zapytała z rozpaczą. Wzruszyłem niedbale ramionami. - Opamiętaj się, do cholery – warknęła, podchodząc do mnie żwawo. Uniosłem w górę jedną brew, gdy ścisnęła mój biceps. - Naprawdę chcesz żeby cała praca Franceski...
- Nawet nie próbuj – warknąłem gardłowo, boleśnie napinając mięśnie. Wystarczyło jedno jej słowo, by zbudzić tę część mnie, której nienawidziłem...
- Bo co? Uderzysz mnie? Tak jak ją?
- Nigdy jej, kurwa, nie uderzyłem!
- Och, przepraszam! Poddusiłeś! - Ryknęła mi w twarz. Wstrząsnął mną spazm gniewu. - Była tu! - Krzyknęła, gdy otwierałem usta, by się bronić. Zamarłem jednak w bezruchu.
- Kiedy?
Coś zabolało mnie pod mostkiem. Aneta uśmiechnęła się do mnie z wyższością, ciągle nie puszczając mojego ramienia spomiędzy swoich długich paznokci.
- Miała siniaki na szyi. Rozumiesz? Dociera do ciebie w ogóle, co chciałeś jej zrobić? Dociera, co ty wyrabiasz z własnym życiem i życiem innych?!
- Skoro tak wszystkich ranię, to po jaką cholerę mnie ratujesz?! - Krzyknąłem, czując pieczenie pod powiekami. Nie byłem ofiarą. Nie byłem, kurwa, ofiarą. To ja trzymałem rękę na pulsie, to mnie należało dotrzymywać kroku, nie na odwrót!
A jednak czułem, jak grunt osuwa mi się spod nóg...
- Bo jesteś moim bratem – wycedziła przez zaciśnięte szczęki. - I nie zamierzam patrzeć jak niszczysz sobie życie, bo nie potrafisz przyznać się do błędu ani do tego, że odpychasz od siebie wszystkich, którzy cię kochają! - Krzyknęła. Patrzyłem na stężałą w gniewie twarz mojej jedynej opoki, osoby, w którą wierzyłem całe swoje życie... i z trudem przyswajałem jej słowa. - Nie byłeś taki. Nie byłeś zimnym, wyrachowanym skurwysynem, a teraz tak kurczowo trzymasz się tej wersji siebie jakby to była jedyna słuszna opcja!
- Tak przynajmniej nic mnie nie boli! - Syknąłem. Głowa pulsowała mi od nadmiaru myśli. Miała rację. Co z tego?
- Boli?! Nic cię teraz nie boli?! - Jej paznokcie przebiły mi naskórek, krew uderzyła mi do twarzy.
  - Co chcesz usłyszeć?! Że mi przykro?! - Zaśmiałem się histerycznie. - Zasmucę cię: nie jest mi, kurwa, przykro! Jest mi dobrze. Rozumiesz? Dobrze mi z tym, że co noc mogę mieć inną, naiwną laskę w łóżku, dobrze mi z tym, jak żyłem przez ostatnie dziesięć lat i próbowałem to zmienić, ale kurwa nie wyszło! I nie zamierzam próbować jeszcze raz. Puść mnie.
Aneta pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Ty się poczuwasz do winy... - szepnęła. Zaśmiałem się gorzko.
- Do czego? - Wykrztusiłem z trudem. Kręciło mi się w głowie. Żołądek znowu miałem pod gardłem. W mojej głowie brzmiało tylko jedno zdanie: "Wyjdź".
- Czujesz się winny za to, co jej zrobiłeś.
- To ona powinna czuć się winna. Nie ja – odwarknąłem, zaciskając szczęki do bólu.
    Wyjdź.
- Zakochałeś się w niej...
- Słucham?!
- Zakochałeś się – powiedziała pewniej. - Zakochałeś się i przez to czujesz się winny. Bo wydaje ci się, że jeśli pozwolisz sobie na nowe uczucie, to zbezcześcisz imię Ewki...
Pokręciłem gwałtownie głową. Słowa Anety zaczynały zacierać się w mojej głowie, tworząc jednolitą, dźwiękową plamę. Chciałem wyjść. Złapać oddech. Nie pozwoliła mi.
