BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

6 sty 2017

Fobia dwudziesta pierwsza


Zbyszek siedział po mojej prawej. Palcami jednej dłoni wystukiwał nerwowy rytm o samochodowe drzwiczki. Kciuka drugiej ręki natrętnie obgryzał ze skórek. Patrzyłam na niego z cieniem uśmiechu, zastanawiając się, jakich to niewybrednych słów używa w myślach pod moim adresem.
- Patrz na drogę – wybełkotał niewyraźnie, nie odsuwając palców od ust. Ściągnął groźnie brwi, ale nie zaszczycił mnie najkrótszym spojrzeniem. Cały czas wpatrywał się w przestrzeń rozpościerającą się przed przednią szybą auta. Uśmiechnęłam się szerzej i przeniosłam wzrok w to samo miejsce, pewniej łapiąc kierownicę.
Jego nerwowość miała dwie przyczyny. Po pierwsze, prowadziłam jego wóz. Jedno z trzech, lśniących cudeniek ciągle pachnących nowością. Jego ukochane auto, za które dał tyle pieniędzy, że wstyd mi to powtórzyć na głos. Czarny lakier karoserii odbijał promienie słońca, a ja z trudem powstrzymywałam szeroki uśmiech, gdy widziałam swoje odbicie w szybach mijanych po drodze sklepów. Gdyby jeszcze trzy miesiące temu ktoś powiedział mi, że będę mknąć po trasie za kierownicą najnowszego audi w typie kabrioletu, wyśmiałabym go. Bartman zresztą pewnie zrobiłby to samo. Widziałam, jak zaciskał palce na drzwiczkach, gdy wyprzedzałam piszczącego ze starości poloneza; jak mocno zamykał oczy, kiedy ruszałam z miejsca po zmianie świateł sygnalizacji. Jak ciężko oddychał, gdy mocniej dociskałam pedał gazu, a spod maski wydobywał się charakterystyczny warkot. Swoją drogą, zaczynałam rozumieć, dlaczego faceci tak strasznie jarają się samochodami. Ten dźwięk był naprawdę… piękny, na swój sposób.
- Powiedz mi gdzie jedziemy – jęknął, zsuwając się nieco po swoim fotelu.
- Nie.
To był drugi czynnik wyprowadzający Zbyszka z równowagi. Ja. Albo raczej: mój pomysł. Odkąd zamieszkałam z nim po wypadku, ciągle powtarzał mi żebym czymś się zajęła. Pojechała na zakupy, wróciła do pracy, poszła z Kaśką na kawę albo chociaż poszukała w internecie nowego mieszkania. Nie, nie chciał się mnie pozbyć. Po prostu widział jak się męczę, całe dnie chodząc po jego apartamencie w piżamie, gotując nam obiady i oglądając telewizję. Poza tym był świadomy, że nie zostanę z nim na stałe pod jednym dachem. I zdaję się, że sam nie miał na to ochoty.
Tamtego dnia, gdy wrócił z krótkiej porannej przebieżki, zastał mnie w salonie w białej koszuli, którą mu podwędziłam, czarnej spódnicy do połowy uda, którą sam mi kupił i w szpilkach, które pożyczyłam od Kaśki. Od progu oznajmiłam mu, że przez kilka najbliższych godzin znowu jestem jego psychoterapeutą. Nie kochanką, nie kobietą. Psychologiem stojącym z boku; człowiekiem, który chce mu pomóc. Trzeba było widzieć jego minę: czyste przerażenie w oczach. „Kazałeś mi się czymś zająć” bąknęłam niepewnie, kiedy już myślałam, że Zbyszek zacznie się awanturować. Ale on o dziwo przetarł włosy ręcznikiem i wzruszył ramionami, prosząc mnie o dziesięć minut na prysznic. Większym problemem okazało się namówienie go, by oddał mi kluczyki do audi, ale gdy w końcu jasno dałam mu do zrozumienia, że nie podam mu celu naszej podróży, dał za wygraną. Choć panikował, ilekroć zbliżałam się do krawężnika, innego samochodu, przejścia dla pieszych czy rowerzysty.
Nie mogłam mu oddać kierownicy. Musiałabym mu powiedzieć, dokąd jedziemy, a wtedy albo zrobiłby mi karczemną awanturę, albo pojechałby w zupełnie innym kierunku, później zgrabnie udając, że pomylił trasę. Nie, nie chciałam się bawić z Bartmanem w podchody.
Nie mieszkaliśmy ze sobą długo, ledwie półtora tygodnia. Przez ten czas zdążyłam jednak zauważyć, jak ciężko Zbyszek znosi każdą noc. Teraz już rozumiałam, dlaczego swego czasu zdecydował się na branie tabletek nasennych. Gdy pierwszej nocy zerwał się z łóżka z krzykiem, o mało nie zleciałam z materaca na zimne panele. Nie wiedziałam co się dzieje. Zbyszek był niezdrowo pobudzony; drżał na całym ciele, choć po jego twarzy spływały grube krople słonego potu. Mimo szeroko otwartych oczu, jego źrenice miały wielkość łepka od szpilki. Nie pozwalał się dotknąć i mamrotał coś niezrozumiałego pod nosem. Wtedy pomyślałam, że po prostu przyśnił mu się jakiś koszmar. Ot, normalna rzecz, która zdarza się każdemu. Przyniosłam mu nawet szklankę mleka, a potem kazałam iść spać. Bo nie sądziłam, że to coś poważniejszego. Ale Bartman budził się z krzykiem każdej kolejnej nocy. Za każdym razem tak samo przerażony, spocony i oderwany od rzeczywistości. Dopiero, gdy zagadnęłam go przy śniadaniu, co się dzieje, przyznał co mu się śni. Ciągle widział zakrwawioną twarz Ewy, moment wypadku. Ciągle mamrotał pod nosem, że to była jego wina. A ja za każdym razem, gdy to słyszałam, czułam ból, bo rosło we mnie poczucie bezradności. Nie wiedziałam jak mu pomóc, aż w końcu do głowy przyszła mi chyba najprostsza z możliwych rzeczy.
  Którejś nocy zmusiłam zmęczone oczy do wytężonej pracy; czytałam na siłę jakąś głupawą komedię romantyczną w łóżku, co chwilę powtarzając Zbyszkowi, żeby sobie nie przeszkadzał i w końcu poszedł spać. Za każdym razem mówiłam, że zaraz skończę, że chcę doczytać tylko jedną stronę. Wytrwale powtarzałam kłamstwa każdego mola książkowego, aż w końcu Bartman sam przekroczył progi Morfeusza. Wtedy wyłączyłam lampkę nocną i położyłam się przodem do niego, uważnie lustrując każdą zmianę w sylwetce siatkarza. Specjalnie czekałam, aż zacznie się wiercić w łóżku. Patrzyłam, jak na jego czoło wstępują pierwsze krople potu, a on sam rzuca głową na poduszce, zaciskając powieki, żeby tylko odgonić senne mary. Wtedy, niewiele myśląc, przysunęłam się do niego i przytuliłam. Głaskałam go po włosach szepcząc uspokajające słówka na ucho, przytulałam jego głowę do swojej piersi, okrywałam szczelniej lekką kołdrą. Może to było głupie, bo nie miałam pewności, że metody jakie w dzieciństwie stosowała na mnie babcia, podziałają na dwudziestodziewięcioletniego mężczyznę. Tym bardziej, że mnie przerażał niebieski potwór spod łóżka, karmiący mnie brukselką, a Bartman cierpiał w nocy prawdziwe katusze. Zbyszek jednak okazał się być bardziej podatny na bliskość drugiego człowieka, niż można by przypuszczać po jego wcześniejszym stylu życia. Uspokoił się po niecałych pięciu minutach, później objął mnie w pasie przez sen i do białego rana nic nie wytrącało go z równowagi.
Od tamtej pory każda moja noc wyglądała tak samo. Budził mnie już jego najmniejszy ruch, a wystarczyło wtulić się w jego tors, żeby zasnął spokojnym snem. Pomyślałam jednak, że może warto rozprawić się z przyczyną problemu, zamiast ciągle stosować środki zaradcze.
Zbyszek wspomniał mi kiedyś, że nie był na pogrzebie Ewy. Nigdy nie dowiedział się, gdzie została pochowana, bo jej rodzice nie życzyli sobie, by się w tym miejscu kręcił. Z jednej strony byłam w stanie ich zrozumieć: stracili swoje ukochane dziecko, byli rozgoryczeni, przerażeni i obolali. W takich chwilach zawsze pojawiają się dwa pytania: „Dlaczego?” i „Co by było gdyby?”. Dlaczego to ona zginęła? Dlaczego właśnie nam odebrano dziecko? Co by było, gdyby nie Zbyszek prowadził to auto? Co, gdybyśmy nie pozwolili jej jechać? Dlaczego to nie on zginął? Byłam niemal stuprocentowo pewna, że mimowolnie obwinili Bartmana za swoją stratę. Może nawet go znienawidzili? Zrobili awanturę w szpitalu nastolatkowi, któremu – podobnie jak im – zawalił się świat. Wątpię, by w tamtej chwili myśleli o tym, że Zbyszek również kochał ich córkę i czuje się odpowiedzialny za cały wypadek. Wydawało mi się, że to właśnie ich oskarżenia tak mocno zakorzeniły się w głowie siatkarza. To oni mu powtarzali, że zabił ich córkę, dając sobie w ten sposób ulgę, ale niszcząc psychikę Zbyszka na wiele lat, jeśli nie na całe życie. Ja pomyślałam, że może próba jakiegoś pożegnania z Ewą będzie dla niego dobrą terapią. Wiedziałam, co usłyszę: jestem niewierzący, to głupie, nie będę rozmawiał z kamieniem. Miałam jednak nadzieję, że zaufa mi po raz kolejny i zrobi to, o co go poproszę.


