BLOG ZAKOŃCZONY 03.02.17.
Wszystko, co znajduje się na tym blogu jest tylko i wyłącznie pracą mojej wyobraźni, fikcją literacką i nie ma związku z rzeczywistością. Wszelka zbieżność zdarzeń, imion i nazwisk jest przypadkowa! Tekst nie ma za zadanie nikogo obrazić. Występują sceny erotyczne, wulgaryzmy. Generalnie opowiadanie nie powinno być czytane przez osoby poniżej 18. roku życia, ale umówmy się - każdego gorszy coś innego. Ja muszę Was uprzedzić o czym się da, żeby nie dostać po głowie. Czytacie na własną odpowiedzialność.

20 sty 2017

Fobia dwudziesta trzecia

Zanim zaczniecie czytać, muszę Was bardzo poprosić, byście nie unikały w tym rozdziale muzyki. Będzie jej dużo. Może nie każdemu spodoba się dobór utworów, zwłaszcza drugi. Ale dzisiaj muzyka jest tu potrzebna jak jeszcze nigdy.
Dobrego odbioru!

~  *  ~

♫♪♫

I got a fear, oh in my blood
She was carried up into the clouds, high above
If you’re there I bleed the same


Chodziłem w tę i z powrotem po krótkim korytarzu, na którym mieściły się biura zarządu Resovii. Denerwowałem się. Wziąłem głęboki oddech, spojrzałem przez okno na zatłoczone ulice Rzeszowa. Dzieci biegały dookoła rodziców, korzystając z nieuchronnie zbliżających się ku końcowi wakacji. Poprawiłem kołnierzyk koszuli na stójce i po raz setny przykazałem sobie spokój. Zerknąłem na zegarek zapięty na nadgarstku i fuknąłem z irytacją, wznawiając wędrówkę.
Tyle po moim opanowaniu.
Zaczesałem dłonią włosy do tyłu i przymknąłem oczy. Miałem przyjechać tylko na chwilę, podpisać kontrakt na następny rok i spokojnie jechać do Ignaczaka, a potem na lotnisko. Uznałem, że Krystian nie będzie mi potrzebny do złożenia trzech parafek, więc machnąłem ręką i pozwoliłem mu zostać z rodziną nad morzem. Teraz żałowałem, że nie ma go obok. Miałem wrażenie, że to dłużące się oczekiwanie nie wróży mi nic dobrego. Coś było nie tak, wyczuwałem kłopoty. Obawiałem się, że jeśli prezes wyskoczy mi z jakąś nową propozycją, nie dam rady racjonalnie jej przemyśleć, tak jakby to zrobił Szakal. Z drugiej strony, wszystko było ustalone. Niby z jakiej racji Panek miałby zmieniać zdanie, warunki?
- Zbyszek? - Ciężkie drzwi otworzyły się za moimi plecami. Podskoczyłem w miejscu i ruszyłem w kierunku gabinetu. - Chodź – Panek machnął na mnie ręką z szerokim uśmiechem, zapraszając do środka. - Wybacz, że tyle to trwało, ale musiałem sprawdzić nową, bardzo ważną informację.
Wszedłem spokojnie do gabinetu, czując jak moje ciało opuszcza całe zdenerwowanie. Przecież ustalił wszystko z Szakalem, czym miałbym się martwić?
- Nie szkodzi, nie śpieszy mi… - urwałem, gdy drzwi zamknęły się za mną z cichym trzaskiem. Przy biurku prezesa stał markotny fizjoterapeuta Resovii. Gorycz zalała mi usta. - Jarek? - Wydusiłem półszeptem, mrużąc oczy. Nie powinno go tu być. Siatkarze podpisywali umowy co najwyżej w obecności swoich agentów, trenera, ale na pewno nie sztabu medycznego. Prezes położył mi ciężką dłoń na ramieniu i pchnął lekko w przód.
- Siadaj, Zibi. Siadaj.
Podszedłem do krzesła, nie spuszczając wzroku z fizjoterapeuty. Jarek nawet na sekundę nie podniósł na mnie spojrzenia. Stał z założonymi na piersi rękoma i patrzył w przeciwnym kierunku, zagryzając usta. Obrotowy fotel prezesa zaskrzypiał lekko, gdy ten usiadł naprzeciwko mnie. Cisza zawisła między nami, gęstniejąc niczym zupa. Jarek udawał, że mnie nie widzi, prezes bawił się swoimi dłońmi, a ja jak głupek przeskakiwałem spojrzeniem z jednego na drugiego. Czułem się źle. Po prostu, po ludzku źle.
- Coś się stało? - Zapytałem w końcu, siląc się na uśmiech. Panek odetchnął ciężko i zaplótł razem swoje dłonie, opierając je na biurku.
- Doszły do mnie pewne niepokojące informacje – powiedział spokojnie, zerkając na spiętego Jarka. Zrobiłem to samo, marszcząc brwi w dezaprobacie. Co, poskarżył prezesowi, że ostatnio narzekałem na ból w lewym łokciu? - Cóż… Ciężko mi to przychodzi, bo nie są tą sprawy natury czysto sportowej, a ja wolałbym się nie mieszać w wasze prywatne niesnaski, ale niestety, Jarek oznajmił mi dzisiaj rano, że jeśli przedłużę z tobą kontrakt, on odejdzie z klubu.
Co kurwa?
Otworzyłem szerzej oczy i wlepiłem zszokowane spojrzenie w profil fizjoterapeuty. Zamknął oczy i mocniej wbił palce w swoje ramiona, usta ściągając w wąską linię.
- To trudna sytuacja dla całej naszej trójki, ale sam rozumiesz, co to oznacza – głos prezesa obił mi się boleśnie o uszy.
- Nie, nie rozumiem – warknąłem. Panek westchnął ciężko, jakby się tego spodziewał. - Przecież mogę chodzić na masaże do Olka, o co ci chodzi? -Zwróciłem się do terapeuty, bezpośrednio, żeby w końcu na mnie spojrzał.
- Nie dam rady z tobą pracować, Bartman – powiedział cicho, kręcąc przy tym głową. - Patrzę na ciebie i widzę coś, czego nie powinienem – wycedził przez zęby. - Obrzydza mnie to, nie potrafię… za każdym razem mam ochotę znowu dać ci w ryj – warknął, w końcu spoglądając na mnie z odrazą. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, prawie otwierając usta z zaskoczenia. Nie mogłem uwierzyć, że Jarek powiedział prezesowi o mnie i swojej córce. Dorosły facet poskarżył się przełożonemu jak dzieciak dyrektorowi. Co to zresztą Panka obchodziło, z kim szedłem do łóżka, czy Jarek naprawdę nie miał mózgu? Gdyby to chociaż miało skończyć się jakąś reprymendą, zawieszeniem, może bym to zrozumiał. Ale teraz, przez urażoną dumę ojca, wywalano mnie z klubu. Niszczył mi właśnie życie, bo nie podobało mu się, że jego jedyna, dorosła córka poszła ze mną do łóżka. Z własnej, kurwa, nieprzymuszonej woli!
