BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

13 sty 2017

Fobia dwudziesta druga


- Możesz mi powiedzieć, dlaczego tak się zachowujesz?! - Zbyszek wkroczył za mną do kuchni w moim nowym, niewielki mieszkaniu w centrum Rzeszowa, wyrzucając swoje długie ramiona w bok. Zamknęłam oczy ze złością, zalewając kubek z herbatą wrzątkiem.
- „Tak”, to znaczy jak? - Syknęłam przez zęby, zaciskając palce wokół rączki czajnika. Miałam Bartmana dość i tylko ta prosta czynność powstrzymywała mnie przed daniem mu w twarz.
- Jak wariatka! - Warknął, a ja zesztywniałam na ułamek sekundy.
O nie, tego za wiele!
- Słucham?! - Ryknęłam. Odstawiłam z hukiem czajnik na kuchenny blat i odwróciłam się przodem do siatkarza, gromiąc go wzrokiem. Ostre rysy jego twarzy stały się jeszcze mniej przyjazne i ludzkie. Zaplecione na piersi ramiona miał napięte, zgrzytał zębami, w jego oczach błyszczały niebezpieczne iskry. Był naprawdę wkurwiony.
Problem polegał na tym, że ja również nie byłam wówczas kwiatem lotosu.
- Ja się zachowuję jak wariatka?! - Krzyknęłam o ton wyżej niż zazwyczaj, mrużąc mocno oczy i pochylając się lekko do przodu.
- A kto, ja?! - Huknął, robiąc jeden duży krok w moją stronę. - Od tygodnia nie mogę się z tobą porozumieć! Chodzisz nabzdyczona jakby cię, kurwa, osa w dupę ujebała! Cokolwiek ci zaproponuję, ty na mnie fukasz, mruczysz, zbywasz mnie machnięciem ręki, a jak nie zadzwonię, bo nie mogę, bo kurwa mać biegam, to wysłuchuję twoich teorii spiskowych! Że byłem na piwie, że znowu podrywałem jakąś siksę, może mi jeszcze oświadczysz, że chowam kochankę w szafie?! - Wykrzyczał mi prosto w twarz, dysząc z wściekłości.
Okay. Z tymi zdradami i kochankami może przesadzałam, ale gdy człowiek jest wyprowadzony z równowagi, nie panuje nad językiem. Prawda? Co z tego, że byłam psychologiem. Nie zanosiłam pracy do domu; przy Bartmanie byłam kobietą. Jego kobietą, jak utrzymywał, choć ja coraz mniej w to wierzyłam.
Gdy mężczyzna zaprasza swoją wybrankę na wesele, jako osobę towarzyszącą, powinien umieć się zachować stosownie do okoliczności. Czy to naprawdę tak ciężko się domyślić, że wówczas kobieta liczy na to, iż będzie mogła potańczyć ze swoim facetem? Że pozna jego znajomych, będzie się dobrze bawić, wypije zdrowie młodych i ukradkiem sama skradnie całusa swojemu mężczyźnie? Czy ja naprawdę oczekiwałam tak wiele, mając nadzieję, że po ostatniej rozmowie na ten temat Bartman w końcu przestanie mnie chować w swoim apartamencie przed całym światem?
- A jak myślisz, dlaczego tak się zachowuję? - Warknęłam, zaplatając ręce na piersi i prostując się niczym struna. Patrzyłam mu uparcie w oczy, ale poza rosnącą wściekłością, nie widziałam w nich nic.
- Nie zaczynaj – jego głos przypominał gardłowy warkot.
- Czego?!
- Nie mam zamiaru, kurwa, czytać między twoimi wierszami! Jak masz coś do powiedzenia, to mi to powiedz!
- Może chodzi mi o to, co zrobiłeś na weselu Piotrka?! - Huknęłam, nim Zbyszek skończył zdanie, przekrzykując go z zamkniętymi oczami.
- A co ja, do chuja pana, zrobiłem?! - Zawołał piskliwie, znowu rozkładając bezradnie ramiona. W oczach zebrały mi się pierwsze łzy. Zagryzłam wargę, prychnęłam głośno z lekceważeniem i na ułamek sekundy odwróciłam wzrok, walcząc ze słonymi kroplami.
- „To tylko znajoma” - rzuciłam spokojnie, patrząc w obraz za oknem. - „Coś ty, to tylko koleżanka”! - Powiedziałam przez zęby, przenosząc wściekłe spojrzenie na Bartmana. - „Przegrałem z nią zakład* i MUSIAŁEM ją przyprowadzić” - wycedziłam przez zęby, kładąc szczególny nacisk na przedostatnie słowo. - Tak, właśnie to chciałam usłyszeć, gdy przedstawiałeś mnie znajomym!
- Chyba już o tym rozmawialiśmy – mruknął spokojniej. W kąciku jego ust czaił się kpiący uśmieszek.
- Dokładnie – uśmiechnęłam się słodko. Jak Boga kocham, gdyby do mnie podszedł, dostałby najbardziej soczystego policzka w całym swoim życiu. - I miałam nadzieję, że coś trafiło do twojego zakutego łba, ale najwyraźniej się przeliczyłam.
Zbyszek najeżył się w ułamku sekundy. Ruszył w moją stronę, zaciskając palce w pięści.
- Posłuchaj mnie.
- Nie, to ty posłuchaj! - Krzyknęłam, robiąc pół kroku w tył, żeby móc spojrzeć mu w twarz. Szyja bolała mnie od wyginania jej w nienaturalny sposób ku górze. - Mam tego dość. Rozumiesz? Dość chowania mnie w twoim apartamencie. Powtarzasz, że jestem twoją kobietą, ale ja tego nie czuję! Ja też mam swoje potrzeby i nie, nie mówię o łóżku!
- To czego ty chcesz? - Jęknął wyraźnie zrezygnowany, znużony, a we mnie pękły ostatnie tamy.
- Chcę wyjść z tobą do kina! - Krzyknęłam, tupiąc nogą jak mała dziewczynka. - Chcę móc podejść do ciebie po meczu i cieszyć się z tobą z wygranej, pocałować cię na oczach tych zafiksowanych, chorych na głowy fanek i cieszyć się w duchu, że jesteś mój! - Krzyknęłam, uderzając go otwartymi dłońmi w tors. Zaskoczony, zrobił dwa kroki w tył. Patrzył na mnie z rozchylonymi ustami. - Chcę móc się tobą pochwalić, chodzić dumna jak paw w twojej koszulce, kiedy będziesz wiwatował na rynku w Rzeszowie albo móc cię przytulić po przegranej jak każda inna kobieta robi na moim miejscu! Ale ja nie mogę, bo ty masz jakieś chore wyobrażenie budowania związku i zaufania, a ja już się w tym duszę i nie wiem, czy chcę tego dalej, teraz rozumiesz?! - Ryknęłam na całe gardło. Patrzyłam na niego ze złością, dysząc głośno, a gdy zdałam sobie sprawę z tego, co powiedziałam, po moim policzku spływały już pierwsze łzy. Osłoniłam usta dłonią i wybiegłam z kuchni. Ostatnia rzecz jakiej chciałam, to płakać przed Bartmanem, okazać mu swoją słabość. Przyznać, jak bardzo to wszystko mnie dotyka.
Drżącymi rękoma otworzyłam balkonowe drzwi i szlochając, wybiegłam na dwór, zaczesując długie loki w tył. Wzięłam głośny, głęboki oddech i jęknęłam cicho, zaciskając palce we włosach. Nie mogłam uwierzyć, że w końcu powiedziałam to wszystko na głos. Chciałam ten temat poruszyć w zupełnie inny sposób: delikatniej, bardziej przyjaźnie. Może przy jakimś dobrym winie? Wiedziałam, że to drażliwy wątek, zarówno dla mnie jak i dla Zbyszka. Nie mogłam jednak nic poradzić na to, że nawet moja anielska cierpliwość miała pewne granice.
Oparłam się ciężko o ścianę i zamknęłam oczy, chcąc jak najszybciej się uspokoić. Po chwili usłyszałam głośne „Kurwa!” wydobywające się z ust Bartmana, potem do moich uszu dotarł huk tłuczonej kamionki. Broda zadrżała mi niebezpiecznie. Mocno zagryzłam spierzchniętą wargę, aż na języku poczułam metaliczny posmak krwi. Usiadłam na zimnych płytkach, obejmując się ramionami.
Nie jestem pewna, czy wiedziałam na co się piszę, gdy kilka miesięcy wstecz przyjmowałam Bartmana z bukietem eustom w swoim starym mieszkaniu. Gdy dawałam mu szansę, o którą prosił. Wydawało mi się chyba, że jako psycholog będę potrafiła okiełznać jego zmienny charakter. I może potrafiłam? Na samym początku, gdy miałam energię i chęci do walki o coś, co zdawało mi się historią wyjętą z bajki. Kiedy jeszcze nie miałam wymagań, a słodkie pocałunki czy igraszki w łóżku rzeczywiście były w stanie wynagrodzić mi kłótnię i zszargane nerwy. Niestety, pech chciał, że zwykłe zauroczenie przeszło mi jak ręką odjął. Zakochałam się w Bartmanie; a razem z uczuciem, przyszły oczekiwania. Miałam nadzieję, że da mi poczucie bezpieczeństwa. Łapałam się na tym, że oczekuję od niego wyznania miłości. Chciałam mieć gwarancję, że on również zaczął traktować ten związek poważnie. Słowne zapewnienia o tym, że jestem jedyna i stałość w łóżku, na którą się zdobył, przestały mi po prostu wystarczać. Pokręciłam z rezygnacją głową, oddychając ciężko. Nie wiedziałam już, czy walczę o siebie, swoje potrzeby i zdrowie psychiczne, czy może zaczynam wymagać zbyt wiele. Staję się czepiającą się o wszystko babą, która nie pozwala wyjść swojemu facetowi na piwo z kumplami. Odetchnęłam głęboko, wystawiając twarz ku słońcu.
Może byłam już po prostu zmęczona? Za dużo wydarzyło się w ciągu zaledwie roku. Moje uczucie względem Bartmana, jego przeszłość, mój skrzywiony psychicznie pacjent, pożar, dzielenie mieszkania, mojej przestrzeni osobistej ze Zbyszkiem. Może nie byłam przygotowana na tak wiele zmian w tak krótkim czasie?
Potrzebuję wakacji, pomyślałam nagle, w samotności. I niespodziewanie zaczęłam układać w głowie plan jakiejkolwiek zagranicznej wycieczki. Chciałam uciec. Nawet jeśli był to jedynie środek zaradczy, coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że właśnie to mi pomoże.