Po dwóch godzinach jazdy Francesca wjechała na teren niewielkiej miejscowości, by zaraz zatrzymać samochód w zacienionym miejscu na długim, nieco zapuszczonym parkingu. Bez słowa zgasiła silnik, a ja wygrzebałem się na zewnątrz, sunąc wzrokiem wzdłuż wysokiego, betonowego muru ciągnącego się w lewą i w prawą stronę.
- I co? Gdzie żeś mnie przywiozła? - Bąknąłem, zerkając w stronę Kruś.
- Powinieneś kojarzyć to miejsce – powiedziała spokojnie, obchodząc samochód dookoła. - Rozejrzyj się.
Przewróciłem oczami.
Gdybym kojarzył, tobym nie pytał, tak?
Obróciłem się dookoła własnej osi i już miałem rzucić jakimś mało wybrednym komentarzem, gdy nagle poczułem jak krew odpływa mi z twarzy. Znałem to miejsce. Przede mną znajdował się duży skwer zieleni. Kilka rzadko posadzonych drzew tworzyło coś na kształt placu wokół starego, małego, białego kościoła. Jego czarny, drewniany dach tylko dodawał mu lat; wcale bym się nie zdziwił, gdyby okazał się dziurawy jak sito.
Mimo, że było naprawdę gorąco, a słońca nie przysłaniała żadna chmura, poczułem na skórze chłodny podmuch wiatru. Dreszcz wstrząsnął całym moim ciałem. Tak wiele razy widziałem ten teren w swoich koszmarach, że nie pomyliłbym go z żadnym innym miejscem. To tutaj zawsze znajdowałem martwą Ewkę; bladą, nieco ubłoconą, ale ubraną w najładniejszą sukienkę jaką miała. Nigdy nie rozumiałem, czemu śnią mi się takie rzeczy, skoro Ewa zginęła w wypadku. Owinięta wokół drzewa. Dlaczego akurat ten kościół?
- Gdzie my jesteśmy? - Zapytałem szeptem, nie odrywając wzroku od rozlatującej się świątyni. Gdy do moich uszu dobiegł dźwięk zamykanego z dużą siłą bagażnika, aż podskoczyłem w miejscu.
- W Chmielniku.
Drgnąłem dużo mocniej i z szeroko otwartymi oczami spojrzałem na Francescę. Uśmiechnęła się do mnie lekko, po czym spojrzała na kamienny mur okalający ogromną przestrzeń po naszej lewej.
- Tu Ją pochowali – powiedziała spokojnie, a mi serce stanęło w gardle. Zakrztusiłem się powietrzem, czując jak łzy zbierają mi się pod powiekami. Jeszcze raz rozejrzałem się dookoła, tym razem w panice i nagle prychnąłem pod nosem, osłaniając oczy dłonią. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem?! Tyle lat starałem się znaleźć jej nazwisko na tysiącach nagrobnych płyt w Warszawie, dlaczego tutaj nie przyjechałem?! Do rodzinnego miasta jej rodziców. Do miejsca, gdzie jeździła na wakacje. Do wioski, gdzie raz w życiu mnie zabrała, a ja, chłopak z wielkiego miasta miałem wtedy wrażenie, że jestem w zupełnie innym świecie. Kochała to miejsce, tyle razy mi o tym mówiła. Kurwa, dlaczego ani razu nie przyszło mi to do głowy…?
- Po co tu przyjechaliśmy? - Zapytałem zachrypniętym głosem. Nie dostałem odpowiedzi. Odjąłem rękę od twarzy i spojrzałem z góry na towarzyszącą mi Francescę, o mało nie mdlejąc z wrażenia. Trzymała w dłoniach mały, czerwony znicz i uśmiechała się ledwie widocznie, pokrzepiająco.
- Nie miałeś szansy się z Nią pożegnać.
Zmrużyłem gwałtownie oczy, napinając barki do granic możliwości.
- Pożegnać? - Prychnąłem. Kruś skinęła mi tylko głową. - Francesca, ja jestem niewierzący. Dla mnie nie ma czegoś takiego jak „życie po śmierci” - ofuknąłem ją, starając się nie wkurzyć, gdy usta szatynki wygięły się w pobłażliwym uśmiechu.
- Nie musisz wierzyć w Boga, żeby pokazać, że o Niej pamiętasz.
- Do tego nie muszę również palić lampek.
- To tylko symbol. Rozmowa pomaga, sam wiesz.
- Rozmowa?! - Pisnąłem niemęsko. - Co, mam gadać do kamienia?!
Kruś zaśmiała się mrukliwie i pokręciła głową, posyłając mi cierpliwy uśmiech.
- Masz porozmawiać z Ewą – powiedziała, patrząc mi w oczy. Dziwne uczucie ścisnęło moje serce. Zaskoczyło mnie, że użyła Jej imienia w mojej obecności. Poza tym mówiła do mnie w tak spokojny sposób, że miałem wrażenie, iż jest tylko postronnym obserwatorem. Szczerze mówiąc bałem się, że będzie zazdrosna o moją pamięć o Ewie, ale jak na razie zdawała się całkowicie to akceptować. Wsunąłem dłonie do kieszeni spodni i spojrzałem w bok, gryząc wargę.
- Ewy nie ma, Francesca – szepnąłem, na krótką chwilę przymykając oczy. Poczułem, że Kruś staje blisko mnie i szybko przeniosłem spojrzenie w jej kierunku, prawie potykając się o własne nogi. Wspierała się dłonią o moje ramię, stając na palce.