- Ciężki mi daliście orzech do zgryzienia – Panek przerwał irytującą ciszę, zwracając na siebie uwagę nas obu. - Będę miał problem z zastąpieniem zarówno tak dobrego przyjmującego, jak i tak wybitnego fizjoterapeuty – westchnął. Zacisnąłem szczęki. Kłamał. Kłamał mi w żywe oczy. On nie chciał mi przedłużyć kontraktu. Może uznał, że przystał na warunki Szakala zbyt szybko, ale wtedy było już za późno. Nie chciał mnie w Resovii. Nie miał tylko pretekstu, żeby wywalić mnie na zbity pysk. Jarek podsunął mu świetny argument pod sam nos. - Niestety, po rozmowie z trenerem i dokładnym przestudiowaniu rynku doszedłem do wniosku, że dużo ciężej będzie mi znaleźć zastępstwo za Jarka. Przykro mi, Zbyszku.
Patrzył na mnie bez emocji, mówił bez emocji. Przekazywał mi informacje, a ja miałem bez zająknięcia przyjąć je do wiadomości. Wypchnąłem językiem policzek i prychnąłem z niedowierzaniem, pocierając palcami brwi.
- Nie możecie…
- Zbigniew, dziękuję ci za to, co oddałeś klubowi, ale ja już postanowiłem.
- Inaczej się umawialiśmy, miałem dzisiaj podpisać papiery.
- Plany uległy zmianie – powiedział ostrzej, nie dając mi dokończyć zdania.
- Nie mam włączonego rynku transferowego, wszystkie kluby skończyły zbierać skład, co mam teraz zrobić, skoro nagle mnie wypieprzacie na zbity pysk?! - Wyplułem z jadem, otwartą dłonią uderzając w podłokietnik fotela. Panek zmrużył oczy, w ułamku sekundy zmieniając się z dobrego przełożonego w człowieka, któremu nastąpiono na odcisk. Oddychałem szybko, karcąc się w myślach za własną głupotę. Gdyby Szakal siedział koło mnie, może coś byśmy wskórali.
- Wiesz, kiedy Jarek powiedział mi, co między wami zaszło, pewne rzeczy stały się dla mnie oczywiste – oznajmił, rozpierając się wygodniej w swoim fotelu. - Bardzo długo zastanawiałem się, dlaczego moja sekretarka złożyła wymówienie zanim jeszcze sezon na dobre się rozpoczął.
Zamrugałem gwałtownie.
    Nie no, błagam, co to wszystko ma do mojej gry i dyspozycyjności?!
- Zaproponowałem ci pracę, ale miałeś spełnić pewne warunki. Nie udało ci się to, więc nie rozumiem twojego rozgoryczenia.
Zalewała mnie krew. Nie mogli, to było nieludzkie, złe! Zrywać ustalenia w ostatniej chwili, co miałem teraz zrobić, iść pod most? Jaki klub miał mnie wziąć w ostatnim tygodniu wakacyjnej przerwy? Przetarłem twarz dłonią. Żołądek ścisnął mi się boleśnie. Zmiana klubu oznaczałaby wyjazd, a ja jak raz nie chciałem wyjeżdżać. Nie chciałem zostawiać tego, nad czym tak długo pracowałem. Chwyciłem się więc ostatniej deski ratunku. Wierzyłem, że Panek mówi to wszystko w emocjach, że nie jest tak bezduszny, na jakiego właśnie wychodził. Pochyliłem się gwałtownie nad biurkiem.
- Obiecał mi pan pracę w Resovii, jeśli poddam się terapii – rzuciłem rzeczowo. Jarek drgnął niespodziewanie. - Zrobiłem to, bo chciałem tu grać i może mi pan wierzyć albo nie, ale ta terapia przyniosła skutki. A to, o czym pan do mnie mówi stało się przed sezonem. Zanim zacząłem zajęcia z psychoterapeutą. Jak możecie mnie osądzać teraz za coś, co wcześniej było dla mnie normalnym stylem życia?
- Chodziłeś na terapię? - Jarek opuścił ramiona wzdłuż tułowia, patrząc na mnie w najszczerszym zdumieniu. Zerknąłem na niego spod byka.
- Tak. Chodziłem.
- I jak widać niewiele ona dała – prezes był nieubłagany. Popatrzyłem na niego zdumiony. Jarek pokręcił lekko głową, jakby chciał zaprzeczyć, nagle stanąć w mojej obronie... nie odezwał się jednak ani słowem. - Dziękuję za twój wkład w rozwój naszej drużyny, Zbyszku. To był wspaniały rok współpracy i mam nadzieję, że będziesz go wspominał tak dobrze, jak ja – Panek uśmiechnął się sztucznie i wyciągnął do mnie dłoń, wstając z miejsca.
Nie mogłem uwierzyć. Nie mieściło mi się to w głowie. Miałem ochotę rzucić się Jarkowi do gardła, ale... przecież nie miałoby to sensu. Prychnąłem wściekle pod nosem i gwałtownie wstałem z miejsca, prawie przewracając krzesło na podłogę. Bez słowa, bez uścisku ręki, ruszyłem ku drzwiom. Nie miałem powodów, by zachowywać się kulturalnie w sytuacji, gdy oni traktowali mnie jak część zamienną do starego zegarka.
- Zostaw trykot w szatni – usłyszałem jeszcze za plecami. Zacisnąłem dłonie w pięści.
- Zostawiłem – warknąłem, trzaskając na odchodne drzwiami. Żwawym krokiem przeszedłem cały hol, całkowicie ignorując niewielką grupkę kibiców zgromadzonych przy drzwiach do siłowni. Byłem bliski zrobienia komuś krzywdy; robienie sobie zdjęć czy rozdawanie autografów w takim stanie nie mogłoby skończyć się dobrze.
Rozjuszony, niemal wybiegłem na dwór, łapiąc gwałtownie duszne powietrze w płuca. W głowie miałem mętlik. Miliony myśli obijały się o siebie, tworząc ciężkie do zniesienia echo. Za dużo działo się dookoła mnie. Przeczesałem włosy dłońmi, kręcąc głową z dezaprobatą. Mamrotałem pod nosem stek wyzwisk pod adresem prezesa, w kierunku Jarka, całego zapchlonego Podpromia. Miałem dość. Miałem tak bardzo, tak kurewsko dość tego miejsca!
Szybkim krokiem ruszyłem w kierunku strzeżonego osiedla, na którym wynajmowałem apartament. Po drodze przyłożyłem z buta kilku krawężnikom, starając się jakkolwiek wyładować swoją frustrację. Byle nie iść do Ignaczaka w takim stanie, nie pokazywać się tak Francesce, nie jechać wkurwionym na rzeszowskie lotnisko.
- Może da się znaleźć klub gdzieś blisko, może będę mógł dojeżdżać – próbowałem uspokoić sam siebie, choć wcale w to nie wierzyłem. Wątpiłem, by jakikolwiek klub w Polsce był gotowy wypłacić mi taką gażę, jaką płaciła Sovia. - Czego, kurwa? - Warknąłem gardłowo, gdy w mojej kieszeni rozdzwonił się telefon. Z niechęcią zerknąłem na wyświetlacz, po czym przesunąłem palcem po ekranie, odbierając połączenie od Szakalskiego.