Usłyszałem skrzypienie zniszczonych paneli w pokoju, który miał spełniać funkcję salonu. Potem balkonowe drzwi trzasnęły niedelikatnie o starą framugę, a do mieszkania przestał dostawać się zgiełk miasta. Wyprostowałem się szybko i założyłem ramiona na piersi, plecami podpierając ścianę. Wziąłem głęboki oddech i zerknąłem w stronę wejścia do kuchni akurat w tym momencie, w którym Francesca przekraczała jej próg. Zatrzymała się w pół kroku i spojrzała mi w oczy z niebywałym chłodem, pustką, zdziwieniem. Chyba myślała, że wyjdę bez słowa, na odchodnym trzaskając drzwiami. Wysunąłem żuchwę do przodu, uparcie utrzymując z nią kontakt wzrokowy. Garbiłem się, zmęczony i nieco przybity tym, co usłyszałem. Czekałem na jakikolwiek komentarz, może nakaz opuszczenia lokum, na kłótnię. Na pewno nie na ciszę, która zaczynała oblepiać mnie swoimi mackami coraz ciaśniej i ciaśniej. Francesca odwróciła jednak ode mnie wzrok i podeszła do kuchenki. Gdy odstawiała czajnik na swoje miejsce, zerknęła na podłogę. Drgnęła lekko, gdy zobaczyła na kafelkach brunatną plamę z herbaty i kawałki naczynia, w którym była zamknięta jeszcze pół godziny temu.
- Odkupię ci ten kubek – wychrypiałem, nim zdążyłem ugryźć się w język. Patrzyłem przed siebie, starając się nie pokazać, jak mocno Kruś rozstroiła mnie swoim wybuchem. Nie wiedziałem czego ode mnie oczekuje, skoro nic nigdy jej nie obiecywałem. Z drugiej strony wizja bycia samemu ze sobą nie napawała mnie radością i optymizmem. Raczej strachem i dziwnym do wytłumaczenia, nieznanym mi dotąd zawodem.
- Nie trzeba, obejdę się – mruknęła bez wyrazu, wzruszając przy tym ramionami. Popatrzyłem na nią zaskoczony. Przez chwilkę sądziłem, że robi to celowo: swoim stoicyzmem próbuje ponownie wyprowadzić mnie z równowagi, żebym sprowokował kłótnię i dał jej pretekst do podjęcia radykalniejszych działań. Zagotowało się we mnie. Pewna moja część z chęcią podjęłaby rękawicę i zrobiła Kruś awanturę, jakiej nie zapomniałaby do końca życia. Wkurwiała mnie, notorycznie, od tygodnia. Mimo to… nie chciałem tego. Nie chciałem się z nią sprzeczać.
Czyżbyś jednak poczuwał się do winy?
Wbiłem sobie palce w ramiona, żeby choć troszkę się ostudzić.
- Mam wyjść? - Zapytałem nieco ostrzej, niż zamierzałem. Fran westchnęła przeciągle, zaczesując długie włosy w tył i przymykając powieki. Były nieco opuchnięte i czerwone. Płakała, choć gdybym ją o to zapytał uznałaby, że czepiam się bez potrzeby. Wziąłem głęboki oddech. Zapach lawendy połaskotał moje zmysły.
- Nie wiem – rzuciła w końcu, schylając się po największe kawałki kamionki leżące na podłodze. - Rób co chcesz.
Zakląłem pod nosem, zaciskając mocno powieki. Kiedy doprowadziłem do sytuacji, w której boję się zachowywać zgodnie z własnym ja? Gdzie był Bartman, który parł do przodu, pod wiatr i w głębokim poważaniu miał to, co myśleli o nim inni? Kim ja byłem, do cholery, że nie potrafiłem się odnaleźć?
- Wyjdź gdzieś ze mną – Usłyszałem niski, męski głos i dopiero w chwili, gdy spojrzałem na zdumioną Francescę zrozumiałem, że należał on do mnie. Uśmiechnąłem się niemrawo, chyba mało zachęcająco, bo Kruś tylko mocniej się skrzywiła. - Skoro sama chcesz…
- Nie potrzebuję twojej łaski – weszła mi w zdanie, znowu odnajdując w sobie butę.
- To nie łaska – potarłem palcami nasadę nosa, wzdychając przeciągle. - Raczej próba dostosowania się do nowej sytuacji.
- Powinieneś się do niej dostosować dawno temu – prychnęła.
- Nie utrudniaj mi – warknąłem gardłowo, mocno zaciskając szczęki.
- Dokąd chcesz wyjść o tej porze? - Zapytała zrezygnowana. Kawałki kamionki stukały o siebie, gdy wrzucała je do kubła na śmieci.
- Na rynek, na spacer. Może na jakieś wino – mruknąłem, wciskając dłonie w kieszenie spodni. Znałem tutaj nie tylko siatkarzy czy działaczy związanych z Sovią. Wystarczyło mi napisać jedną wiadomość, żeby mieć apartament w jednym z najdroższych hoteli w tym mieście na wyłączność. Wolałem jednak za mocno się nie wychylać; nie do końca wiedziałem, w jakim nastroju jest Francesca. W mojej głowie świtał pewien pomysł, ale mogła mnie za niego znienawidzić albo pokochać. Pośredniej reakcji raczej nie oczekiwałem. Zerknąłem w bok i poczułem, jak po moim grzbiecie przesuwa się mało przyjemny dreszcz. Patrzyła na mnie jak na swojego pacjenta: w chłodny, rzeczowy sposób, kalkulując moją wypowiedź, oceniając postawę ciała, analizując zachowanie. Z jej oczu zniknęły ciepłe iskry, którymi jako jedyna mnie obdarzała. Miałem wrażenie, że kulę się sam w sobie, uciekam, chcę się znaleźć jak najdalej od niej.
- Przebiorę się – powiedziała w końcu. Zrobiła to jednak takim tonem, jakby oznajmiała mi, że musi zrobić rozliczenie za wodę dla spółdzielni mieszkaniowej.
Westchnąłem głęboko, odchylając głowę do tyłu. Kilka razy lekko uderzyłem potylicą o zimną, twardą ścianę, nadal nie do końca rozumiejąc własne uczucia. W głowie ciągle kołatała mi się myśl, że nic nie obiecywałem Francesce. Nigdy. Prosiłem ją o szansę, nie o rękę. Dawałem jej seks, przy okazji samemu z tego korzystając. Dawałem jej opiekę i sam z chęcią ją przyjmowałem, choć nigdy o nią nie prosiłem. Martwiłem się o nią, gdy snuła się po moim apartamencie niczym duch, a ona odchodziła od zmysłów, gdy leżałem w szpitalu po wyciągnięciu jej z pożaru. Nigdy jednak nie dawałem jej odczuć, że jest dla mnie tą jedyną i nigdy, przenigdy się z nią nie rozstanę. Nie rozliczała mnie z tych nieistniejących obietnic, ale nagle stała się w stosunku do mnie strasznie roszczeniowa. Poczułem strach. Gdy powiedziała, że nie wie, czy chce dalej ciągnąć… no właśnie, co? Nasz związek? Układ? Jak nazwać to, w czym tkwiliśmy od kilku miesięcy? Przetarłem zmęczoną twarz dłońmi. W brzuchu ciągle czułem nieprzyjemne skurcze. Wtedy wydawało mi się, że to z nerwów.
- Idziemy na pieszo? - Usłyszałem z małego przedpokoju. - Do ścisłego centrum jest kawałek drogi.
- Możemy podjechać samochodem, jeśli chcesz – zaproponowałem od razu, kierując się w stronę drzwi wyjściowych. Francesca stała do mnie tyłem, wyjmując z szafy sandały na wysokim koturnie. Ubrana w białą sukienkę, pochłonięta poszukiwaniami drugiego buta do pary, nie zdawała sobie sprawy, z jakim zachwytem się jej przyglądam. Szczupłe, długie, opalone nogi prosiły, bym ich dotknął. Krótka sukienka ledwie zasłaniała jej zaokrąglone pośladki, gdy pochylała się w przód, zawzięcie szukając obuwia. Długie, hebanowe włosy okalały jej nagie ramiona. Głęboki dreszcz objął całe moje ciało. Była piękna, ale czy to było wszystko? Czy jej pragmatyzm i zaangażowanie w nasze - jakby nie patrzeć - wspólne życie to nie było dla mnie zbyt wiele? Czy ja naprawdę chciałem tego, w co tak głęboko zabrnąłem?
- W takim razie chcę – oznajmiła, zapinając paski butów dookoła wystających kostek. Nie odezwałem się. Przewiesiłem sobie sweter przez ramię, wyciągnąłem kluczyki do wozu z kieszeni spodni i otworzyłem przed Francescą drzwi, uśmiechając się do niej delikatnie. Wyszła bez słowa, bez spojrzenia. Zamknęła drzwi, potem zeszła spokojnie po schodach i wsiadła do samochodu, obok mnie. Zapięła pasy bezpieczeństwa i otworzyła okno. Nie pofatygowałem się nawet, by włączyć radio. Na każdych światłach zerkałem na telefon. Widziałem, jak Francesca łypie na mnie nieprzychylnym okiem, ale starałem się to ignorować. Dopiero kiedy dostałem potwierdzenie od dyrektora hotelu, że wszystko zostanie przygotowane na czas, odetchnąłem z ulgą. Teraz pozostała mi jedynie kwestia zaciągnięcia Kruś do wynajętego pokoju bez zbędnych fochów i perturbacji.