- Ona jest tu – powiedziała wyraźnie, palcem wskazującym stukając mnie między oczy, w nasadę nosa. Uniosłem wysoko brwi, szczerze zdumiony. Dopiero po kilku sekundach zrozumiałem, że Kruś chodzi o moje myśli. Była za niska, żeby stuknąć mnie paznokciem w czoło. Nagle opadła na całe stopy i całą dłonią dotknęła mojej piersi, na wysokości mostka. - I tutaj również – szepnęła, patrząc na swoje paznokcie, zamiast na moją twarz. Poczułem nieznośny skurcz w brzuchu. Chciałem zaprzeczyć, powiedzieć, że to tylko wspomnienie, ale gdy chciałem położyć dłonie na ramionach Franceski, odsunęła się ode mnie. - Po prostu to weź i idź się pożegnać – powiedziała, podając mi czerwony znicz. Obróciłem go niechętnie w dłoni.
- Ja nawet nie wiem jak to się robi – bąknąłem. Kruś westchnęła podirytowana.
- Prostujesz knot, podpalasz, chowasz świecę do środka i przykrywasz, żeby wiatr nie zdmuchnął płomienia – mruknęła.
- Nie mówię o zapalaniu znicza! - Ofuknąłem ją. - Nie wiem jak się rozmawia ze zmarłymi – powiedziałem przyciszonym głosem, jakbym się wstydził tego wyznania. Francesca wzięła się pod boki.
- Coś wymyślisz – oznajmiła mi. Obejrzałem się na cmentarz i westchnąłem przeciągle.
- To jest strasznie wielkie, minie z godzina zanim znajdę…
- Od głównego przejścia, trzeci po prawo, siódmy rząd – weszła mi w słowo. Znowu popatrzyłem na nią ze szczerym zaskoczeniem. - Zapalniczkę masz w kieszeni. Poczekam tu.
Skończyły mi się argumenty. Warknąłem coś dziwnego pod nosem, wznosząc oczy ku niebu i zacisnąłem boleśnie szczęki. Naciągnąłem kaptur na głowę i żwawym krokiem ruszyłem ku głównemu wejściu na cmentarz.
Im szybciej tam pójdę, tym szybciej będę miał to z głowy…
Nie rozglądałem się, pod nosem licząc rzędy identycznych, nagrobnych płyt. Na niektórych stały świeże kwiaty, inne popadały w ruinę. Po drodze minąłem może trzy osoby. Cisza, jaka panowała w tym miejscu przyprawiała mnie o gęsią skórkę.
Przełknąłem głośno. Miałem wrażenie, że nogi przyrosły mi do podłoża. Bałem się. To był irracjonalny strach, wiedziałem o tym, ale nie potrafiłem nad tym zapanować. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem na wąską ścieżkę pomiędzy nagrobkami. Bałem się, że przeoczę właściwy, ale biały grawer na czarnej płycie rzucił mi się w oczy od razu. Stanąłem przed wąską płytą pozbawioną jakichkolwiek lampek czy kwiatów i nagle poczułem, jak ucieka ze mnie energia; zupełnie jak z przekłutego balonika ucieka powietrze. Nagle i gwałtownie. Kolana zadrżały mi niebezpiecznie. Opadłem na białą ławeczkę, ciągle wpatrując się w ciąg liter. Miałem wrażenie, że dopiero teraz w pełni dotarło do mnie, że Ewy nie ma. Przełknąłem głośno, spuszczając wzrok na swoje dłonie, w których ciągle obracałem znicz.
- Nie ma pan zapałek?
- Proszę? - Bąknąłem niewyraźnie, nieco zbyt gwałtownie podnosząc głowę. Poczułem rwanie u podstawy czaszki. Nade mną stał przygarbiony, starszy mężczyzna, uśmiechając się ciepło. W dłoni trzymał paczkę zapałek.
- Nie ma pan zapałek? - Zapytał jeszcze raz ze szczerym uśmiechem. Miałem wrażenie, że moja twarz stała się czerwona niczym burak.
- Mam, mam – wybełkotałem, drżącą ręką wyciągając z kieszeni zapalniczkę. Pokazałem ją na otwartej dłoni nieznajomemu i uśmiechnąłem się słabo. - Zamyśliłem się – dodałem, jakbym potrzebował usprawiedliwienia. Mężczyzna nagle uśmiechnął się ciepło i położył mi zasuszoną dłoń na ramieniu.
- To dobrze, synu. To odpowiednie miejsce – powiedział, odchodząc w swoją stronę. Oniemiały, odprowadziłem go wzrokiem aż do końca alejki, gdzie przykląkł przy starym, szarym nagrobku. Z kieszeni marynarki wyjął mały bukiecik jakiś kwiatków i z czułością położył go na płycie. Poczułem dziwne ciepło w swoim wnętrzu. Czy on chciał mi pomóc? Chłopakowi, którego widział pierwszy raz w życiu? A może myślał, że przyszedłem obrabować cmentarz…? W końcu pewnie nie codziennie widywał tu rosłych facetów z kapturami na głowach.
Zamrugałem szybko i dość machinalnie podpaliłem knot świecy, po krótkiej chwili stawiając małą lampkę na środku nagrobka.
- Cześć – szepnąłem zachrypniętym głosem. Odchrząknąłem, splatając ze sobą palce obu dłoni i rozejrzałem się niepewnie dookoła. Jakoś nie chciałem, żeby ktokolwiek mnie słuchał. Zaśmiałem się nerwowo. - Nawet nie wiem, co mam ci powiedzieć – pokręciłem głową, patrząc na wykute w kamieniu litery, układające się w imię i nazwisko mojej ukochanej. - Że tęsknię? Tęsknie, kurwa, tęsknię jak cholera. Tylko, że to nic nie zmienia. Przecież nie wrócisz – zerknąłem na datę jej narodzin i poczułem jeszcze mocniejszy ścisk w klatce piersiowej, jakby ktoś założył mi na serce metalową obręcz. Dlaczego? - Gdybyś tu była, pewnie zrugałabyś mnie za ostatnie dziesięć lat życia, mam rację? - Zapytałem cicho, śmiejąc się gorzko. Piekło mnie pod powiekami. - Nie jestem dumny z tego, co robiłem, naprawdę. Wiesz, właściwie, to się tego wstydzę… ale nie umiałem sobie poradzić. Nadal nie umiem. Kurwa, tyle życia mieliśmy przed sobą, Ewka. Tyle chciałem ci pokazać – jęknąłem, zaciskając palce w pięści. Zabolały mnie kości. Po chwili wziąłem głęboki oddech, nakazując sobie spokój i znowu uniosłem wzrok. - Przynajmniej powiedziałem ci, że cię kocham, zanim to piekło się zaczęło – mruknąłem. Głos mi drżał, a ja nie miałem siły nad tym panować. - Nie wiem tylko czy byłaś świadoma, jak bardzo.