- Jak tam sprawy biznesowe? - Zapytał wesoło. W tle słyszałem szum morza i wrzaski dzieciaków.
- Do dupy, kurwa.
- Ooo. Ostre przywitanie.
- Szakalski, nie jest mi do śmiechu – wycedziłem przez zęby. Przez chwilę w słuchawce słyszałem tylko trzaski. Potem szum ucichł i mogłem spokojnie porozmawiać z agentem.
- Co się stało?
- Nie przedłużyli.
- Co?!
- To co słyszysz, wywalili mnie. Odmówili przedłużenia kontraktu – powiedziałem, chodząc w kółko. Nie zwracałem uwagi na to, że ludzie patrzą za mną jak na wariata, kogoś niebezpiecznego, obcego. Skupiałem się tylko na tym, by nie wyrwać sobie resztek włosów z głowy. Pierwszy raz w życiu byłem tak bardzo bezradny.
- Przecież jeszcze wczoraj rozmawiałem z prezesem! Zgłupiał, czy co?
- Uznał, że nie wywiązałem się z warunków poprzedniej umowy.
- Jaśniej.
- Pamiętasz jego sekretarkę?
- Zbyszek, nie mów mi…
- I jeszcze córka Jarka – wszedłem Krystianowi w słowo.
- Czy ty żeś się urodził bez mózgu?!
- Nie przeginaj, kurwa, to było jeszcze przed terapią!
- Mówiłem ci. Mówiłem, że sobie biedy napytasz takim zachowaniem, ale ty zawsze wiesz lepiej! - Krzyknął podenerwowany. - I co? Co ja mam ci teraz zrobić? Stanąć nad tobą i powiedzieć „a nie mówiłem”? No to masz: a nie mówiłem?!
- To było zanim umowa weszła w życie! - Ryknąłem na całe gardło. Panikowałem.
- Podpisałeś ją zanim rzuciłeś się na sekretarkę Panka! Podpisałeś, wyszedłeś z sali i poszedłeś sobie odreagować, pamiętasz? Skoro podpisałeś, to umowa była wiążąca. Nie chcę wiedzieć, kiedy się mizdrzyłeś z tą małolatą, ale już z sekretarką Panka przegiąłeś, Zibi. Nawet jeśli wtedy jeszcze nie zaczynałeś terapii.
- Szakal… -  Usłyszałem fuknięcie agenta po drugiej stronie słuchawki.
- Może jakoś to odkręcę, daj mi podzwonić.
- Nie ma szans.
- A skąd ty, cholera wiesz, na co są szansę na rynku?
- Bo Jarek dał prezesowi ultimatum: albo ja, albo on. Panek dokonał wyboru, nic nie wskórasz.
- Nie no, nie wierzę, banda idiotów…
Przystanąłem w miejscu, trąc palcami zamknięte oczy. Wziąłem głęboki oddech.
- Proszę cię, włącz mi transfer.
- Wiesz, że już większość klubów zamknęła nabór.
- Wiem. Ale znajdziesz coś, jak zawsze – uśmiechnąłem się. - Tylko… spróbuj poszukać najpierw w Polsce, zgoda?
- Okay… - mruknął zaskoczony. - Coś znajdę, pod mostem nie zostaniesz.
- Wiem. Mam najlepszego agenta – mruknąłem, już dużo spokojniej.
- Taa, no właśnie. Zibi… to może nie jest odpowiedni moment, ale muszę ci o tym powiedzieć… Właściwie po to dzwoniłem. Miałem nadzieję na lepsze okoliczności, ale...
- Co się stało?
- To będzie mój ostatni transfer dla ciebie – powiedział, a mnie resztki świata zawaliły się z kretesem.
- Słucham? - Zapytałem ostrzej, niż miałem zamiar.
- Jestem zmęczony, Zbyszek. Chciałbym zająć się rodziną. Jestem stary, wzrok już mam nie ten, siatkówka idzie do przodu a ja stoję w miejscu. Nie znam się na nowoczesnych umowach. Mój czas dobiegł końca.
- Ty sobie jaja robisz, tak?
- Poradzisz sobie.
- Nie, nie poradzę! - Zawołałem, nie kryjąc paniki w głosie.
- Poradzisz – upierał się. - Jesteś doświadczonym graczem. Wiesz, czego szukasz.
- Szakal, kurwa… nie rób mi tego.
- Przerzucę cię do najlepszego klubu jaki się da, przysięgam. A ty… idź do domu i ochłoń, bo chyba masz ochotę komuś przywalić, co?
- Tobie, najlepiej – zaśmiałem się krótko, po czym wyłączyłem telefon. - Świetnie, po prostu świetnie – syknąłem, wznawiając marsz. - Jestem bez klubu, bez pracy, za chwilę zostanę bez agenta i bez mieszkania. Świetnie! - mamrotałem do siebie, szybkim krokiem idąc ulicami Rzeszowa. Ludzie mijali mnie z dziwnymi wyrazami twarzy, ja jednak kompletnie nie zwracałem na to uwagi. - Niech się tym jeszcze media zainteresują, wtedy będę miał sajgon idealny! - krzyknąłem, prąc uparcie przed siebie.
Ułamek sekundy. Jedno spojrzenie. Zatrzymałem się w pół kroku. Miałem przywidzenia albo na stoisku z prasą zauważyłem swoje zdjęcie.
- Co jest, kurwa?
Podskoczyłem do wystawy i wyszarpnąłem kolorowe pisemko zza białej kratki, marszcząc groźnie brwi. Nie dawałem żadnego wywiadu od niepamiętnych czasów, ale to moja sylwetka zdobiła całą okładkę jakiegoś lichego pisemka. Zdjęcie ewidentnie zrobione było ukradkiem, pewnie telefonem - małego rozmiaru, rozciągnięte na stronę A4 straciło na ostrości, ale nawet idiota poznałby, że to ja. W skórzanej kurtce, z papierosem w ustach. Patrzący w bok, na tytuł artykułu.
Złapałem się kontuaru kiosku. Zrobiło mi się niedobrze. Sunąłem spojrzeniem po wielkich, grubych, żółtych literach i choć rozumiałem, w jakim gównie się znalazłem, długo nie mogłem pojąć co się dzieje. Nogi zadrżały mi w kolanach. Podarłem kilka kartek gazety, otwierając ją na odpowiedniej stronie i robiąc tym najgorszy błąd. Zakręciło mi się w głowie. Stare zdjęcia, które dawno temu miała tylko jedna gazeta, teraz kuły mnie w oczy. Oddychałem płytko, czytając ledwie trzy, może cztery zdania artykułu, całkowicie wyrwane z kontekstu. Świat wirował dookoła mnie, gdy właściciel kiosku wyskoczył z budki, każąc mi zapłacić albo odłożyć gazetę na miejsce. Zamknął się, gdy zobaczył kim jestem i co trzymam w rękach. Oniemiały, zerknąłem na ostatnie zdanie. Na nazwisko autora.
- Ile to gówno kosztuje? - Wycharczałem. Bolała mnie każda komórka ciała.
- T-trzy dziewięćdziesiąt…
Rzuciłem na kontuar dziesięć złotych i gniotąc pismo w rękach, ruszyłem przed siebie. Drogi do Ignaczaka nie pamiętałem. Wiedziałem tylko, że tak wkurwiony nie byłem już dawno. Takiego bólu, nie czułem nigdy.