- Zbyszek, jesteś już tak blisko, żeby nauczyć się okazywać uczucia. Nie zmarnuj tego, możesz się przecież zmienić...
Zagotowała się we mnie krew. Wszystkie emocje, które w sobie dusiłem, w końcu znalazły ujście.
- Nie chcę zmieniać tego, kim jestem! - Wrzasnąłem na całe gardło, wyrywając ramię z uścisku siostry. Zamachnąłem się, odpychając ją z całej siły w tył. Wpadła na kuchenne szafki, otwierając szeroko oczy. - Chcesz, żebym czuł?! Uwaga, zaskoczenie! Twój brat nie jest robotem i czuje! I wiesz co? To jest do dupy. Jedyne co wszyscy potraficie mi kłaść do głowy to swoje wybujałe farmazony o szczęśliwym życiu, ale kurwa nikt z was się nie zastanowił, że ja może wcale nie chcę zmieniać tego, kim jestem! Nie będę miał rodziny, nie zostanę ojcem, będą mnie wywalali z kolejnych klubów, sczeznę w piekle i chuj! Może mi z tym dobrze, nie zastanowiłaś się?! Nie! Nie, bo to tobie byłoby wygodniej, gdybym schował się pod miotłę i żył tak, jak sobie wymyśliłaś ty, rodzice, Ignaczak, Francesca! Ale ja nie chcę, rozumiesz?! Jestem jaki jestem i albo to zaakceptujesz, albo się ode mnie w końcu odpierdol, tak jak cała reszta!!!
Dyszałem ciężko. Bolał mnie kark. Nie zauważyłem, w którym momencie złapałem za cienką szklankę stojącą na blacie, gniotąc ją w dłoni. Teraz nie czułem nawet bólu, choć po palcach płynęła mi krew.
Aneta objęła się ramionami. Wzięła głęboki, drżący oddech, z trudem odganiając łzy. Bił od niej chłód, którego nigdy wcześniej nie czułem.
- Nie sieknę cię w twarz tylko dlatego, że jesteś pijany, a ja łudzę się, że nie wiesz co mówisz – powiedziała szybko, w końcu zaglądając mi w oczy. Zacisnąłem usta w wąską linię, choć miałem ochotę paść na kolana i błagać ją o przebaczenie. - Ojciec miał rację – szepnęła, a ja niemal zakrztusiłem się śliną. - Jesteś egoistycznym debilem i choćby skały srały, to się nie zmienisz – jęknęła drżącym głosem. Krew zaśpiewała mi w żyłach i już miałem rzucić w Anetę kolejnym stekiem przekleństw, gdy nagle po jej policzku spłynęła łza. Zamarłem w bezruchu. Co ja zrobiłem? - Ale jesteś moim bratem. Jedynym, młodszym bratem. Pomagałam ci pisać wypracowania, naklejałam plastry na kolana, zmieniałam ci, gówniarzu, pieluchy. - Pociągnęła nosem, patrząc na mnie uparcie. Czułem, jak z mojego ciała ucieka alkohol. - I kocham cię, chociaż przez ciebie pęka mi, imbecylu, serce. I możesz się zapierać rękoma i nogami, ale będę ci pomagać, bo tego chcę i taka jest rola rodziny, a skoro rodzice tego nie rozumieją, to nie znaczy, że ja muszę-!
- Zamknij się – wycedziłem przez zęby, przygarniając ją do siebie z całej siły. Załkała mi głośno do ucha, zaraz wyrywając się z mojego uścisku. Otarła palcami oczy, zgarnęła torebkę ze stołu i pociągając nosem, odeszła do swojego pokoju.
Nie spałem tamtej nocy w ogóle. Krzątałem się po kuchni, próbując zmyć zaschniętą krew z kafelków. Słyszałem, jak Anka płacze w swoim pokoju, ale nie odważyłem się do niej iść. Posprzątałem po sobie, po czym usiadłem w ciemnym salonie, sam. Utopiłem się w miękkim fotelu. Całą noc sączyłem ciepłą szkocką, nie panując nad biegającymi po mojej głowie myślami. To była bezsprzecznie najtrudniejsza, najdłuższa noc w całym moim życiu...