Mimo, że w ciągu dnia ludzie usilnie szukali schronienia przed wysoką temperaturą w sklepach czy własnych domach, wieczorami robiło się chłodno. Zmęczona upałami młodzież wypływała wówczas na ulice miasta, uderzając do kolejnych klubów, by nacieszyć się życiem jeszcze przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego. Tamtego dnia rzeszowski rynek zionął jednak pustką. Minęliśmy może dwie czy trzy pary, śpieszące się w tylko sobie znanym kierunku. Zupełnie jakby los stwierdził, że jednak się do mnie uśmiechnie i na moje pierwsze wspólne wyjście z Fran zorganizuje mi spokojny wieczór w samym centrum miasta. Spacerowaliśmy wybrukowanymi ścieżkami bez słowa, udając, że bardzo interesują nas stare, odrapane mury oświetlone przez pomarańczowe, zachodzące słońce.
Wyszliśmy na główny plac. Ten sam, na którym ledwie dwa tygodnie temu trwała feta związana z wygranym przez Resovię mistrzostwem polski. Uśmiechnąłem się z nostalgią, zerkając w miejsce, gdzie wówczas stało wielkie podium. Teraz plac był pusty i smutny; wtedy nie było gdzie wcisnąć szpilki. To cudowne chwile dla każdego sportowca: stać przed tak wspaniałą publiką ze złotem na szyi, w koszulce z napisem „Mistrz Polski”, śpiewać klubowe przyśpiewki, móc podziękować za cały sezon najwspanialszym kibicom w całym kraju i jeszcze zebrać tyle radości od nich. Gdy robisz to, co kochasz, jesteś najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. A jeśli jeszcze możesz dać tym radość innym – cóż, tego nie opiszą żadne słowa.
Zerknąłem kątem oka na wytrwale dotrzymującą mi kroku Francescę. Była nieco znudzona, ale nadal nie zamierzała zmienić otaczającej nas atmosfery. Uparcie czekała na mój ruch. Ona też wtedy była w tym rozszalałym, szczęśliwym tłumie kibiców. Nie widziałem jej, ale wiedziałem, że tam jest. Może nie udało jej się dostać pod scenę, a może z własnej woli została z tyłu? Może bała się mojej rekacji? Zagryzłem lekko policzki od wewnątrz. Od samego początku robiła wszystko, żeby mi tylko nie wejść pod nogi. Podporządkowywała mi się, nie artykułując żadnych wymagań. Nie chciałem składać jej deklaracji, bo nie czułem się do tego wystarczająco silny, ale może jednak przyszła pora, żeby zacząć stawiać pierwsze kroki w normalnej, prawdziwej relacji? Żeby wziąć odpowiedzialność za oswojenie drugiego człowieka. Nie podobało mi się to, ale czy nie takie zachowanie było właściwe w obecnej sytuacji?
Wypuściłem powietrze przez usta i schyliłem się lekko, łapiąc delikatną, chłodną dłoń kobiety w swoją. Splotłem razem nasze palce, kciukiem głaszcząc miękką, oliwkową skórę. Udawałem, że nie widzę jej zaskoczonego spojrzenia. Patrzyłem przed siebie, wolną rękę wciskając w kieszeń jeansów. Wiele kosztował mnie ten jeden, prosty ruch i choć pewnie większość z was puka się w czoła, ja miałem nadzieję, że Francesca to doceni.
- Co ty robisz? - Zapytała cicho, z lekką chrypą. Wzruszyłem niemrawo ramionami.
- Staram się naprawić moje zachowanie z dzisiejszego popołudnia.
- Chodząc ze mną po mieście w całkowitej ciszy? - Zapytała z nutką cynizmu w głosie. Nie odpowiedziałem, nieco mocniej ściskając jej palce. Zatrzymała się w miejscu. Westchnąłem ciężko i po zrobieniu kolejnych trzech kroków, nie puszczając kobiecej dłoni, również się zatrzymałem. Odwróciłem się ku Fran i zmusiłem do przepraszającego uśmiechu.
- Po prostu myślę – mruknąłem. - Niby nie powiedziałaś mi wiele, a jednak… 
- Może powiedziałam o słowo za dużo – przyznała powoli – ale czuję się jak twoja lalka. Chyba nie tak to miało wyglądać, prawda?
Ściągnąłem usta w wąską linię. Co miałem jej powiedzieć, że się boję? Że nie umiem? Że nie chcę?
    Puściła moją dłoń i objęła się troskliwie ramionami, gdy delikatny wiatr podrzucił lekko jej letnią sukienkę. Uśmiechnąłem się półgębkiem, gdy minęła nas grupa rowerzystów, najprawdopodobniej wioząca w plecakach bezprzewodowe głośniki. Dźwięki słuchanego przez nich rapu niosły się echem wzdłuż pustych ulic jeszcze przez kilka chwil.
- Możemy wracać? - Głos Franceski sprowadził mnie na ziemię. Drżała delikatnie na całym ciele, pocierając dłońmi odkryte ramiona. - Chłodno mi.
Znowu się uśmiechnąłem. Zdjąłem sweter i założyłem go na ramiona szatynki.
- Nie wracasz dzisiaj na noc do domu – oznajmiłem. Spojrzała na mnie zszokowana. - Ja zresztą też nie.
- Co to znaczy?
- Zobaczysz – powiedziałem, wyciągając do niej otwartą dłoń.
Tak naprawdę planowałem to wszystko już od jakiegoś czasu. Co prawda miało to wyglądać zupełnie inaczej, ale może mój pomysł był kluczem do zażegnania konfliktu, który nagle urósł pomiędzy nami? Miałem taką nadzieję.
Kruś zerknęła na mnie podejrzliwie; nie ruszyłem się z miejsca. Tylko od niej zależało, czy chwyci moją dłoń. Potrzebowałem, by okazała mi zaufanie. Właśnie w tamtej chwili. By dała mi swego rodzaju zapewnienie, że to co mówi nie jest stekiem pustych słów.
- Mogę ci tylko powiedzieć, że zaraz będzie cieplej.
Coś błysnęło w jej oku. Nie wiem, czy to blask słońca odbił się w jednej z szyb i zamigotał w zielonkawych tęczówkach Kruś, czy może była to namiastka tego ciepła, jakim mnie obdarzała. Po chwili uśmiechnęła się niepewnie i podała mi rękę, a ja poczułem, jak coś ciężkiego spada mi z ramion. Nadal szliśmy w ciszy, ale teraz żadne z nas nie czuło się w niej niekomfortowo. Nie ciążyła, a przyprawiała o dreszcze. Zwiastowała coś nieznanego, budowała napięcie. Z każdym kolejnym krokiem czułem jak drobne, zimne palce coraz mocniej obejmują moją dłoń, a gdy przekraczaliśmy próg hotelowego lobby, paznokcie Fran niemal wbiły mi się boleśnie w knykcie.
- Mogę w czymś pomóc? - Ubrana w garnitur, młoda kobieta zmaterializowała się przy nas znienacka, sprawiając, że Francesca wpadła na mnie, zaskoczona. Ugryzłem się w język, byle się nie roześmiać.
- Dziękuję, wszystko powinno być już załatwione. Mamy rezerwację.
- W takim razie zapraszam do recepcji – uśmiechnęła się szczerze, dłonią pokazując mi kierunek. Pociągnąłem za sobą Francescę, oglądającą wystrój z otwartymi ustami i skierowałem się w odpowiednie miejsce.
- Coś ty wymyślił? - Szepnęła mi na ucho.
- Dobry wieczór – zwróciłem się do młodego chłopaka stukającego w klawiaturę komputera, całkowicie ignorując uwieszoną na moim ramieniu Kruś.
- Słucham państwa, w czym mogę pomóc? - Zapytał z nieco wyuczonym uśmiechem.
- Mamy rezerwację apartamentu na jedną noc.
- Pan Bartman, tak? - Dopytał, znowu szperając w plikach zapisanych na komputerze. - Apartament dwieście sześć. Wszystko jest już uregulowane, państwa doba hotelowa skończy się jutro o pierwszej po południu – poinformował mnie, przesuwając w moją stronę białą kartę będącą kluczem do mieszkania.
- Rozumiem, że wszystko jest urządzone tak, jak prosiłem? - Zapytałem, unosząc wysoko jedną brew. Recepcjonista zaśmiał się krótko.
- W najgorszym wypadku obsługa właśnie opuszcza pokój. Mam nadzieję, że spędzą u nas państwo miłe chwile.
- Dziękuję.
- Dziękuję… - bąknęła Francesca niepewnie, idąc za mną w stronę schodów. Przystanąłem przy windzie i z zaskoczeniem obejrzałem się przez ramię, nie mogąc odnaleźć burzy czarnych loków. Spostrzegłem Kruś dopiero na schodach. Patrzyłem na nią z rozbawieniem, czekając aż zorientuje się, że została sama. Po chwili przystanęła w miejscu, oszołomiona i zaskoczona, jakby wyjęta z transu.
- Masz zamiar wchodzić na dwunaste piętro po schodach? - Zapytałem, przytrzymując dłonią drzwi windy. Zaczerwieniła się delikatnie i zeszła ponownie na dół, po chwili wchodząc do całkiem sporej, wyłożonej drewnem i szkłem puszki.
- Co robisz? - Zapytała mnie znowu. Uśmiechnąłem się lekko, przyglądając się jej sylwetce.