Siedziałam w kuchni u Ignaczaków, popijając już trzecią herbatę. Krzysiek co chwilę pytał, czy aby nie powinnam wracać do kliniki, ale Iwona wytrwale stawała po mojej stronie. Wiedziała, że nie mogę, nie chce wyjść zanim Zbyszek wróci od Panka. Wiedziała, że chcemy się przyznać przed jej mężem do naszego związku i starała mi się pomóc w każdy możliwy sposób.
- Tata, tata! - Sebastian wbiegł do kuchni przez tarasowe drzwi, z piłką pod pachą. - Wujek przyjechał! - Zawołał wesoło. Igła zrobił zdziwioną minę, przeprosił nas i ruszył ku głównym drzwiom, żeby otworzyć przyjacielowi. Westchnęłam ciężko. Czułam, że nie tylko Zbyszek będzie się denerwował tą rozmową.
- Hej, spokojnie – Iwona położyła swoją dłoń na mojej, po czym posłała mi pokrzepiający uśmiech. - Dobrze będzie – oznajmiła, puszczając mi perskie oko. Zaśmiałam się cicho, kiwając głową na potwierdzenie.
- Dzięki – szepnęłam. Sekundę później Igła robił miejsce w drzwiach Zbyszkowi.
- A ty co tu robisz? - Zapytał z uśmiechem, łatwo wyczuwalnym w jego głosie. - Podpisałeś kontrakt?
- Jest Francesca? - Warknął między ciężkimi oddechami. W przedpokoju zapanowała chwila ciszy. Spojrzałam z zaskoczeniem na Iwonkę; nie tak się z nim umawiałam…
- Jest… - Ignaczak był w tamtym momencie równie zaskoczony, co ja. Usłyszałam, jak zamyka drzwi, Zbigniew zaś już wpadał do kuchni. Odstawiłam kubek na stół i uśmiechnęłam się do niego lekko.
- Cześć, Zib…
- Ty suko – wypluł z jadem, ledwie rozwierając szczęki. Opadłam na oparcie krzesła z niemym zaskoczeniem, patrząc na kipiącą z wściekłości twarz Bartmana jak na zjawę.
- Zbyszek! - Iwona zmarszczyła groźnie brwi, zerkając przez ramię żeby upewnić się, czy Sebastian tego nie usłyszał. Ignaczak wrócił do kuchni z identycznym niesmakiem odmalowanym na twarzy.
- Stary, co cię ugryzło?
- Zadowolona z siebie jesteś? - Warknął groźnie, robiąc krok w moją stronę. Dziękowałam w duchu, że odgradza mnie od niego stół. Poczułam, jak moje serce bije nieprzytomnie ze strachu. Wiele razy widziałam Zbyszka wyprowadzonego z równowagi i choć za każdym razem jakaś część mnie się go obawiała, teraz czułam przed nim strach w najczystszej postaci. Nigdy się tak nie zachowywał. - To po to była cała ta szopka, zabawa w zaufanie?!
- O co ci chodzi? - Zapytałam zdumiona. Igła podszedł na palcach do tarasowych drzwi i lekko je zasunął, żeby Sebastian nie usłyszał bluźnierstw lecących z ust przyjmującego niczym przecinki. Żadne z nas nie doczekało się odpowiedzi; Bartman rzucił we mnie gazetą, którą do tej pory gniótł w prawej dłoni i cały czerwony na twarzy, zrobił pół kroku w tył.
- Wykorzystałaś mnie – szepnął zduszonym głosem.
- Słucham? - Parsknęłam. Popatrzyłam na gazetę, szybko rozkładając ją na stole. Iwona przysunęła się do mnie lekko, żeby zrozumieć o co chodzi jej przyjacielowi. Po chwili zasłoniła usta dłonią, wciągając głośno powietrze. Mnie zrobiło się naprawdę, naprawdę niedobrze. Żółty tytuł wywalony na pół okładki krzyczał do każdego, przypadkowego odbiorcy: SIATKARZ – MORDERCA? BRUTALNA PRZESZŁOŚĆ GWIAZDY ASSECO RESOVII RZESZÓW UJAWNIONA!
Pokręciłam szybko głową. Serce waliło mi o mostek i żebra. W głowie miałam totalną pustkę. Drżącymi rękoma przewróciłam kilka zmiętolonych stron, w końcu odnajdując tę z artykułem i aż jęknęłam z zaskoczenia. Zdjęcia z wypadku, zbliżenie na twarz poobijanego Bartmana, kilka jego fotografii z zagranicznych klubów, w których grał. Zdjęcie płyty na nagrobku Ewy dopełniało opis całego zdarzenia. Bardzo jednostronny opis…
- Zrobiłaś to specjalnie? Aż tak rozpaczliwie szukałaś rozgłosu?!
- Słucham?! - Pisnęłam, gdy w końcu zrozumiałam, o co Zbyszek mnie oskarża. Wstałam gwałtownie z miejsca w momencie, w którym Igła wyrywał mi gazetę z rąk. - Uważasz, że ja to napisałam?!
- Tu jest twoje nazwisko – usłyszałam za plecami. Obróciłam się gwałtownie ku Krzysztofowi i zamarłam z przerażeniem. Zarówno on jak Iwona patrzyli na mnie z obrzydzeniem i nieufnością. Odebrałam im czasopismo, czując jak grunt osuwa mi się spod nóg i szybko przebiegłam wzrokiem po ciągu drobnych, czarnych literek. Przybliżyłam róg kartki do twarzy, zachłystując się powietrzem. Moje imię i nazwisko, łącznie z profesją i wiekiem, widniało na samym dole strony jako belka informacyjna o autorze tekstu. Na ułamek sekundy zrobiło mi się ciemno przed oczami.
- Zaufałem ci – rozbity, zmęczony głos Bartmana zadał mi większy ból, niż gdyby przyłożył mi z otwartej dłoni w twarz. Pokręciłam gwałtownie głową, obchodząc stół dookoła. W oczach migotały mi łzy.
- To nie ja napisałam – jęknęłam.
- Jesteś jedyną osobą poza Ignaczakiem, która o tym wie! - Ryknął na mnie, wskazując przyjaciela dłonią. Był czerwony na twarzy, miałam wrażenie, że urósł dodatkowe dwadzieścia centymetrów. - Skoro nie ty, to kurwa kto?!!
- Nie wiem, na pewno nie ja! Jak możesz tak w ogóle pomyśleć?!
- Może dlatego, że widzę tam twoje nazwisko, do jasnej kurwy! - Huknął, robiąc duży krok w moją stronę. Przestraszona odskoczyłam do tyłu, wpadając na stół. Wszystkie jego cztery nogi, z nieprzyjemnym dźwiękiem przesunęły się po marmurkowej podłodze w kuchni Ignaczaków. Serce miałam w gardle.
- Zbyszek, opanuj się – Ignaczak podszedł do przyjaciela i położył mu dłoń na ramieniu, ten jednak w mgnieniu oka strącił ją ze swojego ciała.
- Robiłem w życiu wiele rzeczy i jeszcze więcej spierdoliłem. Ale nigdy nie wbiłem nikomu noża w samo serce, tak jak ty mnie teraz – wycedził przez zaciśnięte szczęki. Jego głos ociekał jadem, obłąkanym spojrzeniem ślizgał się po mojej sylwetce. - Jeżeli to wszystko, co było między nami tylko tyle dla ciebie znaczy – prychnął, z niesmakiem wskazując na wymiętą gazetę – to ja nie chcę cię znać.