Zagryzłem wargę. Ciężko mi się oddychało. W głowie miałem prawdziwy mętlik, słowa walczyły ze sobą o to, które pierwsze ułoży mi się na języku. Pokiwałem powoli głową.
- Długo mi zajęło, zanim tu przyjechałem, co? - Zaśmiałem się gorzko. Zamknąłem oczy, pochylając się powoli w przód. W końcu wbiłem sobie łokcie w uda i schowałem twarz w dłoniach. - Przepraszam. Za wszystko cię tak cholernie przepraszam… - szepnąłem, nie odrywając dłoni od ust. Gorące powietrze buchało mi w policzki i oczy. Oddychałem ciężko, wsłuchując się w szum liści. Żołądek podbijał mi już pod korzeń języka.
- To ty?!
Gwałtownie uniosłem głowę do góry, zerkając na lewo i o mało nie roześmiałem się w głos. Oto przede mną stał czerwony z wściekłości Szymon, to zaciskając, to rozluźniając pięści. Urósł mu trochę brzuch, na twarzy miał wąsiska godne szlachcica sarmackiej Polski, wścibskie oczka chował za mądrze wyglądającymi okularkami. Nie odpowiedziałem mu, za to zerknąłem ponad jego ramię. Jego rodzice szli niepewnie w naszą stronę, trzymając się pod ręce. Obiad, jaki zjadłem przed wyjazdem, postanowił wrócić mi do ust.
- Co ty tu robisz? Powiedzieliście mu?! - Krzyknął, odwracając się do rodziców. Ojciec natychmiast zmroził go spojrzeniem.
- Zachowuj się, jesteś w świętym miejscu – warknął. Jego włosy zupełnie straciły kolor, głos nie był tak pewny jak kiedyś, a sylwetka znacznie się pochyliła.
- Dobrze wiesz, że nie mamy z panem Bartmanem kontaktu – jego żona, wysoka blondynka, również skarciła syna nieprzychylnym spojrzeniem. Skrzywiłem się lekko pod nosem. „Pan Bartman”. Nigdy mnie nie lubiła…
- Dzień dobry – mruknąłem niechętnie. Matka Ewy skinęła mi głową, jej mąż zrobił to samo.
- Jakim prawem tu przyszedłeś, nie wstyd ci?! - Szymon nie zamierzał mi odpuścić. Zacisnąłem palce w pięści, wyprostowałem się i zmierzyłem go pogardliwym spojrzeniem. Wzrastał we mnie gniew, którego nie potrafiłem kontrolować. Teraz to ja byłem wyższy. Ja brylowałem muskulaturą. Gdybym tylko chciał, mógłbym mu pokazać, jakie to świetne uczucie, być duszonym.
- Nie tylko ty masz prawo wspominać siostrę – rzuciłem oschle. Szymon zagotował się ze złości.
- Zabiłeś ją!
Cofnąłem się o krok.
Czemu to nadal tak boli?
- Szymek, to był wypadek – usłyszałem cichy, kobiecy głos i nagle zapomniałem, jak się oddycha.
- Dobrze wiesz, że Zbyszek kochał twoją siostrę – głos jego ojca, choć surowy, był dla mnie wówczas najlepszym lekarstwem. - Nie on spowodował ten wypadek.
Nie rozumiałem, co się właśnie stało. Dlaczego ludzie, którzy stali nad moim szpitalnym łóżkiem krzycząc mi w twarz, że zabiłem ich jedyną córeczkę, teraz stawali w mojej obronie? Szymon popatrzył na nich z zaskoczeniem równym mojemu. On był jednak rozżalony: jego własna rodzina stanęła przeciwko niemu. Ja natomiast poczułem, jak coś ciężkiego spada mi z barków i ledwie powściągnąłem uśmiech.
- Zbyszek? Dobrze się pan czuje? - Mama Ewy popatrzyła na mnie niepewnie.
- W porządku – odparłem szybko. - Zabiorę się już. Przepraszam, zapomniałem, że Ona dzisiaj…
- No właśnie, zapomniałeś! - Szymon wszedł mi w słowo, doskakując do mnie w dwóch susach. - Ty zapomniałeś, my nie! Tego się nie da zapomnieć. Jak wy możecie mu od tak wybaczyć?! Nigdy się nie zainteresował czy w czymś nam pomóc, nie zapytał, nie przeczył…
- Fakt, zdziwiło nas, że nie pojawiłeś się na pogrzebie… - przyznał ojciec Ewy, drapiąc się po brodzie. Szymon zastygł w bezruchu, ja popatrzyłem na nich jak na rodzinę wariatów.
- Nie wiedziałem nawet kiedy i gdzie…
- Wysyłaliśmy informację – matka Ewy popatrzyła na mnie podejrzliwie.
- Nic nie dostałem – zerknąłem na Szymona. - Mówiłeś, że nie chcecie mnie tu widzieć.
- Szymon? - Głos jego ojca był niski, przeszywający, aż po moim kręgosłupie przemknął lodowaty dreszcz. Chłopak pokręcił jednak głową, śmiejąc się nerwowo.
- Dla ciebie to nie miało znaczenia. Ciebie wtedy już nic miało nie obchodzić – warknął z jadem, patrząc mi prosto w oczy. Poczułem się tak, jakby kopnął mnie prąd. Zacisnąłem boleśnie szczęki, z trudem utrzymując ciało w jednym miejscu. Miałem ochotę skręcić mu kark!