- Czasem umiem coś wymyślić, co?
Westchnęła, przewracając przy tym oczami. Drzwi windy rozsunęły się wraz z dźwiękiem dzwonka, wypuszczając nas na przestronny hol.
- Chodź.
Weszłam do dużego apartamentu, ciągle nie mogąc opanować zdumienia. Odstawiłam torebkę na wąską komodę i z otwartymi ustami przeszłam do ogromnego pokoju. Wielkie, małżeńskie łóżko spokojnie pomieściłoby dwie pary. Materac wyglądał na obrzydliwie miękki, ale złota narzuta i miliony ozdobnych poduszek ułożonych na niej w misterny sposób skutecznie odwiodły mnie od pomysłu rzucenia się na łoże niczym mała dziewczynka. Ściany wyłożone złotą tapetą nieco mnie przytłaczały. Nie lubiłam tak bogatych zdobień, choć musiałam przyznać, że całe mieszkanie urządzone było w bardzo dobrym guście. W rogu pokoju stały dwa fioletowe fotele, pozłacany stolik ustawiony pomiędzy nimi niemal uginał się pod koszem pełnym owoców i butelką wina. Drogiego, naprawdę drogiego wina. Słyszałam, jak Zbyszek krząta się przy łazienkowych drzwiach, więc nie zwracając na niego uwagi ruszyłam w głąb pokoju. Jednym ruchem odsłoniłam grube, ciężkie, szare zasłony, wpuszczając do pomieszczenia masę światła. Moim oczom ukazało się panoramiczne okno, za którym rozpościerał się widok na całe miasto.
- O kurde – mruknęłam do siebie. Skąpany w blasku zachodzącego słońca Rzeszów wyglądał przepięknie. 
Za plecami usłyszałam szelest kroków. Zerknęłam przez ramię; Zbyszek z nikłym uśmiechem na ustach, podwijał rękawy koszuli, ramieniem wspierając framugę drzwi.
- Kiedy to wszystko zorganizowałeś?
- Mam swoje wtyki – oznajmił mi tylko, podrzucając bezwiednie ramionami. Popatrzyłam na niego spod lekko przymrużonych powiek. Po chwili pokręciłam ledwie zauważalnie głową. Nie miałam siły ciągnąć go za język. Podeszłam do stolika i z kubła z lodem wyciągnęłam butelkę wina, oglądając jej etykietkę.
- Kiedy mówiłeś o winie nie sądziłam, że masz na myśli coś takiego – zaśmiałam się, wzrokiem obejmując wszystkie cztery ściany apartamentu. Nagle Zbyszek uśmiechnął się lekko, w charakterystyczny dla siebie sposób, a mój żołądek ścisnął się w ciasny supeł w mgnieniu oka.
- To się przyda na później – powiedział niskim głosem, odbierając mi butelkę. Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę niewielkiego przedsionka, zaraz stawiając mnie naprzeciwko łazienkowych drzwi. Oparł ciężkie, duże dłonie na moich ramionach i westchnął ciężko, stając za mną. Nie miałam pojęcia co się dzieje.
- Obiecaj, że się na mnie nie wściekniesz – poprosił nagle, a ja drgnęłam zaskoczona.
- A niby czemu miałabym?
- Bo nie jestem przekonany, czy ci się to spodoba, chociaż z mojej perspektywy to dobry pomysł.
- Więc pewnie mi się spodoba – powiedziałam nieco ciszej, pobłażliwiej. Chyba chciałam, by w końcu opuściło nas to kotłujące się wokół napięcie. Skoro Zbyszek próbował cokolwiek naprawić nie było sensu stawać mu okoniem. Zaśmiał się cichutko, zasłaniając mi oczy ręką.
- Obiecaj po prostu, że mnie nie zagryziesz. Tak profilaktycznie.
- Obiecuję. Profilaktycznie – parsknęłam śmiechem i uniosłam w górę dłonie, żeby pokazać Zbyszkowi, że nie krzyżuję palców. Usłyszałam trzask zamka i pchana przez Bartmana, na oślep zrobiłam niepewny krok przed siebie. Moje buty ślizgały się nieco po wykafelkowanej podłodze, ale mimo moich pisków i próśb, Zbyszek nie zamierzał odsłonić mi oczu. Zamknął za nami drzwi i wprowadził mnie do wnętrza pomieszczenia, zatrzymując się gwałtownie, aż cofnęłam się o pół kroku.
- Nie spanikuj – szepnął mi na ucho. Odjął dłoń od mojej twarzy. Zamrugałam kilka razy, jakbym chciała przywrócić sobie ostrość widzenia i nagle, w ułamku sekundy, gdy tylko zobaczyłam co się dzieje, odskoczyłam z piskiem w tył. Bartman jęknął głucho, gdy wbiłam mu łokcie w brzuch. Złapał mnie za ramiona i mocno wgniótł palce w moją skórę, za wszelką cenę starając się mnie utrzymać w jednym miejscu.
- Zwariowałeś? - Jęknęłam, czując jak fala przerażenia zaczyna rozpływać się po moim ciele niczym narkotyk. Paraliżowała moje zmysły, nastawiając organizm na ucieczkę. Zamknęłam oczy, modląc się, by to wszystko zniknęło, gdy znowu rozchylę powieki. Policzyłam szybko do pięciu i gwałtownie otworzyłam oczy. Niestety, nie zadziałało, a ja jeszcze mocniej wbiłam się w tors siatkarza. Cała podłoga, szafki i szerokie podwyższenie, w którym zatopiona była ogromna wanna usiane były zapalonymi świeczkami. Pomarańczowe języki ognia migotały dookoła mnie, zlewając się ze sobą w jedną, jasną plamę. Poczułam gorąc buchający od lightów i większych świec, zapach płynnego wosku i drażniący dym, gdy gwałtownym ruchem ręki przypadkowo zgasiłam jedną z najmniejszych lampek.
- Uspokój się – usłyszałam nad uchem. Łzy napłynęły mi do oczu.
- Zbyszek, to nie jest śmieszne – jęknęłam. - Wypuść mnie stąd – zacisnęłam powieki, szarpiąc się w jego uścisku. Nieprzyjemne wspomnienia zalewały mi głowę. Znowu byłam małą dziewczynką z dwoma mysimi ogonkami, skuloną w rogu łóżka. Czekającą, aż ogień pożre ją razem z resztą jej pokoju. Czekającą, aż ten koszmar się skończy.
- Hej, hej! - Krzyknął głośno, gdy zaczęłam się rzucać. Złapał mnie boleśnie za ramiona i obrócił twarzą w swoją stronę, pochylając się ku mnie. - Chcę ci pomóc.
- Nie chcę.
- Ale ja chcę w spokoju zjeść z tobą kolację przy świecach – warknął, wchodząc mi w słowo. Otworzyłam szeroko oczy i popatrzyłam na niego zdumiona. - Czego się boisz? To tylko świeczki, nie otwarty ogień. To są małe lighty.
- Nawet nie zauważysz kiedy wszystko zajmie się ogniem – wyplułam z jadem, kuląc ramiona. W panice rozglądałam się dookoła, szukając dogodnego miejsca do ucieczki. Wydawało mi się, że ściany całkiem sporej, białej łazienki zbliżają się ku mnie, zsypując wszystkie świecidełka w moją stronę. Zrobiło mi się duszno.
- Francesca, rozejrzyj się – stanowczy głos przede mną z trudem przebijał się do mojego sparaliżowanego strachem umysłu. - Co się ma zapalić? Kafelki?
Przełknęłam głośno. Niemrawo otworzyłam jedno oko, potem z zaskoczeniem zrobiłam to samo z drugim. Nieco pewniej rozejrzałam się wokół. Poza szafkami i wanną pełną wody, w pomieszczeniu nie było kompletnie nic. Nawet niewielkie okno zostało pozbawione zasłonki.
- Kazałem wszystko wynieść. Nawet jeśli jakaś świeczka się przewróci, to zgaśnie od zimnej podłogi. Nic ci się tu nie stanie.
- Ale…
- Zamknij oczy.
- Nie – ucięłam krótko. Bałam się pomysłów Bartmana. Odkąd go poznałam uważałam, że brak mu pewnych instynktów, że jest szalony, ale w tamtym momencie, w moim mniemaniu, brakowało mu wszystkich klepek – nie tylko piątej. Nie zamierzałam pozbawiać się jedynej kontroli, jaką miałam. - Zbyszek, to bardzo piękne, że chcesz mi pomóc z moim problemem, ale nie. Nie zamknę oczu, nie dam się prowadzić między zapalonymi świeczkami, nie położę się między nimi ani nie zrobię niczego… - zasłonił mi usta ręką, zniecierpliwiony.
- Skoro ja mogę mówić do kamienia, ty możesz wziąć kąpiel przy świecach – jego głos był twardy, choć pełen troski. Niski i przyjemny, mrukliwy, ale pełen wyższości. Nie znoszący sprzeciwu. Błądziłam wzrokiem po wysokich ścianach, starając się przekonać samą siebie, że nic mi nie będzie. W końcu gdyby Zbyszek chciał mojej krzywdy, nie narażałby życia, żeby wyciągnąć mnie z płonącego budynku. Zagryzłam mocno wargę i złapałam go za rękę, jakbym chciała dodać swoim słowom mocy.
- Pod jednym warunkiem. Wejdziesz do tej wanny ze mną – oznajmiłam, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Zbyszek uniósł kącik ust do góry i puścił moje ramiona, dłonią wskazując przed siebie, jakby przepuszczał mnie w drzwiach. Przełknęłam głośno, podchodząc do niewielkiego podwyższenia. Ociągając się, zdjęłam buty i odsunęłam je w bezpieczny kąt.