Moje nogi nagle stały się za słabe, by unieść ciężar całego ciała i oskarżeń Bartmana. Kolana zadrżały mi niebezpiecznie i choć chciałam zacząć krzyczeć, przekonać go, że to jakiś chory i niesmaczny żart kogoś, kto go nie lubi, nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Otwierałam i zamykałam usta, nie umiejąc zatrzymać Bartmana w miejscu. Bałam się go jak jeszcze nigdy. Z trudem powstrzymywał cisnące się do oczu łzy wściekłości i bólu. Widziałam jak bardzo mnie nienawidzi i nie potrafiłam się obronić. Powiedzieć, że jest okrutny, rani mnie, że to nie mój artykuł!
- Przepraszam, ale co między wami było? - Podejrzliwy głos Ignaczaka brutalnie sprowadził mnie na ziemię. Drgnęłam gwałtownie, biegnąc za Zbyszkiem do przedpokoju.
- Igła, nie teraz – usłyszałam jeszcze uspokajający głos Iwony.
- Zibi! - Zawołałam za nim z płaczem, gdy narzucał kurtkę na ramiona.
- Nie mów do mnie – warknął. Ledwie zrozumiałam jego słowa, tak bardzo cedził je przez zaciśnięte szczęki. Niemal słyszałam, jak zgrzyta zębami.
- Zbyszek, proszę cię, wysłuchaj mnie! - Krzyknęłam histerycznie. Zaczęło kręcić mi się w głowie.
- Nie odzywaj się do mnie!
- To nie jest mój artykuł, rozumiesz?! - Zawołałam, łapiąc go lekko za łokieć. - Nie napisałam nic, nigdy, o nikim!
- STUL PYSK! - Ryknął, odwracając się gwałtownie i wyszarpując rękę spomiędzy moich palców, pchnął mnie w tył.
Reszta działa się w ułamku sekundy. Zbyszek nie zauważył Dominiki, przemykającej z kuchni na schody prowadzące na piętro. Chciałam powiedzieć, żeby uważał, ale kiedy otworzyłam usta, wydobył się z nich już tylko głośny, pełen bólu jęk. Bartman przepchnął dziewczynkę nogą, niemal idąc po niej, kiedy się przewróciła. Złapał mnie mocno i rzucił mną o ścianę z karton gipsu, osłaniającą wnękę pod schodami. Usłyszałam trzask płyty, wciągnęłam powietrze ze świstem i po chwili z przerażeniem odnalazłam twarz wściekłego Bartmana milimetry od swojej. Zagryzał zęby, po jego brodzie spływała stróżka śliny. Był wściekły, w jego oczach szalał obłęd. Wszystkie mięśnie miał napięte, niemal obnażał zęby, jak dzikie zwierzę. Gniótł moje ciało swoim, dużo większym, twardszym, silniejszym. Był blisko, za blisko. Nie mogłam złapać oddechu, tak mocno napierał na moją pierś. Jego kolano między moimi nogami wcale nie przyprawiało mnie o przyjemne skurcze w podbrzuszu - wywoływało strach, jakiego nie czułam nigdy wcześniej. Bartman niemal stykał się ze mną nosem, uśmiechając się niczym szaleniec. Dyszał ciężko, palce prawej dłoni coraz mocniej zaciskając na moim gardle. Czułam, jak naruszona płyta ugina się pod naszymi ciałami.
    Żołądek przecisnął mi się przez wąski przełyk, dobijając pod sam korzeń języka. Jeszcze chwila i w bardzo, bardzo widowiskowy sposób zarzygałabym całą podłogę w przedpokoju Ignaczaków.
- Jesteś suką, Francesca – wycharczał mi prosto w twarz. Uniosłam lekko dłonie w górę, żeby w razie czego choć spróbować się obronić. Łzy napłynęły mi do oczu. - Pierdoloną suką, rozumiesz?
- Wypierdalaj stąd! - Krzyk Ignaczaka był dla mnie wybawieniem. Złapał Bartmana za bety, odciągnął go ode mnie i pchnął w stronę wyjścia. Zupełnie jakby niespełna dwumetrowy przyjmujący ważył tyle, co poduszka wypchana pierzem. Napinając barki, osłonił mnie i swoją córkę własnym ciałem. Wzięłam powietrze przez usta z głośnym, nieartykułowanym dźwiękiem i przyłożyłam zimną dłoń do pulsującej z bólu szyi. Następnym dźwiękiem, jaki dotarł do mojej otumanionej przerażeniem świadomości, był płacz skulonej pod ścianą Dominiki. Chciałam do niej podejść, przytulić ją z całych sił i rozpłakać się razem z nią, ale mój mózg stracił władzę nad kończynami. Patrzyłam tępo w stronę kuchni, w dziwny sposób omijając spojrzeniem bladą z przerażenia Iwonę tulącą głowę syna do brzucha. Drżałam na całym ciele, z trudem zagnieżdżając w myślach informację, że Zbyszek chciał odebrać mi życie.
- Domi… - do Bartmana chyba dotarło to, co zrobił całkowicie przez przypadek. Ruszył ponownie w naszą stronę, wywołując we mnie przerażający odruch: odskoczyłam w bok, jęcząc przeciągle. Czekałam, aż znowu chwyci mnie za gardło, wsunie dłoń w moje włosy, tak jak to robił każdej nocy, po czym rozbije mi głowę o framugę drzwi. Nic takiego się jednak nie stało. Rozjuszony Ignaczak odepchnął go z powrotem. Żyły powychodziły mu na przedramionach.
- Nie waż się!
- Igła, ja nie…
- Wynoś się stąd – powiedział twardym, nie znoszącym sprzeciwu tonem. - Wypierdalaj z mojego domu.
Nie odpowiedział. Czułam na sobie pełen nienawiści wzrok jeszcze przez kilka chwil, a potem usłyszałam trzask drzwi. Wtedy po moim policzku spłynęła pierwsza łza. Iwona wybiegła z kuchni, puściła Sebastiana i podskoczyła do córki, obejmując ją z całych sił, całując po włosach, główce, rączkach. Ignaczak, blady niczym duch, przemknął w ich kierunku. Zatrzymał się jednak przede mną i spojrzał mi w oczy z niechęcią.
    Poczułam ból. Ciężki do opisania ból. Mimo, że był wściekły na Bartmana; mimo, że potraktował go jak śmiecia - nadal był po jego stronie. Nie wierzył w moją niewinność.
- Właśnie miałaś okazję zobaczyć Zbyszka w najgorszym wydaniu – oznajmił mi. - I dziękuj Bogu, że nie byłaś w tej chwili sama.
Zasłoniłam usta dłonią. Ignaczak nie obdarzył mnie więcej nawet najkrótszym spojrzeniem. Podszedł do żony, wziął córkę na ręce i przytulił ją mocno do piersi, powtarzając, że wujek jej nie zauważył, że nie chciał jej zrobić krzywdy. Oboje z Iwoną uspokajali małą dziewczynkę, próbowali ją rozśmieszyć, a ja stałam pod drugą ścianą, łykając gorzkie, palące mój przełyk łzy. Zacisnęłam powieki, zasłoniłam dłonią usta i tłumiąc jęk, osunęłam się na podłogę.
     Przez następne dni, nie mogłam pozbyć się z głowy słów libero: "I dziękuj Bogu, że nie byłaś w tej chwili sama"...