- Pokrzyżowałem ci plany, co? - Syknąłem, podchodząc do niego z wolna. Jeszcze chwila i koło Ewy grabarz musiałby wykopać kolejny dół. - Nie udało ci się mnie uciszyć raz na zawsze, więc teraz sobie pogrywasz?!
- O czym wy mówicie?
- O tym, że państwa syn chciał udusić w szpitalu mojego pacjenta – głos Franceski podziałał na mnie jak kostki lodu wysypane wprost na rozgrzaną skórę. Podskoczyłem zaskoczony, obejrzałem się na nią i nagle poczułem niewypowiedzianą ulgę. Stała z rękoma zaplecionymi na piersi, z tym profesjonalnym, zaciętym wyrazem twarzy i czekała, aż do rodziców Ewki i Szymona dotrze to, co przed chwilą powiedziała. Tylko ja widziałem w jej oczach, jak wiele emocji buzuje pod tą śniadą skórą. Uniosłem kącik ust do góry. Pierwszy raz w życiu byłem wdzięczny, że ktoś stanął w mojej obronie. Nagle Kruś uśmiechnęła się gorzko i zrównała ze mną krok.
- Francesca Kruś – przedstawiła się, ściskając dłonie starszego małżeństwa. - Jestem psychoterapeutką Zbyszka.
Znowu niewiele brakowało, bym wybuchł śmiechem. Postawa Fran mówiła moim zaskoczonym, niedoszłym teściom jedno: „Tak, wasze chore wrzaski i próba ulżenia sobie po stracie córki na tyle zniszczyła Zbyszkowi psychikę, że w wieku dwudziestu dziewięciu lat potrzebuje psychologa”. Była jak lwica broniąca swoich młodych, a ja czułem, jak rozpiera mnie duma. Przekonałem ją do siebie na tyle, by chciała walczyć o moje dobre imię.
Nagle stała się rzecz dla mnie całkowicie zaskakująca. Ojciec rodzeństwa stanął między mną, a swoim synem, wytknął mnie palcem i zapytał przez zęby:
- Czy to jest prawda? Wysłaliśmy cię do szpitala, żebyś przekazał informacje o pogrzebie chłopakowi swojej siostry, a ty… Chciałeś odebrać Bartmanowi życie?
- Zasłużył na to – warknął tamten i nim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, ojciec wymierzył mu siarczysty policzek. Zamrugałem zaskoczony, stojąca koło mnie Kruś udawała niewzruszoną. W oczach matki Ewy dostrzegłem pierwsze łzy. Ojciec i syn mierzyli się pełnymi bólu i rozczarowania spojrzeniami. W końcu Szymon przepchnął się obok mnie, uderzając barkiem w moją pierś, po czym bez słowa opuścił teren cmentarza.
- Przepraszam cię za jego zachowanie – zachrypnięty głos starszego już mężczyzny nadal wywoływał u mnie respekt. - Gdybym wiedział wcześniej…
- To nie ważne – mruknąłem. - Już nie.
Kątem oka widziałem, jak Francesca lustruje wzrokiem moją sylwetkę. Analizowała mnie, znowu…
- Pójdziemy już – powiedziałem dużo ciszej. Pożegnałem się z nimi skinieniem głowy i powoli ruszyłem ku głównej bramie. Francesca dobiegła do mnie w szpilkach kilka sekund później; usłyszała jeszcze, jak mój niedoszły teść mówi o stracie syna w ten dzień.
- Ten dzień? Dzisiaj jest coś specjalnego? - Zapytała nieśmiało, gdy wróciliśmy na parking. Uśmiechnąłem się z nostalgią.
- Ewa kończyłaby dzisiaj trzydzieści trzy lata – mruknąłem spokojnie, patrząc w błękitne niebo.
- O Boże… Nie wiedziałam, nie przywiozłabym…
- Nie – wszedłem jej w słowo. - Jest w porządku.
- Uśmiechasz się? - Wyrwało się jej, a ja zaśmiałem się wesoło. Tak szczerze, z głębi serca. Podszedłem do Kruś, ująłem jej podbródek w dwa palce i uniosłem jej twarz do góry.
- Jest w porządku – powtórzyłem, całując ją delikatnie. Już mnie nie obchodziło, czy ktoś może mnie rozpoznać, zrobić nam zdjęcie. Miałem w nosie to, że jesteśmy w miejscu publicznym. Byłem szczęśliwy, że w końcu pozbyłem się tego zalegającego w żołądku kwasu. Ugryzłem Francescę w usta i wyciągnąłem jej z kieszeni spódnicy kluczyki do audi, zaraz wskakując za kierownicę.
- Wracamy do domu.
- Ej, myślałam, że dasz mi jeszcze poprowadzić! - Nadęła zabawnie policzki. Popatrzyłem na nią poważnie i otworzyłem jej drzwi od strony pasażera.
- Nigdy. Rozumiesz? Nigdy więcej, do końca swojego żywota nie będziesz prowadziła tego auta.
- A jak ładnie się odwdzięczę? - Zapytała, „biegając” paznokciami lewej dłoni po moim udzie. Odpaliłem silnik, wcisnąłem gaz do dechy i rozluźniłem ramiona, słysząc groźny warkot wydobywający się spod maski.
Moje pięćset sześćdziesiąt koni mechanicznych.
- Spróbuj. Nie ręczę za siebie.
Od razu uprzedzam wybujałe fantazje erotyczne: nie, tamtej nocy nie było w łóżku żadnych wariactw. Wymęczeni psychicznie, oboje z Francescą padliśmy jak muchy; jedyne czego chcieliśmy, to sen. A mój był długi i spokojny, pierwszy raz od dziewięciu lat.