- Pomóc? - Zagadnął, odgarniając mi włosy z pleców, żeby odpiąć guzik sukienki. Pokręciłam głową na nie. Dość sprzecznych emocji buzowało mi pod skórą, wystarczająco mocno się trzęsłam. Nie potrzebowałam dodatkowych bodźców wytrącających mnie z równowagi. Nie byłam w stanie mówić, ciężko mi się oddychało. Usilnie starałam się skupić wzrok na spokojnej wodzie, nie zerkać w kierunku błyskających płomyczków, ale nawet mimo silnej woli jaką dysponowałam, moje spojrzenie co rusz uciekało w nieodpowiednim kierunku.
Niespodziewanie usłyszałam plusk i z zaskoczeniem zerknęłam w bok. Zbyszek zsuwał się właśnie po ściance wanny, zatapiając się w wodzie po samą brodę z błogim uśmiechem na ustach.
- No chodź – wymruczał, zerkając na mnie z ukosa. Zacisnęłam usta w wąską linijkę i powoli pokiwałam głową, patrząc na niego niepewnie.
Nie wiem, co mi się stało. Jeszcze nigdy nie czułam się tak głupia, zawstydzona, nieatrakcyjna i przerażona jednocześnie. Bartman westchnął ciężko, po czym zasłonił oczy dłonią w nieco teatralnym geście. Zaśmiałam się krótko. Tyle wystarczyło, by utrzymujące się między nami napięcie opadło. Widziałam, jak Zibi rozluźnia ramiona i rozchyla palce, żeby jednak dostrzec choć skrawek mojego nagiego ciała. Ośmielona jego swobodą, rzuciłam mu na głowę sukienkę i nie zwracając uwagi na jego pełne oburzenia fuknięcia, ściągnęłam z siebie bieliznę. Nie minęła nawet minuta, jak skuliłam się w wannie naprzeciwko Bartmana. Ciepła woda przyjemnie obmywała moje zmęczone, napięte ciało, ale nie potrafiłam wynieść z tego żadnych korzyści. Nie czułam się pewnie, wręcz przeciwnie. Zostałam pozbawiona jakiejkolwiek ochrony, zamknięta w pomieszczeniu pełnym drobnych ogników, nago, w wannie z człowiekiem, którego jeszcze dzisiejszego ranka chciałam rozszarpać gołymi rękoma. Mało komfortowa sytuacja, sami przyznacie.
- Wystarczy, że raz machniesz ręką i zgasisz pół podłogi – Zbyszek spróbował zażartować, ale ja ciągle byłam spięta. Pokiwałam tylko głową, nawet na niego nie patrząc. Westchnął z irytacją. - Dość tego. Chodź.
Złapał mnie za kostkę i pociągnął ku sobie. Pisnęłam zaskoczona, ale nim zdążyłam stracić równowagę i schować się pod wodą, już siedziałam na piętach, między nogami siatkarza. Trzymał moje barki, jakby chciał, żebym utrzymała prawidłową sylwetkę.
- Zamknij oczy – powtórzył, tym razem o wiele spokojniej. Zrobiłam to, bo choć nie chciałam przystawać na pomysły Bartmana, stulenie powiek dawało mi nikłe ukojenie. - Weź głęboki oddech.
Wzięłam. Drżący, głęboki, pełen paniki oddech. Było mi duszno. Zacisnęłam powieki, aż zobaczyłam pod nimi wielobarwne iskry.
- Skup się na tym, co czujesz. Nie na tym, co pamiętasz. Nie dysz. - Skarcił mnie. - Uspokój się.
Łatwo ci, do cholery jasnej, powiedzieć…
- Co czujesz? - zapytał, dłońmi błądząc po mojej odkrytej skórze. Strugi ciepłej wody spływały po jego palcach na moje ciało. Czułam na sobie jego wzrok. Otworzyłam usta, ale nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. O co pytał? O mój strach? O fizyczność? O to, co czuję do niego…? Westchnął poirytowany, gdy kolejną minutę wypełniła nam cisza, po czym przyłożył obie dłonie do moich zimnych ze strachu policzków. Jego dotyk palił mi skórę.
- Jakie są moje ręce?
Zmarszczyłam brwi.
- Duże, silne, szorstkie od pracy – zaczęłam wymieniać – ciepłe…
- Stop! Dobrze, ciepłe – powiedział zadowolony, lekko zduszonym głosem. Zadrżałam w niekontrolowany sposób. Znałam ten ton... Zbyszek przysunął się bliżej, zsuwając dłonie na moją szyję. Chlupot wody zwiastował mi, że szuka sobie dogodniejszego miejsca. Oparłam dłonie o jego umięśniony tors, ciągle nie otwierając powiek. Nie chciałam, żeby nagle wstał i zostawił mnie w tej „płonącej” łazience całkiem samej. Zbyszek wsunął jednak nos w moje włosy, po chwili wydmuchując powietrze przez usta. Ciepły strumień objął moją twarz od skroni po żuchwę, wywołując drobne dreszcze na moich plecach.
- Twój oddech też jest ciepły – oznajmiłam, bo myślałam, że tego właśnie oczekuje. Usłyszałam jego śmiech. Po chwili poczułam jego twarz tuż przy swojej. Mój oddech stał się cięższy, serce mocniej biło o mostek.
- A teraz? - Zapytał, całując subtelnie moje wargi. Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo zaraz mocniej wpił mi się w usta. Od jego ciała bił gorąc, potęgowany jeszcze przez ciepłą wodę i ogólny zaduch utrzymujący się w łazience. Jęknęłam ciężko. Błądził dłońmi po moim ciele coraz odważniej, bawił się moim językiem, przysuwał moje ciało do swojego, a ja coraz bardziej traciłam wątek. Kręciło mi się w głowie.
- Robisz to specjalnie – wydyszałam, gdy wbijał mi zęby w wargę, ciągnąc za nią lekko. Rozchyliłam z trudem powieki, odnajdując jego zamglony wzrok.
- Być może – wychrypiał, odsuwając się lekko. Popatrzyłam na niego w niezrozumieniu.
- Cały jesteś ciepły – mruknęłam, czując obfite rumieńce na policzkach. - Nie rozumiem tylko pointy…
- Człowiek ma jedną magiczną zdolność: może kontrolować praktycznie wszystko. Tak samo, jak możesz kontrolować mnie, moje ruchy, czasami uczucia przez swoje własne słowa i zachowania, tak możesz kontrolować ogień. Pożar to sytuacja ekstremalna i to nic złego czuć respekt przed żywiołem, ale takiego maleństwa – wziął do ręki świeczkę i nagle zgasił knot dwoma palcami, aż jęknęłam cichutko – nie ma sensu się bać. Tym bardziej, że czasami warto taki płomyczek pielęgnować – mruknął dużo ciszej, ledwie słyszalnym głosem, a mnie dech zaparło w piersi. Więc o to chodziło? Po to ta szopka? Nie tyle po to, żeby uświadomić mi, że świeczka mnie nie zabije (jakkolwiek idiotycznie to brzmi), ale żeby on w swój pokrętny sposób mógł powiedzieć, że mu na mnie zależy?
- Zibi…
- Przepraszam. Nie chciałem, żebyś źle się ze mną czuła, po prostu nie umiem przyznać się do zmian. Nie chciałem słuchać bzdurnych komentarzy chłopaków, ich docinek i żartów rodem z gimnazjum, ale chyba i tak się przed nimi nie uchronię, więc… powiem im. Przyznam chłopakom, jak jest naprawdę. Przyjdę jutro do Ignaczaka i powiem mu.
- Tak nagle zmieniasz zdanie? - Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.
- Bo jest mi dobrze z tobą.
- Zbyszek… - bąknęłam zdumiona.
- Ja już prawie ten płomień zdusiłem i to pewnie nie raz. Teraz się przed tobą korzę – mruknął nieusatysfakcjonowany, krzywiąc usta w grymasie. - Od ciebie zależy, czy z tego będzie pożar, czy jednak płomień zgaśnie w oczach – wychrypiał, palcami niepewnie muskając moje udo. Patrzył mi w oczy. Widziałam w nich tę niebezpieczną iskrę, która w jednym momencie potrafiła zmrozić mi krew w żyłach, by w kolejnym pożądanie przekroczyło wszelkie normy. Zadrżałam delikatnie pod jego subtelnym dotykiem. Nagle uświadomiłam sobie, że od wypadku w moim starym mieszkaniu nawet na chwilę nie zbliżyłam się do Zbyszka. Przez głowę przemknęła mi myśl, że może właśnie dlatego Bartman zachowywał się w taki, a nie inny sposób na weselu kolegi. Może nieświadomie dałam mu jakiś dwuznaczny sygnał? Może niechcący sprawiłam, że Zbyszek poczuł się niepewnie i odebrał moje zachowanie nie jako chęć odpoczynku, poukładania w głowie pewnych spraw i zwykły, ludzki strach, a jako niechęć, zmianę zdania co do naszego... „związku”.
Pokręciłam gwałtownie głową. Pochyliłam się nad nim i po prostu pocałowałam go z całej siły. Bo chciałam jego, chciałam z nim być, nawet jeśli był bardziej popierdolony niż ustawa przewiduje.