Siedziałem na metalowej ławce, co kilka sekund naciągając kaptur mocniej na głowę. W ciągu godziny z hali przylotów wyszło mnóstwo ludzi, na płytę zdążyły przybyć trzy chartery, żaden nie był jednak lotem Anety. Siedziałem spokojnie na swoim miejscu, starając się nie zwracać niepotrzebnej uwagi, choć dwukrotnie podchodziła do mnie straż graniczna z psami, żeby sprawdzić, czy nie stwarzam zagrożenia.
  Suka.
   Dyskretnie zerknąłem na listę przylotów. Anka już piętnaście minut temu powinna była tu przyjść.
Zabiję ją, kurwa, zabiję...
   Pokręciłem gwałtownie głową, zaciskając boleśnie powieki.
Opanuj się...
   Odetchnąłem, czując kłujący ból pod skórą. Nie chciałem tych słów w swojej głowie. Nie chciałem potęgować w sobie nienawiści. Zapomniałem już, jak przeżywa się inne emocje - ale jednocześnie wiedziałem, że zatracając się w gniewie ponownie dotknę dna. A dość spieprzyłem w zaledwie pół godziny.
Wsunąłem palce pod materiał kaptura i zacisnąłem je we włosach, szarpiąc się za krótkie kosmyki z bezsilności. Nie mogłem złapać tchu.
   Zawód w oczach Ignaczaka. Jedyna rzecz, której nigdy, przenigdy nie chciałem zobaczyć. Wszystko robiłem tak, żeby tylko nie musiał mi powiedzieć, że stoczyłem się na samo dno. Powściągałem siebie, żeby nie sprawić zawodu przyjacielowi. Był dla mnie ważniejszy niż Bóg, w którego nie wierzyłem. Znaczył dla mnie więcej, aniżeli rodzina. On był moją rodziną.
    W pięć sekund straciłem jego uznanie, przyjaźń, dobre słowo. Straciłem jedynego człowieka, który wierzył w to, że jestem w stanie żyć normalnie.
Na posadzce pod moją twarzą rozbiła się drobna kropla wody. Spieprzyłem wszystko.
- No wiesz co?! - Charakterystyczny, udający oburzenie głos kazał mi wziąć się w garść. Drgnąłem gwałtownie i otarłem twarz rękawem bluzy, pociągając głośno nosem. - Ludzie stoją przy wyjściu z karteczkami z imionami, a ty siedzisz tu jak buc i nawet kaptura ze łba nie zdejmiesz, żeby cię rodzona siostra nie mogła rozpoznać? - Trajkotała, odstawiając walizki koło mnie. Nie byłem w stanie jej odpowiedzieć. Łzy płynęły mi po twarzy i za cholerę nie chciały przestać, w gardle czułem coraz większą gulę. Moim ciałem wstrząsały pierwsze, lekkie spazmy. Dziwny ból rozdzierał mnie od środka.
- Ej, Zuzu! Mówi się! - Zaśmiała się, uderzając mnie z pięści w ramię. Zagryzłem wargę, mocno.
Tylko Aneta tak do mnie mówiła. Aneta i Ona…
Poczułem ból, niemal fizyczny. Jęknąłem głośniej, niż bym chciał. Osłoniłem oczy dłonią i jeszcze mocniej wbiłem sobie zęby w wargę, aż poczułem na języku charakterystyczny posmak rdzy. Anka drgnęła zaniepokojona, kucając przede mną. Ujęła moją twarz w swoje dłonie i na siłę uniosła głowę do góry, byle spojrzeć mi w oczy.
- Zbyszek, co się stało? - Zapytała przestraszona. Jej dotyk był lekki i ciepły. Pełen uczucia i troski, które w tamtym momencie rozłożyły mnie na łopatki.
- Aneta, nie – jęknąłem krótko. Złapałem ją za dłoń i szybko zwiesiłem głowę. Byle nie widziała moich łez. Żeby nie zobaczyła, jak mały i bezradny jestem. Jak wszystko mnie boli, tak kurewsko boli i przytłacza.
- Zibi… - szepnęła zaskoczona, opierając moje czoło o swoje ramię. Objęła mnie mocno i pocałowała w skroń, lekko kołysząc się na boki. A ja siedziałem na zimnej, metalowej ławce, nie mogąc złapać tchu. Dłońmi objąłem lekko jej talię, po chwili zaciskając dłonie w pięści na jej bluzie. Dygotałem na całym ciele, wyjąc jak ranione zwierzę. Powoli docierało do mnie, że zostałem całkowicie sam. Bez klubu. Bez agenta. Bez rodziny. Bez przyjaciela. Bez Niej. Bez nich obu...
    W tamtym momencie, po raz pierwszy w życiu poczułem, że pęka mi serce.