Następnego dnia wstałem jeszcze przed Francescą. Ogarnąłem się najciszej jak umiałem, zostawiłem jej liścik na stole w jadalni i wyszedłem do klubu, żeby na okres wakacji odebrać swój strój i opróżnić szafkę. Nuciłem pod nosem, przecinając kolejne ulice i ciągle się uśmiechając. Miałem wrażenie, że nic nie jest w stanie zepsuć mojego humoru. Ani naburmuszony portier, ani ciągłe utarczki z prezesem Pankiem o przedłużenie kontraktu ani nawet to, że musiałem czekać na korytarzu dobrą godzinę, zanim woźna odnalazła klucz do szatni przeznaczonej dla siatkarzy. Zgarnąłem swoje kosmetyki do sportowej torby, strój według zaleceń zostawiłem na ławce pod ścianą, w towarzystwie pozostałych trykotów. Zamknąłem szafkę i klepiąc ją pieszczotliwie po drzwiach, wyszedłem na korytarz z jeszcze szerszym uśmiechem na ustach, niż godzinę wcześniej. Podpisałem kilka kartek piszczącym dziewczynom, zrobiłem sobie z nimi zdjęcia i swobodnym krokiem ruszyłem ku wyjściu. Dawno nie czułem się tak dobrze.
- Bartman!
Obróciłem się przez ramię. Z pokoju socjalnego wyszedł jeden z naszych fizjoterapeutów. Uśmiechnąłem się szeroko i zawróciłem w jego stronę. Kiedy tylko mogłem, kierowałem się na masaże po treningach właśnie do Jarka. Był profesjonalistą, ale nie tylko o to chodziło. Już nie raz się przekonałem, że fizjoterapeuci mają w sobie coś z psychologów. Dobrze mi się z nim rozmawiało, poza tym, nie oceniał mnie. Był w porządku, taki dobry kumpel.
Kumpel, który właśnie przypierdolił mi z pięści w szczękę, wrzucając mnie tym samym na ścianę. Upuściłem torbę na posadzkę i dotknąłem rozciętej wargi dłonią. Dudniło mi w uszach, gdy Jarek łapał mnie za bety i po raz kolejny rzucał mnie na ścianę. Po moich plecach rozszedł się palący ból.
- Ty chuju – wypluł przez zęby. Dyszał jak rozjuszony byk, po jego brodzie spływała stróżka śliny. Zmrużyłem oczy. Otworzyłem usta, byle zacząć się bronić, dowiedzieć o co chodzi, gdy nagle zza węgła wybiegła wysoka, smukła szatynka.
- Tato, nie! - Zawołała z płaczem, biegnąc w naszą stronę.
- Kamila*… - bąknąłem, jakbym był za ścianą. Jej policzki były czarne od rozmazanego makijażu. Jarek zacisnął szczęki; usłyszałem, jak zgrzyta zębami, by zaraz wgnieść mnie w twardy mur jeszcze mocniej.
- Ty chuju – powtórzył rozhisteryzowanym tonem. Kręcił głową z niedowierzaniem, a ja wiedziałem, że tym razem się nie wybronię. Uniosłem lekko dłonie, w obronnym geście i spojrzałem fizjoterapeucie w oczy.
- Jarek… posłuchaj…
- Tato, zostaw go! - Kamila doskoczyła do ojca, szarpiąc go za ramię i tylko pogarszając moją sytuację.
- Odejdź – warknął na nią.
- Jarek, ja wiem jak to wygląda…
- WIESZ?! - Huknął na mnie, odtrącając córkę na bok. - Odejdź, Kamila!
- Proszę cię, uspokój się… Nic się nie stało.
- Uprawiałeś seks z dzieckiem!
- Ona jest dorosła! - Zawołałem w panice, wcześniej krztusząc się z wrażenia. - To twoje dziecko, tak, ale ona jest dorosła.
- Jest pięć lat młodsza od ciebie! - Krzyknął zapłakany. Widziałam, jak bardzo chce mi przywalić jeszcze raz. Kamila stała obok, dłońmi zasłaniając usta i cały czas zanosząc się szlochem. Zerknąłem na nią katem oka. Chciałem jej jakoś pokazać, że nic się nie dzieje, ale gdy tylko jej ojciec zauważył, gdzie ucieka mój wzrok, pociągnął mnie do siebie za koszulkę i znowu rzucił o ścianę. Jęknąłem głucho, czując jak na dolnych kątach łopatek pali mnie skóra. Modliłem się, żeby mieć tylko siniaki. Sukinsyn miał mnóstwo siły...
- Jarek, uspokój się – powiedziałem ostrzej, łapiąc go za nadgarstek.
- Jak mogłeś jej dotknąć?! Jak mogłeś to zrobić mojej córce?!
- Tato, on mnie nie zgwałcił, cholera jasna! Ja też tego chciałam! - Kama znowu znalazła się bliżej mnie, tym razem jednak nie uwiesiła się na ramieniu ojca.
- Posłuchaj, jesteś wściekły – mruknąłem spokojnie, ciężko łapiąc oddech. - Ale zastanów się, gdyby przyprowadziła do domu chłopaka o pięć lat starszego, nie zrobiłoby ci to różnicy – mówiłem szybko, zanim znowu by mi przyłożył. Rozluźnił nieco uścisk. - Wściekasz się tylko dlatego, że to byłem ja. Bo mnie znasz, bo wiesz jak żyłem i tak, to jest moja wina i za to cię przepraszam. Ale przysięgam, nie skrzywdziłem jej. Nie zrobiłem niczego, czego sama by nie chciała.
Jarek zerknął ze smutkiem na swoją córkę, a potem znowu na mnie. Przebierał nerwowo nogami w miejscu. Nie wiedział, co chce zrobić.
- Tato, proszę cię, puść go – szepnęła Kamila, próbując wejść pomiędzy nas. Czułem, jak w kąciku ust zbiera mi się zaschnięta krew. Jarek zwiesił głowę i zatrząsł się ze złości, a może od płaczu.
A może od jednego i od drugiego…
- Pieprzyłeś się z moją córką… - wysapał. Skrzywiłem się, ale cóż, miał rację.