- Hmm, Zibi, jest środek nocy – wybełkotała, mocniej obejmując poduchę ramieniem. Uśmiechnąłem się półgębkiem, palcami rysując wzory na jej nagich plecach.
- Więcej nie będziemy się kochać na podłodze wyłożonej kafelkami – wymamrotałem, walcząc z ziewnięciem. Francesca uniosła głowę, niemrawo zerkając przez ramię w moim kierunku. Od dobrej godziny była zawieszona w półśnie, a ja za nic nie chciałem przestać jej dotykać, całować, patrzeć na nią. Nie chciałem, żeby ta noc się kończyła, bo było mi po prostu, kurwa, za dobrze.
- Co proszę?
- Będziesz miała siniaki – mruknąłem niepocieszony, mocniej naciskając wystającą łopatkę Franceski palcem. Usłyszałem jej poirytowane westchnienie i zaraz pościel zaszeleściła w nocnej ciszy. Kruś przekręciła się na drugi bok, podciągnęła się ku mnie i objęła lekko mój tors, układając się wygodniej.
- Idź spać.
- Martwię się o ciebie, a ty mnie zbywasz? Jutro będziesz miała pretensje, że bolą cię plecy, a ja się tym nie interesuję i się znowu pożremy.
- Bartman, jak się nie zamkniesz w pięść sekund, to cię zaknebluję jak świnię jabłkiem – warknęła groźnie. Popatrzyłem na nią z góry ze szczerym zdumieniem.
- Chora kobieta.
Uśmiechnęła się leciutko.
- Twoja kobieta – sparowała. Przewróciłem oczami z uśmiechem. Zawsze musiała mieć ostatnie słowo. Pogłaskałem ją po głowie, palcami rozczesując kilka pasemek czarnych włosów i sam przyłożyłem w końcu głowę do poduszki.
- Śpij już – szepnąłem, lustrując jej ciało uważnym spojrzeniem. Blask księżyca wpadał do apartamentu przez niezasłonięte okno. Noc była bezchmurna; miałem wrażenie, że gdzieś w pokoju pali się dodatkowa lampa, której zapomniałem wyłączyć. Westchnąłem ciężko i starając się przestać myśleć o tym, jak ciężka przeprawa z Ignaczakiem czeka mnie zaledwie dwanaście godzin w przód, ziewnąłem głośno. Jakbym chciał zaanonsować samemu sobie, że oto nadeszła pora udać się na spoczynek.
Poczułem, jak Francesca mocniej wtula się w moje ciało i westchnąłem ciężko. Nie to, żebym nie lubił, gdy była blisko, ale wszystko miało swoje granice… a ona zaczęła je przekraczać już dawno temu. Spróbowałem uspokoić wyuczony odruch ucieczki i odsunąć ją na kilka, góra kilkanaście centymetrów. Już miałem delikatnie odsunąć się w tył, gdy nagle Kruś postanowiła zaburzyć cały mój spokój, światopogląd, zniszczyć moje czyste dotąd sumienie i jeszcze pozbawić mnie chęci na sen w ułamku sekundy.
- Kocham cię – wybełkotała niewyraźnie, z policzkiem przyklejonym do mojego ramienia. Wszystkie moje mięśnie napięły się niczym struna. Zastygłem w bezruchu, wpatrując się tępo w biały od księżycowej poświaty sufit. Dopiero po krótkiej chwili uprzytomniłem sobie, że nadal powinienem oddychać. Powoli nabrałem powietrze w płuca, po czym wypuściłem je głośno przez nos, starając się nie wykonywać przy tym zbędnych, gwałtownych ruchów. Wziąłem jeszcze jeden oddech, czekając aż w głowie poczuję nieprzyjemne pulsowanie. Znak, że jestem gotowy do ucieczki. Czekałem, aż ciało zacznie wysyłać mi sygnały, które dobrze znałem, ale bezowocnie. Po moim wnętrzu nieoczekiwanie rozlało się przyjemne, delikatne ciepło. Rozluźniłem się. Uniosłem kącik ust ku górze, mocniej obejmując Francescę. Oddychała spokojnie, nieświadoma tego, co powiedziała. Przytuliłem policzek do jej głowy, nadal trochę niepewnie i zaciągnąłem się jej zapachem. Woń lawendowego szamponu do włosów przyjemnie koiła zmysły.
Uśmiechałem się. Naprawdę szczerze się uśmiechałem, moje serce biło jakiś nieznany mi rytm. Pocałowałem Fran w skroń, przymykając znużone powieki. Przez krótką, bardzo krótką chwilę chciałem jej odpowiedzieć, ale w porę zdałem sobie sprawę, że ona i tak już mnie nie usłyszy. Spała jak zabita. Czy wówczas mówienie tych dwóch słów, tak ważnych dla będących ze sobą ludzi, miało jakikolwiek sens?