- Zbyszek, wiem – Szakalski nie dał mi się nawet przywitać, od razu uderzając w profesjonalny ton. - Wiem, miałem ci załatwić kontrakt już tydzień temu, ale daj mi jeszcze chwilę. Może wynegocjuję dla ciebie lepsze warunki finansowe, w końcu nie potrzebne ci czwarte auto od sponsora...
- Szakal – przerwałem mu w pół słowa. Byłem zmęczony. Z mojego gardła wydostawała się brzydka chrypa. - Nie dzwonię, żeby cię pośpieszyć. Właściwie, to mam kolejną prośbę... o ile nie jest za późno.
- Dobrze się czujesz? - Zapytał z niepokojem. Uśmiechnąłem się półgębkiem. - Może przyjadę? Potrzebujesz lekarza?
Parsknąłem śmiechem, palcami trąc zmarszczone czoło. W tym samym momencie zawiasy w drzwiach skrzypnęły cichutko, a w progu pojawiła się Aneta, szczelnie opatulona w mój szlafrok. Uśmiechnąłem się do niej słabo, jakbym próbował ją do siebie zachęcić.
- Nie ma potrzeby – odpowiedziałem Szakalskiemu, patrząc na twarz siostry z niemą nadzieją. - Mam opiekę. Z resztą, nic mi nie jest.
- Jak uważasz... - bąknął nieprzekonany.
- Posłuchaj... wiem, że mieszam. Strasznie mieszam – westchnąłem ciężko, wypiłem ostatnie krople whisky ze szklanki i wstałem ze swojego miejsca, powoli podchodząc do okna. Nogi uginały się pod moim własnym ciężarem. - Ale byłbym wdzięczny, gdybyś załatwił mi kontrakt gdzieś za granicą.
- Ale... jeszcze dwa tygodnie temu mówiłeś...
- Wiem – przerwałem mu po raz kolejny. - Wiem, to nie jest profesjonalne zachowanie, ale nie prosiłbym cię o to, gdybym wiedział, że nie dasz rady. Muszę to zrobić – dodałem po chwili. - Muszę wyjechać. Gdziekolwiek.
- Dobrze – usłyszałem w słuchawce. - Właściwie, jeden klub z Serbii był tobą zainteresowany... a może i dwa – powiedział z wyraźnym uśmiechem. Kamień spadł mi z serca.
- Super. Dzięki.
- Na pewno dobrze się czujesz?
- Nie – przyznałem, ramieniem wspierając się o framugę balkonowych drzwi. - Ale to przejściowe. Dam sobie radę – obiecałem i nie czekając na odpowiedź, odłożyłem telefon na parapet. Po chwili poczułem, jak kobieca dłoń muska moją koszulkę na plecach. Zamknąłem oczy. Aneta objęła mnie od tyłu i wtuliła się w moje ciało z taką ufnością, jakbym to ja stanowił jej oparcie, nie na odwrót. - Przepraszam.
- Ja też – wyszeptała. Pokręciłem głową. - Nie powinnam była wspominać Ewy, nie w taki sposób. Nie w takiej chwili.
Ująłem jej dłoń i podsunąłem ją sobie do ust, zostawiając na jej skórze mokry ślad. Tyle wystarczyło, by nasze relacje wróciły do normalności.
- Pojedź ze mną do Londynu – rzuciła nagle. Drgnąłem na jej słowa, obracając się ku niej przodem. - Odpoczniesz. Dobrze ci to zrobi.
Zagryzłem wargę. Pokiwałem niepewnie głową. Pozwoliłem się przytulić.
- W drodze do Warszawy zajrzymy tylko do Ignaczaka, dobrze? - Zapytałem cicho. Kątem oka widziałem, jak Aneta posyła mi pełne niepokoju spojrzenie. - Muszę coś załatwić.
- W porządku.
Przytaknąłem krótko, przytulając ją do siebie. Poczułem ulgę. Bałem się, ale świadomość tego, że Anka jednak się ode mnie nie odsunęła, działała jak kojący balsam na spękaną skórę. To było dla mnie jak nowy początek. Jeden z wielu...