- Przepraszam – powiedziałem jeszcze raz. Nie wiem, czy to aż tak rozsierdziło Jarka czy może w końcu znalazł w sobie dość siły, ale przyłożył mi jeszcze raz, chyba z jeszcze większą mocą. Na ułamek sekundy mnie zamroczyło. W jednej chwili słyszałem pełen przerażenia pisk Kamy, w kolejnej leżałem już na podłodze, bez czucia w dolnej połowie twarzy.
- W dupie mam twoje przeprosiny – wypluł z jadem, po czym odwrócił się na pięcie i przy akompaniamencie szeptów ochroniarzy, wyszedł z Podpromia.
- Zbyszek! Boże kochany, przepraszam, tak strasznie cię przepraszam! - Kamila upadła na kolana obok mnie, pomagając mi wstać do pozycji siedzącej. Kręciło mi się w głowie, świat wirował, a po brodzie spływała mi ciepła, lepka stróżka krwi. Poruszyłem żuchwą i obróciłem się plecami do dziewczyny, by splunąć juchą na podłogę.
- Nie becz. Nic mi nie jest – mruknąłem cicho, klepiąc Kamilę po ramieniu. Choć o to nie prosiłem, pomogła mi wstać, a potem podała mi moją torbę.
- Przepraszam. Kłóciłam się z narzeczonym, nie wytrzymałam, zaczęłam go porównywać do ciebie… powiedziałam słowo za dużo, nie wiedziałam, że tata jest za drzwiami – płakała, zaciskając palce we włosach. Otarłem dłonią usta i westchnąłem głęboko.
- Należało mi się.
- Zbyszek… - zakwiliła jak małe dziecko. Przypomniało mi się, jak ufnie wtulała się w łóżku w moje ramiona. Jak chciała, żebym nie odprawiał jej tak szybko do domu. Jak przytulała mnie bez próśb i pytań; robiła to, bo sama chciała poczuć moje ciepło. Uśmiechnąłem się czule.
- Nie becz – poprosiłem jeszcze raz. Pogłaskałem ją kciukiem po policzku i zaraz poprawiłem torbę na ramieniu. - Idź. Przeproś ojca, nie mnie. A na drugi raz nie wspominaj przy narzeczonym o swoich byłych – puściłem jej perskie oko. Kamila pokiwała gorliwie głową. Otarła oczy, podskoczyła do mnie, całując mój pulsujący gorącem policzek i wybiegła z Podpromia. Ja posłałem pełen goryczy uśmiech grupce ochroniarzy i zrobiłem to samo. No… prawie – w przeciwieństwie do młodej kobiety, wyszedłem z budynku powłócząc nogami.
Im bliżej domu byłem, tym bardziej drażnił mnie zapach spalin i warkot silnika samochodu, coraz mocniej odczuwałem ból w miejscu uderzenia, a z ust nie chciała przestać spływać mi krew. Kiedy w końcu wczłapałem na swoje piętro, jedyne czego chciałem, to cały listek tabletek przeciwbólowych i worek lodu przyłożony do twarzy.
- Cześć! - Wesoły głos Franceski dotarł do mnie razem z zapachem naleśników. Rzuciłem torbę pod ścianę i sunąc noga za nogą, ruszyłem do kuchni. Zrobiło mi się nieco niedobrze.
- Hej – bąknąłem mało wyraźnie.
- Jezu, co ci się stało?!
Kruś od razu usadziła mnie na wysokim krześle i odchyliła mi głowę w tył, oglądając rosnącą opuchliznę.
- Dostałem w mordę – jęknąłem, zamykając oczy.
- Tyle widzę! Słodki Jezu, kto cię tak urządził?!
- Dostałem od swojej przeszłości.- Wybełkotałem, próbując wstać z krzesła.
Francesca popatrzyła na mnie niepewnie, ale nie odezwała się ani słowem. Zanurzyła róg ściereczki w zimnej wodzie i dotknęła nim moich ust. Odsunąłem się od niej z sykiem.
- Boli.
- Nie dziwota. Kto cię tak zlał? - Zapytała ponownie, z troską, delikatnie zmywając zaschniętą krew z mojej twarzy. Westchnąłem ciężko i opowiedziałem jej wszystko. Krzywiła się coraz bardziej wraz z każdym moim słowem. Gdy skończyłem, odwróciła się ode mnie i zanurkowała w szafce w poszukiwaniu apteczki. Żadnej reakcji.
- Nie powiesz mi nic?
- A co mam powiedzieć?
- Nie wiem, cokolwiek, tylko mnie nie zostawiaj z milczeniem.
Westchnęła głęboko, nakładając na rozciętą wargę sporą ilość jakiejś mentolowej maści.
- Z jednej strony mam ochotę stanąć nad tobą i zapytać: „A nie mówiłam?”. Z drugiej… - pogłaskała mnie po głowie. - Bardzo cię boli?
Uśmiechnąłem się półgębkiem; tyle, na ile pozwoliła mi rana.
- Do wesela się zagoi.
- Ech, to masz jeszcze dużo czasu! - Zaśmiała się, odkładając apteczkę na swoje miejsce.
  - No, nie tak dużo…
- A co to znaczy? -Zapytała przestraszona.
- Mój kumpel z klubu się hajta, za dwa tygodnie – mruknąłem, zsuwając się z krzesła. Podszedłem do Franceski i objąłem ją lekko od tyłu. Obróciliśmy się razem, żebym mógł oprzeć się o kuchenne szafki, po czym przyłożyłem zdrowy policzek do głowy Kruś. - Pójdziesz ze mną?
- Pójdę. Ale pod jednym warunkiem – oznajmiła. Nie słysząc ode mnie odpowiedzi, spojrzała sobie przez ramię, odnajdując mój wzrok. - Dasz mi się wyleczyć – uśmiechnęła się. Wywróciłem oczami, ale odpowiedziałem jej tym samym, po czym przymknąłem powieki i niewiele brakowało, a odpłynąłbym na stojąco. 