~  *  ~


Co to będzie, co to będzie? Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.
Czekam na Wasze przypuszczenia! ;)

EDIT: Nie wyjaśniłam, zapomniałam, przepraszam! Jeśli chodzi o * przy kłótni Zbyszka i Fran - nie wiem, czy pamiętacie, jak na jednej z pierwszych sesji Francesca zabrała naszego bohatera na zajęcia z koszykówki? Wtedy się założyli - jeżeli Francesca wygrałaby mini-mecz, wówczas Zbyszek miał zabrać ją na jakąś zabawę, imprezę. Cóż, wygrała. Zibi wykorzystał to na weselu Piotrka.

10 komentarzy:

  1. Już myślałam że Fran ucieknie na tym mieszkaniu, później myślałam że ucieknie z hotelu a ona nie no! :D Zibi ją kocha, ona kocha Jego, a Igła nie da im żyć. Będą jednak i tak szczęśliwi pomimo Igły bo się kochają! Tak będzie, nie może być inaczej, byłabyś bez serca jakby było inaczej! :D perspektywy jak zawsze na medal, no i rozdział oczywiście też nieprzewidywalny ale na zdecydowany plus :) do następnego! Doczekać się nie mogę! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego Fran miałaby uciec z mieszkania? To jej dom, raczej wywaliłaby Zbyszka ;)

      Usuń
  2. nadrobiłam i klęczę błagając o wybaczenie. przyznam szczerze, że trochę mi szkoda, że zbliżamy się do końca. jednak to, co dzisiaj zrobił Zbyszek pokazało mi jak on się zmienił przez te wszystkie rozdziały, od samego początku. wtedy, gdy byli nad morzem, bawił się ogniem, widział strach Fran jednak bawiło go to. teraz chce jej pomóc, bo mu zależy. to dobrze. Ewa zawsze będzie w jego pamięci, jednak Fran jest teraz, z nim. to piękne, naprawdę ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybaczam. :P
      Zmienił się, to fakt. Przynajmniej po części.