*  *  *

- Dostanie pięć lat jak nic – oznajmiłam z wyraźną ulgą, opadając na przeźroczyste krzesło w kuchni Ignaczaków. Iwona uśmiechnęła się promiennie, stawiając przede mną szklankę soku.
Długo mi zajęło, nim uwierzyli w moją wersję wydarzeń. Na szczęście Marta, ukochana mojej szurniętej Kaśki, miała mnóstwo znajomości. Nie bez trudu, ale w końcu udało nam się dotrzeć do archiwalnych dokumentów jednej z największych gazet w Polsce. Później wystarczyło tylko jedno zdanie dyrektora działu archiwum, ukradkiem nagrane na telefon, by mieć sprawę w kieszeni. To, dość drogi prawnik i moje oświadczenie, które chyba kosztowało mnie najwięcej, bo poza wyraźnym zaprzeczeniem, bym kiedykolwiek pisała dla gazety rzekomo wydającej moje artykuły, musiałam przyznać się do związku z Bartmanem. Teraz żadne moje wyjście na miasto nie kończyło się spokojnie – zawsze ktoś mnie zaczepił, zarzucał pytaniami, ludzie robili mi zdjęcia nawet nie siląc się na odrobinę dyskrecji. Miałam jednak nadzieję, że opinia publiczna w końcu znudzi się moją osobą. W dodatku miałam świadomość, że skoro dziennikarskie sępy uwzięły się na mnie, to Zbyszek będzie miał spokój. Napawało mnie to swego rodzaju ulgą, nie mogłam zaprzeczyć.
- Cieszę się, że udało się to wyjaśnić – Iwona usiadła naprzeciwko mnie. Potargała włosy swojej roześmianej, biegającej wkoło stołu córce, po chwili pochmurniejąc nieznacznie. Spojrzałam w tym samym kierunku co ona, na sofę w salonie. Krzysiek siedział na oparciu mebla, uparcie wpatrując się w krople deszczu rozbijające się o okna. Był nieobecny i wycofany. Sebastiana, proszącego o chwilę zainteresowania, poklepał tylko po policzku. Nawet się nie uśmiechnął.
- Wszystko w porządku? - Zapytałam niepewnie. Bałam się, że on i Iwona znowu mają gorsze chwile, ciche dni.
- Tak. Ma po prostu dużo do przemyślenia. Trzeba dać mu czas i nie przeszkadzać – powiedziała, puszczając mi perskie oko. Po chwili spojrzała w swoją filiżankę herbaty i westchnęła ciężko. Uśmiechnęłam się nieśmiało, obejmując wysoką szklankę obiema dłońmi. Za oknem mignął mi samochód oblepiony logo jednej ze stacji telewizyjnych.
- Jeżeli obsiądą was przeze mnie dziennikarze, to przepraszam – jęknęłam. Iwona zaśmiała się serdecznie, poprawiając mi tym samym humor.
- Nic się nie przejmuj! Krzyś i Seba uwielbiają kamery, ja i Domi już się do tego przyzwyczaiłyśmy.
- Ulga! - Zaśmiałam się, ciągle trochę nerwowo.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że ten chłopak tak strasznie chciał się pozbyć Zibiego – powiedziała po chwili, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Rozumiem, że ludzie latami cierpią po stracie bliskich, ale to już chyba podchodzi pod jakieś skrzywienie psychiczne.
- Nawet nie chcę o tym myśleć – przyznałam szczerze. Miałam dość „skrzywionych pacjentów”, potrzebowałam przerwy. Prawdziwych wakacji. - Nie życzę Szymonowi źle, ale za to co zrobił, nie jestem w stanie go bronić. Przed żadnym sądem.
- Wiesz, że Zbyszek nigdy nie powiedział nam o tym incydencie ze szpitala?
- Myślałam, że mówił Igle wszystko...
- Jak widać każdy ma tajemnice – mruknęła, upijając łyk swojego napoju. Nagle panele w pokoju obok zatrzeszczały złowieszczo.
- Rozmawiałaś z nim? - Usłyszałam i aż wzdrygnęłam się na swoim miejscu. Spojrzałam niepewnie na Krzyśka, potem przeniosłam wzrok na Iwonę i ponownie na rzeszowskiego libero. Pokręciłam lekko głową.
- Nie miałam okazji. Nie próbowałam. Nie chciałam.
- Dlaczego? - Ignaczak ściągnął groźnie brwi, zaplatając ręce na torsie. Westchnęłam przeciągle.
- Kilka dni po tym wszystkim poszłam do niego... Otworzyła mi jakaś kobieta. Nie pozwoliła mi wejść do jego mieszkania – zaśmiałam się gorzko. Iwona wymieniła zaniepokojone spojrzenie ze swoim mężem, podczas gdy ja obrysowywałam palcem krawędź szklanki. - Potem widziałam ich jeszcze w parku, na mieście. Chodzili za rączki, śmiali się. Po co ja miałam się w to wpychać, Igła? - Zapytałam cicho.
- Zbyszek z kimś się spotykał? - Zdziwił się szczerze. Na jego czoło wstąpiły dodatkowe zmarszczki. Wzruszyłam niedbale ramionami. Bardzo chciałam wyglądać tak, jakby mnie to wcale nie obchodziło, w środku jednak rozpadałam się na kawałki.
- A czy ta kobieta nie miała czasem czarnych, długich włosów? Kręconych? - Zagadnęła mnie Iwona. Podniosłam na nią zdziwione spojrzenie. - Dość niska, całkiem zgrabna. Z ciętą ripostą w kieszeni?
- Skąd wiesz?