Did she run away?

Did she run away? I don’t know.
If she ran away,
If she ran away, Come back home!
Just come home... *


~  *  ~


* fragm. SYMIL - "Where's my love"

Jeżeli podoba Wam się to, co się tutaj do tej pory wydarzyło, blog, opowiadanie - będzie mi bardzo miło jeśli zagłosujecie na Fobie w konkursie na Bloga Roku 2016 na Księdze Baśni. Wszystkie informacje nad nowym postem. :)

Ten rozdział był drugą częścią fobii dwudziestej drugiej, która ukazała się tydzień temu. Uznałam jednak, że prawie 30 stron tekstu to trochę za dużo i podzieliłam na pół. Myślę, że wszystkim wyszło to na dobre ;)

Cóż ja mogę rzec? Rozpier... dzieliło się. Bańka mydlana pękła, koniec ze złudzeniami. Ostrzegałam. Zbyszek zawsze był niebezpieczny, nie wyzbył się tego. Terapia Kruś nie pomogła mu zapanować nad agresją tylko nad wspomnieniami. Zbyszek dopiero uczył się miłości, uczył się związku. Błądził jak we mgle i popełniał błędy godne chłopca z podstawówki, który szczyci się swoją pierwszą miłością. Nie dojrzał. Wystarczył jeden mały zapalnik, by obudzić uśpiony wulkan. Poczuł się zdradzony, oszukany i zaatakował zanim Francesca mogła się wytłumaczyć; strach rodzi agresję.

A jednak nasz bohater nie jest maszyną bez uczuć, o czym świadczy spotkanie z siostrą na lotnisku. O tym też warto pamiętać.

18 komentarzy:

  1. Jestem w szoku.... Mam nadzieje że się wszystko poukłada, bo jestem za Nimi całym sercem! Kiedy nowy ? Czekam z niecierpliwością...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowy już dzisiaj ;p A na przyszłość - daty podawane są w zakładce "Fobie" oraz w okienku "Informacje o blogu" tuż pod nagłówkiem :)

      Usuń
  2. Bartman, mimo że jestem niższa o 29 cm z chęcią przywaliłabym Ci w twarz, od siebie, od Franki i ogólnie za całokształt. Ja rozumiem poniosły Cie nerwy, w sumie gdybym zobaczyła nazwisko ważnej osoby pod takim artykułem, do szczęśliwych bym nie należała. Ale po co te określenia i zachowanie gorsze niż ziomka pod wpływem. Byłoby łatwiej, gdybyś z nią spokojnie o wszystkim porozmawiał. Jak szybko go polubiłam, tak moje dobre zdanie o nim schowalo się do kąta. Na miejscu Franki nie wybaczyłabym, nawet gdyby pojawił się u niej z najpiękniejszym bukietem kwiatów i przepraszał ją na kolanach. Do zobaczenia w następny piątek. Podniosłaś ciśnienie tym rozdziałem, ale było to potrzebne, bo ja już dawno przeczuwałam, że ta sielanka wiecznie trwać nie będzie. Czekam z wielką niecierpliwością i serdecznie zapraszam do siebie. Ściskam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbyszek jest tu troszkę jak chłopiec we mgle. Dopiero się uczy, a kiedy czuje się zagrożony, to atakuje. Mniej lub bardziej dosłownie.