      Usuń
  3. OMG!
    Na początek skomentuję początek. Tyle przekleństw jeszcze nie widziałam 😂 (nie czepiam się, ale to takie nietypowe w twoich opowiadaniach, nie mam tego ci za złe, wiem że to było potrzebne).
    Ta kłótnia była słuszna. Skoro są razem to chyba jasne (dla Zbyszka oczywiście nie) że trzeba ją przedstawić znajomym! Zakład? Przegiął i ja na miejscu Franki tak szybko bym nie wybaczyła.
    Potem było coraz lepiej. Nie wiedziałam że ze Zbyszka jest taki bądź co bądź romantyk! Po pierwsze chciał pomóc France i te świeczki były świetnym pomysłem (pomyślał nawet żeby wynieść zasłony! WOW). Po drugie te jego monologi 😍
    Zbyszek się zmienił. Widać to. Zaczęło mu naprawdę zależeć. Choć myślałam że jednak ucieknie na końcu, on został. Co więcej! On też ją kocha... 💖

    Spodobał mi się ten rozdział. Bardzo bardzo! Według mnie najlepszy!
    Kobieto! Skąd ty bierzesz takie złote myśli? Bo inaczej nie umiem tego nazwać? Takie piękne te dialogi wyszły że rozpływam się nad nimi 💕

    Dowaliłaś dziś tym tekstem: ,,Bo chciałam jego, chciałam z nim być, nawet jeśli był bardziej popierdolony niż ustawa przewiduje." Wygryw!!!

    Poza tym spodobał mi się ten moment: ,,Człowiek ma jedną magiczną zdolność: może kontrolować praktycznie wszystko. Tak samo, jak możesz kontrolować mnie, moje ruchy, czasami uczucia przez swoje własne słowa i zachowania, tak możesz kontrolować ogień. Pożar to sytuacja ekstremalna i to nic złego czuć respekt przed żywiołem, ale takiego maleństwa – wziął do ręki świeczkę i nagle zgasił knot dwoma palcami, aż jęknęłam cichutko – nie ma sensu się bać. Tym bardziej, że czasami warto taki płomyczek pielęgnować." Ja się tylko pytam skąd bierzesz pomysły na takie teksty? Takie mądrości życiowe?! Nie mów że z życia! To niepowtarzalny talent!

    I jeszcze jeden fragment przy którym się wyruszyłam: ,,Ja już prawie ten płomień zdusiłem i to pewnie nie raz. Teraz się przed tobą korzę – mruknął nieusatysfakcjonowany, krzywiąc usta w grymasie. - Od ciebie zależy, czy z tego będzie pożar, czy jednak płomień zgaśnie w oczach." Zbysiu kocham cię! I ciebie Kochana też! Tyle wzruszeń co przeżyłam w tym rozdziale... Nie da się zliczyć. W ogóle tak dawkujesz emocje! Wow, wow, wow!

    A na koniec może moje małe podejrzenia. Zbyś i Fran nie będą razem. Chciałabym ale nie. Zbyszek zmienił się, na lepsze oczywiście. Fran uczy go miłości i w ogóle ale to nie będzie to. Chcę się mylić ale to jest trochę nieowzajemniona miłość Fran. Chcę usłyszeć (a raczej przeczytać) że Zbyszek wyznaje jej miłość. Bez tego nie uwierzę w jego uczucia.
    Szkoda mi Franki, jej zakochania ale czuję że zostanie ona tylko przyjaciółką bądź psychologiem Zbyszka. Zaraz wyjedziesz nam z jakimś romansem xd i wszystko sie posypie. Brakuje mi walki o nią przez Zbyszka. Powinien pojawić sie jakiś facet w jej życiu. Może wtedy zaczął by działać a nie tylko pólsłówkami zaspokajać Fran?

    No kurde! Nie wierzę w happy end! Zbyszek musiał coś nabroić! Nie mógł zmienić się aż tak bardzo! xD
    Jestem ciekawa jego reakcji jeśli Fran byłaby w ciąży. Co zrobi? I czy pogodzi się z rodzicami? (Bo nie utrzymuje z nimi kontaktu, tak? Skleroza...)

    Piękny rozdział! Uwierz na słowo lub nie ale to będzie mój ulubiony tutaj. Nie chcę końca ale pocieszam się myślą, że to się skończy a zacznie się kolejne cudo więc nie będzie tak źle.
    Jeszcze raz: świetny rozdział. Masz talent do pisania i błagam: nie przestawaj pisać!

    To do zobaczenia pod następnym rozdziałem! Pozdrawiam! :)
    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wystarczy pooglądać stare, polskie filmy xD
      Jestem ciekawa Twojej jutrzejszej reakcji, naprawdę :P

      Usuń
  4. Przyznam, że Zbyszek mimo ewidentnych starań, zwłaszcza w drugiej części rozdziału, nie do końca mnie przekonuje. Niby nic Fran nie obiecywał, ale swoją postawą dał jej nadzieję. Niestety pojawia się wątpliwość, czy będzie w stanie zapewnić jej to, czego ona potrzebuje. Czas podjęcia wiążącej decyzji zbliża się nieubłaganie i wygląda na to, że w związku z tym Bartman odczuwa narastającą presję. Szczególnie zaniepokoiło mnie jedno zdanie, sugerujące, że Zibi nie do końca robi to, czego chce, ale to, co uważa za właściwe. W towarzystwie Fran jest mu naprawdę dobrze, czuje, że coś w jego życiu zmienia się na lepsze, ale jednocześnie gdzieś czai się też lęk przed odpowiedzialnością i utratą niezależności. Zjeść ciastko i mieć ciastko? No właśnie.
    Fran miała prawo zezłościć się na Zbyszka, bo patrząc z jej perspektywy, została potraktowana jak produkt niższej kategorii. Okej, dała mu czas, pozwoliła podjąć próbę, ale sytuacja się zmieniła. Kruś coraz bardziej pragnie stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa, ciepła i zrozumienia - słowem, chce mieć pewność. Z drugiej jednak strony, od początki wiedziała, na co się pisze i miała świadomość, że istnieje pewien współczynnik ryzyka. Ich relacja zabrnęła jednak na tyle daleko, że każda decyzja Bartmana, inna od tej, której oczekuje, złamie jej serce. No i co to będzie? ;)
    Pozdrawiam :)
    PS. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o moim ulubionym fragmencie rozdziału - oswajaniu strachu Fran przed ogniem. Myślę, że Zbychu zarobił sporo punktów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się. Jesteś czujna :>.
      Cóż, dużo jest kwestią niedomówień, niedopowiedzeń między tą dwójką. Żadne nie artykułuje, czego faktycznie pragnie, nie rozmawiają ze sobą o wspólnej przyszłości (zdaje mi się, że to typowy błąd w wielu rodzinach, związkach, znajomościach...), a kiedy czara się przelewa - wybucha kłótnia. Oboje się boją, siebie samych i siebie nawzajem.

      Usuń
  5. Jakoś nie mogę się opędzić od wrażenia, że ta cała romantyczna eskapada jest bardziej wymuszona niż spontaniczna. Podczas czytania parę razy przeszło mi do głowy, że Zbyszek robi to dla świętego spokoju, żeby zachować póki co status quo, bo jest mu z Fran dobrze i nie chce tego psuć. Ale czy aby na pewno dojrzał do związku, takiego, który wymaga czegoś więcej od obu stron? Śmiem wątpić. Szczególnie, po końcówce. Wymówki, wymówki - czy warto wyznawać miłość śpiącej? A może trudno powiedzieć coś czego się tak naprawdę nie czuje?
    Oczywiście, jedynie hipotezy, bo znając Twoje możliwości, po tym opowiadaniu spodziewać można się dosłownie wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.