Niespodziewanie ciszę w kuchni przerwał gwałtowny śmiech Ignaczak, nawet jej mąż parsknął obok mnie.
- Z czego wy się śmiejecie? - Zapytałam oburzona.
- To jest jego siostra!
Zamrugałam gwałtownie, opadając na oparcie krzesełka.
- Zbyszek ma siostrę?!
- Nie wiedziałaś? - Iwona popatrzyła na mnie jak na stukniętą, ocierając przy tym kąciki oczu z łez. Rozłożyłam bezradnie ramiona.
- Nie!
    To o tym mi nie powiedział!
- Przyjechała do niego na urlop. Jest w ciąży, chciała go poprosić, by został ojcem chrzestnym jej synka – wyjaśnił mi Ignaczak, dosiadając się do nas.
- A dlaczego nigdy wcześniej jej nie widziałam?
- Bo Aneta na co dzień mieszka w Londynie. – Krzysiek wzruszył ramionami, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Potarłam skroń palcami, nagle śmiejąc się nerwowo.
- A ja myślałam... Byłam pewna, że to jego kochanka! - Wysapałam.
- Niedomówienie – Igła zaśmiał się serdecznie, jego żona poklepała mnie po dłoni.
- Zdarza się – puściła mi oczko. Popatrzyłam na nią z dezaprobatą, po chwili wybuchając śmiechem. To całkowicie zmieniało postać rzeczy! Podskoczyłam gwałtownie z miejsca i niemal biegiem ruszyłam ku wyjściu.
- Gdzie ty idziesz? - Ignaczak wstał za mną.
- Muszę z nim porozmawiać! - Rzuciłam na wydechu. Miałam wrażenie, że wstąpiły we mnie nowe siły. Jeszcze wszystko mogłam odkręcić!
- Ale... Francesca, jego nie ma w domu...
- Co? Jak to? Wyszedł gdzieś?
- Pojechał do Anety, do Anglii. Żeby odpocząć. Był tu kilka dni temu, długo rozmawiał z Igłą – Iwona popatrzyła na męża z niepokojem, po czym uśmiechnęła się do mnie delikatnie. – Potem wyjechali.
- Och... rozumiem. W takim razie porozmawiam z nim, kiedy wróci. Może jeszcze lepiej poukładam sobie w głowie to, co powinnam powiedzieć – zaśmiałam się nerwowo. Ignaczakowie znowu wymienili się niepewnym spojrzeniem. - Co znowu?
- On nie wróci, Francesca.
- Jak to, „nie wróci”?
- Podpisał kontrakt z Japońskim klubem. Na dwa lata – powiedziała Iwona, wyłamując nerwowo palce. Serce zamarło mi w piersi. - Potem pojedzie dalej. On tu już nie wróci.
Oparłam się o ściankę pod schodami. Tę samą, którą wgniotłam, gdy Bartman postanowił mnie udusić. Teraz po tamtym wydarzeniu została tylko niewielka ryska. Krzysiek zabawił się w majsterkowicza i wszystko wygładził, zamalował. Trzeba było dobrze się przypatrzeć, lub po prostu wiedzieć, gdzie szukać linii pęknięcia. Ktoś, kto nie miał pojęcia o naszej przepychance, przeszedłby obok tego miejsca bez zbędnego zainteresowania.
    Czy z naszymi sercami, tak moim jak i Bartmana, dałoby zrobić się to samo...?
Zagryzłam wargę. Przez własną głupotę straciłam szansę, by wszystko Zbyszkowi wyjaśnić.
- Kiedy wylatuje?
- Za trzy godziny. Co chcesz zrobić?
- Pożyczysz mi telefon? - Poprosiłam Krzysztofa. - Ode mnie nie dobierze.
Usiadłem na swoim miejscu, wcześniej wciskając wypchany po brzegi plecak do luku bagażowego nad głową. Odetchnąłem ciężko, poprawiłem klapy marynarki i z trudem założyłem nogę na nogę, palcami pocierając brodę. Lotnisko Heathrow ginęło w deszczu. Grube, ciężkie krople rozbijały się o niewielkie okienko po mojej lewej, rozmazując mi cały obraz. Przełknąłem głośno. Nadal nie byłem fanem latania.
Wyciągnąłem wibrującą komórkę z kieszeni. Ignaczak dzwonił do mnie po raz dziesiąty, co najmniej. Przez chwilę gryzłem się z własnymi myślami. Nie odbierałem wcześniejszych połączeń, bo nie w smak mi była kolejna, emocjonalna rozmowa z nim. Poza tym ciągle miałem w głowie jego słowa sprzed kilku dni. Że wierzy we mnie, ale nie da mi się zobaczyć ze swoją córką. Że mi wybacza, ale mi nie pomoże. Że muszę wziąć w końcu odpowiedzialność za własne czyny.
Pokręciłem gwałtownie głową, przeciągając palec po czerwonej słuchawce. Nie byłem gotowy, by znowu tego słuchać. Wyłączyłem komórkę i wcisnąłem ją w kieszeń spodni, chowając twarz w dłoniach.
Znowu uciekałem, czy jednak dawałem sobie ostatnią, naprawdę ostatnią szansę na nowe życie?
Koło mnie usiadła jakaś drobna kobieta. Odwróciłem się do niej plecami, wpatrując się w obraz za oknem. Zapiąłem pas. Zamknąłem oczy.
To dobra droga, przekonywałem sam siebie w myślach. Będąc u Anety na wakacjach, postanowiłem spalić za sobą mosty. Dosłownie. Pakując się do wyjazdu na drugi kontynent, przez przypadek znalazłem stare rzeczy Ewki. Rzeczy, które Aneta obiecała dla mnie przechować. Na pamiątkę. Pojedyncze zdjęcia, pluszowy misiek, mnóstwo listów, kartek na walentynki. Ostatniego dnia pobytu w Londynie wyszedłem na ogródek okalający dom siostry i rozpaliłem ognisko. Spaliłem wszystko, co do joty. Razem ze zdjęciem Franceski, które nosiłem w portfelu. Chciałem zacząć od zera. Tym razem naprawdę. Już na stałe.