      Usuń
  3. Okey, to tam na gorze to ostatnie czego sie spodziewałam. Gdzieś w głębi serca jestem w stanie zrozumieć o co i dlaczego Zbyszek sie tak bardzo zdenerwował. Ale to co zrobił pozniej przechodzi jakiekolwiek wyobrażenie. Obawiam sie, ze to co stało sie tutaj bedzie skutkować brakiem happy endu na koniec bo wiem, ze ja bym nie wybaczyła czegoś takiego.
    Musze Ci przyznać, ze ta ostatnia cześć opisująca Zbyszka przed lotniskiem była bardzo, ale to bardzo poruszająca. Mimo wszystkiego co zrobił była taka smutna. Nie pochwalam tej sytuacji jaka nastąpiła w domu Ignaczaka, to smutne, ze Zibi został kompletnie sam, bez klubu. A gdyby tego wszystkiego było mało ma po prostu złamane serce.

    Ach życzę Ci dużo weny, gdyż mam nadzieje, ze następne rozdziały bedą tak samo interesujące i wciągające jak te co juz były. Pozdrawiam gorąco,
    Miśka

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczęka na podłodze. Można było domniemywać, że prędzej czy później nastąpi jakieś "bum!", ale to, co nam zaserwowałaś jest istnym trzęsieniem ziemi. Sytuacja odwróciła się o 180 stopni, a ze Zbyszka wylazł potwór, i stwierdzenie to nie jest absolutnie żadną przesadą. Wcześniej "ostrzegałaś", że Bartman nie pokazał jeszcze swej najgorszej twarzy, ale to, co wydarzyło się dziś wręcz nie mieści się w głowie. I znów odzwierciedlenie znajduje teoria, że ludzie się nie zmieniają, po prostu uczą się powściągać pewne zachowania. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Tym razem Zbyszkowi puściły wszystkie hamulce. Na myśl o jego zachowaniu czuję wściekłość i uważam, że żadne okoliczności nie są w stanie ich usprawiedliwić, ale jednocześnie w pewnym sensie mu współczuję. Dlaczego? Bo znów pozwala, by autodestrukcyjna siła przejęła nad nim kontrolę. Tak, Zibi być może nie do końca świadomie niszczy wszystko to, co do tej pory wypracował. A nawet więcej, bo zniechęca do siebie ludzi, którzy do tej pory byli mu przychylni. Pozwala, by zwyciężył egocentryzm i to rozjuszone zwierzę, odzywające się w nim od czasu do czasu. Gdybym była Fran, nie chciałabym go znać. Miłość miłością, ale pewnych rzeczy nie da się wymazać z pamięci. Owszem, Zbyszek ma uczucia, i podejrzewam, że gdy wyjaśni się sprawa z artykułem, a jemu wróci zdolność trzeźwego myślenia, dotrze do niego z całą brutalnością to co zrobił (o ile już nie zaczęło docierać), ale wtedy może być za późno. Margines błędu został przekroczony.
    Pozdrawiam :)
    PS. Baardzo przypadła mi do gustu trzecia piosenka. Pewnie zapętlałabym ją bez końca, gdyby nie to, że muszę się uczyć ;) A głos oddany :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że on wcale nie jest tego świadomy, co - mam nadzieję - wyjdzie na jaw przy kolejnym rozdziale. On raczej nie ma w zwyczaju poczuwać się do winy.

      Usuń
  5. Jeden z powodów, dla których tak lubię to opowiadanie, to sposób w jaki sprawiasz, że muszę rozumieć, zgadzać się i często popierać Zbyszka. Podoba mi się jak opisujesz emocje, bo są przekonujące i takie namacalne. W stu procentach rozumiem Bartmana, rozgrzeszam go i już. wierzę, że jeden potężny cios za drugim w tak krótkich odstępach może złamać człowieka i wyzwolić w nim najgorsze, a że Zbyszek jest furiatem, to skończyło się jak się skończyło.
    A Twoją zasługą łatwość z jaką mi to przychodzi, bo opisane zostało jak zwykle świetnie.
    Dziękuję i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za takie słowa. Miło mi strasznie (chyba się zarumieniłam ;)). Jesteś jedyną osobą, która nie wścieka się na Zbyszka po tym rozdziale. Podziwiam.

      Usuń
  6. Szczena opadła. Dosłownie i w przenośni. W pewnym sensie jest to rozdział, w którym domyślałam się, że dobra aura między tą dwójką się zburzy. No, ale nie myślałam, że pojawi się taki armagedon. Z jednej strony rozumiem Zbyszka bo trafiła mu się lawina złych wiadomości i w końcu te złe emocje z niego wyszło. Szkoda mi Fran, mam wrażenie, że ciężko będzie jej ponownie zaufać Zbyszkowi.. No właśnie, czy zaufa? Jak to się dalej będzie ciągnęło? No i o matko, dwa rozdziały do końca! Rozpaczam, serio..
    Dziękuję za tak fajny, emocjonalny rozdział. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podoba :) Dziękuję!

      Usuń
  7. Nie wiem jak skomentować to co właśnie przeczytałam. Jedno wielki zaskoczenie. Spodziewałam się, że będzie jakieś nieporozumienie, ale czegoś takiego nawet nie brałam pod uwagę.
    Do następnego, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wiedzialam że coś się popsuje w końcu, ale że aż tak? Ja to wszystko przemyślalam i za ten artykuł musiał być odpowiedzialny brat Ewy, nikt więcej mi tu nie pasuje... a Zbyszek no Zbyszek jak to Zbyszek dostał znowu po dupie i ja wcale go za nic nie winie. Tak dawno nikomu nie ufal bezgranicznie ze juz nawet nie pamięta jak to się robi a tak naprawdę to jest biednym i pokrzywdzonym dzieckiem którego ciągle ktoś kopie po dupie. Byłam zła było mi smutno, ale wiedziałam że tak się musiało stać... no cóż byle do piątku, czekam z niecierpliwością na nową odsłonę tej historii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to słusznie zauważyła Outfilulu - Zbyszek to furiat. Tak musiało być.

      Usuń
  9. O w morde jeża!
    Zaniemówiłam. Jestem pod wrażeniem i dużym zaskoczeniem. Wiedziałam że będzie bum ale że aż tak?! Chcę kolejny!!!
    Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :) Zapraszam już za chwilę!

      Usuń

Jeśli chcesz zareklamować siebie, nie widzę przeciwwskazań. Ale do tego służy zakładka SPAM, nie komentarze pod postem.