*kochanka Zbyszka z drugiej fobii

~  *  ~


No witam, witam w tym nowym roku! Jak sylwester, udany był? ;) Ja się bardzo dobrze czuję po swoim, tak wiecie... wewnętrznie. Przynajmniej mam powera, żeby się za siebie wziąć. ;D

Rozdział zostawię do oceny Wam, jest natomiast jedna rzecz, którą zrobiłam przez roztargnienie, a na którą zwróciła moją uwagę Selene. Otóż sprawa śmierci Grzegorza. Kto czyta posłowia ten wie, że przy Fobii dziewiętnastej nie czułam się zbyt dobrze. Dość duży fragment rozdziału, który się nie ukazał, dotyczył błądzenia Zbyszka po płonącym budynku. W nim też Zbyszek znalazł Fran przygniecioną stołem, a obok niej nieprzytomnego Grześka w kałuży krwi i z raną w boku. W dużym skrócie, chodziło o to, że Francesca użyła noża Grześka do samoobrony, a że pomoc długo nie nadchodziła, facet się wykrwawił. A że ja nie czułam się na siłach, by poprawiać i ratować ten wątek niczym z thrillera, po prostu go... ciachnęłam. :P Nie pomyślałam, by rozjaśniać sytuację w kolejnym rozdziale, ale w sumie chyba za mrocznie to wyszło, więc... tłumaczę się teraz. xD Wybaczcie, że tak lekko zamotałam.

Do przeczytania za tydzień!

10 komentarzy:

  1. Kończę czytać rozdział i juz odliczam dni do następnego, eh jak za każdym razem w sumie... co to będzie jak Ty skończysz te fobie, strach się bać... Zbyś taki kochany, no dobra ja zawsze miałam do niego słabość ale w tym rozdziale naprawdę jest kochany, prawie cały czas się uśmiechalam czytając go :) no może było trochę grozy na cmentarzu i na hali, ale miałam przeczucie że będzie dobrze ;) świetny, szkoda tylko że taki krótki... no nic zaczynam odliczanie do piątku 13, mam nadzieję że nie będzie pechowy i nic złego nie wymyślisz! :) pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. już niedługo się dowiecie, wszystkiego :)

      Usuń
  2. Pisałam już kiedyś, że uwielbiam to opowiadanie? Jeśli nie to teraz piszę. Powiedzieć, że nie przepadam za Zbyszkiem to nic nie powiedzieć. Jednak w twoim opowiadaniu go po prostu uwielbiam. Nie wiem jak to robisz, ale wychodzi Ci to po prostu świetnie. Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału. Widać, że im obojgu na sobie bardzo zależy, a mnie to bardzo cieszy. Czekam z niecierpliwością na rozdział za tydzień i pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz jak się cieszę, gdy czytam takie komentarze - ktoś, kto nie lubi Zbyszka, lubi Zbyszka :D

      Usuń
  3. To był najgorszy moment dzisiejszej nocy, kiedy z zainteresowaniem czytałam każde słowo i nagle na moim telefonie wyświetliła się informacja, że do rozładowania pozostało 30 sekund! Skończyłam w momencie, w którym Jarek uderzył Zbyszka. Na samym początku pomyślałam, że fizjoterapeuta zwariował i to dosłownie, następnie przypomniałam sobie o Kamili, która wmówiła Zbyszkowi, że jest w pracy, ale pomylił pomieszczenia :D Myślałam, że może kobieta jest w ciąży, ale kiedy trener wykrzyczał, że to jeszcze dziecko, przez chwilę myślałam, że brunetka skłamała i podała mu fałszywy wiek xD Przejdę teraz do fragmentu początkowego!
    Franka, dziewczyno to był najlepszy pomysł. Cieszę się, że nie porzuciłaś swojego planu już na starcie i zachęciłaś Zbyszka do porozmawiania z Ewą i tutaj właśnie najbardziej mi się spodobało, że szybko go poprawiła i powiedziała, że nie jest to rozmowa z kamieniem... Sądziłam, że spotkanie Bartmana, brata jego zmarłej dziewczyny i rodziców zupełnie inaczej się zakończy. Ten Szymon jest podłym człowiekiem i cieszę się, że mój brat wcale go nie przypomina. Kocham, mocno kocham to opowiadanie. Zbliżający się koniec nie jest przyjemny, bo tych fobii będzie mi brakowało najbardziej. Życzę weny, wszystkiego dobrego w 2017! Zapraszam do siebie i ściskam ;* Zostawiłam coś dla Ciebie w spamie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha xD Widzę, że czytanie Fobii kosztuję Cię wiele emocji xD Cóż, mogę tylko obiecać, że nie zabraknie ich do samego końca ♥

      Usuń
  4. Aż żal, że to już koniec na horyzoncie! Uwielbiam CIę czytac i będę czekac na cos nowego..
    a co do fobii no to teraz już chyba musi być dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze cały miesiąc przed nami ;)

      Usuń
  5. Rozdział w życiu Zbyszka z Ewką w roli głównej wyjaśniony i zakończony teraz czekam na rozstrzygnięcie tego z jego rodzicami :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy tak definitywnie zakończony? Zastanowiłabym się ;)

      Usuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.