- Przepraszam, dobrze się pan czuje? - Usłyszałem obok siebie. Zerknąłem na filigranową blondynkę, siedzącą obok mnie i posłałem jej lekki uśmiech. Miała dziwny akcent, zdecydowanie nie brytyjski.
- Wszystko jest w porządku – zapewniłem ją. Nie przekonałem jej, ale już się nie odezwała.
Samolot zaczął toczyć się ociężale po płycie lotniska. Ostatni raz spojrzałem w kierunku hali odlotów i po niewiele więcej jak dwóch minutach, maszyna oderwała się od ziemi. Nawet gdybym chciał, nie miałem już odwrotu. Oparłem się wygodniej o swój fotel, zacisnąłem palce na podłokietnikach i wziąłem głęboki, głośny oddech.
Pora zostawić za sobą cały ten syf.
Czułem na swojej twarzy niespokojny wzrok ładnej blondynki. Po chwili usłyszałem, jak zaczepia stewardessę, po włosku prosząc ją o szklankę wody dla mnie. Mimowolnie uniosłem kącik ust w górę i nie otwierając oczu, wymamrotałem w jej rodzimym języku:
- Mówiłem, że nic mi nie jest. Ale dziękuję za troskę.
- Nie wiedziałam, że pan jest Włochem – powiedziała z ekscytacją. Zaśmiałem się krótko, nieco szczekliwie.
- Nie jestem. Po prostu znam język. - Otworzyłem niechętnie oczy. Świat wirował przede mną. - Dlaczego pani się o mnie martwi?
- Jest pan blady. Niepokojąco blady. I ciężko pan oddycha – powiedziała poważnie. Pokiwałem głową ze zrozumieniem. - Nie lubi pan latać?
- Można tak powiedzieć. Dziękuję – skinąłem głową stewardessie, ignorując jej zaczepne spojrzenie. Wypiłem duszkiem kubek zimnej wody i znowu odetchnąłem, tym razem z ulgą.
- Lepiej? - Moja sąsiadka nie miała jak widać zamiaru odpuścić. Uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością, choć na usta cisnęły mi się niewybredne komentarze. Zacznij się starać, grzmiały mi w głowie ostatnie wypowiedziane do mnie słowa Ignaczaka. Weź odpowiedzialność.
- Dużo. Dziękuję. - Posłałem jej słaby uśmiech. Potem obróciłem się ku oknu. Nie chciałem z nią rozmawiać. Byłem rozbity, ciągle niepewny, słaby. A jednak mój wzrok co chwilę uciekał w kierunku jej odbicia w niewielkiej szybce samolotowego okienka. Patrzyła na mnie ciekawie, lustrowała wzrokiem moją napiętą sylwetkę. Uznałem, że jeśli jeszcze raz się do mnie odezwie, naprawdę postaram się być miły. Ot tak, po prostu. Na kimś musiałem ćwiczyć swoją nową twarz, prawda? Niespodziewanie, po dobrych czterdziestu minutach, z kieszeni wysunął jej się portfel. Schyliłem się, podałem go jej. Odpowiedziała mi subtelnym uśmiechem. A potem wszystko popłynęło w swoim kierunku.
- Jestem Elena – wyciągnęła do mnie dłoń, uśmiechając się łagodnie. Popatrzyłem niepewnie na jej delikatną rękę, smukłe palce skierowane w moją stronę. Miałem wrażenie, że kulę się w środku, chcę uciec. Ale nie miałem dokąd. Byłem zamknięty w metalowej puszce zawieszonej dziesięć kilometrów nad ziemią. Zlustrowałem kobiecą twarz niepewnym spojrzeniem i uśmiechnąłem się delikatnie.
- Zbigniew – wychrypiałem, ujmując jej ciepłą dłoń. Nie miałem innego wyjścia. Elena zdawała się jednak nie zauważać mojego pełnego dystansu zachowania. Uśmiechnęła się szeroko, błyskając białymi zębami i leciutko ścisnęła moje knykcie. Przez ułamek sekundy zastanowiłem się, kiedy ostatni raz przedstawiłem się pełnym imieniem… Uśmiechnąłem się nieco pewniej, choć nadal byłem zmęczony i nie miałem za grosz ochoty, by przegadać z tą wysoką, szczupłą istotą całego lotu do Moskwy. Jak się potem okazało, ona miała zupełnie inne plany na te kilka długich godzin.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest światowej sławy modelką. Nie miałem pojęcia, że trzy miesiące później spotkamy się przez przypadek w Toyamie, gdy ja będę grał mecz wyjazdowy ze swoim klubem, a ona będzie kręciła reklamówkę z nowymi perfumami od Lancôme. Nie przypuszczałem, że dam się zaprosić na kawę czy imprezę z okazji zakończenia zdjęć. Gdy siedziała koło mnie w samolocie relacji Londyn – Tokio, z międzylądowaniem w Rosji, nie sądziłem, że po mojej kolejnej przeprowadzce, do Włoch, staniemy się niemalże sąsiadami. Nie wiedziałem wówczas o tym, że kiedyś zobaczę ją w mojej koszulce na trybunach w trakcie meczu, ani tym bardziej o tym, że Elena zostanie moją żoną.

„Wtedy zrozumiałem, że
Mogę być kim tylko chcę
Mogę zapominać się, i odlecieć 
Mogę nagle zamknąć drzwi, zniknąć gdzieś na kilka dni
Bo od dzisiaj dla mnie Ty, nie istniejesz.”*

~  *  ~


*Video - "Zapomniałem o Tobie" (fragm.)

Bardzo, bardzo, bardzo Wam dziękuję za taki odzew pod poprzednim rozdziałem! Właśnie na tym mi zależało. Zmylić Was przez kilka rozdziałów, stworzyć otoczkę różowych cukierków i misiów, a potem pokazać najgorszą, najbardziej potworną wersję głównego bohatera. Jak widzę, wyszło mi to. I cieszy mnie to bardzo! :D Mam nadzieję, że powyższy rozdział również Wam się podobał. To była ostatnia fobia. Za tydzień epilog. Będzie mi miło, jeśli będziecie tu w takim gronie, w jakim ostatnio do końca. ♥ Jak na razie widać, że Zbyszek nie nauczył się zbyt wiele - ciągle czuje się bezkarny i nie widzi swoich błędów. A może nie chce widzieć? Może to zwykły strach przed cierpieniem. Każdy ma przecież swoje granice. A Francesca? Cóż, głupio i naiwnie zakochana. Taka prawda.

Do zobaczenia za tydzień! Trzymajcie za mnie kciuki, bo System Eliminacji Studenta uważam za rozpoczęty xD

PS-Dla chętnych przypominam, że Fobie starają się o tytuł bloga roku 2016 ;) Wszystkie informacje i link do sondy w okienku nad nowym postem!

20 komentarzy:

  1. Płaczę! Dreszcz przeszywa moje ciało. Nie wierzę!
    Kurde! Kurde!
    Ale jak?! Jaka Elena do cholery?!
    Aneta popsuła wszystko! Ale pomogła Zbyszkowi. Jednak gdyby pozwoliła France wejść do Zbyszka...
    Elena. Jaka żona? Co to ma znaczyć?! Mam nadzieję że będzie rozwód w epilogu ;)
    Franceska naprawdę kocha Zbyszka... Od razu można było się domyślić że to nie ona napisała ten artykuł. Doszła prawdy, mimo bólu jaki zadał jej Zbyszek ona poszła do niego! Dzwoniła ale ten nie odbierał.
    Włochy... Elena... Epilog... Nie chce końca!!!
    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma co gdybać. Kto wie, czy Zbyszek nie rzuciłby się jej znowu do gardła, gdyby Aneta ją wpuściła.

      Usuń
  2. Mocny i bardzo emocjonujący rozdział. Trzymał mnie w napięciu i niepewności do samego końca, po którym doszłam do wniosku, że dla Francesski i Zbyszka nie będzie happyendu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział się podobał

      Usuń
  3. Czytam ten rozdział już 3 raz i nadal nie wierze w to co widzę. Jak?! Jaka żona?! Przecież to Fran miała być ze Zbyszkiem...

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo często autorki mają tendencję do rozgrzeszania swoich bohaterów, w końcu najlepiej znają i rozumieją motywacje ich działań, natomiast czytelniczki do ich "uromantyczniania", i można to było zobaczyć chociażby na przykładzie Zbyszka. Do tej pory myślałam, że "ogarniam" Twojego Bartmana, jednak ten rozdział zostawił mnie z jednym wielkim mętlikiem w głowie. Nie, nie "wybaczam" mu tego incydentu z Fran. Przesadził, bez względu na to, co nim kierowało. Stracił godność jako mężczyzna i jako człowiek. To jest właśnie taka plama na honorze, której nijak nie da się wymazać. Tu jestem bezwzględna, natomiast wszystko inne jest oczywiście kwestią mocno dyskusyjną, jak to zwykle bywa w przypadku niemal każdego Bartmana ;)
    Egocentryzm, chaotyczna osobowość, nieumiejętność radzenia sobie z samym sobą - znów wszystkie te cechy wysunęły się na pierwszy plan. Czego tak naprawdę Zbyszek oczekuje od życia? Czy nie jest tak, że on w pewnym sensie nie potrafi już żyć normalnie? Przez tyle lat utwierdzał się w przekonaniu, że tkwi w matni, że być może te wszystkie potwory i demony przeszłości stały się jego przyjaciółmi. Zibi jest jak więzień, który wyszedł na wolność po wielu latach odsiadki. Niby długo na to czekał, ale paradoksalnie okazuje się, że owa wolność go przytłacza i nie potrafi się w niej odnaleźć. Nie pamięta już swobody, beztroski i szczęścia. To paradoksalnie coś nowego, nieznanego i wzbudzającego strach.
    Jeśli chodzi o Fran, to jest tak jak napisałaś. Głupio i naiwnie zakochana, choć dotąd wydawało się, że zawsze twardo stąpała po ziemi. Ale to nie ona straciła szansę przez swoją głupotę, tylko Zbyszek, który z łatwością ją osądził i zmieszał z błotem. Chyba bardziej nie mogłaś zamotać tuż przed samym epilogiem, dlatego czekam na niego z niecierpliwością i pewnym smutkiem, bo jak to w ogóle możliwe, że kończę czytać Twoje drugie opowiadanie?! Przecież nie tak dawno znalazłam Źródło!
    Pozdrawiam, trzymam kciuki za Twoją sesję i proszę o to samo, co bym nie musiała przekonywać się na własnej skórze, czym jest "egzekucja administracyjna" :P Do następnego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam jeszcze dodać, że bardzo polubiłam Anetę, pewnie dlatego, że odrobinę przywodzi mi na myśl moją Kaśkę :) Ten sam temperament i charyzma :P

      Usuń
    2. Czas szybko leci. Też wydaje mi się, że "Źródło" zaczęło się chwilę ledwie temu. A po chwili nachodzi mnie myśl "hej, to było świeżo po MŚ"! :)
      Cóż, jak to Bartmanówna, spokojna być chyba nie może :P

      Usuń
    3. Ach, no i powodzenia na sesji!

      Usuń
  5. Japierdziu.. co tu się porobiło...?

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie wiem co myśleć, co napisać, co sądzić. Nie zdarza się to często, więc pewnie zacznę od tego, że przerpaszam za nieobecność, ale starałam się, nie wyszło. Ostatnie dwa rozdziały zaparły mi dech, a to też nie zdarza się często. Lubię to uczucie podczas czytania, naprawdę. Ostatni fragment zamieszał mi w głowie, chyba za mocno. Kręci mi się w głowie. Aneta wiedziała, bo zna Zbyszka jak mało kto. Nie wiem, co wymyśliłaś na epilog, ale wiem, że będę płakać. Zbyszek się bał, błądził i w końcu przegrał - nie udało mu się wyjść z labiryntu. Fran? Nie wiem i chyba wolę nie gdybać. Może krótko, może chaotycznie, ale moje bijące z emocji serduszko powinno wystarczyć za dowód na poziom tego opowiadania, rozdziału.

    ściskam kciuki za sesję, ret

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, rozumiem. Ret, tak czy siak jesteś jedną z najczęściej pojawiających się u mnie osób, więc nie masz mnie za co przepraszać, bo jednak ciągle wiem, że jesteś :)
      Cieszę się, że się podobało i dziękuję.

      Usuń
  7. Chyba mam łzy w oczach! Nie tak to miało byc. Miało nie byc żadnej Japoni, Eleny itp. On miał zrozumieć co zrobił i przeprosić. Ahhh ale nie ma happy endu. Cóż mozna zrobic.
    Bardzo dobrze napisany był ten fragment o cierpieniu Zbyszka. Na prawde czuło sie to samemu.
    Cóż nie złoże bardziej konkretnej wiadomości, ale mimo wszystko liczę, że w epilogu cos sie zmieni!
    Pozdrawiam i życzę weny po raz ostatni tutaj,
    Miska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "A miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy nam i ociekać szczęściem. Miało być sto lat - sto lat"...

      Usuń
  8. Hmmm trochę sobie o tym myślę i chyba to jest happy end. Bardzo sprytnie przeprowadzony. Po tym rozdziale mam wątpliwości czy Fran i Zbyszek byliby dobraną parą. I nie ze względu na to co złego i dobrego wydarzyło się między nimi ale dlatego, że Fran jak nikt poznała zbyszkowe demony a dla Bartmana byłaby wiecznym przypomnieniem kim był, jakim się stał i że wciąż ten destrukcyjny ciąg ma gdzieś pod skórą.
    Podsumować mogę to jedynie stwierdzeniem: leczenie zostało zakończone i wnioskiem, że jednak trzeba trzymać się zasad, szczególnie tych dotyczących niemieszania pracy z życiem osobistym.
    Czekam z niecierpliwością czym zaskoczysz w epilogu. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie wiem jak mam odpowiedzieć na ten komentarz, bo się za bardzo odsłonię. Nie wiem, po prostu nie wiem, więc chyba tylko podziękuję :)

      Usuń
  9. Zbyszek i żona? Liczyłam na inne wyjście z tej sytuacji... Mocno zabolało, byłam w szoku. Szczerze przypuszczałam, że on w Polsce nie wytrzyma, zawinił i chciał wyjechać, porzucając wszystko i wszystkich. Biję się myśli, czy gdyby Aneta pozwoliła wejść France do mieszkania, byłoby inaczej? Czekam na epilog. Trzymam kciuki za sesję, Karolino. Ściskam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak pisałam już wcześniej, chyba nie ma co gdybać. Istnieje możliwość, że wówczas Zbyszek znowu rzuciłby się jej do gardła. Nie wiadomo, co by się stało, a czasu się nie wróci.
      Dziękuję bardzo!

      Usuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.